45. 16 vs 4 czyli Czy zamienił stryjek siekierkę na kijek?

Od roku czyli odkąd zostałam posiadaczką Astry z tyłu głowy wciąż miałam mały kalkulatorek, który wciąż przeliczał.
Wartość samochodu.
Wymiana paska rozrządu.
Naprawa klimatyzacji.
Opony zimowe+felgi bo teraz jeździ na wielosezonowych, ale ja im nie ufam…
Oraz nieustające pytanie: „co walnie, kiedy walnie i jak droga będzie naprawa?” Bo gdy auto zbliża się do pełnoletności to niestety trzeba się liczyć z tym, że usterki będą się mnożyć.
Perspektywa zbliżającego się lata i konieczności zrobienia klimatyzacji jakoś to myślenie zintensyfikowała.
No…a koleżanka z Tablicy Odjazdów smagnęła bacikiem.
No bo…czemu nie? Teraz jest mało na rynku aut używanych. Jest dzięki temu szansa, że handlarz weźmie Astrę jako zadatek na auto nowsze. I że da za nią jakąś rozsądną cenę.
Zaczęłam szukać.
Poczytałam opinie i stwierdziłam, że w sumie to bym może chciała hybrydę. W moim zasięgu cenowym (max 6lat, niezbyt duże)- były wyłącznie Yariski. No, spoko i tak w nie celowałam.
Yariski są fajne: małe, typowe miejskie samochodziki, bezawaryjne (podobno) i nawet po 5 latach używania bateria nie wymaga zmiany.
No ale… GDZIE ŁADOWAĆ?
W garażu miejsca do ładowania nie ma. W mieście są trzy: na Torget, na odosobnionym parkingu vis a vis ICA i koło McDonalds – dalekp od centrum miasta, w sumie w lesie.
Bez sensu. Mam zostawiać moje auto gdzieś pośrodku niczego, żeby się ładowało? I latać przez pół miasta gdy mi jest potrzebne? A w nocy się zastanawiać czy komuś nie przyszło do głowy go zniszczyć?
… No dobra, podobno można ładować zwykłą wtyczką, ale nadal nie mam gdzie. Musiałabym zamienić garaż na parking pod domem, tam są słupki elektryczne, ale…
Mieliłam w głowie takie pytanie oraz coraz częściej pojawiającą się kwestię: zaraz czy to na pewno ekologia? Ciężkie auto pali więcej paliwa. Powoduje większy nacisk, a więc mocniej niszczy drogi. Co z baterią, gdy zakończy żywot?
Noooo… może jednak niekoniecznie chcę hybrydę. Może w ogóle dam sobie spokój z wymianą auta? Poczekam jeszcze rok… Przecież nic się nie dzieje. Powiedziałam tak do męża.
Ale w głowie nadal się mieliło: a jak przez rok coś się zdarzy? A klima, lato idzie. Kto wie co będzie za rok? To może jednak poszukać coś normalnego, na benzynę?
Rzut oka na ogłoszenia pokazał mi, że jak zrezygnuję z baterii to cena spada o jakieś 20 tysięcy koron. Tylko niestety Yarisek z automatyczną skrzynią biegów na rynku nie ma. Tzn są, ale albo daleko (Piteå), albo stojące u handlarza arabskiego od jesieni, czyli wiadomo, że coś jest nie tak.
No, a inne japońskie? O…Micra wygląda fajnie, cenę ma fajną.
I Hyundai. Ale to koreański. Koreańska jest też Kia.
Czy można zaufać koreańczykowi? Lubię ich seriale, ale to chyba za mało?
Poczytałam.
Opinie powiedziały, że owszem, można.
Zadzwoniłam do Jacka – klienta. Jacek jest samochodziarz z duszy, mechanik z zawodu, lakiernik i blacharz z wyboru. No kurde: człowiek orkiestra.
– Czy warto Hyundaia?
– Któego? – (proszę nie regulować odbiorników: Jacek nie wymawia R)
Jacek powiedział: Hyundaie oraz Kie to bardzo niedoceniane auta. Mają dobrą mechanikę, praktycznie bezawaryjną. Mają całkiem przyzwoite blachy jak na auta w tej cenie – nie rdzewieją tak szybko. Właściwie przez 10lat jak się robi odpowiedni serwis to nic się nie dzieje.
A Nissan?
Mając do wyboru Nissana a Hyundaya wybrałby tego ostatniego.
Miałam upatrzone dwa: Nissan Micra (szary) 30km ode mnie w autoryzowanym salonie. Oraz Hyundai i10 (czarny) 100km ode mnie.
Dobra. To zdajemy się na los.
Zadzwoniłam do Nissana. Już został sprzedany.
Zatem: Hyundai.
Uzgodniłam wszystko z panem przez telefon. I zostało ostatnie pytanie: kiedy mogę być.
– Daj mi chwilę, bo wiesz… mój mąż nic nie wie o tym, że zmieniam auto, a chyba powinien.
Zadzwoniłam do eM.
– Wiedziałem! – zaśmiał się i dodał – Będę wcześniej, skoro mamy zdążyć przed godziną 18.
Praca mi nie szła, bo wciąż i wciąż mieliłam w głowie czy ja na pewno wiem co robię. I trzeba pamiętać by zabrać papiery Astry. I wyczyścić schowek. I jeszcze drugi klucz od Yankiego…
Pojechaliśmy. Astrą naturalnie. EM prowadził, bo raz, że się nam spieszyło, dwa, że byłam tak zdenerwowana, że nie czułam się na siłach.
Tak sobie jechaliśmy w słońcu, w tłoku na drodze, pogadywaliśmy o samochodach i różnych innych rzeczach i naraz ZONK!
NIE WZIĘŁAM PORTFELA!!!
Przekopałam plecak. Nie wzięłam. A tam prawo jazdy – czyli mój dokument tożsamości. Oraz karty płatnicze.
A byliśmy jakieś 30km od celu. EM zwolnił. Czułam, że tylko to iż trzyma obie ręce na kierownicy ocaliło mi życie.
NIE WZIĘŁAM PORTFELA! JA! JA KTÓRA NIGDY NICZEGO NIE ZAPOMINA! I NIE GUBI! Klucze zgubiłam raz w życiu. Dokumentów NIGDY. A teraz zapomniałam.
– No i co? – zapytał eM
– Nic, za późno, żeby wracać. Jedziemy dalej.
– Ale jak zapłacisz?
– Przecież nie będę płacić kartą, nie? A do podpisania mam elektroniczne ID. A że ja to ja to mam zdjęcie prawka w telefonie, bu wysyłałam handlarzowi. No i ty możesz potwierdzić.
Dojechaliśmy.
Hyundai stał przed wejściem. No, mniejszy niż Astra, naprawdę malutki. I też bez czujników parkowania.
Salon elegancki, nowy, pełen motorów.
Sprzedawca wyszedł mi na przeciw.
– Nie mam dokumentów – powiedziałam żałośnie.
– Nie szkodzi, nie będą ci potrzebne… ale nie mogę ci dać samochodu na jazdę próbną. A ty masz prawo jazdy? – zwrócił się do eMa.
EM, który roziskrzonym wzrokiem patrzył w koło, przytaknął. Miał minę dziecka w sklepie z cukierkami. „Tyle dobra…”
Pojechaliśmy. Tzn. eM pojechał, ja tylko siedziałam obok. Niby co miałam robić. Samochód jak samochód. O, siedzenia są wyżej i są wygodniejsze. Klima działa. O, wejście na USB i kabel do telefonu, będzie można słuchać muzyki, a nie radia.
Dwadzieścia minut i dwa podpisy elektroniczne później zostałam posiadaczką czteroletniego Hyundaia i10 w kolorze czarnym (znowu, niestety).
Astra została na parkingu. Zabierałam moje klamoty ze schowka i bagażnika. Pogłaskałam kierownicę.
– Dobry z ciebie był samochodzik. Dzięki. Trzymaj się – powiedziałam.
Naprawdę nie powinnam związywać się emocjonalnie z samochodami. Jeszcze okazało się, że trzeba zatankować, bo wyświetlacz pokazywał, że możemy przejechać 90km. A my do domu mieliśmy 100. Tylko jak zatankować nie mając karty do bankomatu? No, mam kartę w telefonie. Przez apke googla połączoną z moim bankiem, ale to nie wszędzie działa. Czy będzie działo na stacji paliw?
Zadziałało. Tylko, że nie potrafiliśmy otworzyć zbiornika paliwa (taki mały wihajster pod fotelem kierowcy przy przykryty dywanikiem). A gdy eM siegnął po zielony nalewak poczułam panikę. Czy ja na pewno kupiłam auto na benzynę?! Na pewno. Uff.
Wracaliśmy boczną drogą. Owszem fotele wygodniejsze. Owszem, klima działa. Ale za to o ile głośniej jest w środku! I foteli nie da tak regulować jak w Astrze.
40km od domu przesiadłam się ja za kierownicę.
Prowadzi się inaczej niż Astra. Kierownica, pedały reagują na muśnięcie. Zmiany biegów nie czuć. Hamowanie płynne.
Wysadziłam zmęczonego eM w garażu, wypakowaliśmy opony zimowe (z felgami). On poszedł do domu, ja do Yankiego zawieźć mu drugi klucz i pokazać auto.
Miałam zajść do sklepu, stwierdziłam, że pojadę do ICA. Przejechałam się. Hm. Nie wiem. No nie wiem… Niby fajnie, ale… ODAJCIE MI MOJĄ ASTRĘ!!! To jest wóz drabiniasty! Astra była fajna, co ja zrobiłam?! Matko boska! Wzięłam kredyt na 5 lat! Zgłupiałam chyba, a jak coś się stanie? Po co mi był nowszy samochód, przecież ja nigdzie nie jeżdżę!
O 22 łyknęłam walerianę.
O 2 obudziła mnie migrena.
O 3:30 zasnęłam na nowo.
O 5:45 obudził mnie kot. I znowu migrena.

Czy jakbym im zalała paliwo, i odwiozła Hyundaia z powrotem to by mi oddali moją Astrę?
eM by mnie utłukł.