Mało mnie tutaj bo w sumie nic się nie dzieje. A jednocześnie dzieje się dużo, ale takich rzeczy, które są nie do opowiadania. I nawet nie dlatego, że cenzura, tylko dlatego, że tego się nie da opowiedzieć.
Nie da się streścić codziennych, kilkukrotnych rozmów w Panem W, bo to dryfowanie od tematu do cytatu, do piosenki, filmu, uczuć, żartu i nie wiem czego jeszcze.
Jeszcze nigdy, z nikim nie miałam tak bardzo szczerej, pełnej otwartości, relacji.
W skrócie – miłość kwitnie. A ja żyję tu i teraz. Nie oglądam się za siebie, nie grzebię w przeszłości. Nie patrzę do przodu, nie snuję planów i nie tworzę scenariuszy. Będzie co ma być.
Choć oczywiście, gdzieś na dnie duszy, leży taki obraz: on z pierścionkiem, może nawet przyklęknąwszy, prosi mnie „wyjdź za mnie”.
I coś tam w mojej duszy, może tamta młodziutka Kasia, chce tej pewności, tego namacalnego dowodu, że wreszcie ktoś mnie wybiera, ktoś chce ze mną być. Nie z przymusu, z obowiązku, a z najprawdziwszego uczucia. Tyle, że dorosła Kasia wie, że to żadna gwarancja, że przecież mimo całej mądrości, nadal nie mamy wpływu na to co czujemy i że tak jak rozbłysło – może zgasnąć.
Dlatego cieszmy się chwilą.
Za 4 dni przylatuje koleżanka Italianka czyli Emigrata.
A za dni 12 przypływają PanW i Dorka.
Jest jesiennie, wietrznie, chłodno i chmurno rankami.
Wieczorami i rano już muszę zapalać lampki.
Jesień idzie. Nie ma na to rady.
Ale wierzę, że też będzie piękna.
70.
Zrobiło się jesiennie i gęsi zaczynają się pojawiać na niebie.
Idzie jesień… Noce są chłodniejsze, choć w dzień nadal ciepło. Tradycyjnie na weekend pogoda się kiepści, ma padać i być chłodniej.
Dla mnie to w zasadzie bez różnicy, ale notuję tę dziwną prawidłowość.
Odliczam dni do przyjazdu gości.
14 i 22. I nie mogę się doczekać.
Pan W wprowadził się w moje życie na dobre. Jest stałym punktem poranka, popołudnia i wieczoru.
Mniej czytam, mniej oglądam, za to JESTEM. I rzadko wybiegam myślami w przyszłość, bo wtedy zaczynam się bać. Staram się też nie grzebać w przeszłości. Z całej siły zakotwiczam się w codzienności, by się nią cieszyć. Niech trwa tu i teraz.
Topór z EM zakopany na dobre, ale stwierdzam, że przyjaźnić się z nim nie dam rady.
Wczoraj spędził u mnie dwie godziny.
Miał być na 18 w Skovde, żeby odebrać „koleżankę” ze Sztokholmu, ale pociąg wystartował dwie godziny później (Sorry, taki mamy klimat – to norma w Szwecji. Pociągi są drogie i mało punktualne). No i przyszło mi te dwie godziny spędzić z kolegą byłym.
Wyszedł, a ja zostałam – zdenerwowana, zdołowana z lekka, znowu „unieważniona”.
Taki drobiażdżek: opowiadał gdzie i jak spotkał koleżankę (banał czyli portal randkowy). No i że „nie dość że znak zodiaku panna, to z brązowymi oczami, a ja nie lubię brązowych przecież”. ZERO refleksji, że może mi być przykro.
Pamiętacie scenę z Nigdy w życiu gdy Judyta mówi do Tomasza kotku, a on warczy „Nie mów do mnie kotku”. A potem jest scena w sądzie, Jola mówi do Tomasza „Mówiłeś o naszych planach, kotku?”
Na to Judyta przedrzeźniając „Kotku?”
A Tomasz odpowiada „No wiesz, zależy kto mówi”.
Ja wiem, że EM nie mówi tego celowo, by dokopać, on po prostu klepie bezrefleksyjnie co mu do głowy przyjdzie. Ale nawet jakbym mu powiedziała, że sprawił mi przykrość, to powie, że to ja jestem sama sobie winna.
Tak więc – życząc mu wszystkiego najlepszego, doceniając to, że w sprawach technicznych mogę się zawsze do niego zwrócić, postanawiam sobie jednak nadal ograniczać kontakty.
Tymczasem w domu mam sublokatora: synka, który przeniósł się do mnie na czas wizyty „koleżanki” EMa. 1 września synek dostaje swoje własne mieszkanko i wreszcie będzie miał swój własny kąt.
69.
Chyba w końcu zakopaliśmy topór wojenny. Eks i ja.
Wczoraj gadaliśmy przez telefon, życzliwie, bez szpil.
Choć oczywiście EM to EM, więc tak całkowicie gardy opuścić się nie da.
Pomału planuję wizytę Pana W.
Będzie miał facet wyzwanie: spotkać całą moją rodzinę w gromadzie. A zaraz potem Adasia. Starszy brat i najlepsza przyjaciółka w jednym muszą tę relację pobłogosławić przecież.
I trzeba będzie zintegrować dwie panny, a każda charakterna: Tosia i Dosia.
Będzie się działo.
Myślę o tym z uśmiechem i trwogą. I odliczam dni. 28.
A tymczasem poniedziałek. Robota. Mam plan na dziś, oby mi nic nie przeszkodziło.
68.
Synek wrócił z Pragi. Przywiózł zachwyt, ekscytację oraz prezenty dla mamusi: breloczek z zegarem astronomicznym, skarpetki z Sąsiadami (jedna czerwona, jedna żółta) oraz futerał na okulary z Zodiakiem Alfonsa Muchy.
Opalił się, pojadł knedlików z gulaszem, popił piwa. Nie zobaczył wszystkiego, choć zrezygnował z Drezna, ale uznał, że pojedzie innym razem, jak już zobaczy w Pradze to, czego dotąd nie widział.
Po cichu szepnęłam, że Wilno, Ryga i Tallin też się warte odwiedzenia, zapalił się. Oby moskiewskiego bandziora szybciej pochłonęła jakaś zaraza…
Misia w drodze na Nordkapp.
EM pojechał do Sztokholmu, spotkać się z nową koleżanką. Fryzjerka bowiem jakoś nie wykazuje się chęcią do bliższej integracji. Co notuję z pewną satysfakcją… Misia stwierdziła: nie znam tej kobiety, ale ojciec tak mi ją obrzydził, tym wiecznym gadaniem na jej temat, tym „a Ewa powiedziała…”. Wiem, że to nie jej wina, że to niesprawiedliwe, ale nawet nie chcę jej poznać.
Czym wyraziła i moje uczucia. Choć odkąd mam pana W. w moim życiu, skłaniam się do myślenia: niech i eksowi się poszczęści, będzie o jednego szczęśliwszego człowieka więcej na świecie.
A u mnie lato w pełni. Ciepło, bardzo ciepło. A popołudniami wręcz gorąco.
Coś mnie pogryzło…
Albo mam uczulenie na coś, na przykład na truskawki, których sobie w tym roku nie żałuję. Spożywam je z bitą śmietaną, dzięki czemu cukier mi nie szaleje.
Najdziwniejsze jest odkrycie, że po zjedzeniu białej bułki pszennej, nawet z serem i wędliną, cukier skacze bardziej niż po solidnej porcji lodów.
67. Lato
Misia i Mel oraz ich kamper są gdzieś koło Jokkmokk. Nie mają internetu, więc niewiele zdjęć dostaję, ale widzę że mają pięknie.
Budujące jest to, że są ze sobą już ładnych kilka lat, a wciąż lubią być tylko we dwoje.
Zuzu gdzieś w Bułgarii na plaży z tatą, bonus mamą i rodzeństwem.
A Yankie jest w Pradze. I tu najfajniejsza rzecz. Ta podróż to prezent dla mnie na 60 urodziny. I miałam rację prosząc o to!
Dzwoni, wysyła zdjęcia. A brzmi tak, że cała treść mi umyka, bo słucham tonu jakim mówi mój syn. Głos ma pełen energii, radosny, bo zmęczony fizycznie. Śmieje się otwarcie, na cały głos, takim śmiechem jakiego jeszcze nigdy u mojego syna nie słyszałam. To najlepszy prezent jaki mógł mi dać mój syn: swoją radość z życia.
A ja znowu byłam w Kołobrzegu. Wyjechałam we czwartek nad ranem, wróciłam w poniedziałek tuż przed północą.
Duduś czekał na mnie na peronie. I znowu w deszczu. To już chyba będzie taka nasza tradycja, że witamy się w deszczu.
Było … spokojniej niż za pierwszym razem. Mniej motyli, więcej codzienności, czasem tej trywialnej, ale dzięki temu normalniej.
Wzięłam szydełko, książkę, audiobooka, w zapasie były filmy, no i muzyka. Poza muzyką – reszta okazała się nieużyteczna. Tematy się nam nie kończyły. Gadaliśmy i gadaliśmy.
Ach! Kąpałam się w morzu, choć w wodzie było tylko 18 stopni i zamoczenie punktów wrażliwych było wyzwaniem. Ale super!
Dorka- psiorka mnie zaakceptowała. Pozwala się czasem pogłaskać, choć nadal szczerzy ząbki, jeśli to trwa za długo. Jakieś bydlę musiało ją bardzo skrzywdzić, dotyk ręki źle się jej kojarzy. Mimo to nie poddaję się i cierpliwie pracuję na jej akceptację. Rzucam patyki do morza, a ona mi je przynosi i kładzie pod nogi. Podsuwam przysmaczki zawinięte w rolkę od papieru, których ona jeszcze nie potrafi otworzyć. Poszła za mną na spacerek choć ciągle się oglądała za Dudusiem i nie dała się zaprowadzić nad morze.
Rozstanie nie było łatwe. Na szczęście za 33 dni oni przyjadą do mnie na całe 12 dni. Bilet kupiony, pieski paszport załatwiony, urlop klepnięty. Martwię się jak się pogodzą nasze dziewczyny, ale wierzę, że da się to jakoś pogodzić. Choć plan alternatywny czyli Eks też jest opracowany.
A u mnie lato na całego. Gorąco. Temperatura w nocy oscyluje pomiędzy 18 a 20 stopni.
A tymczasem trzeba pracować.
Piosenka odkryta w Kołobrzegu…
66. 15 lat minęło
15 lat temu, w olsztyńskim szpitalu, czekałam na narodziny mojej wnuczki. Przyszła na świat około godziny 7. Spojrzałam w jej zamglone jeszcze niebieskie oczka… i przepadłam. Jest najważniejszym człowiekiem w moim życiu. Myśl o niej motywuje mnie do bycia lepszym człowiekiem, do dokonywania zmian we własnym życiu. Jest moim drogowskazem, bo nawet o tym nie myśląc, wiele decyzji podejmuję mając ją na uwadze.
Jest uroczą nastolatką i jestem pewna, że wyrośnie na wspaniałego Człowieka. To dzięki niej zrozumiałam czym jest miłość bezwarunkowa – ona nie musi nic robić, nie musi być „jakaś”, wystarczy, że jest – i to napawa mnie niewypowiedzianym szczęściem. Najlepsze uczucie jest wtedy gdy widzę jak się rozjaśnia na mój widok, jak się uśmiecha i przytula. Wtedy czuję, że wszystko jest tak, jak trzeba.
Jestem szczęściarą.
Od 15 lat dziękuję losowi za ten cud o imieniu Zuzanna.

65.
Zaczynamy weekend migreną oraz zachmurzeniem. Czyli normalnie.
A tak było miło. Wstawałam bez bólu głowy przez wiele dni. A od środy nawrót.
Możliwe, że stres. Możliwe, że za bardzo drążę. Możliwe, że oglądanie filmów z jednoczesnym robótkowaniem. Może wszystko – może nic. Nie wiem co się dzieje w mojej czaszce.
Nie ciśnienie krwi to pewne.
Pod naciskiem kolegi Dudusia zaczęłam mierzyć sobie ciśnienie rano, zaraz po cukrze. Zaobserwowałam, że w te dni, gdy wstaję z bólem ciśnienie jest nieco wyższe, ale nadal się mieści w widełkach „prawidłowe, niepodwyższone”. Poobserwuję jeszcze jakiś czas.
Miałam iść do Miry – tej pani od ogrodu, ale zapomniałam się umówić.
Zaraz do niej napiszę – może zaprosi mnie na dziś?
Co zanieść osobie, która ma ogród na pierwszą wizytę w domu? Ciasto odpada, bo piecze własne, kwiatów ma w bród… Czekoladki?
Synek właśnie podpisał umowę na własne mieszkanie. Wyprowadza się od ojca we wrześniu. Cieszy się oczywiście. Ja też. Ale oczywiście też trochę martwię, czy samotne mieszkanie będzie dla niego dobre?
A jutro świętujemy 15 urodziny Zuzanki. Oby pogoda dała nam posiedzieć w ogrodzie, to byśmy zabrali Tosię. Ona uwielbia ich ogród. Bo ma trawę pod łapkami i wszystkich swoich ludzi blisko, w stadzie.
Szczęście, że rodzina Mela lubi psy, choć w domach każdy ma swojego kota. Wcale się psu nie dziwię, że nie chce stamtąd wychodzić.
Czasem dopadają mnie smuteczki i wątpliwości mniejsze lub większe. Nie ukrywam, że wiele z nich dotyczy „tego pana”. Ciekawe jest jednak to, że
A) mówię otwarcie o tym, że coś mnie zabolało lub zaniepokoiło
B) on nie ucieka przed tym, tylko przyjmuje na klatę i wałkujemy temat do skutku
C) i vice versa
To dziwne. Naprawdę tak robią „normalni” ludzie?
64.
Misia poprosiła, żebym do niej przyjechała. Wyczułam, że potrzebuje pogadać. Dobrze wyczułam.
Opowiedziała o ich wypadzie w góry norweskie – prezencie dla ojca z okazji sześćdziesiątki.
Wypad trwał trzy dni. Z czego jeden spędzili wędrując w nieustającym deszczu przy 3stopniach. Warunki były ekstremalnie trudne, ale to był pikuś w porównaniu do nieustającej interakcji Misi z ojcem.
Dotąd na wyprawach rozkładało się to po połowie na nią i na mnie. Albo i więcej na mnie niż na nią.
A teraz … no cóż. Mnie nie było. I córcia dopiero naprawdę zrozumiała jak trudnym człowiekiem jest jej ojciec.
No, ale na szczęście wrócili cali i zdrowi i nie pokłóceni.
Misia musiała się wygadać, a ja to przyjęłam.
A potem woziłam synka tu i tam, gadaliśmy też o wyprawie, bo i on brał udział i jestem z niego dumna, że się ruszył.
I tak całe prawie popołudnie spędziłam z moimi dziećmi.
A na koniec zostałam z poczuciem zaskoczenia… niedowierzania… satysfakcji. Jakim cudem mam takie fajne dzieci?
A w czasie spaceru z Tosią zwiedziłam ogródek sąsiadki. Niesamowite miejsce. Pod koniec tygodnia jestem zaproszona na kawę i ciasto z porzeczkami. Jak będzie dobra pogoda to wezmę aparat, bo miejsce jest przepiękne.
Sąsiadka jest Polką, już na emeryturze.
A dziś przychodzi Olga.
Się dzieje.
Nie mam czasu na seriale, nie mam czasu na czytanie, na druty i szydełko. Ale i tak jest fajnie.
63.
Ładną mamy jesień tego lata. Od kilku leje. Czyli pogoda jest stabilna. Temperatury w porywach osiągają zawrotny poziom +19stopni.
Ale przecież lubię deszcz, prawda?
I truskawki staniały.
Mało mnie tu, bo piszę w kajeciku, ołówkiem.
Odkrywam przyjemność odręcznego pisania na nowo. Myśli się lepiej układają. No i pierwszy raz w życiu nie muszę się bać, że ktoś moje zapiski przeczyta.
W sumie to teraz odkrywam jak dużo dał mi rok bycia samej ze sobą. Jak bardzo wpłynęło to na moją samoocenę, pewność siebie, wewnętrzną zgodę. Także w kontaktach z … (nazwijmi go Dudusiem) Dudusiem. Nigdy wcześniej z nikim nie byłam tak bardzo szczera. I nigdy tak odważnie nie mówiłam czego chcę lub co mi się nie podoba. Fakt, że on to przyjmuje spokojnie, bez odbijania piłeczki, że stara się zastosować do moich próśb (np. czy mógłby używać mojego imienia nieco częściej) bardzo tej otwartości pomaga. A to z kolei robi dobrze na ogólną komunikację.
Inna rzecz, że nauczyłam się słuchać samej siebie, dawać sobie prawo do czucia tego co czuję, nawet jeśli wydaje się to nielogiczne. To prowadzi do tego, że coraz lepiej wiem czego chcę, co mnie uwiera i dlaczego.
Zatem sielanka trwa.
Za 12 dni znowu jadę do niego, a potem, na moje urodziny, on przyjedzie do mnie ze swoją Dorką. I nieco się tego boję. Bo Dorka ma problemy, a musimy ją zintegrować z Tosią. Bo nie wyobrażam sobie oddania Tosi na dwa tygodnie. A zostawić Dorki nie ma z kim, bo on jest jedynym człowiekiem, któremu jako tako ufa. No więc muszą się nam jakoś dziewczyny dogadać. Tu prośba do wszystkich psiarzy: jeśli macie jakieś doświadczenia dzielcie się nimi w komentarzach. Rozważam jeszcze zasięgnięcie porady u jakiegoś behawiorysty.
Ale nie samą miłością człowiek żyje. W piątek był u mnie mój ulubiony klient i podarował mi piękny album z malarstwem Gorana Dalhova z okazji pierwszej rocznicy współpracy.
Poza tym narobiłam sobie zaległości, bo u mnie zamęt w duszy wpływa na koncentrację, i teraz muszę trzymać reżim i pilnie odrabiać zadania. Na szczęście widać światełko w tunelu.
Tosia ma futro jak aksamit: miękkie, lśniące, puszyste.
A Zuzu za 10 dni kończy 15lat. Piętnaście! I wiecie co? Nadal jest moim ulubionym człowiekiem, mimo, że jest nastolatką. Kocham ją jak wariatka, poszłabym za nią w ogień, a nawet mogłabym jej co dzień gotować obiady. A najdziwniejsze jest to, że Zuzu się wydaje całkowicie NORMALNA. I tak po cichutku sobie marzę, że może moja córka i ja przerwałyśmy przekazywanie tej toksycznej spuścizny w naszej rodzinie.
63. Canavarro! Deszczowy chłopak.
Najpierw zwrócił uwagę na mój tekst „jak się zakochać to nie indywidualnie”.
A że rozszyfrował cytat prawidłowo – to mnie zaciekawił…
Potem przez kilka dni wymienialiśmy krótkie uwagi o pogodzie i psach.
Potem postanowiliśmy pogadać.
Zadzwonił z plaży, gdzie był z psem na spacerze. Lało.
Następnego dnia- była niedziela -gadaliśmy prawie cały dzień. Aż nam telefony padły.
I tak trwało. Gadanie, gadanie, gadanie. O piosenkach, filmach, książkach. O zakrętach życiowych, traumach i ranach w sercu. O psach, kotach, naturze, żywiołach. O chorobach.
A wszystko bez tabu.
W końcu stwierdziliśmy, że powinniśmy się spotkać.
Jego pies jest pieskiem, który dopiero uczy się ufać ludziom, więc wiadomo było od razu, że jeśli ktoś ma obyć tę podróż -to ja.
Emocje rosły i rosły, bo rozmowy były coraz głębsze.
W piątek, 27 czerwca około godziny 14:30 stanął przede mną. Znowu zalany deszczem, z deszczem na okularach. I niebem w oczach.
Miałam być chłodna, oficjalna, opanowana.
Miałam …różne pomysły na to, co się wydarzyć może. Jednego nie wzięłam pod uwagę: że oboje wpadniemy jak śliwki w kompot. Z miejsca. Jakby piorun trzasł.
No i teraz jest jak u Tuwima:
Taki to już los nasz będzie
takie to już miłowanie
przywitanie pożegnanie
pożegnanie wspominanie
Twoje oczy widzę wszędzie
Twoje oczy mnie piastują
z dali dali mnie żałują
z dali dali mnie miłują
Nie przychodzą na wezwanie
jeno błyszczą jak w legendzie
z dali, z dali, zewsząd wszędzie…