Idzie luty -podkuj buty. Ano.
Już było wiosennie, już ludzie wrzucali fotki przebiśniegów…i łup. Spadł śnieg. No bo kto wierzy, że w lutym, w Szwecji zacznie się wiosna? O nie, nie. Jeszcze co najmniej 45dni.
Spadł zdrajca nocą i cicho legł
Kiedy nad ranem tak dobrze się spało
spaść musiał ten biały drań…
Ktoś tu jeszcze pamięta ten zacny przebój?
…lubię piosenki Andrzeja Rosiewicza…
Plecy bolą nadal. Oraz żołądek.
Bo tak: napisałam do mojej przychodni, że chcę receptę, dlaczego, na co i czemu dokładnie na ten lek.
Ale do późnego popołudnia nikt się do mnie odezwał.
Chodziłam/siedziałam obolała, zła jak osa, oberwało się nawet Tosi i Basilowi. Zaczęłam kombinowac czy by na akut czyli ostry dyżur nie pójść, ale perspektywa siedzenia kilku godzin na krześle w poczekalni, w dodatku w maseczce mocno mnie zniechęcała. Wreszcie przypomniałam sobie, że od czasu pandemii w Szwecji zaczęła działać instytucja lekarza online, przez aplikację.
Czy ja mówiłam, że w Szwecji praktycznie nie istnieje prywatna opieka zdrowotna? Są oczywiście stomatolodzy, optycy, fizjoterapeuci, psycholodzy – ci ostatni: mało, drogo i bez możliwości wyboru metody.
Ale żeby chodzić prywatnie do ginekologa/kardiologa/alergologa… Nie ma opcji. Może gdzieś w dużych miastach są takie gabinety, ale nie u mnie.
No więc są lekarze online, ba! jest nawet specjalna aplikacja do zdrowia psychicznego.
Ściągnęłam sobie jedną z tych aplikacji, zalogowałam się i natychmiast ktoś zaczął mnie wypytywać czego chcę. Był to chyba automat, bo po moich odpowiedziach wyskakiwały następne pytania, a odpowiadać mogłam jedynie poprzez wybieranie odpowiedzi. Na koniec automat poprosił mnie o poczekanie na lekarza. Czekałam pół godziny, ale we własnym fotelu, więc naprawdę nawet w prywatnym wypasionym gabinecie nie byłoby mi lepiej. Korzonki jak wiadomo to coś czego się nie da pokazać. Odezwała się wreszcie jakaś pani wypytała mnie co i jak, skąd wiem, że to to co mówię, nałgałam, że miałam dawno temu to wiem. Zgodziła się wypisać mi ten nieszczęsny voltaren, uprzedziła tylko, że od niego też może boleć żołądek. Recepta oczywiście elektroniczna, więc nawet nie wiedziałam co na niej jest.
Już się ucieszyłam, że największą trudność pokonałam. Poleciałam do najbliższej apteki… NIE MA VOLTARENU w kapsułkach! Nie istnieje. Nie w Szwecji . Pani za szybką miała minę „ach ci cudzoziemcy”, ale sprawdziła, powiedziała, że ona widzi, że voltaren w tabletkach jest w innych dwóch aptekach.
Pojechałam do tej największej, koło ICA.
A owszem, jest, ale VOLTAREN T który w jakiś sposób różni się od zwykłego voltarenu. A zwykłego – nie ma. Jest diklofenak. Nie, nie mogę dostać voltarenu T bo to inny lek i nie mam tego na recepcie.
Prawie dostałam histerii w aptece. Przy czym kobieta to jakaś idiotka bo nasz rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
Ona: Ale ty koniecznie chcesz voltaren?
Ja: TAK!
– Ale diklofenak to to samo.
– Nie, to nie jest to samo.
– To samo
– Słuchaj…Ibuprofen i Ipren to to samo? – pokazałam w stronę półek gdzie rzeczone specyfiki stoją
– Tak.
– A właśnie, że nie. Od Iprenu boli mnie żołądek. Od ibuprofenu – nie.
To samo z sumatripanem. Od jednego czuję się bardzo źle, drugi, innej firmy – mi pomaga.
– No to ja nie mam volterenu. Mam tylko diklofenak. Ale mam voltaren T
– To mi go daj.
– Nie, bo nie mogę. Lekarz nie napisał, że mogę zamienić na inny. Masz diklofenak 25mg na receptę. O, mam voltaren 50mg.
– To mi go daj. Podzielę tabletkę.
– Nie mogę, masz 25mg.
(grrr, to po kiego mi mówisz?!)
– Lloyd ma voltaren.
– 25mg?
– A nie, tego to nie wiem…
I tak przez kilkanaście minut.
Miałam ochotę gryźć.
Wzięłam ten diklofenak w nadziei, że okaże się łaskawy dla mojego żołądka.
Ale wróciwszy do domu, znowu uruchomiłam aplikację i napisałam czy by mi mogli dopisać na recepcie ten voltaren T. Nie mogli. Ale dali drugą receptę na ten specyfik.
Diklofenak nie jest łaskawy dla żołądka, ale ból uśmierza rewelacyjnie. Na tyle, że zaczęłam już szukać jakie ćwiczenia należy wykonać w takim przypadku, bo już mija tydzień, a nic nie lepiej, więc samo nie przyjdzie. EM też wciąż obolały.
Wczoraj, po południu oddzwonili wreszcie z mojej przychodni. Zapomniałam odwołać. Powiedziałam, że już mam co mi trzeba i że przepraszam. Pani mi tylko powiedziała, że powinnam się zgłosić do fizjoterapeuty… Powiedziałam, że wiem. Ale NIE MAM ZAMIARU. Poszukałam sobie ćwiczeń na YT. Tak rozćwiczyłam rękę jak zaniemogła. I łopatkę jak znowu zaczęła boleć. Nie będę się umawiać na jakieś ćwiczenia, gdzie wizytę umówią mi za 2 tygodnie.
Trzeba znowu wrócić do regularnych ćwiczeń. Jakaś joga lub pilates…
A w tle znowu się wstydziłam za moją histerię w aptece.
I znowu usiłowałam zgłębić dlaczego w niektórych sytuacjach reaguję w taki sposób. I wyszło mi, że to ta moja autystyczna część tak reaguje wtedy, gdy coś co miało się prosto rozwiązać a się komplikuje.
Muszę się nauczyć jak sobie radzić w takiej sytuacji…
Tak więc czeka mnie znowu wizyta w aptece.