97. Weekend w Fjällbacka

Weekend zaczął się od tego, że wczesnym rankiem poślizgnęłam się na mokrej kratce na schodku przed domem i, wywaliwszy się koncertowo, rozwaliłam sobie kolano. Nie tylko rozorałam skórę i tkankę miękką ale i zbiłam.
5 minut później miałam na kolanie guza wielkości pięści.
Ale pojechaliśmy, choć uprzedziłam, że połazić to ja raczej nie dam radę.
Okazało się, że koleżanka małżonka też ma jedną nóżkę bardziej, więc ustaliliśmy zajęcia w podgrupach.
Chłopcy poszli na przechadzkę, my, dwie kuśtyczki zostałyśmy w schronisku.
Fjälbacka jest zapewne dobrze znana miłośnikom kryminałów, bo podobno jest całkiem dobrze opisana w kryminałach Camilli Lackberg.
Mnie kryminały nudzą śmiertelnie, więc nie wiem czy obraz w powieściach jest wiernie oddany.
Fjälbacka leży nad morzem, ale od tysiąca nadmorskich miasteczek na zachodnim wybrzeżu odróżnia ją wielka skała, zwana Kungsklyftan, w samym centrum miasteczka. Kiedyś tam byliśmy, ale dawno, na krótko i w środku sezonu.
Teraz zatrzymaliśmy się w niemal pustym vandrarhem czyli w schronisku (hostelu?). Miejscówka ciepła czysta i przytulna.
Chłopcy udali się na wędrówkę po Kungsklyftan, a my gadałyśmy.
Potem zaczął padać deszcz. Potem wrócili nasi zmoknięci małżonkowie. Potem, jak na żony przystało, wysłałyśmy mężów na pizzę.
A gdy wrócili posileni rozsiedliśmy się w salonie z przegryzkami, likierami i nalewkami. I gadaliśmy.
Za oknami wiało i lało. Nam w okna zaglądał rozświetlony zegar z wieży kościelnej. Przygasiliśmy światła, skądś wzięły się świeczki i nareszcie był czas pogadać.
Największym cieniasem towarzystwa jak zawsze okazałam się ja i około północy ewakuowałam się do pokoju. Reszta gadała chyba do drugiej.
Na wszelki wypadek łyknęłam sobie ibuprofen, żeby głowa się nie rozszalała po tych dwóch naparstkach nalewki.
A gdy się rozjaśniło poprawiłam kolejnym bo jednak ćmiła.
Ale ibuprofen znieczulił mi przy okazji obitą nóżkę.
Tak więc, gdy reszta odsypiała nocne Polaków rozmowy, ja z aparatem poszłam na przechadzkę.

W tym miejscu doszedł do mnie SMS od kolegi „Idziesz na kawę?” . To poszłam.
Noga chodziła niemal bez problemów więc po śniadaniu pojechaliśmy na spacerek po Veddö naturreservat.
Miał być taki sobie spacerek, bo szlak tylko trzykilometrowy.
Na miejscu okazało się, trasa owszem krótka, ale jednak dość trudna, zwłaszcza dla osób kulawych. Ale daliśmy radę. Mimo kilku poślizgnięć na mokrych kamieniach lub wdepnięciu w krowie placki.
Rozpogodziło się z lekka, było nawet ciepło. No i widoki… Ale to jak zawsze. Nudaaaaa… nie?

Wróciliśmy, zrobili obiad wespół w zespół. I czas był wracać w stęsknione objęcia psa i kota.
A dziś mam, jak zawsze po takich spotkaniach, syndrom kolonisty.
Czyli lekka chandra, niedosyt i kłopot z zebraniem się do roboty.

49. majowy świat

24 kwietnia wszystko w mojej najbliższej okolicy wyglądało tak, jak na zdjęciach ze Stenbrott.
Pojechaliśmy tam żeby pogrillować w towarzystwie Vlada – eMa ukraińskiego kolegi z pracy – i jego rodziny.

A wczoraj w ramach odchudzania grubasa Toli poszliśmy na spacer w lasku porastającego brzegi Wener. Lasek jest podmokły, w bardziej wilgotne i cieplejsze dni jest tam masa skrytożerców, ale wczoraj było pięknie. Choć wietrznie. Ale tu zawsze jest wietrznie…

91. Grzybobranie i nie tylko

Ostatnie weekendy były w rozjazdach, przyszły też taki będzie więc w tym -zostajemy w domu.
W domu to nie znaczy naprawdę „w domu”, bo przecież Tosia ma swoje prawa. To nawet nie znaczy, że zostajemy w mieście. Po prostu nie ruszamy się dalej niż 20km od domu.
Wczoraj wymyśliłam spacer laskiem, który porasta brzeg jeziora, do platformy widokowej wznoszącej się miedzy trzcinami.
Nie wiem…dwa kilometry? Może trzy…
Las tam jest mieszany. Rośnie na wąskim pasie pomiędzy brzegiem jeziora a torami kolejowymi. Teren miejscami jest podmokły, lub wręcz bagnisty, ale ścieżka utwardzona, choć na szczęście nie asfaltowa.
Latem komary zjadają żywcem.
Ale teraz już jesień całą gębą. Zimne noce. Słonecznie dni.
Jeszcze nie pożółkło, jeszcze nie liście się nie sypią. Ale jest wysyp grzybów – najczęściej niejadalnych. Ale ptaków już nie ma i w lesie jest cicho. Tylko przejeżdżający pociąg napełnił las hukiem na chwilę. Tosia zastrzygła uszami, znieruchomiała, zapatrzyła się w dal wyraźnie zaniepokojona tym, że nie widzi źródła hałasu.
Fotografowałam kwiatki, gdy minęła mnie para ludzi znacznie starszych od nas.
Oboje na sportowo, dziarskim krokiem…
Powiedziałam zwyczajowe „hej” bo w Szwecji, gdy się w odludnym miejscu spotyka ludzi to się ich pozdrawia. Młodzi czasem nie odpowiadają. Może nie Szwedzi, a może zwyczaj zanika. Starsi odpowiadają prawie zawsze.
Pan przystanął grzecznie, żeby mi nie wleźć w kadr. Akurat słońce jasną plamą spływało na różowy kwiatek, a dookoła głęboki cień…
Uśmiechnęłam się, opuściłam aparat, bo już uwieczniłam to, co chciałam.
– Tam, dalej, są śliczne grzyby – poinformował mnie.
– O, popatrzymy, dziękuję – odpowiedziałam.
Różowy kwiatek okazał się gatunkiem niecierpka. Bardzo inwazyjny gatunek pochodzący z zachodnich Himalajów. No, to ma tu dobrze.

A potem już tylko zbierałam grzyby…


Nad jeziorem tylko szum wody. Żadnych ptaków. Tylko trzciny…
Gdy trzcina zaczyna płowieć,
a żołądź większy w dąbrowie
znak, że lata złote nogi
już się szykują do drogi….


W drodze powrotnej Tosia zaczęła nam zostawać w tyle. Zwolniliśmy. Chyba się męczy jakoś szybciej. Choć może to perspektywa końca spaceru spowalnia jej kroki, by odwlec moment powrotu do domu.
A na obiad była babka ziemniaczana.