87. Tivedens Nationalpark

W Szwecji jest 30 Parków Narodowych. Fajnie byłoby odwiedzić każdy z nich.
Tivedens, które odwiedziliśmy wczoraj, leży jakieś 140km od nas. Czyli całkiem blisko. Mijaliśmy ten Park jeżdżąc do Adama, ale jakoś nigdy nam nie przyszło do głowy by się tam wybrać specjalnie. Aż Misia zaproponowała wycieczkę.
Plan był taki: połazimy chwilkę, potem ja sobie pomyszkuję z aparatem, a Misia i jej ojciec, a może i Zuzu popływają na desce…
Na szczęście tknęło mnie i założyłam buty trekkingowe, a nie lekkie trampki.
Park Narodowy Tiveden zajmuje obszar 2030hektarów. Jest to teren porośnięty starym, dzikim lasem, w którym od dziesiątek lat nie prowadzi się gospodarki leśnej, co jest niespotykane w tym rejonie Szwecji. W parku, pomiędzy starymi drzewami porozrzucane są ogromne formacje skalne, które ukształtował lądolód.
Tivedens to biologiczny obszar graniczny pomiędzy gatunkami północnymi a południowymi. Można tu spotkać lisy, zające, kuny i borsuki, a ostatnio pojawiły się też i wilki. Jest wiele gatunków ptaków: żurawie, głuszcze, nury, ślepowrony, jastrzębie… i wiele innych. Jest też oczywiście bardzo duża różnorodność żuków.
A my z Zuzu spotkałyśmy rudzika, który sobie siedział jakieś dwa metry od nas, na słupku i się na nas gapił.
Pogadaliśmy chwilę z obsługą i ruszyliśmy w drogę.
Wybraliśmy krótki szlak Stenkällerundan. Według opisu szlak ten jest trudny. Jego długość to 2,2km a czas przejścia to 1,5 godziny.
Na pytanie czy damy radę przejść z psem ludzie z obsługi wyrazili lekkie zwątpienie…
Szlak się nie pieścił. Ledwie minęliśmy bramkę… i się zaczęło.

to jest całkiem przyjemna ścieżka, jak się potem okazało.
Po drodze spotkaliśmy rodzinę z młodziutkim bernem, który każdemu z nas po kolei rzucał się na szyję. Berny takie właśnie są, dopiero w wiekiem nabierają dystansu do obcych. Fajne jest to, że właściciele bernów zawsze się cieszą, gdy spotkają się przypadkiem z inną rodzina z bernem. Tak było i tym razem.
Tu był moment, by skrócić trasę, i ominąć najtrudniejszy kawałek . Ale tylko mięczaki zawracają, prawda?
Centralny punkt trasy. Kamienna piwnica. Najtrudniejszy kawałek do przejścia bo stromo w dół a potem znowu w górę, pomiędzy wielkimi głazami, gdzie miejsca na postawienie stopy zaledwie kilka centymetrów. Ale daliśmy radę, choć Tosię trzeba było lekko podeprzeć w jednym miejscu.
Tak, u nas już zaczynają się wybarwiać jesiennie rośliny…

Patrzę na te zdjęcia i widzę, że jakość jest mniej niż kiepska. Ciemne, mało ostre, ale to dlatego, że szlak był naprawdę trudny (jak dla mnie) – wiele zdjęć robiłam drżącymi ze zmęczenia dłońmi, stojąc na miękkich nogach.
No i nie było słońca, a to zawsze odbiera urok zdjęciom z lasu.
Niemniej była to świetna wędrówka. Szlak był pełen niespodzianek i zmieniał się z każdym krokiem.
Z pływania na desce zrezygnowaliśmy, bo się zrobiło zbyt późno.
Po prostu wrócimy tu jeszcze i to zapewne nie raz.