62. Hobby -wpis nie sponsorowany

Pamiętacie jak w szkole był przedmiot ZPT (dla młodzieży wyjaśniam, że pełna nazwa brzmiała: Zajęcie praktyczno-techniczne)?
Uczyli tam, albo w założeniu mieli uczyć, różnych rzeczy przydatnych w gospodarstwie domowym.
Krótko mówiąc: chłopcy wbijali gwoździe, a dziewczynki miały robić na drutach, szyć i gotować…
Umiejętności robienia na drutach na pewno nie wyniosłam z tych zajęć. Matki, babcie zawsze miały pod ręką druty czy szydełko, dzieci podpatrywały i się uczyły. Takie czasy były: w sklepach mało, a ubrać dzieci w coś trzeba było, więc się pruło stare swetry i cudem zdobywało jakiś kłębek wełny i…
Pamiętam czerwone spodnie wydziergane na drutach przez babcię Katarzynę. Pamiętam też rękawiczki: niebieskie i na sznurku…
Potem, w szalonych latach osiemdziesiątych, przyszła moda na bajecznie kolorowe swetry, koniecznie wielkie.
Dziergało się wtedy na zwykłych, prostych metalowych drutach. Miały jeden mankament: ich zakończenia były za małe i przy większych robótkach ostatnie oczka spadały, dlatego nakładało się na drut guzik – by robótkę zastopować. Na takich drutach, rozmiar 3,5, wydziergałam sobie sweter o którym matka mówiła, że to worek na ziemniaki. Był ciemnozielony, z białymi wstawkami, długi prawie do pół uda (ukrywał płaskodupie) i obszerny (ukrywał za duże cycki). Ciężki, szorstki, ciepły… uwielbiałam go i nosiłam niemal bez przerwy, nawet latem.

A potem przyszły lata dziewięćdziesiąte, rynek zalało WSZYSTKO i robótki odeszły dal.
Jakieś dziesięć lat temu, podczas kolejnej szarej, depresyjnej zimy, poczułam, że zwariuję jeśli natychmiast nie zobaczę czegoś kolorowego, nie poczuję tego w rękach… i tak zawędrowałam do sklepu Ugglan (Sowa) w moim miście, wyszukałam półkę z najtańszymi włóczkami (akryl, przerobiłam go potem na koc na Zuzu) i wzięłam kilka do domu….
Potem poszło piorunem: no bo mieć włóczkę i co?
Kupiłam pierwsze nowoczesne druty, bo coś będę robić. Kupiłam w second handzie, żeby nie wydawać za dużo kasy, bo pewnie zaraz rzucę to w diabły.

Nie pamiętam czy coś na tych drutach zrobiłam, ale raczej szybko przerzuciłam się na druty z żyłką. Zwykłe, aluminiowe, najtańsze… Chyba Knit Pro aluminium.

Nie na tych, ale na podobnych wydziergałam moją pierwszą chustę: bajecznie kolorowego entrelaka z włóczki baby merino, którą dostałam od Kasi.
Ponieważ robię dość ścisło, złościło mnie, że muszę się przebijać drutem przez oczka, bo na cieniutkim kabelku oczka się zaciskały.
Potem potrzebowałam jakiegoś innego rozmiaru i trafiłam na takie:

Chyba firma Pony

Polubiłam je ze względu na grubość żyłki, tu mi się oczka już tak nie zaciskały, więc w trakcie roboty nie walczyłam z narzędziami.
Ale jak zaczęły mi się projekty rozrastać, to się okazało, że jedna para drutów w rozmiarze 3-3,5-4 to stanowczo za mało.
Zaczęłam patrzeć co jest na rynku.
Dziewczyny chwaliły druty drewniane.
Kupiłam Knit Pro Symfonie.

Oooo, było miło: lekkie, z dobrze osadzonym kabelkiem. Tylko to przejście między drewnem a metalem lekko haczyło włóczkę. Troszkę irytowało.
Tymczasem do innej robótki potrzebowałam kolejnych… i tak kupiłam KnitPro z odkręcaną żyłką. Opinie były entuzjastyczne: że to takie wygodne kiedy można sobie odkręcić druty i przenieść je do innej robótki, bez problemu.
Nie pokochałam się z nimi – to za mało powiedzieć. Zrobiłam na nich jakąś chustę, klnąc na wiecznie odkręcającą się żyłkę i utykającą włóczkę w szczelince między drutem a żyłką.
Nie, absolutnie nie!
Oddałam Helenie, bo ona je lubi z niezrozumiałych dla mnie względów.
No to trzeba było brak czymś zastąpić. I tak trafiłam na KnitPro Kubik – czyli druty kwadratowe.

Robi się na nich bosko. Kwadratowa forma ułatwia trzymanie w dłoniach, zwężające się końcówki pomagają w przesuwaniu włóczki z żyłki na drut. I byłabym zainwestowała w kolejną parę, ale odkryłam, że powłoka drutów nie przeżyła jednej robótki. Jak będzie po dziesięciu?
A właśnie zaczęłam robić skarpety na drutach.
Zakupiłam więc zwykłe czerwone Jarbo

Cóż… druty jak druty. Nie za ciężkie, gładkie, więc nic się nie haczy, ale przy skarpetach, wiecznie skręcający się kabelek doprowadzał do szału.
Ale nadal wolałam te, od np. dziergania na czterech drutach…
A potem zobaczyłam reklamę drutów gdzie kabelek okręca się dookoła własnej osi, więc żyłka się nie skręca… Knit Pro Royale

Najgorsze z drutów, jakie dotąd kupiłam! A wcale nie były najtańsze.
Włóczka się zahacza i na przednim i na tylnym łączeniu, dodatkowo dziurka w przedniej, metalowej części jest wykonana niechlujnie i drażni palec. Czułam ją i pierwszego wieczoru i po tygodniu czy dwóch.
Nie, zdecydowanie nie. Najgorzej wydana kasa.
Przeprosiłam czerwone Jarbo, a te odłożyłam. Pójdą do ludzi…
Ale wczoraj przyszła kopertka z ostatnim zakupem.
Na te czaiłam się odkąd zobaczyłam jak Helena dzierga na nich jakieś skarpety.
Metalowa linka w czerwonej koszulce, która się nie skręca, łagodne zejście z druta na żyłkę, no i waga… Oraz cena, niestety.
A jednak się skusiłam i to od razu na dwie pary: 3,5 do wszystkiego oraz 2,5 do skarpet i rękawiczek.
Nie mogłam się oprzeć i zaczęłam nową rzecz, choć pasiasty sweter prawie na ukończeniu…
A jak zaczęłam, nie mogłam przestać.
Oto moja miłość, mój mokry sen, mój Mercedes wśród drutów.
ChiaoGoo Lace.

Jedyna wada jaką mają, to taka, że …idzie za lekko. Oczka się przesuwają na żyłce niedostrzegalnie, co w pracach robionych na okrągło (np. skarpety) powodować może, że zgubimy środek lub co gorzej: początek robótki.
Po raz kolejny okazało się, że nie warto oszczędzać na narzędziach.
Wywaliłam w błoto sporo kasy na te różne Knit Pro, a mogłam od razu kupić ChiaoGoo. No, ale tych ostatnich mój ulubiony sklep Hobbi nie sprzedaje. Musiałam znaleźć inny… Ale powiem wam: warto było.
Już wiem, że sukcesywnie będę dokupować kolejne rozmiary.

12. -4 ale nie, już nie wieje

Niebo błękitnieje. Sztorm przegnał chmury.
Mój dawny kolega z fotoklubu zrobił wczoraj takie zdjęcie znanej wam latarni.
Cudowne moim zdaniem.
No, Peter był moim ulubionym fotografem w klubie.

Plecy nadal bolą jak jasna cholera. Najbardziej rano, potem w ciągu dnia ból jest rozchodzony, więc łatwiej. Gorzej, że skończył nam się zapas voltarenu w kapsułkach. A w Szwecji i kapsułki i tabletki są na receptę. Napisałam żebraczego maila do lekarza, może mi da receptę. Pytanie tylko: KIEDY?
Chciałam kupić w aptece wysyłkowej, ale zdaje się, że jest zakaz wysyłania takich leków, które w kraju docelowym są tylko ze wskazań lekarza. Noż kurde, komu poczciwy voltaren przeszkadza?
Jako ostateczną ostateczność mam w domu oxicodon. Został po ostatniej operacji mojego męża. Ale ponieważ to lek opioidowy i może uzależniać, to …jest na samym końcu możliwości.
Od razu uprzedzę wszystkie życzliwe dusze: nie da się wysłać pocztą. Nie dojdzie. Próbowałam. Można jedynie przemycić przez osobę jadącą do Szwecji.
Na pociechę powiem, że właściciel polskiego sklepu obiecał, że w razie czego może mi kupić. No, ale to dopiero za tydzień. I będzie trzeba znowu pojechać te 100km.
Mówię „znowu” bo byliśmy wczoraj. Najpierw zaliczyliśmy sklep, a potem lotnisko, by odebrać Zuzu, którą Mel odwiózł z Malagi.
Mel, kochane dziecko, przeleciał całą Europę z Zuzu, przekazał nam ją na lotnisku i poszedł się znowu odprawiać bo wracał do Malagi via Paryż. W ciągu jednego dnia.
Zuzu wyszła zapłakana, bo znowu, jak w drodze do Rygi, rozbolały ją zatoki. Znowu ma lekki katar. Zastanawiam się, czy podanie kropli do nosa przed lotem nie pomogło by jej następnym razem. Z lądowaniem w Goeteborgu jest trudno, bo tu odczuwalne schodzenie trawa jakieś pół godziny. I dzieją się jakieś dziwne rzeczy z ciśnieniem czy czymś. Ja zazwyczaj nie choruję, ale lądując w Gbgu często czułam/czuję nudności lub ból głowy, zatykanie uszu, na które nie pomaga przełykanie śliny.
Noc za to była wesoła.
Zuzu zasnęła u siebie, ale o trzeciej przyszła z chlipaniem, że tęskni za mamą. Przytuliłam, zrobiłam miejsce na łóżku, poprosiłam Tosię, żeby się łaskawie nie rozwalała. Chwilę potem było
-Mrrryt…?-
Zawołałam Basila, a on przyszedł.
No i mieliśmy komplet. Zuzu jeszcze lekko chlipała, ale jak powiedziałam, że jeszcze tylko dziadka nam tu brakuje zaczęła chichotać. Chyba naprawdę powinnam dokupić drugie łóżko i zrobić lotniskowiec w sypialni.
Poczekałam aż Zuzu zaśnie i cichutko przeniosłam się na jej miejsce. Nie umiem z kimś spać.
Do zasypiania włączam sobie teraz Polska Piastów Pawła Jasienicy. Mógłby ten lektor się nieco mniej aktorko wyżywać, ale już rozumiem to uwielbienie wielu ludzi dla autora. Wiedziałam, kurde, wiedziałam! Że historia nie jest nudna.

A w chwilach wolnych, uszyłam kolejne ptaszki.

Chyba nie było?
Te ślimaczki na czarnym tle są złote, a tło kratki- lekko żółtawe.

Basiu, zobacz, że robię postępy! Odkryłam, że trzeba wzór wycinać z papieru takim samym zapasem. A potem spiąć szpileczką i lekko przyfastrygować.

i kolejne serce.

Te serduszka to genialny sposób na wykorzystanie najdrobniejszych resztek tkanin. Szyje się szybko i bez komplikacji.

Poza tym nauczyłam się robić skarpetki od palców z piętą rzędami skróconymi według tych filmów:

Te skarpetki to REWELACJA! Robi się szybko, prosto, w dodatku można a nawet wygodniej jest robic na normalnych drutach z żyłką. Warunek: żyłka musi być dość długa i giętka.
Do skarpetek natchnęła mnie Helena, która odwiedziła mnie w piątek. Przeprosiłam za to, że nie posprzątane. Tośczyne kłaki walają się po całym domu, ale nie miałam siły walczyć z odkurzaczem z obolałymi plecami. Bo ja mogę siedzieć, ale chodzenie, schylanie się, ciąganie, podnoszenie różnych rzeczy sprawia mi ogromny ból.
Helena, która wciąż walczy z depresją i syndromem wypalenia, ucieszyła się, że to tak fajnie spotykać innych, u których też nie jest idealnie.
Dzięki Helena, pomyślałam, ale u ciebie jest jakoś tak porządniej nawet jak nie posprzątasz niż u mnie, nawet gdy się do sprzątania przyłożę.
Bo prócz mojej własnej ułomności w zachowywaniu porządku, mam jeszcze męża, który w tej kwestii jest jeszcze gorszy niż ja. Czasem się zastanawiam jak wyglądałoby mieszkanie gdyby mój mąż mieszkał sam.
Nie powiedziałam jej tego :D.
Siedziałyśmy sobie potem na kanapce, gadały, dziergały, oglądały wzory. Helena w dzierganiu jest równie skrupulatna jak w porządkach w domu. Nic nie robi z głowy, wszystko według wzoru, w dodatku trzyma się tego wzoru co do joty.
Ja to zaraz szukam opcji na skróty, modyfikuję i kombinuję.

Do dziergania oglądam Ozark i cieszę się, że już niedługo koniec, bo Wendy i Marty są coraz mniej sympatyczni. Najbardziej chyba lubię Ruth… i Darlene.
A przed spaniem czytam rosyjską baśń czyli Niedźwiedź i słowik. Inna. Ciekawa.

6/2022

Nie mam gorączki, coś jakby lekki katar, mięśnie-kości przestały boleć tak bardzo pod wieczór, noc przespałam od 22 do 3:30(magiczna godzina) a potem od 5:30 do 7:40.
A teraz czuję ból… pod uszami. I na szyi zauważyłam dziwne dolinki, jakby jakaś część napuchła. Ból jest na tyle silny, że wzięłam znowu paracetamol. Węzły chłonne?
Oczywiście ani wczoraj, ani dziś terminu na test nie zabukuję. Muszę czekać do jutra … No dobra, poczekam, bo wolę jednak wiedzieć czy przeszłam zarazę i na najbliższe kilka miesięcy mogę być spokojna czy jeszcze to przede mną.
No nic. Czekamy i obserwujemy rozwój sytuacji.

To teraz ten obiecany tekst.
Najpierw wyjaśnienie: Warsztaty… a raczej: warsztacik w którym brałam udział miał temat „Superpragnienie bohatera”
Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, ja np. nie wiedziałam o tym, że aby jakakolwiek opowieść miała sens jej bohater musi czegoś chcieć. (No, chyba że chodzi o biografię lub autobiografię to wtedy chyba nie?).
Jak przyjrzymy się najbardziej znanym powieściom, to zauważamy, że bohater/bohaterowie czegoś pragną. A cała fabuła opiera się na tym, że los/narrator ciągle rzuca bohaterowi różne kłody pod nogi.
Dla mnie jest to naprawdę odkrycie, bo wreszcie zrozumiałam czego brakowało moim bohaterom, że w którymś momencie utykali i nie wiedziałam co z nimi dalej robić.
Jako zadanie domowe Kasia Sz. poleciła wybrać jedno superpragnienie i pokazać je w krótkiej scence w której bohater namawia swojego kolegę na wagary.
Mój bohater pragnął być doceniony.

A oto mój tekst w wersji pierwotnej:

– Chudy, a czemu ty nie w szkole? – zaskoczony głos ojca przedarł się do świadomości zaczytanej dziewczynki.
– Na dwunastą mam – odmruknęła szybko, nie podnosząc głowy znad książki.
– A śniadanie jadłaś?
– Zaraz… tylko stronę skończę… –
Mężczyzna westchnął. Znowu „jeszcze tylko stronę”.
– Z głodu byś umarła przez tę swoją „jeszcze tylko jedną stronę”- zagderał choć trochę fałszywie. Bo tak prawdę mówiąc, to lubił się chwalić tym, że jego córki to takie mole książkowe, choć w codziennym życiu bywało to trochę uciążliwe. Zwłaszcza u młodszej,  zwanej Chudym. 
Podszedł i zdecydowanym gestem odebrał dziecku książkę zerkając na tytuł
– Pan Wołodyjowski… A nie znasz już tego na pamięć?
– Tatoooo – zajęczała prosząco – Daaaj…
Schował książkę za plecy.
– Jak zjesz. Mama ci kanapki zrobiła
– Ale tato,  Baśka ucieka przed Azją i muszę przeczytać czy ucieknie, przed szkołą, wiesz…
– Przecież to znasz i wiesz jak będzie – droczył się. – Oddam jak zjesz.
– A nie mogę czytać przy jedzeniu?
Zgodził się, bo zaczytana zjadała więcej niż pół kromki. Pomaszerował do kuchni. Dziecko poszło posłusznie za nim. Chwilę później pił herbatę i patrzył na małą, chudą rękę dziewczynki trzymającą ogromną, zdawałoby się, pajdę chleba z dżemem.
Dziwne dziecko. Skąd ona taka w rodzinie? Wiecznie z nosem w książce odkąd nauczyła się czytać. Ani przytulić się nie da, ani porozmawiać nie chce. Siedzi w jakimś kącie mieszkania, a potem wychodzi i ni z gruszki ni z pietruszki mówi coś od rzeczy. Najczęściej powtarza to, co usłyszała. Ile razy jej tłumaczyli, że nie wolno? Nie, zawsze wystrzeli z czymś, papla. Co w głowie to i na języku…
Przyszło mu coś do głowy.
– Chudy?
– … co?
– A może byś poszła dziś na wagary?
– Nie mogę, mam klasówkę z matmy.
– Umiesz?
– Nie wiem…
– No widzisz. Poszłabyś ze mną do pracy.
– A mogę z książką?
– Pewnie! Tam będziesz mogła cały dzień czytać. Tylko mamie nie mów – zastrzegł fałszywie.
– Nie powiem – obiecało dziecko.

Czekał do wieczora, ale żona nic nie wspominała. Ani wagarach, ani o tej pracy. Niemożliwe, Chudy nie wypaplał?
Sprzątał po kolacji, żona z papierosem siedziała nad krzyżówką przy kuchennym stole.
– Kasia coś ci mówiła? – zapytał żonę siląc się na lekki ton.
– Nie, a co?
– A nic, byłem w dzień w domu, dobrze że zaszedłem bo by znowu bez jedzenia poszła do szkoły.
– Nie, nic nie mówiła. Kasia! – zawołała matka w stronę pokoju – A czemu nie mówiłaś, że tata był rano w domu?
– Bo mu obiecałam!
Westchnął bezwiednie. Będzie musiał sam się przyznać, że go wyrzucili z tej znienawidzonej fabryki. Ale przecież już ma inną. Chyba nawet może tam lepiej zarobić. Może żona będzie wreszcie z niego zadowolona?

Powiedzcie mi czy wg was widać, że bohater (tata) chce zostać doceniony?

5/2022

Od dwóch dni boli mnie całe ciało. I głowa. I mam dziwny katar, który spływa do gardła, w związku z czym gardło też boli.
Ale test z nosa, wczoraj wieczorem: negatywny.
Co chwilę wącham moją chustę, którą systematycznie psikam Idole Lancome (prezent gwiazdkowy), ale wciąż czuję zapach.
Covid? Nie Covid?
W świetle pozytywnego testu męża, oraz tego okropnego bólu głowy i mięśni, to covid.
Boję się najbliższych dni.
Chyba zaraz popracuję, czyli wyślę raporty, których termin jest w poniedziałek, bo czy ja w poniedziałek będę miała siłę?
A wczoraj znowu wyciągnęłam maszynę i z resztek uszyłam sobie kolejny kwadracik.

A wcześniej poodkurzałam…
Nie wiem jak to się dzieje: jak się wezmę za porządne odkurzanie mieszkania to chwilę potem nachodzi mnie chęć na czynności wyjątkowo śmiecące. A to kapustę będę szatkować, a to kluski jakieś lepić, a ostatecznie będę szyć lub…kąpać psa.
Psa wykąpałam przedwczoraj. Czas już był najwyższy, bo śmierdziała, a futro miała jak nie wiem co. Teraz też nie wygląda lepiej, muszę ją wyczesać, szczotka wybierze resztkę starej sierści, i może wreszcie zacznie jej odrastać nowa. EM się upiera, że znowu ma lisi świerzb. Ja – że ona zimą zawsze tak brzydnie, jak zrzuca starą sierść. On mnie wysyła do weta, ja się upieram, że nie. Jak za miesiąc psu się nie poprawi – wtedy pójdę. Póki co daję surowe jajko lub olej. I trzeba czesać.
A jeszcze w sprawie tego kwadratu.
Te szmatki to naprawdę skraweczki, takie nie większe niż 20 -30cm długości i 10cm szerokości, w najszerszym miejscu. To pozostałość po szytej kilka lat temu girlandzie dla Zuzi. Może wyścibolę z tego jeszcze jeden kwadrat, może z serduszkiem, ale na więcej nie ma co liczyć.
W moim mieście sklepu z tkaninami w zasadzie nie ma. Jest jeden, obok sklepiku z włóczkami, ale tam sprzedają głównie te małe, patchworkowe kwadraciki. Takie 25cmx25cm. Za 50 lub 75kr. Podczas gdy w normalnym sklepie 1 metr tkaniny bawełnianej o szerokości 140cm kosztuje mniej niż 200kr.
Drugi sklep jest w Stenhammar. To w zasadzie dzielnica mojego miasta, osiedle willowe. Ale nie lubię tam jeździć, bo sklep obsługuje jedna osoba. Zawsze trafiam na jakąś mamę łyżwiarki/gimnastyczki która długo z namaszczeniem wybiera materiały na nowy strój dla córki. W życiu nie myślałam, że to tak wygląda! A to może ten z tym…przykładają, mierzą, kombinują… Trwa to i trwa…
Czasem się też trafi krawcowa hobbystyczna i też a może do tej dzianiny taki ściągacz lub taką taśmę…
Naprawdę nie mogą sobie same popatrzeć co leży na półkach i dopasować? Inna rzecz, że i ta właścicielka dziwna. Widząc, że ktoś stoi i czeka- też klient przecież!- mogłaby na chwilę odłożyć dywagacje i mnie obsłużyć, zwłaszcza jak w rękach trzymam belę wybranej tkaniny…
Nie, to jest szwedzki model biznesu: mam czas dla tylko jednego klienta. A że nie ma konkurencji, to albo poczekasz, albo twoja strata.
Wciąż nie mogę odżałować likwidacji Stoff and Stil w Goeteborgu. Sklep był na Bäckebol, blisko Ikea, w dużym centrum handlowym.
Jak byliśmy na zakupach, eM zajeżdżał do System Bolaget, po jakieś tam piwo, to ja mogłam sobie pobuszować w szmatkach.
Było taniej niż u mnie w mieście i ogrom, naprawdę, ogrom do wyboru.
Ych…
Chyba muszę się rozejrzeć po sąsiednich mieścinach, ale kurde no. Jechać 50km żeby zobaczyć czy znajdę tam szmatkę taką jakiej mi akurat trzeba? To już taniej wyjdzie ten kwadracik za 75kr …
W second handach też człowiek za wiele nie znajdzie, bo coraz mniej się tam pojawia ubrań z dobrej jakości tkanin. Zwyczajnie: w sklepach są niemal wyłącznie dzianiny, to skąd potem miałyby się wziąć tkaniny. Kombinowałam z koszulami męskimi, ale to rzadkość, w dodatku są najczęściej jednobarwne, w stonowanych kolorach i, niestety, zazwyczaj z dodatkiem czegoś sztucznego.
Ale second handy to jest jakaś alternatywa…
No w tym tygodniu sobie nie pobuszuję, niestety. A szkoda, bo łapy świerzbią do szycia.
Jak to jest, że gdy któregoś dnia pomyślałam sobie „jak oni to szyją, to muszą być jakieś sposoby że im te patchworki tak się równo schodzą” to zaraz znalazła mnie Basia a jej Kolorowy Blog przybliżył mi o co chodzi z tym szyciem… Proś, a będzie wam dane?
Sweter bez szwów nadal w robocie: walczę z rękawami. Nie lubię takiego robienia wąskiego kanału, na okrągło. Następnym razem zrobię najpierw rękawy, a potem tułów.
Oczywiście usiłuję przy dzierganiu coś oglądać… Obejrzałam Biały Lotos i nie wiem o co chodzi z tymi zachwytami. Albo nie zrozumiałam, albo … Nie wiem.
Obejrzałam pierwszy odcinek „Ja wam pokażę”. Stare, ale nie, nie, nie jare. Matko, jak z tak dobrej książki można było zrobić coś tak głupawego? To już wolę wersję z Grażyną Wolszczak i Pawłem Delągiem. Jest chyba bliższa prawdziwego życia…
Poza tym czytam Różę z Wolskich i, niestety, coraz częściej przerzucam kartki, bo tylko „ble, ble, ble”. Nudny jest zwłaszcza wątek współczesny. I ta inwentaryzacja każdej postaci: wzrost, waga, kolor oczu i włosów, ubranie, postura…
Chyba za dużo wyniosłam z tych kilku lekcji pisania 😉
A do snu słucham Kirke. I o matko! TAK! Takiej literatury szukam. Cudowna! Pełna emocji, barwna, z bohaterami tak bardzo ludzkimi.
To tak chcę pisać!
A to jest niełatwe.
O. Kto chce przeczytać mój tekst napisany w ramach ćwiczenia „superpragnienie bohatera”? Wrzucić? Bo właśnie wczoraj dostałam feedback od Kasi Szyszko. (Subtelnie się chwalę u kogo się uczę)
Pobawimy się? Ja wrzucę, wy mi napiszecie co wg was myśleli sobie bohaterowie, ja wam powiem co ja chciałam pokazać. Takie ćwiczonko, chcecie?

4/2022 Pamiętnik zarazy

Żyjemy.
eM kaszle, ale ma się coraz lepiej. Ja – nadal nic, choć dziś bardzo bolą dłonie i plecy. To może być początek, ale może być też reakcja na stres… Nie robię testów co chwila, bo to bez sensu, poczekam …Może jutro- pojutrze? eM ma jutro rano taki oficjalny test, w przychodni, wyniki pewnie za dwa-trzy dni, zobaczymy.
Gorzej z Misią: oni w piątek mieli lecieć do Malagi na miesiąc. Z Zuzu. To znaczy Zuzu miała lecieć tylko na dwa tygodnie, bo tylko na tyle zgodziła się szkoła. A tu ZONK. Misia pozytywna, Mel -nie. Zuzu póki co u ojca.
No i lipa. Zobaczymy co dalej.
Izolujemy się od Yankiego: on, też jutro, ma drugą dawkę szczepienia dopiero. Pierwszą przyjął już dawno, a potem się okazało, że jakieś komplikacje i został nie szczepiony aż do teraz.
Siedzę w domu, jak zawsze, wczoraj wieczorem zrobiłam zapasy na kilka dni, żeby nie latać i nie siać wirusa. W zasadzie nie powinnam, ale nie mam żadnych objawów, umyłam ręce przed wyjściem, dwukrotnie spryskałam spirytusem i wtarłam go dokładnie, starałam się nie brać do ręki niczego niepotrzebnego, kasjerkę oddzielała ode mnie pleksa.
A teraz siedzę w domu. No, ale pies się sam nie wyprowadzi.
Rano poszłam ja, po południu eM.
Zdążyliśmy się złapać wczoraj za grzywki i w domu panuje milczenie… Nie ma sensu tego roztrząsać…

W niedzielę wyciągnęłam maszynę do szycia, bo chciałam spróbować szycia po numerkach. U Basi, która już prawie nie pisze, niestety, znalazłam wzorek, który zmałpowałam.
Wyglądało na proste, ale takie nie było. W końcu, jak już wszystko zawiodło przeczytałam instrukcję Basi…potem wykminiłam, że to się doszywa i wtedy odwraca… Potem już było łatwo. W try miga uszyłam dwa serduszka.

Resztę niedzieli spędziłam na kopaniu w internecie żeby znaleźć jakieś wzory darmowe, ale dupatam. Za to na etsy znalazłam takie cuda:

A w innym miejscu, tu: https://www.patterntrace.com/free-foundation-piecing-projects/ całą broszurę PDF z wzorami na motyle, o takie:

Jednego nawet zaczęłam, ale ludzieeeee… to jest wielkości prawdziwych motyli! To trzeba mieć rączki sprawne, nie sztywne, i oko dobre i wprawę. Ale kiedyś się wezmę, jak tylko rozkmnię jak powiększyć wzór i zachować proporcje.
Poza tym skrobię w kajeciku jaki dostałam od Kasi z Klippan. Skrobię ołówkiem i to jest jednak najlepszy sposób na pisanie.
Czy coś z tego będzie – nie wiem, ale samo zapisywanie zdań i obrazów daje mi satysfakcję.
Zima pokazuje swoje najzłośliwsze oblicze. Mało śniegu, temperatura -0 lub +0. W dzień skacze pół stopnia powyżej – wszystko lekko rozmarza. W nocy spada lekko poniżej zera – i robi się lód. Ludzie poruszają się krokiem posuwistym. Rozważam zakup kolców na buty, ale to zawracanie głowy, bo na kolcach dobrze się idzie po lodzie, ale betonie albo sklepowych kaflach można pojechać.
Idealne byłyby buty jakie kiedyś miałam, takie ze specjalnym wihajstrem z kolcami. Podnosiłam nogę, podważałam kluczem, obracałam – i gotowe, noga uzbrojona w kolce. Potem równie szybko się te kolce chowało. Niestety: zawiasik się wyrobił już chyba po pierwszej zimie i wihajster odpadł w jednym bucie. Szkoda.
Wiem, że są w klepach takie, ale nie będę kupowała kolejnej pary, skoro kilka dni temu kupiłam jedne. Skórzane, dobrej firmy, zachciało mi się być elegancką. I teraz na spacerze w Tośką zadaję szyku: w spodniach dresowych, ale za to w eleganckich butach.

Taaak.
Padłam chwilę po 20. Po 22 się wybudziłam. Do 23.30 słuchałam „Kirke” Madeline Miller. A teraz chyba wezmę Różę z Wolskich i zobaczę czy dam radę czytać czy mnie zmuli.
Problem w tym, że to nocne czuwanie jest takie „ani spać, ani wstać”.
Czytać się nie da, ani nic innego. Spać też nie.
Snuję się potem w ciągu dnia rozbita, zmęczona, nie do życia.
Polska melatonina nie działa, niestety