Ostatnie weekendy były w rozjazdach, przyszły też taki będzie więc w tym -zostajemy w domu.
W domu to nie znaczy naprawdę „w domu”, bo przecież Tosia ma swoje prawa. To nawet nie znaczy, że zostajemy w mieście. Po prostu nie ruszamy się dalej niż 20km od domu.
Wczoraj wymyśliłam spacer laskiem, który porasta brzeg jeziora, do platformy widokowej wznoszącej się miedzy trzcinami.
Nie wiem…dwa kilometry? Może trzy…
Las tam jest mieszany. Rośnie na wąskim pasie pomiędzy brzegiem jeziora a torami kolejowymi. Teren miejscami jest podmokły, lub wręcz bagnisty, ale ścieżka utwardzona, choć na szczęście nie asfaltowa.
Latem komary zjadają żywcem.
Ale teraz już jesień całą gębą. Zimne noce. Słonecznie dni.
Jeszcze nie pożółkło, jeszcze nie liście się nie sypią. Ale jest wysyp grzybów – najczęściej niejadalnych. Ale ptaków już nie ma i w lesie jest cicho. Tylko przejeżdżający pociąg napełnił las hukiem na chwilę. Tosia zastrzygła uszami, znieruchomiała, zapatrzyła się w dal wyraźnie zaniepokojona tym, że nie widzi źródła hałasu.
Fotografowałam kwiatki, gdy minęła mnie para ludzi znacznie starszych od nas.
Oboje na sportowo, dziarskim krokiem…
Powiedziałam zwyczajowe „hej” bo w Szwecji, gdy się w odludnym miejscu spotyka ludzi to się ich pozdrawia. Młodzi czasem nie odpowiadają. Może nie Szwedzi, a może zwyczaj zanika. Starsi odpowiadają prawie zawsze.
Pan przystanął grzecznie, żeby mi nie wleźć w kadr. Akurat słońce jasną plamą spływało na różowy kwiatek, a dookoła głęboki cień…
Uśmiechnęłam się, opuściłam aparat, bo już uwieczniłam to, co chciałam.
– Tam, dalej, są śliczne grzyby – poinformował mnie.
– O, popatrzymy, dziękuję – odpowiedziałam.
Różowy kwiatek okazał się gatunkiem niecierpka. Bardzo inwazyjny gatunek pochodzący z zachodnich Himalajów. No, to ma tu dobrze.

A potem już tylko zbierałam grzyby…











Nad jeziorem tylko szum wody. Żadnych ptaków. Tylko trzciny…
Gdy trzcina zaczyna płowieć,
a żołądź większy w dąbrowie
znak, że lata złote nogi
już się szykują do drogi….





W drodze powrotnej Tosia zaczęła nam zostawać w tyle. Zwolniliśmy. Chyba się męczy jakoś szybciej. Choć może to perspektywa końca spaceru spowalnia jej kroki, by odwlec moment powrotu do domu.
A na obiad była babka ziemniaczana.