Wkładałam buty. Tosia podeszła na ugiętych łapach, jakby się skradała. Głowę i ogon niosła nisko. Z tej przygiętej pozycji rzuciła mi kilka pytających spojrzeń. Roześmiałam się.
– A ty co? Ubieraj się! – zażartowałam a ona zrozumiała. Wyprostowała się cała, stanęła na wysokich łapach, biały czubek ogona zaczął rysować uśmiechy. Poklepałam po wielkiej głowie, a wtedy ona zaczęła dreptać wokół mnie tam i z powrotem, bo roznosiła ją radość.
Sięgnęłam po szelki.
– Chodź. Pójdziemy po Zuzię.
Znieruchomiała. Przekrzywiła głowę, zastrzygła uchem, znowu poszukała moich oczu.
– Tak, Zuzia dziś przychodzi.
Zaczęła dreptać szybciej, kręcić się wkoło, podbiegać do drzwi i z powrotem do mnie.
– No chodź już, chodź!
– Już, jeszcze tylko cukierki.
– Cukierki? -zatrzymała się. – Chcem. Daj.
Dałam.
Poszłyśmy.
Niebo było niebieskie, zachodnie słońce już kładło długie cienie, ale jeszcze było nad czubkami drzew.
Najpierw długą, prostą ulicą, wzdłuż budynku sklepu. Potem, na parkingu skręt w lewo, potem w prawo: do przejścia dla pieszych. Tosia zatrzymała się by powęszyć, ale nie dałam.
– Chodź, nie mamy czasu, Zuzia na nas czeka.
Przyspieszyła kroku. Prawie biegiem przemierzyłyśmy ulicę. Na trawniku pod starą wieżą ciśnień znowu zaciekawiły ją zapachy. Pozwoliłam jej powęszyć, poobsikiwać wybrane miejsca. Potem przypomniałam:
– Idziemy po Zuzię
Znowu prawie biegła, na światłach koło Tinghuset musiałam ją zatrzymać, bo gotowa była wbiec na czerwonym. Zielone z miarowym stukaniem poderwało ją znowu do biegu
– Chodź, chodź szybciej, Zuzia na nas czeka – gromiła mnie spojrzeniami „przez ramię”.
Pod rozłożystym bukiem, już w parku, utknęła z nosem przy ziemi. Znowu znęciły ją jakieś zapachy. Kręciła się w kółko, coś węszyła, szła przed siebie, zawracała. Przygotowałam woreczek. Wreszcie kucnęła.
– Skończyłam – drapnęła kilka razy tylnymi łapami.
Posprzątałam, wyrzuciłam psiej latryny.
Sprawdziłam godzinę.
– No teraz już idziemy. Do Zuzi! – powiedziałam.
Jeszcze się nie spieszyłyśmy za mocno, jeszcze pozwoliłam jej powęszyć przy pustych klombach, przy kępie rododendronów i popiersiu jakiegoś darczyńcy.
Na most weszła trochę zdziwiona. Popatrywała na mnie pytająco, czy aby na pewno wiem co robię. Bo przecież szkoła muzyczna jest w inną stronę, a ostatnio tam ze mną odbierała Zuzię.
– Chodź, chodź – uspokoiłam ją. Ale wciąż się oglądała za siebie, potem na mnie i zwalniała kroku.
Kolejne światła. Na drugiej stronie ulicy przyspieszyła tak, że musiałam za nią prawie biec.
Znowu się na mnie obejrzała, tym razem z naganą.
Przy szkolnym podwórku, leciała wzdłuż płotu, z trudem udało mi się ja zatrzymać. Kręciła się niespokojnie i fukała.
– Chodź, pójdziemy do bramki. – próbowałam ją zawrócić. Owszem zawrócić się dała, ale to wszystko. Położyła się na chodniku.
Przykucnęłam, krzywiąc się i sapiąc z bólu.
– Tosia, Zuzia jest tam – pokazałam ręką, pilnując by gest wykonać w polu jej widzenia. Wstała. – Pójdziemy tam? – upewniłam się.
Poszłyśmy.
Stałyśmy potem przy płocie, kilka metrów od bramki.
Przeszła mama w chuście z trójką dzieci. Dzieci popatrywały na Tosię z ukosa, wyraźnie usiłując zachować od niej jeszcze większy dystans.
Wyszedł ciemnowłosy chłopiec i wsiadł do auta.
Wyszła dziewczynka w chuście, mniejsza od Zuzi.
Wyszła kolejna dziewczynka. Ciemnowłosa, śniada. Na widok Tosi zwolniła.
A Tosia się naraz spięła, fuknęła, pisnęła. W drzwiach stanęła kolejna dziewczynka. Tosia szczeknęła. Krótko, wysoko. Dziewczynka pomachała. Wiatr zatańczył w jej brązowych włosach, rozdmuchał modne dziury w dżinsach. Tosia już gotowa była biec, ale ja zatrzymałam. Śniada dziewczynka zatrzymała się, poczekała aż Zuzia ją minie. Odczekała jeszcze chwilę.
Zuzia przeszła przez bramkę i wtedy już mogłam puścić smycz.
W podskokach, kręcąc ogonem młynka Tosia pobiegła do Zuzi. Dała jej buziaka mokrym nosem, potem kręciła się wokół niej fukając i sapiąc. Zuzia ujęła smycz, a Tosia karnie stanęła przy jej boku.
Podeszły do mnie i wreszcie mogłam przytulić wnuczkę.
(Śniada dziewczynka tkwiła za bramką. Wreszcie zdecydowała się przez nią przejść… a raczej przebiec. Tosia ją ignorowała. Ale dziewczynce nikt tego nie wytłumaczył. Tak samo jak nikt jej nie wytłumaczył, że gdy będzie biegła -paradoksalnie zmniejszy swoje szanse na ucieczkę.
Przyszło mi do głowy, że w szkołach powinny być spotkania z psami dla dzieci arabskich. Żadne inne dzieci nie wykazują zbiorowej histerii na widok psa. Dzieci Europejczyków i Azjatów czasem psy ignorują, ale najczęściej są zaciekawione, często pytają czy mogą się przywitać.
W sumie – biedne te arabskie dzieciaki w Szwecji, gdzie jest tak dużo psów.)
Odebrałam smycz, bo 40kg troszkę nie za dobrze wychowanego psa + 25kg dziewczynki to nie jest dobre połączenie, i ruszyłyśmy do domu. Tosia pomiędzy nami. Tosia z boku obok Zuzi. Tosia z boku obok mnie. I tak kręciła się między jakby rysowała znak nieskończoności.










