15. Tosia i Zuzu

Wkładałam buty. Tosia podeszła na ugiętych łapach, jakby się skradała. Głowę i ogon niosła nisko. Z tej przygiętej pozycji rzuciła mi kilka pytających spojrzeń. Roześmiałam się.
– A ty co? Ubieraj się! – zażartowałam a ona zrozumiała. Wyprostowała się cała, stanęła na wysokich łapach, biały czubek ogona zaczął rysować uśmiechy. Poklepałam po wielkiej głowie, a wtedy ona zaczęła dreptać wokół mnie tam i z powrotem, bo roznosiła ją radość.
Sięgnęłam po szelki.
– Chodź. Pójdziemy po Zuzię.
Znieruchomiała. Przekrzywiła głowę, zastrzygła uchem, znowu poszukała moich oczu.
– Tak, Zuzia dziś przychodzi.
Zaczęła dreptać szybciej, kręcić się wkoło, podbiegać do drzwi i z powrotem do mnie.
– No chodź już, chodź!
– Już, jeszcze tylko cukierki.
– Cukierki? -zatrzymała się. – Chcem. Daj.
Dałam.
Poszłyśmy.
Niebo było niebieskie, zachodnie słońce już kładło długie cienie, ale jeszcze było nad czubkami drzew.
Najpierw długą, prostą ulicą, wzdłuż budynku sklepu. Potem, na parkingu skręt w lewo, potem w prawo: do przejścia dla pieszych. Tosia zatrzymała się by powęszyć, ale nie dałam.
– Chodź, nie mamy czasu, Zuzia na nas czeka.
Przyspieszyła kroku. Prawie biegiem przemierzyłyśmy ulicę. Na trawniku pod starą wieżą ciśnień znowu zaciekawiły ją zapachy. Pozwoliłam jej powęszyć, poobsikiwać wybrane miejsca. Potem przypomniałam:
– Idziemy po Zuzię
Znowu prawie biegła, na światłach koło Tinghuset musiałam ją zatrzymać, bo gotowa była wbiec na czerwonym. Zielone z miarowym stukaniem poderwało ją znowu do biegu
– Chodź, chodź szybciej, Zuzia na nas czeka – gromiła mnie spojrzeniami „przez ramię”.
Pod rozłożystym bukiem, już w parku, utknęła z nosem przy ziemi. Znowu znęciły ją jakieś zapachy. Kręciła się w kółko, coś węszyła, szła przed siebie, zawracała. Przygotowałam woreczek. Wreszcie kucnęła.
– Skończyłam – drapnęła kilka razy tylnymi łapami.
Posprzątałam, wyrzuciłam psiej latryny.
Sprawdziłam godzinę.
– No teraz już idziemy. Do Zuzi! – powiedziałam.
Jeszcze się nie spieszyłyśmy za mocno, jeszcze pozwoliłam jej powęszyć przy pustych klombach, przy kępie rododendronów i popiersiu jakiegoś darczyńcy.
Na most weszła trochę zdziwiona. Popatrywała na mnie pytająco, czy aby na pewno wiem co robię. Bo przecież szkoła muzyczna jest w inną stronę, a ostatnio tam ze mną odbierała Zuzię.
– Chodź, chodź – uspokoiłam ją. Ale wciąż się oglądała za siebie, potem na mnie i zwalniała kroku.
Kolejne światła. Na drugiej stronie ulicy przyspieszyła tak, że musiałam za nią prawie biec.
Znowu się na mnie obejrzała, tym razem z naganą.
Przy szkolnym podwórku, leciała wzdłuż płotu, z trudem udało mi się ja zatrzymać. Kręciła się niespokojnie i fukała.
– Chodź, pójdziemy do bramki. – próbowałam ją zawrócić. Owszem zawrócić się dała, ale to wszystko. Położyła się na chodniku.
Przykucnęłam, krzywiąc się i sapiąc z bólu.
– Tosia, Zuzia jest tam – pokazałam ręką, pilnując by gest wykonać w polu jej widzenia. Wstała. – Pójdziemy tam? – upewniłam się.
Poszłyśmy.
Stałyśmy potem przy płocie, kilka metrów od bramki.
Przeszła mama w chuście z trójką dzieci. Dzieci popatrywały na Tosię z ukosa, wyraźnie usiłując zachować od niej jeszcze większy dystans.
Wyszedł ciemnowłosy chłopiec i wsiadł do auta.
Wyszła dziewczynka w chuście, mniejsza od Zuzi.
Wyszła kolejna dziewczynka. Ciemnowłosa, śniada. Na widok Tosi zwolniła.
A Tosia się naraz spięła, fuknęła, pisnęła. W drzwiach stanęła kolejna dziewczynka. Tosia szczeknęła. Krótko, wysoko. Dziewczynka pomachała. Wiatr zatańczył w jej brązowych włosach, rozdmuchał modne dziury w dżinsach. Tosia już gotowa była biec, ale ja zatrzymałam. Śniada dziewczynka zatrzymała się, poczekała aż Zuzia ją minie. Odczekała jeszcze chwilę.
Zuzia przeszła przez bramkę i wtedy już mogłam puścić smycz.
W podskokach, kręcąc ogonem młynka Tosia pobiegła do Zuzi. Dała jej buziaka mokrym nosem, potem kręciła się wokół niej fukając i sapiąc. Zuzia ujęła smycz, a Tosia karnie stanęła przy jej boku.
Podeszły do mnie i wreszcie mogłam przytulić wnuczkę.


(Śniada dziewczynka tkwiła za bramką. Wreszcie zdecydowała się przez nią przejść… a raczej przebiec. Tosia ją ignorowała. Ale dziewczynce nikt tego nie wytłumaczył. Tak samo jak nikt jej nie wytłumaczył, że gdy będzie biegła -paradoksalnie zmniejszy swoje szanse na ucieczkę.
Przyszło mi do głowy, że w szkołach powinny być spotkania z psami dla dzieci arabskich. Żadne inne dzieci nie wykazują zbiorowej histerii na widok psa. Dzieci Europejczyków i Azjatów czasem psy ignorują, ale najczęściej są zaciekawione, często pytają czy mogą się przywitać.
W sumie – biedne te arabskie dzieciaki w Szwecji, gdzie jest tak dużo psów.)

Odebrałam smycz, bo 40kg troszkę nie za dobrze wychowanego psa + 25kg dziewczynki to nie jest dobre połączenie, i ruszyłyśmy do domu. Tosia pomiędzy nami. Tosia z boku obok Zuzi. Tosia z boku obok mnie. I tak kręciła się między jakby rysowała znak nieskończoności.

12. -4 ale nie, już nie wieje

Niebo błękitnieje. Sztorm przegnał chmury.
Mój dawny kolega z fotoklubu zrobił wczoraj takie zdjęcie znanej wam latarni.
Cudowne moim zdaniem.
No, Peter był moim ulubionym fotografem w klubie.

Plecy nadal bolą jak jasna cholera. Najbardziej rano, potem w ciągu dnia ból jest rozchodzony, więc łatwiej. Gorzej, że skończył nam się zapas voltarenu w kapsułkach. A w Szwecji i kapsułki i tabletki są na receptę. Napisałam żebraczego maila do lekarza, może mi da receptę. Pytanie tylko: KIEDY?
Chciałam kupić w aptece wysyłkowej, ale zdaje się, że jest zakaz wysyłania takich leków, które w kraju docelowym są tylko ze wskazań lekarza. Noż kurde, komu poczciwy voltaren przeszkadza?
Jako ostateczną ostateczność mam w domu oxicodon. Został po ostatniej operacji mojego męża. Ale ponieważ to lek opioidowy i może uzależniać, to …jest na samym końcu możliwości.
Od razu uprzedzę wszystkie życzliwe dusze: nie da się wysłać pocztą. Nie dojdzie. Próbowałam. Można jedynie przemycić przez osobę jadącą do Szwecji.
Na pociechę powiem, że właściciel polskiego sklepu obiecał, że w razie czego może mi kupić. No, ale to dopiero za tydzień. I będzie trzeba znowu pojechać te 100km.
Mówię „znowu” bo byliśmy wczoraj. Najpierw zaliczyliśmy sklep, a potem lotnisko, by odebrać Zuzu, którą Mel odwiózł z Malagi.
Mel, kochane dziecko, przeleciał całą Europę z Zuzu, przekazał nam ją na lotnisku i poszedł się znowu odprawiać bo wracał do Malagi via Paryż. W ciągu jednego dnia.
Zuzu wyszła zapłakana, bo znowu, jak w drodze do Rygi, rozbolały ją zatoki. Znowu ma lekki katar. Zastanawiam się, czy podanie kropli do nosa przed lotem nie pomogło by jej następnym razem. Z lądowaniem w Goeteborgu jest trudno, bo tu odczuwalne schodzenie trawa jakieś pół godziny. I dzieją się jakieś dziwne rzeczy z ciśnieniem czy czymś. Ja zazwyczaj nie choruję, ale lądując w Gbgu często czułam/czuję nudności lub ból głowy, zatykanie uszu, na które nie pomaga przełykanie śliny.
Noc za to była wesoła.
Zuzu zasnęła u siebie, ale o trzeciej przyszła z chlipaniem, że tęskni za mamą. Przytuliłam, zrobiłam miejsce na łóżku, poprosiłam Tosię, żeby się łaskawie nie rozwalała. Chwilę potem było
-Mrrryt…?-
Zawołałam Basila, a on przyszedł.
No i mieliśmy komplet. Zuzu jeszcze lekko chlipała, ale jak powiedziałam, że jeszcze tylko dziadka nam tu brakuje zaczęła chichotać. Chyba naprawdę powinnam dokupić drugie łóżko i zrobić lotniskowiec w sypialni.
Poczekałam aż Zuzu zaśnie i cichutko przeniosłam się na jej miejsce. Nie umiem z kimś spać.
Do zasypiania włączam sobie teraz Polska Piastów Pawła Jasienicy. Mógłby ten lektor się nieco mniej aktorko wyżywać, ale już rozumiem to uwielbienie wielu ludzi dla autora. Wiedziałam, kurde, wiedziałam! Że historia nie jest nudna.

A w chwilach wolnych, uszyłam kolejne ptaszki.

Chyba nie było?
Te ślimaczki na czarnym tle są złote, a tło kratki- lekko żółtawe.

Basiu, zobacz, że robię postępy! Odkryłam, że trzeba wzór wycinać z papieru takim samym zapasem. A potem spiąć szpileczką i lekko przyfastrygować.

i kolejne serce.

Te serduszka to genialny sposób na wykorzystanie najdrobniejszych resztek tkanin. Szyje się szybko i bez komplikacji.

Poza tym nauczyłam się robić skarpetki od palców z piętą rzędami skróconymi według tych filmów:

Te skarpetki to REWELACJA! Robi się szybko, prosto, w dodatku można a nawet wygodniej jest robic na normalnych drutach z żyłką. Warunek: żyłka musi być dość długa i giętka.
Do skarpetek natchnęła mnie Helena, która odwiedziła mnie w piątek. Przeprosiłam za to, że nie posprzątane. Tośczyne kłaki walają się po całym domu, ale nie miałam siły walczyć z odkurzaczem z obolałymi plecami. Bo ja mogę siedzieć, ale chodzenie, schylanie się, ciąganie, podnoszenie różnych rzeczy sprawia mi ogromny ból.
Helena, która wciąż walczy z depresją i syndromem wypalenia, ucieszyła się, że to tak fajnie spotykać innych, u których też nie jest idealnie.
Dzięki Helena, pomyślałam, ale u ciebie jest jakoś tak porządniej nawet jak nie posprzątasz niż u mnie, nawet gdy się do sprzątania przyłożę.
Bo prócz mojej własnej ułomności w zachowywaniu porządku, mam jeszcze męża, który w tej kwestii jest jeszcze gorszy niż ja. Czasem się zastanawiam jak wyglądałoby mieszkanie gdyby mój mąż mieszkał sam.
Nie powiedziałam jej tego :D.
Siedziałyśmy sobie potem na kanapce, gadały, dziergały, oglądały wzory. Helena w dzierganiu jest równie skrupulatna jak w porządkach w domu. Nic nie robi z głowy, wszystko według wzoru, w dodatku trzyma się tego wzoru co do joty.
Ja to zaraz szukam opcji na skróty, modyfikuję i kombinuję.

Do dziergania oglądam Ozark i cieszę się, że już niedługo koniec, bo Wendy i Marty są coraz mniej sympatyczni. Najbardziej chyba lubię Ruth… i Darlene.
A przed spaniem czytam rosyjską baśń czyli Niedźwiedź i słowik. Inna. Ciekawa.

10. 2022

Spanie sekwencyjne – tak nazwała ten stan jedna znajoma i to jest to.
Przestanę boje kruszyć, jest jak jest. Szczęście pracuję w domu, sama sobie jestem szefem, to co się będę zabijać.
Zasnę o 21. Pośpię do 2. Potem wstanę, popracuję, ogony nadgonię, może książkę napiszę, jak mnie zmuli pójdę znowu spać.
Szczęście, że Tośka na stare lata też nie wstaje przede mną, póki śpię – śpi i ona. Najczęściej jest tak, że ja dopijam kawę a ona dopiero martwą powiekę rozkleja. Nie to, co kiedyś,gdy wstawała według zegarka, złaziła z łóżka tylko po to, by stanąć koło mojej twarzy i mi pufać w nos
„Mamaaaa, kiedy wstaniesz?” „Mamaaaaa…chodź na spacerek”.
Teraz, gdy poczuje, że ja wstaję rozwala się na całego w moim naszym łóżku. Choć prawdziwiej byłoby napisać, że rozwala się JESZCZE BARDZIEJ. Ostatnio sypia centralnie na środku łóżka. W poprzek, żeby dla mnie broń boże za wiele miejsca nie zostało. A jak jeszcze przyjdzie Basil to się robi naprawdę ciekawie.
Basil musi leżeć na kołderce. Na dokładnie tej kołderce jaką nakrywa się mamusia. I jeszcze najchętniej: w zagięciu ciała, najlepiej pod kolanami. A Basilek malutki waży jakieś 5kilo, i weź se naciągnij kołdrę z leżącym na niej kotem, podczas gdy jakaś jej część zdążyła utknąć pod pieseczkiem.
Naprawdę nie wiem czy nie powinnam kupić drugiego łóżka i zrobić w sypialni lotniskowiec. Może wreszcie byłoby miejsce i dla mnie?
Ale w sumie, te cztery godzinki to można i w fotelu na siedząco, nie?
Maria Czubaszek tak sypiała i co? Ani na intelekt ani na urodę jej nie zaszkodziło.
Weekend minął.
A prawda, mam jakieś zdjęcia, muszę zobaczyć czy coś się nadaje. Byliśmy w niedzielę z Tośką na Läckö. Mgła była gęsta, wiatr o jeziora przenikliwy, ale połaziliśmy chwilkę. Jakoś ostatnio coraz częściej nie jeździmy na dalekie spacery. Może dlatego, że po 5 dniach łażenia z Tośką i rano i po południu zastrzegłam sobie prawo do zaniechania popołudniowych spacerów weekendowych. Te dwa popołudnia w weekend może się eM poświęcić dla pieseczka.
Dzięki czemu moja sobota i niedziela są nieprzerwanie dla mnie. Wtedy mogę rozłożyć się np. z szyciem, bo wiem, że nie będę musiała w połowie roboty odkładać wszystkiego bo trzeba psa przegonić.
A eMowi też dobrze zrobi jak dwa razy w tygodniu wyjdzie na świeże powietrze na dłużej niż 5minut. Usprawiedliwiam się.
I tak w niedzielę uszyłam sobie ptaszka.
O.

No pewnie, że lekko krzywo, nie zeszły mi się szwy jak trzeba, ale i tak strasznie mi się podoba. Wzorek kupiłam sobie na etsy.
Jeszcze sobie poćwiczę, uszyję następnego i następnego i (z niewielką pomocą koleżanki blogerki) nauczę się robić tak, by mi te szwy się schodziły.
Co ja z tego zrobię to inna sprawa.
Może zacznę szyć małe formy: podkładki, poduszki, torby na zakupy i będę bezczelnie sprzedawać? Albo rozdawać jako prezenty?
Skończyłam mój pierwszy sweter robiony od góry.
Zaraz go wypiorę, bo ostatnie dni leżał pod fotelem na podłodze, gdy nie dziergałam. A potem sfotografuję.
Sweter jest kombinowany, bo w połowie zorientowałam się, że na biuście jest za wąski i się nie zejdzie, a nie chciało mi się pruć, więc dołożyłam listwę.
Potem stwierdziłam, że dół mi się zawija, więc innym kolorem przedłużyłam ściągacz. Rękawy mi wyszły szerokie, bo nie mogłam się zdecydować czy zrzucać oczka czy nie…
Ale w sumie wygląda chyba nieźle. Zobaczymy po upraniu.
Dziergając oglądałam Ozark. O ile pierwszy sezon mi się nawet podobał to w kolejnym było już coraz gorzej… Teraz lecę 3 i z pewną ulgą zanotowałam, ze 4 będzie kończący.
Ogólnie rzecz biorąc – nudzą mnie te seriale. I wiele książek.
Strasznie mi trudno znaleźć coś co bym miała chęć zgłębiać.
Zaczynam podejrzewać, że może jestem przebodźcowana?
Może powinnam odstawić filmy fabularne i książki? Tylko co robić wtedy?
Może poczytać i pooglądać jakieś dokumentalne historie? A może skupić się na pisaniu tego, co zaczęłam?
…Póki co pooglądam zdjęcia.
Ooooo… Poprzednio wyciągnęłam aparat 6 stycznia, gdy zima jeszcze rządziła. Wtedy byliśmy na Stenbrott. A słońce już zachodziło.

Tosia strasznie nie chciała wsiadać do samochodu z powrotem.

A tu już „pozimie” ale jeszcze nie „przedwiośnie”

Tosia na odmianę czegoś się boi na pomoście. Może wiatr świszcze w szczelinach, może pomost drży… Kto to zgadnie, czemu sto razy weszła bez protestów a teraz nie.