Kotu coś się stało. Zew natury albo coś …
„Ciągle polował po swoim pokoju:
To pies, to zając – między stoły, stołki
Gonił, uciekał, wywracał koziołki,
Strzelał i trąbił, i krzyczał do znoju”
Tak to mniej więcej wygląda. Problem w tym, że robi to w nocy.
Tośka zdegustowana hałasami idzie na gabinetową kanapkę.
Ja się obok niej na tej kanapce nie zmieszczę, więc muszę zostać.
Zamykam drzwi od sypialni, a wtedy ta czarna cholera koteczek najukochańszy wali w nie łapami z całej siły.
Zabiję kiedyś…
Zuzu była we czwartek.
Usiadłyśmy razem na łóżku i grałyśmy w urządzanie pokoi.
Ludzie nie mają gustu! Bo wiecznie przegrywamy. Wygrywamy tylko wtedy gdy zostawię wolną rękę Zuzu. A wtedy ona robi wszystko białe, jasno szare, a na ścianach wiesza te debilne obrazki z wielkim napisem LOVE.
Ło matko przecież to nudaaaa
Ale sobie gramy bo wreszcie to coś, co możemy robić razem. Pranki na YT mnie nie kręcą, przyprawiają co najmniej o ból głowy, szycie nie kręci jej i tak ciągle.
A jak już Zuzu usiadła obok mnie na łóżku, to Tośka porzuciła jedzącego kolację pańcia i przyleciała pilnować mamusi. Wlazła na łóżko, stanęła nad nami, wcisnęła jedną łapę pomiędzy nasze nogi i zaczęła wciskać następną. Zuzu nie chciała się posunąć, bo babcia jest przecież jej. Im bardziej się Tośka między nas wciskała, tym bardziej Zuzu przyklejała się do mnie. A wtedy Tośka wciskała się jeszcze bardziej. Wreszcie Zuzu zrozumiała, że wystarczy przesunąć nogi. Tośka uwaliła się, łeb wielkości wiaderka położyła mi na brzuchu, sapnęła, fuknęła i znieruchomiała. A my z Zuzu dostałyśmy ataku śmiechu, bo znów nam się przypomniał tekst z Tallina o masce i świńskim ryju (załóż maskę na ryj ty świński ryju). Gra słów nas wtedy rozłożyła i rozkłada nadal. Rżałyśmy do bólu brzucha i policzkó przez dobre kilka minut aż zaciekawiony eM zajrzał, żeby zobaczyć dlaczego jest nam tak głupio radośnie.
Gdy się już wyśmiałyśmy stwierdziłyśmy, że idziemy do sklepu… ale Tośka miała inne zdanie. Co próbowałam się podnieść to przyciskała mnie łbem do podłoża. Jak próbowałam się spod niej wysunąć to przesuwała łeb natychmiast. A weź się wygrzeb spod bezwładnego, 40kilogramowego ciałka…
Zuzu dostała kolejnej głupawki.
A wieczorem, gdy już leżała w swoim łóżku ustaliłyśmy jak byłoby idealnie żyć.
– Dwa dni u taty, ale tylko z tatą.
– Bez dziewczynek, bez „brata”? Bez bonus mamy?
– Tylko z tatą. Tata jest fajny i jest cieplutki. A potem dwa dni z mamą.
– A co z Melem?
– Dwa dni z mamą i Melem… I trzy dni u babci.
Bo u babci to Zuzu może być maleńką dziewczynką. Babcia na rączki nie weźmie wprawdzie, ale na kolanka jak najbardziej.
Ale nim poszłyśmy spać szukałyśmy zorzy polarnej bo była możliwość, że będzie widoczna.
Nie była.
Trudno.
Rano odprowadziłyśmy ją z Tosią do mostu. Spotkała koleżanki ale na moście jeszcze nam pomachała.
Tosia lekko się zaparła łapami, obejrzała się kilka razy na most, ale cukierki skutecznie ją przekonały, gdzie lezy właściwy kierunek marszu. Ciekawe czy za cukierka dałaby się odciągnąć ode mnie.
Poza tym w pracy dni lecą jak głupie. No i klienci domagają się swoich deklaracji. I moja praca wygląda teraz jak praca tego zamachowca, co miał zastrzelić Putina i Maciarewicza polityka z odległości dwóch metrów. I spudłował. I policja go pyta „ale jakim cudem?!”
– Weź traf, jak ciągle cię ktoś szarpie za rękaw i krzyczy „I Ziobrę też, i Ziobrę też”.
To u mnie właśnie tak: weź pracuj jak ciągle ktoś dzwoni „a kiedy mi pani zrobi, a kiedy”…chyba przestanę odbierać telefony.
Poza tym jest zimno. Pioruńsko zimno! W nocy ciągle -5, a za miastem podobno nawet -10 bywa!
W dzień świeci słońce, wiatru nie ma…a skądś ciągnie lodowatym powietrzem.
Jutro w nocy lecę do Gdańska składać wniosek na dowód, we wtorek wracam . Miałam lecieć w krótkiej kurtce i wiosennych butach, ale chyba jednak zostanę przy zimowej odzieży.
Jeszcze dziś jedziemy popatrzeć na żurawie.
…Czy ktoś mógłby wyłączyć to zimno? Liście krokusów wylazły nad rzeką i stop. Nie kwitną, bo za zimno.











