36. Tydzień minął

Kotu coś się stało. Zew natury albo coś …

„Ciągle polował po swoim pokoju:
To pies, to zając – między stoły, stołki
Gonił, uciekał, wywracał koziołki,
Strzelał i trąbił, i krzyczał do znoju”

Tak to mniej więcej wygląda. Problem w tym, że robi to w nocy.
Tośka zdegustowana hałasami idzie na gabinetową kanapkę.
Ja się obok niej na tej kanapce nie zmieszczę, więc muszę zostać.
Zamykam drzwi od sypialni, a wtedy ta czarna cholera koteczek najukochańszy wali w nie łapami z całej siły.
Zabiję kiedyś…

Zuzu była we czwartek.
Usiadłyśmy razem na łóżku i grałyśmy w urządzanie pokoi.
Ludzie nie mają gustu! Bo wiecznie przegrywamy. Wygrywamy tylko wtedy gdy zostawię wolną rękę Zuzu. A wtedy ona robi wszystko białe, jasno szare, a na ścianach wiesza te debilne obrazki z wielkim napisem LOVE.
Ło matko przecież to nudaaaa
Ale sobie gramy bo wreszcie to coś, co możemy robić razem. Pranki na YT mnie nie kręcą, przyprawiają co najmniej o ból głowy, szycie nie kręci jej i tak ciągle.
A jak już Zuzu usiadła obok mnie na łóżku, to Tośka porzuciła jedzącego kolację pańcia i przyleciała pilnować mamusi. Wlazła na łóżko, stanęła nad nami, wcisnęła jedną łapę pomiędzy nasze nogi i zaczęła wciskać następną. Zuzu nie chciała się posunąć, bo babcia jest przecież jej. Im bardziej się Tośka między nas wciskała, tym bardziej Zuzu przyklejała się do mnie. A wtedy Tośka wciskała się jeszcze bardziej. Wreszcie Zuzu zrozumiała, że wystarczy przesunąć nogi. Tośka uwaliła się, łeb wielkości wiaderka położyła mi na brzuchu, sapnęła, fuknęła i znieruchomiała. A my z Zuzu dostałyśmy ataku śmiechu, bo znów nam się przypomniał tekst z Tallina o masce i świńskim ryju (załóż maskę na ryj ty świński ryju). Gra słów nas wtedy rozłożyła i rozkłada nadal. Rżałyśmy do bólu brzucha i policzkó przez dobre kilka minut aż zaciekawiony eM zajrzał, żeby zobaczyć dlaczego jest nam tak głupio radośnie.
Gdy się już wyśmiałyśmy stwierdziłyśmy, że idziemy do sklepu… ale Tośka miała inne zdanie. Co próbowałam się podnieść to przyciskała mnie łbem do podłoża. Jak próbowałam się spod niej wysunąć to przesuwała łeb natychmiast. A weź się wygrzeb spod bezwładnego, 40kilogramowego ciałka…
Zuzu dostała kolejnej głupawki.
A wieczorem, gdy już leżała w swoim łóżku ustaliłyśmy jak byłoby idealnie żyć.
– Dwa dni u taty, ale tylko z tatą.
– Bez dziewczynek, bez „brata”? Bez bonus mamy?
– Tylko z tatą. Tata jest fajny i jest cieplutki. A potem dwa dni z mamą.
– A co z Melem?
– Dwa dni z mamą i Melem… I trzy dni u babci.

Bo u babci to Zuzu może być maleńką dziewczynką. Babcia na rączki nie weźmie wprawdzie, ale na kolanka jak najbardziej.
Ale nim poszłyśmy spać szukałyśmy zorzy polarnej bo była możliwość, że będzie widoczna.
Nie była.
Trudno.
Rano odprowadziłyśmy ją z Tosią do mostu. Spotkała koleżanki ale na moście jeszcze nam pomachała.
Tosia lekko się zaparła łapami, obejrzała się kilka razy na most, ale cukierki skutecznie ją przekonały, gdzie lezy właściwy kierunek marszu. Ciekawe czy za cukierka dałaby się odciągnąć ode mnie.

Poza tym w pracy dni lecą jak głupie. No i klienci domagają się swoich deklaracji. I moja praca wygląda teraz jak praca tego zamachowca, co miał zastrzelić Putina i Maciarewicza polityka z odległości dwóch metrów. I spudłował. I policja go pyta „ale jakim cudem?!”
– Weź traf, jak ciągle cię ktoś szarpie za rękaw i krzyczy „I Ziobrę też, i Ziobrę też”.
To u mnie właśnie tak: weź pracuj jak ciągle ktoś dzwoni „a kiedy mi pani zrobi, a kiedy”…chyba przestanę odbierać telefony.
Poza tym jest zimno. Pioruńsko zimno! W nocy ciągle -5, a za miastem podobno nawet -10 bywa!
W dzień świeci słońce, wiatru nie ma…a skądś ciągnie lodowatym powietrzem.
Jutro w nocy lecę do Gdańska składać wniosek na dowód, we wtorek wracam . Miałam lecieć w krótkiej kurtce i wiosennych butach, ale chyba jednak zostanę przy zimowej odzieży.
Jeszcze dziś jedziemy popatrzeć na żurawie.

…Czy ktoś mógłby wyłączyć to zimno? Liście krokusów wylazły nad rzeką i stop. Nie kwitną, bo za zimno.

34. O-o!

Od poniedziałku siedziałam przy biurku po 10 lub więcej godzin.
A w nocy budził mnie najpierw zwykły ból głowy, następnej nocy silniejszy, potem był najpierw ból głowy, a kilka godzin później migrena, która jednak przeszła po sumatripanie. Wczoraj w nocy najpierw ból głowy, który nie przeszedł po zwyczajowym ibuprofenie, a dwie godziny później migrena.
Nie pytajcie mnie czym się to różni, bo umiem rozpoznać tylko gdy to czuję.
W skrócie: jak boli głowa, to boli tylko głowa.
Jak migrena – to boli cały człowiek. I to potworne uczucie jakby mi ktoś wyssał powietrze i wyciągnął kabel zasilający.
Cały dzień drzemałam, robiłam tylko to czego absolutnie nie mogłam nie zrobić.
Wieczorem, po kanapce z ogórkiem korniszonem i cebulą (ledwie się oparłam pokusie by tej kanapki nie posmarować musztardą i chrzanem jednocześnie i jeszcze cytryną) zrobiło PYK. I przeszło.
Miałam odebrać Misię i Mela z dworca bo wracali z Pragi, ale uciekł im autobus w miejscu przesiadki i czekali na kolejny za dwie godziny.
Wyciągnęłam Astrę z garażu i postawiłam pod domem.
Wyciągnęłam wcześniej… wstyd się przyznać. Boję się wchodzić do garażu w nocy. Od razu przypominają mi się wszystkie horrory.
Zatem wyciągnęłam auto z garażu z założeniem, że całą noc postoi pod domem.
Misię i Mela zabrali z przystanku jacyś sympatyczni państwo. Pani jechała razem z nimi pociągiem i miała psa. Misia, jak to ona, psiara straszna, zagadała panią na dworcu przesiadkowym. Że piękny pies. Od słowa do słowa, okazało się że pani też z Mieściny, i że się boi w nocy czekać i że mąż już po nią jedzie. A gdy mąż przyjechał to zaoferowali miejsce w samochodzie moim dzieciom i nawet odwieźli ich pod dom. Jacy mili ludzie!
Tym sposobem Astra bez sensu spędziła noc na podwórku.
Zaraz idę zobaczyć czy nic się jej nie stało.
Spać kładłam się z obawą jakie też atrakcje zgotuje mi moja głowa, ale wstałam jak szczygiełek.
Acha! Praca po 10 i więcej godzin nie dla mnie. Zwyczajnie: potrzebowałam odpoczynku.

A tymczasem zagadał mnie Koleżanek Adaś. Że mu się paszport skończył, nie zauważył, a planował wyjazd, ale sądził „spoko,ogarnę temat do lipca daleko” . A tu zonk!
Kolejki na policji do paszportów są długie. Bo tutaj paszport się robi na policji. Zwykle człek sobie rezerwował czas kiedy mu pasowało, za dzień czy dwa i po tygodniu miał paszport.
Tknęło mnie i wyciągnęłam swój paszport.
A tam, że ważność się kończy w maju 2022.
To za rok, prawda? Uffff… Zaraz 22? 22…rok? K.wa! 22 rok! To znaczy że za dwa miesiące!
A ja miałam na Roztocze w sierpniu!
Poleciałam na stronę policji… a tam najbliższy wolny termin 29 listopada!
Polskie dokumenty nieważne już od dwóch czy trzech lat… No, od pandemii. To żadne zaskoczenie, wiedziałam. Ale nie byłam, więc nie było jak… Kto by tam do Sztokholmu jechał…
A teraz do Polskiej ambasady po paszport też kolejki…
No to może dowód?
Zatem zadanie na podziałek: sprawdzić czego mi trzeba by zrobić dowód osobisty? I czy mogę to zrobić w dowolnym urzędzie czy muszę jechać na Warmię? I czy da się to zrobić z marszu czy też kolejki?
Znajomości w Urzędach Miejskich pilnie poszukiwane 😀

Adaś mi pogratulował, że jestem taka ogarnięta jak on.
Jesteśmy mentalnymi bliźniakami. Stwierdzam po raz kolejny.
Tylko on skubany chyba inteligentniejszy ode mnie… Albo mniej leniwy…
Dobra, idę zobaczyć czy moja Gwiazda ma się dobrze.

32. Mao casu, krucabomba

Tuż przed weekendem zrobiłam listę deklaracji podatkowych, które muszę przygotować… i zaniemówiłam.
Po prostu odłożyłam listę. I poszłam zajmować się urodzinami Mela, a potem Zuzu, która przyszła do mnie już w sobotę w południe.
Wczoraj byłam tak spanikowana, że gdy rano siadłam przy biurku to dwie godziny nie mogłam ustalić co mam robić…
Potem stwierdziłam, że w takim razie dokończę to, co zaczęłam… I dzień się skończył o 18:30 a ja nadal w lesie.

No nic.
Nie ma co panikować, trza odgruzowywać intensywnie, jednocześnie popychając wózeczek codzienności.
Zaczynam myśleć, że ja może nie potrzebuję już więcej klientów, a raczej powinnam się skupić na „uszczelnianiu” czasu. Czyli liczyć czas poświęcony na sprawy klientów bardziej skrupulatnie.
A tymczasem dziś przybywa nowy klient i już się domyślam, że to będzie trudny klient.

Zuzu była u mnie i w sobotę i w niedzielę.
W sobotę było słonecznie i ciepło. Pojechaliśmy sprawdzić czy są już żurawie. Ale w Broddetorp więcej było ludzi niż ptactwa, a żurawia ani jednego. Za to było całe stado łysek, które widziałam pierwszy raz.
Były też gęgawy. I łabędzie i krzyżówki.
Ale zaliczyliśmy spokojny spacerek, w ciepłym wiosennym powietrzu i pełnym słoneczku.
W niedzielę robiłyśmy z Zuzu pierogi z mięsem a la kołduny. Zuza zjadła je z bekonem. Bo barszcz jej do gustu nie przypadł.
A potem wyszłyśmy na przchadzkę po mieście.
Niestety słońce już było nisko i zrobiło się chłodno. U nas jak zawsze: wszędzie dookoła już łagodne, wiosenne powietrze, a u nas znad wielkiej wody ciągnie ostrym chłodem.
Na Torget stała scena i głośniki, bo miasto fetowało nasze drużyny bandy: żeńską i męską, które wygrały jakieś złoto.
A my byłyśmy tak w temacie, że nawet nie do końca wiedziałyśmy czy to bandy czy hokej, oraz która to drużyna wygrała, bo jest ich kilka.
Stojąc chwilę (w rozentuzjazmowanym tłumie) pozazdrościłam ludziom umiejętności zaangażowania się w takie sprawy, dzięki czemu może czują jakąś większą wspólnotę z innymi, jakąś przynależność do jakiejś grupy?
Ja nie potrafię. Próbowałam, ale sporty nudzą mnie aż do zwichnięcia szczęki. I kompletnie nie podzielam entuzjazmu. Zresztą to samo w kwestii wszelkich innych lokalnych działań. Jestem aspołeczna do bólu.

Poniżej kilka zdjęć. Niektóre autorstwa Zuzu.

foto: Zuzu
foto: Zuzu
foto: Zuzu
foto: Zuzu
foto: Zuzu
foto: Zuzu

31. Piątek znowu

Nawet nie wiem kiedy ten tydzień przeleciał.
Za oknem szaro, wilgotno i powiewa. Nad rzeką zielone wyłazi już wszędzie, a niektóre maleństwa mają już biało-niebieskie kwiatki.
Ostatnie dni były szare. I suche. Już zaczęto straszyć zagrożeniem pożarowym. Na szczęście dziś lekko popaduje albo mży.
Tylko, że powiewa przy tym, a Tosia nie lubi jak jest wilgotno i wieje. Znowu na spacerze odstawia cyrki. Stanie i stoi w jednym miejscu. Zagapia na panią z kijami. Albo czarnego pana, całego na czarno na czarnym rowerze.
Na szczęście znowu działa tekst „To ja idę, papa”. Dziś nawet nie musiałam kłaść smyczy na ziemi.
Nie no, nie zrobiłabym tego w środku miasta. Co innego na ogrodzonym boisku, albo przynajmniej w parku, gdzie do jezdni jest wystarczająco daleko. Na szczęście Tosia o tym nie wie…
Zmusiłam Yankiego wczoraj i pojechaliśmy umyć mój nasz samochód.
Zrzędził i jęczał. Bo zimno, bo pizga… Bo można było tydzień temu…
Bo myliśmy na myjce ręcznej. Czas był najwyższy bo zaczynałam się wstydzić nią jeździć.
Dziś jest czysta… albo była, bo Yankie w nocy pojechał nią do pracy, więc po kilku godzinach na podwórku już nie będzie taka lśniąca.
Wojna nadal się toczy, a ja się nadal odcinam. To znaczy: chętnie czytam o tym jak kto pomaga, jak komu można pomóc, ale nie chcę wiedzieć detalicznie co i gdzie znowu zbombardowano.
I tylko zadaję sobie pytanie: po co te pajace z rządu PL pojechali zawracać dupę Ukraińcom? Wybory idą? Pokazać się chcieli?
Czy może w swym zadufaniu uznali, że sama ich obecność obok Żelenskiego na zdjęciach przestraszy Putina? Oni są tak oderwani od rzeczywistości, że wcale się nie zdziwiłabym gdyby tak właśnie myśleli.

A poza tym doszłam do wniosku, po raz kolejny, że moje pokolenia ma przej… no, przechlapane mamy.
Na całej linii.
Urodziliśmy się pomiędzy rokiem 1960 a 1970.
W czasach gierkowskich chodziliśmy do szkoły i nie za bardzo mieliśmy okazję posmakować dobrobytu.
Jak zaczęliśmy dorastać to były smutne lata osiemdziesiąte. Puste półki i kompletne zamknięcie.
W latach dziewięćdziesiątych weszliśmy w dorosłość. I lipa. Bo kształcono nas do pracy w Polsce socjalistycznej, a pracować nam przyszło w Polsce raczkującego kapitalizmu. Znowu nie bardzo mogliśmy liczyć na jakiś dobrobyt, za to byliśmy chętnie przez starszych i bardziej wyćwiczonych w cwaniactwie w przedsiębiorczości, wykorzystywani do pracy niemal niewolniczej. Ręka w górę kto w latach dziewięćdziesiątych pracował tylko 40godzin w tygodniu i zarabiał tyle, że mu na czynsz oraz chlebek z masełkiem wystarczało?
No właśnie…
A teraz, gdy już jesteśmy mądrzejsi, mamy wiedzę, doświadczenie, moglibyśmy już te kokosy zbijać, nie?
No nie. Bo wciąż mamy w głowach „nie umiem, nie dam rady, nie moja dziedzina przecież”.
I okazuje się, że robotę biorą młodzi, młodsi często niż nasze dzieci. Oni się cenią, oni za psi grosz robić nie będą… a że się nie znają? No to znajdą takiego seniora, co się zna, zapłacą mu za to, że odwali za nich robotę. I nawet jak im samym zostanie z tego mniej niż połowa to i tak… Lepiej mieć 1/4 cukierka bez kiwania palcem niż się narobić za całego. Nie?
Myślałam, że takie sytuacje to rzadkość. Ale nie. Moje koleżanka mi opowiada.
Facet otworzył biuro rachunkowe. Wprawdzie studia w kierunku rachunkowości skończył, ale praktycznej wiedzy za grosz. Nabrał firm a potem zatrudnił moją koleżankę. Jeszcze bym zrozumiała, że okej, pracuje razem z nią, dzięki czemu się uczy. Ale nie. On nie ma i raczej nie chce mieć bladego pojęcia.
A kilka dni temu zgłosiła się do mnie taka jedna pani. Bardzo wykształcona.
Pani pracuje dla firmy polskiej wykonującej zlecenia na terenie Szwecji.
No i jest potrzeba, żeby zrobić raporty w szwedzkiego urzędu skarbowego. Ale pani nie wie jak.
Poprosiła mnie o pomoc.
Ja też nie wiedziałam jak, ale obiecałam że się dowiem.
Dowiedziałam się. Zrobiłam.
Na koniec trzeba było wypełnić jeszcze jeden blankiet zbiorczy, czyli zsumować sumę z innych i ją wpisać. Pani nie potrafiła nawet tego.
Opad rąk.
Zrobiłam. Wystawiłam fakturę.
Ale myślę sobie smętnie: gdybym stanęła w zawody z młodą to pewnie bym przegrała. Bo bym uczciwie powiedziała, że nie, nigdy tego nie robiłam, ale nauczę się…
Ale, znając mnie, nie stanęłabym przecież. Bo to nie moja działka, nie potrafię przecież.
Czarno widzę przyszłość.

29.piątek

Dwa obrazki z wojny.

Na jednym idący samotnie chłopiec w kolorowej kurtce, z małą reklamówką w ręce. Chłopiec ma 11 lat, podały media. Idzie sam, zupełnie sam. Płacząc. Gdzie jego bliscy? Na filmie widać jak wokół niego idą inni ludzie. Chłopcem nikt się nie interesuje.

Na drugim przepiękny, wielki i puchaty berneńczyk na poboczu drogi.
Sam. Gdzie jego rodzina, bo jakąś miał, a sądząc po pięknym futrze – to była dobra rodzina.

Te dwa obrazki złamały mi serce. I były tą kroplą…

Już nie mogę. Słuchać, czytać, oglądać.
Nie chcę wiedzieć. Nie daję rady.
Tyle nieszczęścia. I nic nie pomaga, że Polacy tacy dobrzy. Że Szwedzi dobrzy. Że dziennikarz z mojego miejscowego „plociucha” pojechał na granicę koło Przemyśla z darami.
Po prostu boli tak, że …

Znowu uciekam w swój świat.
Piątek startuje z cenami paliwa: olej 26,10. Benzyna 22.
Bo wczoraj trochę spadło. We środę olej kosztował 28,22.

A jeszcze pół roku temu eM patrzył i mówił ze zgrozą:
– Przekroczy 15!
Teraz prawie 30 …i notujemy to tylko z bezradnością.
EM znowu jeździ do pracy rowerem.

Po słonecznych dniach, pełnych łagodnego bezwietrznego ciepła, przyszły mgły. Przez dwa dni miasto spowite było malowniczym woalem. Piękne to było, nawet przemknęła mi myśl by wyjść z Nikonem, ale było tak przenikliwie zimno, że poczekałam spokojnie, aż mi ta chęć przejdzie.
Wczoraj niebo znów zbłękitniało, ale było zamazane na biało. Po południu, gdy wyprowadziłam Tosię, oczyściło się i wyszło słoneczko. Jak ono grzeje!
Noce są wciąż mroźne. Niby nie tak wiele, ale ziemia wciąż zmarznięta. Mimo to: nad rzeką, wokół drzew z ziemi wyłazi zielone. Będzie cebulica wreszcie. I krokusy.

Odebrałam moje nowe, poprawione okulary. No i widzę normalnie. Uff.
Jest dobrze. Zatem niemal nic się nie zmieniło, tyle, że szkła mam nie porysowane. W drugich, tych do chodzenia, dodatkowo nic się odkleja, więc nie ma ryzyka, że np. w trakcie jazdy odpadnie mi szkło, czego najbardziej się bałam.

Tosia mi wyleniała jesienią… I nadal nie odzyskuje pięknej sierści. Ogon ma cienki, a na grzbiecie matowe, przyklapnięte futro.
Nie pomaga olej dolewany do karmy.
Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: znowu trzeba do weterynarza.
Dodatkowo martwi mnie to, że znów jest osowiała. Bo znów jedzie na karmie dietetycznej tylko. Ale kobieta w przychodni, gdy kupowałam karmę, wmawiała mi, że nie, że to nie od tego.
No przecież widzę!
Rozważam zmianę przychodni. Odkąd nie ma tam Katariny, której ufałam, coraz mniej podoba mi się opieka.
Ale rozsądkowo biorąc tam jest cała Tosina historia. Przenosić się do innej lecznicy to znaczy opowiadać od początku o wszystkim.

Obejrzałam na Netflixie „Moje wspaniałe życie”. Całkiem dobry. Tylko jak zawsze: dlaczego ten Woronowicz jest wszędzie? Naprawdę w Polsce nie ma innych aktorów? W dodatku on zawsze gra ten sam scenariusz: wrażliwy, seksualnie napalony ale lekki sukinsyn.
Reszta bardzo dobra.

Zaczęłam wczoraj oglądać „Bo we mnie jest seks”, ale coś mi nie leży.
Na początek to, że wszyscy mówią, że Kalina ma charyzmę, że przykuwa widzów do ekranów, a na żywo jest zawsze w centrum uwagi.
Film tego nie pokazuje. Gdyby to nie padło jako kwestia mówiona: nikt by tego nie wiedział.
Scenariusz wygląda kiepsko. Jak zlepek luźno powiązanych scen. W dodatku: nie wiadomo kto jest kim, bo dla scenarzysty jest oczywiste, że się domyślimy, że mały grubasek kreowany przez Szyca to Kutz…
Nie wiem… Tyle jest teraz nauczycieli pisania. Czy ktoś mógłby nauczyć Polaków zasad tworzenia scenariuszy? Serial o Osieckiej to taki gniot, że nie da się tego oglądać. Teraz ten o Kalinie… Tak zmarnować takie piękne historie.

Przeczytałam Anny Kańtoch „Łaska”. A wcześniej „Kobieta w białym kimonie” Any Johns. Ta ostatnia była bardzo dobra.
Teraz czytam „Milczenie matki” Kelly Rimmer i… dobrze się to czyta, owszem, ale książka jest jak jej pretensjonalny tytuł. Pretenduje do poważnej literatury, ale. Bohaterowie są wyraźnie, zbyt wyraźnie, podzieleni na tych złych i tych dobrych. Przez co są po prostu papierowi. A sama książka jest zbiorem scen-klisz z różnych innych książek o przemocowym mężu i zaślepionej miłością do niego, głupiej i podłej teściowej. Na Lubimy czytać ta książka ma ocenę 7,6!
Ale dobrze się to czyta, trzeba przyznać, doskonale odrywa głowę od tego, na co nie mamy wpływu.

Ostatnio nie szyję. Ale pierwsza pasiasta skarpetka dla Misi jest na ukończeniu.
Oraz dużo pracuję.

A co u was?

23/2022

Jest taki dowcip.
Jasio wraca ze szkoły i woła od progu:
– Mamo, dostałem piątkę z matematyki!
A matka wzrusza ramionami i mówi:
– I co z tego? I tak masz raka.

Takie mam teraz odczucia we wszystkim.
I tak jest wojna.
Ale próbuję z całych sił nie poddawać się beznadziei.
Wczoraj w ramach celebrowania życia i nadciągającej wiosny pojechaliśmy z Tośką na spacer nad Hörnborgasjön.
Nie próbujcie przeczytać tej nazwy ani zapamiętać.
Może potem wrzucę kilka zdjęć…
Było wietrznie, ale w sumie nie aż tak zimno. Było słonecznie. Było… przestrzennie. Jezioro jeszcze pod lodem, więc życia tam za wiele nie było. Była para bernikli, łabędzi, trochę innych gęsi. Sporo latało nad głowami. Wszystko oczywiście w parach.
No i było nad podziw dużo ludzi. Cały parking był zastawiony autami! Za miesiąc, jak zaczną się żurawie, tańce to się tam w weekend nie da szpilki wcisnąć. No nic, będę kombinować może w jakiś zwykły dzień.

Czeka dziś zadanie odstawienia czołgu volvo do warsztatu na 20minut, potem najrozsądniej będzie wstawić auto do garażu, bo niby gdzie mam zaparkować tę kolubrynę w ciągu dnia?
V70 jest długie i szerokie. W dodatku nie ma czujników parkowania, czaicie? Ach. Ma też, ze względu na Tosię, przyciemniane szyby w bagażniku, w tym w tylnych drzwiach. Przywalę dupą przy cofaniu, na bank!
Z racji tego w trzeciej nad ranem obudziła mnie dawno niewidziana znajoma: migrena.

Poza tym spierniczyli mi okulary.
Jak zawsze: zaufałam „specjaliście”.
Znalazłam salon gdzie zaoferowali mi dwie pary okularów w cenie jednej.
Pan optyk był mało kontaktowy, w dodatku miał namordnik i mówił szybko, więc już na wstępie komunikacja nam zaszwankowała.
Jak powiedziałam, że chcę drugą parę +/+ to powiedział, że takich się nie robi. Ke? Okej, dobra, nie będę się z nim kłócić, skoro nie robi to nie robi. W Polsce się robi, ale Szwedzi mają swoje.
Nie chciałam się upierać, bo skoro mi mówi, że nie , to nie. Dodał przy tym, że byłyby niewygodne. On mi za to da takie super hiper dobre do pracy „terminal”. No dobra.
Zdziwiło mnie, że nie dał mi szkieł do przymiarki. Wiecie, po badaniu to optyk zawsze zakłada takie niby okulary i weryfikuje czy to, co pokazują przyrządy sprawdzi się w życiu. Nie dał. No dobra, może teraz już tego nie robią?
W kasie, dopełniając reszty formalności upewniłam się:
– Ale to będą dobre szkła do pracy na komputerze i do czytania? Bo wiesz, ja naprawdę nie chcę mieć każdej pary okularów do czego innego…
Tak, tak, „terminal” szkła są właśnie takie.
Odczekałam dwa tygodnie, odebrałam moje okulary. Zapłaciłam całość.Oczywiście w salonie zmierzyłam, wszystko pasowało, podsunięta pod nos kartkę odczytałam bez problemu.
Ale kiedy przyszłam do domu i chciałam pracować okazało się że nie jest tak fajnie.
Progresywne -/+ są bez zarzutu.
Natomiast te pracy…
Ostro widzę tylko środek. To, co po bokach, jest rozmyte. Żeby zobaczyć wyraźnie, co mam na ekranie z boku muszę odwrócić głowę. To oko lewe.
Ja mam zeza rozbieżnego na oku prawym, i od lat patrzę na świat głównie okiem lewym. Nigdy nie używam dwojga oczu, nie potrafię. Mój mózg ignoruje obraz z oka prawego, albo co… Nie umiem patrzeć przez lornetke, gdy się zmuszam, udaje mi się utrzymać to przez ułamek sekundy, a potem zaczyna boleć.
Ale gdy zamknę oko lewe, obraz z prawego jest okej, choć nieco mniej wyraźny, a kolory są słabsze.
W okularach – nie mogę znaleźć miejsca ostrości okiem prawym. W nowych. Bo w starych nie ma problemu.
Poza tym obraz jest wygięty. Im wyżej tym mocniej. Krawędź monitora jest już wyraźnie w kształcie półkola. Ciekawe jak mam zdjęcia w takich szkłach obrabiać?
No dobrze, może trzeba przywyknąć?
Walczyłam dwa dni. I dwa dni wstawałam z bólem głowy. Wreszcie w sobotę rano, uświadomiłam sobie, że na ekranie laptopa, czyli dużo mniejszym niż ten, na którym pracuję, literki, które dotąd widziałam całkiem dobrze wyglądają jak maczek.
Poszłam i zgłosiłam reklamację. Na nos wsadziłam stare, porysowane szkła. I ulga.
Wizytę mam w środę…
Tak mnie to zestresowało, że szłam prawie płacząc.
No bo co? Zrobili mi jakieś dziwne okulary, w których źle widzę, wcisnęli mi je, a teraz mam udowadniać, że są złe i że mi nie pasują? JAK? Skoro sprzęt im powie, że okulary są prawidłowe, to jak mam im udowodnić, że nie są?
Dlaczego zawsze mi się przytrafiają takie historie?

Dlatego nienawidzę rzeczy nowych.

21.


Zaczyna być jak w tej opowiastce o facecie co sobie kupił chatkę w górach.
Niebezpiecznie zbliżam się do końcówki. Na pługi i odśnieżarki patrzę z nienawiścią. Chodnik, po zgarnięciu niemal całego śniegu, zamienia się w lodowisko. A sypanie żwirkiem w tym roku jest jakoś skąpe.
A Tośka znowu ma swój lepszy czas co oznacza, że na spacerze dostaje amoku i koniecznie chce biegać.
Ale za to ból w plecach już prawie minął. Wczoraj pierwszy od dawna dzień bez tabletki. Za to pod wieczór uświadomiłam sobie, że boli mnie staw… łokciowy. Oraz kciukowy. Oraz uszkodzona przed prawie ośmiu laty stopa.
… No nic. Trzeba to przeżyć. Jakby nie było to luty się kończy, nadchodzi marzec, a to znaczy, że można już oczekiwać zakończenia epoki lodowej.
W marcu, gdy zielone zaczyna wyłazić z ziemi, gdy widzę krokusy lub błękitną cebulicę nad rzeką, nabieram oddechu i nie mogę odgonić myśli „Przetrwałam”.
Okazuje się, że nie tylko ja. Okazuje się, że zimowe zamieranie, przybieranie formy przetrwalnikowej ma nawet swoją nazwę.
Zobaczcie tu: https://weekend.gazeta.pl/weekend/7,177344,28110369,co-roku-w-marcu-mam-te-mysl-udalo-mi-sie-przetrwac-kolejna.html
Nie twierdzę, że mam TO. Twierdzę, że zima, jakakolwiek by nie była, jest dla mnie czasem gdy zamieram. Nie mam ochoty na nic, nie fotografuję, nie piszę, nie spotykam ludzi, aktywność ograniczam do minimum, wyjścia z domu też. Gdy jesienią opadają ostatnie liście, mam nieodparte wrażenie, że nadciąga co najmniej epoka lodowcowa.
I nie pomaga racjonalizowanie, że to tylko trzy-cztery miesiące. Dla mnie listopad to zatrzaskujące się drzwi celi.
Fakt, że odkąd ta małpa menopauza sobie poszła, jest jakby trochę lepiej, ale nadal – zima to czas zamierania.

Tymczasem Tośce coś się pozajączkowało i dyszy mi za plecami, że idziemy na spacer. DRUGI dzisiejszego poranka, a mamy dopiero godzinę 6:52.

20/2021

Fizjo zlecił… abym się wyginała do tyłu około 8 razy dziennie.
Wyginam.
Póki co nie zauważyłam żadnego rezultatu poza tym, że przy wyginaniu plecy bolą w innym miejscu.
Wróciłam do diklofenaku, bo bez niego się nie da…

Poniedziałek.
Weeknd był do bani. Niby słonecznie, ale w nocy spadł śnieżek ten biały syf. I zamarzł. Potem, w dzień, w lutowym słońcu się lekko nadtopił. W nocy znowu zamarzł.
eM znowu złapał jakąś infekcję. Kazałam leżeć w domu. W związku z tym spacer z Tośką był tylko na mojej głowie. Oraz zakupy, jedzenie i sto innych rzeczy.
Wczoraj rano wyszłam z psem… a tu lodowisko.
W jednej dłoni smycz, w drugiej worek ze śmieciami…
A propos…. Ostatnio doszłam do wniosku, że mam miernik dorosłości. W szczególności: miernik dorosłości faceta.
Otóż mężczyznę można uznać za dorosłego, gdy sam z siebie zauważy, że śmietnik należy opróżnić.
Nic mnie chyba tak nie wkurwia wkurza jak widzę, że z wiadra na śmieci się wysypuje, a mój mąż zamiast wyciągnąć worek i postawić przy drzwiach, jeszcze tam dokłada… Wiecie, to chyba naprawdę przekracza jego możliwości intelektualne by stwierdzić, że to już, już trzeba ten worek wyjąć. Oczywiście, że mogę mu powiedzieć i mówię, „Wyjmij/wynieś” itd… I on to nawet robi bez gadania. Tylko, że… Irytuje mnie, że to ja mam powiedzieć. Jakby miał 12 lat a nie 56. Grrrr

Wracając do poranno-niedzielnego spaceru z Tosią.
Zatem: wychodzę, plecy rwą, w jednej ręce smycz, w drugiej śmieci, a chodniku ślizgawka. Niedziela jest, to kto miał posypać? Cieć też ma niedzielę.
Idę szurając nóżkami, już skręcam w stronę śmietnika, a tu zza rogu wyłania się sąsiadka ze swoim nie-do-pieskiem. Wiecie, takie małe, mniejsze niż najmniejszy kot, wrzaskliwe i rozhisteryzowane. Sąsiadka już mi podpadła kilka razy. Raz: gdy w czasie pożaru w sąsiednim bloku wjechała w uliczkę PRZED samochodem na sygnale, po czym się zatrzymała, bo musiała kogoś tam wypuścić. Oczywiście blokując przejazd dla straży/ambulansu.
Dwa: wyłazi z tym swoim pieseczkiem na spacer. Przy czym najpierw spaceruje po trawniku pod domem, gdzie latem bawią się dzieci, sąsiedzi piją kawkę i gdzie jest zakaz wyprowadzania piesków. Piesek robi co musi, a ona dopiero wtedy idzie z nim na spacer.
A co teraz zrobiła gwiazda?
Widząc starszą sąsiadkę, z wielkim psem i śmieciami, więc ewidentnie zmierzającą w konkretnym kierunku? Przyspieszyła kroku! Jakby chciała, żeby się nam psy spotkały nos w nos. Niedopiesek dyszał, charczał i się dławił…. Zatrzymałam się, żeby idiotkę przeczekać. Tośka niby stała spokojnie, ale jednak smycz miałam naprężoną, a ta zwarta i gotowa do biegu.
A paniusia …sobie nóżka za nóżką. Niedopiesek sobie węszył, a ona powolutku. Mało tego. Weszła na parking, wsiadła do samochodu, pieseczka kochanego zostawiła na zewnątrz. Uruchomiła auto, waląc spalinami wprost na swojego pupila, wysiadła… i poszła z pieskiem na trawnik. Zagotowała mnie tym do końca, miałam chęć puścić smycz i patrzeć jak i ona i jej niedopiesek umierają ze strachu.
Ale tymczasem tkwiłam nadal na tym chodniku, bo parking leży po drodze do śmietnika.
Ten sam, doskonały moment, wybrał sobie pan z małym, białym pudelkiem z sąsiedniej klatki. Wyszedł sobie beztrosko wprost na mnie i na Tośkę. Pudelek był w zasięgu nosa Tośki. Na widok 40kilogramowego potwora pudelek też zaczął charczeć i drzeć japę. Tośka agresywna nie jest, ale jak jej ktoś mocno pyskuje to bardzo chce podejść i się bliżej z odważnym zapoznać. Krzywdy nie robi, ale nastraszyć może. No więc teraz też zechciała się grzecznie zaprezentować oponentowi, ale przystąpiła do zadań nieco gwałtownie w efekcie czego poczułam, że po prostu …jadę! W ostatniej chwili zauważyłam barierkę przy schodku, wlazłam tam i się zaparłam brzuchem, co zastopowało Tośkę. Dostała opiernicz, ale dużo sobie z tego zrobiła.
Pudelek się omal nie powiesił na smyczy.
W tym samym czasie Paniusia Idiotka odjechała.
Nie wiem co w tych ludzi z psami wczoraj wstąpiło, ale z uporem maniaka włazili nam w drogę. Jacyś niedzielni psiarze czy coś?
Normalnie jest tak, że psiarz widząc innego psiarza z daleka, na wszelki wypadek skręca w boczną uliczkę. No, chyba, że:
a. zna mnie i Tośkę,
b. jest 100%pewny swego psa, że ten nie będzie zaczepiał,
c. nie ma gdzie skręcić.
W sytuacji b lub c , gdy widzę, że psiarz zmierza w naszą stronę to ja:
a. skręcam w boczną uliczkę,
b. zajmuję pozycję jak najdalej od toru psiarza, trzymam smycz krótko, dodatkowo odwracam uwagę Tośki cukierkiem lub choćby głaskaniem.
Większość z nas, właścicieli psów usiłuje wychować swego pupila, ale rozumiemy, że natura czasem zwycięża, więc po co nam te awantury, szarpanki, jazgot czy coś?
Unikamy kolizji. Po prostu.

Resztę dnia przesiedziałam w domu. Uszyłam kolejnego ptaszka, i dwa serduszka. A potem już tylko dziergałam skarpetkę i oglądałam „Kim jest Anna”.
A teraz już poniedziałek.
Za oknem przed chwilą lało. Teraz znowu sypie tym białym, fuj!

Na pociechę, przy poniedziałku, perełka.
Znalazłam w czeluściach Youtuba teledysk Dire Straits, chyba najstarszy jaki jest. Z 1978roku! Mark młody, jeszcze z lokami, kolczykiem w uchu, roześmiany młodzieńczą radością. Ma tam tylko 29lat.
Po lewej Marka – jego brat David. Też ewenement bo mało jest filmów, na których chłopaki są razem. W 1980 roku pokłócili się i David odszedł ze zespołu. Ale tu jeszcze są razem… i widać jak szukają się wzrokiem, jak się obaj cieszą z tego grania. Mimo, że David jest nieco w cieniu brata. To Mark robi show.
Po prawej Marka jego przyjaciel: basista John Illsley.
To co, kto chętny na spacer po londyńskim West Endzie w końcu lat 70tych?

19/2022. Piątek

Już był w ogródku, już się witał z gąską…
Pod pretekstem bólu pleców udało mi się nakłonić syna, by odbył podróż za mnie.
Pojechać było trzeba z kotem Helmerem do kociej kliniki, która jako jedyna w okolicy zajmuje się także zębami. Ale ta klinika aż 50km od nas…
A Mel ma covid. Mama Mela- magsjuka (zimowa grypa żołądkowa- najstraszniejsza choroba na jaką chorowałam). Tata Mela nie może wyjść z pracy. A Misia na razie jeszcze nie ma prawa jazdy.
Byłam z siebie cała zadowolona, Yankie pojechał około ósmej rano, a ja się skupiłam na wyłażeniu z zaległości.
Aż tu około 10:30 Misia dzwoni, że oni wrócili, bo okazało się, że Helmiś nie będzie do odbioru wcześniej niż o 16. I że trzeba pojechać raz jeszcze. I Yankie chyba nie może bo musi się przespać, bo w nocy idzie do pracy.
Ręce mi się trzęsły gdy nastawiałam w ostatniej chwili zupę kalafiorową. Trzęsły się gdy się ubierałam i gdy zamykałam drzwi.
Przywitałam Astrę zwyczajowym:
– Cześć malutka.
A potem gdy wsiadłam i zamknęłam drzwi, i trzęsącą się ręką wkładałam kluczyk do stacyjki dodałam:
– Zawieź mnie bezpiecznie.
Rozumiecie: garaż jest wielostanowiskowy, łażą ludzie, nie będę gadać z samochodem, jeszcze ktoś pomyśli, że jestem psychiczna.
A gdy uruchomiłam silnik odkryłam, że jestem 10minut spóźniona! Klinikę zamykają o 16! To znaczy do czasu pokazywanego przez googla dodałam zapas, i teraz przez swoje gapiostwo właśnie ten zapas straciłam!
Pojechałam starając się spieszyć powoli.
Odebrałam Misię i ruszyłyśmy w drogę.
Ten pierwszy odcinek jest spoko: droga jest prosta jak strzelił, szeroka, na jednym pasie bez problemu jest miejsce na dwa auta. I tak przez 20km. Tak to naprawdę można jeździć.
Miśka swoim zwyczajem gadała bez przerwy. Opowiadała o Hiszpanii, jedzeniu, ludziach jakich tam spotkali, o planach i marzeniach.
I nagle się zorientowałam, że napięcie mi zniknęło, że jedzie mi się całkiem fajnie, wręcz odprężająco. Mimo, że droga się znacznie zwęziła, zaczęła być nie tylko dość kręta i pagórzasta (nie no, nie jak na Warmii, bo to jednak nadal Szwecja), no i pojawiło się więcej TIRów.
Bałam się jak przejadę przez nieznane miasto, ale okazało się, że klinika leży przy centrum handlowym. Dwa razy 3/4ronda i byłam na miejscu. Była 15:45. Czyli dojechałam w takim czasie jak mówi googiel. Znaczy nie jestem taką ostatnią ofermą.
I wtedy się okazało, że Misia nie wzięła kontenerka. Pocieszyłam ją, że na pewno mogą jej jakiś pożyczyć. No ale potem trzeba będzie go odwieźć. Znaczy trzeba znaleźć jakiś tani dyskont i kupić coś taniego.
Rzut oka dookoła i okazało się, że możliwości wyboru mamy aż nadto.
Poszłyśmy do Rusta, bo przy okazji można było nabyć jakiś kocyk.
Wiadomo: kotek po narkozie może być ospały, może narobić pod siebie, a nawet jak nie to musi mieć miękko i przyjemnie. Kocyk był konieczny.
Gdy już zgromadziłyśmy co trzeba, Misia poszła po kota, ja zostałam w samochodzie. Ułożyłam pasjansa, zaczęłam układać drugiego, a jej nie ma i nie ma. Widziałam przez szybę, że siedzi, że gada z kimś z personelu. Wreszcie zrobiło mi się zimno i zachciało siku. Poszłam i ja do środka. I jak się okazało: słusznie. Jakieś 40minut zajęło im ustalenie czy ubezpieczenie pokryje koszt zabiegu usunięcia trzech zębów u Helmera. Mruczałam: pospiesz się kobieto, nie chcę wracać po ciemku, tym bardziej że miejscami sypało śniegiem, a temperatura niebezpiecznie zbliżała się do zera.
Pani dzwoniła do ubezpieczyciela, a tam… odesłali ją do Mela, żeby sprawdził w swojej polisie!
Pytałam Misię
– To co fundujemy pani weterynarz? Tylko kanapę czy wypasiony telewizor na pół ściany?
Wreszcie się wyjaśniło, że niestety, ale polisa jaką ma Mel nie obejmuje zabiegów stomatologicznych… i prawie 11tysięcy koron pofrunęło do kieszeni weterynarza. (Oczywiście wiem, że nie do końca tak, że koszt medycyny, sprzętu, pielęgniarki itd)
Helmer… kotku drogi… Z naciskiem na DROGI.
Pokpiwałam, Miśka ze mną, ale co? Taka sytuacja. Płaczesz i płacisz.
Muszę sprawdzić czy polisa Basila obejmuje leczenie zębów, a jak nie dokupić tę opcję, bo takie problemy jak miał Helmer dotykają podobno co trzeciego kota.
Wreszcie ruszyłyśmy w drogę powrotną, która…minęła nie wiem kiedy.
Mel wypuścił kotka z kontenera i dopiero wtedy zobaczyłam jak bardzo Helmer zmizerniał. On jest puchaty, więc po ciele tego nie widać póki nie weźmie się go na ręce, ale z mordki została tylko połowa. Aż mnie serce zabolało. Biedny kotek.
W domu byłam przed godziną 19.
A po otwarciu komputera dostałam link od Adama.
https://portal.abczdrowie.pl/objawy-omikronu-bol-w-dolnej-czesci-plecow-dodany-do-listy-20-najczestszych-dolegliwosci?fbclid=IwAR0UNp0RdZ_QVtD8XKFYn0bkWZKe1JROGZXR8rH9N8r8k3j6ijv_6bs8500

Czyli co? Mam wciąż covid? Czy to jednak raczej powikłania?
Dziś wizyta u fizjo… Ale ból zelżał i wczoraj po południu nie wzięłam tabletki.

W garażu poklepałam Astrę po masce, dolałam jej płynu do spryskiwaczy i powiedziałam
– Dzięki malutka, dobry z ciebie samochodzik.
Tylko nie pamiętam czy ją zamknęłam. Nigdy nie pamiętam.

16.

Wczoraj był dzień raportowania i poniedziałek na dodatek.
Byłam do tyłu z robotą strasznie. Klienci mi się jakoś rozbisurmanili czy co… Jakby się uczyli jeden od drugiego.
Nigdy wcześniej nie miałam sytuacji, że ktoś nie dośle dokumentów na czas i trzeba będzie wysyłać fikcyjne, zerowe raporty. Dwa lata temu przyszła do mnie jedna firma. Mieli cały rok nie zrobiony, raporty kwartalne -zerowe. Mało tego – nawet mieli złożony wniosek o odroczenie rocznego sprawozdania.
Przyszli od tej kobiety, która potem zatrudniła mojego syna.
Kobieta wcześniej się rozchorowała, nie dawała rady, porezygnowała z niektórych klientów. Między innymi z nich. No i rzekomo z powodu tejże choroby cały rok nie był ruszony.
Oczywiście wiem, że z dużych klientów nie rezygnuje się bez przyczyny. A przyczyna zwykle jest zasadnicza: klient nie płaci. Inna to taka, że klient jest trudny we współpracy, ale trudny na maksa.
Wzięłam jednak, na zasadzie, że zobaczę jak będzie najwyżej po roku też wywalę.
W praniu okazało się, że brak należytego raportowania leży całkowicie po ich stronie. Bo wciąż nie mają kasy, wciąż są do tyłu z podatkami, a ich sytuacja ekonomiczna z roku na rok robi się coraz gorsza bo wpadli w pętlę zadłużenia. Bank już im nie pożycza, więc pożyczają od innych instytucji, topiąc w nich kasę, której nie mają. A skoro nie mają kasy to zwlekają z dostarczeniem dokumentów, bo księgowa to wydatek rzędu co najmniej 2tysięcy netto. Plus 25% VAT. Miesięcznie.
Rozmawiałam z nimi, tłumaczyłam, że mogą ograniczyć pewne wydatki. Np. gdyby gros pracy z dokumentami wykonywali sami. Np. sami wprowadzali zapłaty od klientów. Lub układali dokumenty chronologicznie wg operacji na wyciągu bankowym. Sugerowałam też zmiany w życiu… Mówią, że tak, tak, ale nadal nic się nie zmienia.
Zrobiłam im 1 kwartał 2021 roku… i chyba jednak się pożegnam, bo czekam na zapłatę już trzeci miesiąc. A leżą u mnie dokumenty za kolejne dwa kwartały.
Chwilę po tym jak zaczęłam z nimi współpracę inna moja klientka spóźniła się z dokumentami. Bywa: urlop, choroba, jakieś zdarzenia losowe… Wysłała dwa miesiące razem… Ale za chwilę znowu się spóźniła…Znowu dwa miesiące razem. Potem trzy razem. teraz czekam na kopertę z czterema miesiącami.
Dziwne to, bo klientka zawsze była uporządkowana. Ona nawet ten VAT sobie sama liczyła, i zawsze wszystko miała poukładane. A tu nagle takie hocki. Jakby się zaraziła od tamtych. Z tym, że tamtych nie zna, nie spotyka się z nimi… Rozmawiam z nią, lubię ją, nawet bardzo, próbowałam już chyba wszystkiego, łącznie z obietnicą rabatu za terminowe przysłanie dokumentów…
Zaraz potem mój ulubiony klient z sąsiedniego miasta zaczął się spóźniać z dokumentami. No po tym to się w ogóle nie spodziewałam! On był „wychowany” przez szwedzkie biuro rachunkowe. Płacił tam jak za zboże, za miesiąc niemal tyle, ile u mnie za pół roku. Dostawał dodatkowe opłaty za każdą oddzielnie dosłaną fakturę, za każdy telefon z najprostszym nawet pytaniem. W efekcie gdy przyszedł do mnie był naprawdę zdyscyplinowany. I był przez cztery lata. A teraz nagle O.
No i na koniec kolejny klient. Jest od dwóch lat, dotąd nie było problemów. A teraz coraz częściej dokumenty dochodzą po dniu raportowania.
I jeszcze jedna dziewczyna, co jest od kilku miesięcy. Coraz częściej dostarcza dokumenty w ostatniej chwili, a potem się okazuje, że z pięciu faktur dostałam jedną. A kolejne dosyła mi mailami… Co kilka dni.
I tak sobie myślę.
Chyba tych najgorszych, pierwszych z listy pożegnam, bo pieniędzy z tego nie będzie, a kłopotów coraz więcej. Ponad to mam wrażenie, że robią mi za zgniłe jabłko w koszyku.
Reszcie chyba napiszę, ostrzeżenie, że dosyłanie dokumentów po terminie lub w mniej niż 7 dni przed skutkuje doliczaniem 10% do faktury. A w dalszej perspektywie rozstaniem.
Ale zapytam jeszcze szwedzkich księgowych…

Taka była to praca w ostatnich dwóch tygodniach. Biorę A, zaczynam robić, okazuje się, że brakuje czegoś tam, piszę, czekam…
W międzyczasie biorę B, znowu to samo…
Biorę C… i znowu…
Wkurzające jest takie rozgrzebanie kilku spraw bo w końcu zaczynam się gubić i nie jestem pewna co gdzie i jak…

A że wczorajszy termin był terminem i dla tych co się rozliczają miesięcznie i dla tych co kwartalnie, to naraz miałam dwa razy więcej pracy, której nie dało się ułożyć.

W efekcie raportowanie skończyłam grubo po 18. Umęczona, obolała, bo diklofenac działa dziwnie: znieczuli na chwilę, potem puści, potem znowu znieczuli, choć pilnuję by tabletkę brać co 6 godzin.
Nawet nie miałam czasu ani siły by pomyśleć o fizjo…
Zamiast lunchu położyłam się na chwilę, żeby odpocząć od bólu.
Zuzu, która właśnie zaczęła ferie, szwędała się po mieście z przyjaciółką. Przyszły nagle zmoknięte, bo lało, i Zuzu położyła mi przed nosem bukiet tulipanów.
Najpiękniejszy bukiet świata! Bo kupiony z własnej inwencji.

A potem, późnym wieczorem jeszcze było trzeba odebrać Misię i Mela z dworca, bo wrócili z Malagi. A klucz od domu był u mnie.
Zuzu miała jechać wczoraj do taty, ale wyżebrałyśmy prolongatę do dzisiejszego wieczoru. Mama Zuzu była jednak troszkę zawiedziona, bo Zuzu na dworzec pojechała, owszem, uściskała oboje i bardzo się cieszyła, że już są, ale spać jednak chciała u babci. Bo u babci jest milusio…
Dziś mi ją już zabiorą.
Moja egoistyczna dusza się cieszy na odzyskany telefon/komputer/fotel/pokój/spokój.
Ale dusza babci się smuci, bo przez tę pracę i ból pleców nie porobiłyśmy nic razem. Albo prawie nic. A w domu znowu zrobi się cicho.