30. Ale jednak: wiosna, panie sierżancie

Umówiliśmy się z Misią, Zuzu i Melem i pojechali na Läckö. Na grilla/ognisko.
Było słonecznie, choć dość rześko. Od wody pizgało zimnem ciągnęło przyjemną bryzą. Ale przy ogniu było miło. Choć biednemu to dym zawsze w oczy.
Z tej okazji zjadłam nawet trzy małe frankfuterki z ognia. Oraz pół kiełbasy. Oraz przypaloną bagietkę czosnkową, z serem.
Troszkę fotografowałam. Ale summa summarum wszystko sprowadziło się do szamania mięcha… Taki urok grillowania.
Na koniec naraziłam się mojej córce i podlizałam wnuczce. Bo…
No bo to było tak: Zuza narzekała, że jej zimno, więc w ramach rozgrzewki poszłyśmy do toalety przy parkingu. W niejakim oddaleniu od wody bryza przestała być odczuwalna, natomiast na plan pierwszy wysunęła się moc marcowego słońca. Mówiąc po krótko: było bardzo ciepło. Usiadłyśmy więc z Zuzu na ławeczce przy kibelku i delektowały ciszą i ciepłem. Po chwili zarządziłam powrót.
Zuzu jęknęła, że ona już chce do domu. Ja też chciałam. Powiedziałam jej, że za chwilę będziemy się zbierać. Na co Zuzu:
– Nie, bo oni zaraz będą „a chodźcie się jeszcze przejdziemy” – zmieniła głos i jakbym moją córkę usłyszała.
Oni to mama i Mel.
– Nie, no co ty, nie idziemy nigdzie, jedziemy zaraz do domu.
– To ty ich nie znasz! – postraszyła mnie.
– Trochę znam… I wiem, że jakbyś ironicznie rzuciła tekstem „a może jeszcze na piechotę na Läckö?” to oni: mama, dziadek i Mel natychmiast by odpowiedzieli radośnie: dobra, tylko buty włożę.
(Nadmieniam, że do w/w miejscowości z domu jest jakieś 23km).
– No właśnie!- przytaknęła mi Zuzia – Zobaczysz..!
Wróciłyśmy.
A tam propozycja… nawet nie. INFORMACJA: pakujemy wszystko i idziemy się przejść.
Zuzu tylko na mnie spojrzała i zrobiła minę.
– Zwariowaliście? Ja tam nigdzie nie idę. Mało wam natury?
Dziecko moje osobiste patrzyło na mnie z naganą. Partner mojego dziecka raczej bez nagany, a z naciskiem. To znaczy usiłował wywrzeć presję moralną. Mąż usiłował mi wmawiać, że chodzi o dobra Tosi.
– To wy sobie idźcie z Tosią, a my posiedzimy z Zuzu na słoneczku koło kibelka.
Tosia miała w odwłoku, bo zajęta była szukaniem czy da się jeszcze jakąś kiełbasę zwędzić, ale znając ją wiedziałam, że jej zdanie jest jedno: tam spacer, gdzie mamusia. EM też wiedział, że jak ja zostanę, to Tosia po 10 metrach zamieni się w kamień i co jej zrobisz? Tym samym miał bardzo dobry argument.
Byłam twarda.
Prawdę mówiąc to mi się nie chciało, bo już wokół ogniska narobiłam jakieś 10tys kroków i marzyłam tylko o tym by usiąść i podeprzeć plecy. Które znowu bolą. A raczej nie plecy, tylko prawy bok, wokół biodra. Stale, od tygodnia.

Oni poszli, a my z Zuzu usiadłyśmy na ławeczce, w promieniach słońca. Tosia oczywiście z nami. Zuzu z westchnieniem ulgi zdjęła buty.
A eM mi potem powiedział, że dobrze, że nie poszłam, bo Młodzi narzucili tempo…
Wiedziaaaaałam…

A Tosia wczoraj skończyła 7 lat.

Zamek Läckö. A na wodzie jeszcze resztka lodu.

Misia steruje dronem.

Misia na cypelku, grzeje się na słońcu.
W lesie jeszcze zielone nie wyłazi, królują zeszłoroczne, wyblakłe wrzosy
…i paprocie

A po powrocie do domu wszystko wrzuciłam do prania bo przesiąkło dymem.