Rano obowiązkowy oblot second handów. Komoda na którą się czaiłam, została sprzedana. Trudno – nie była mi pisana.
Stopniowo pozbywam się najstarszych, białych regałów. Cel jest taki by zastąpić je drewnianymi lub przynajmniej przypominającymi drewno. Najchętniej jasne. Fajny regał na książki widziałam na facebookowym markecie. Uczciwie napisano „ciężki jak cholera”, wzięłabym, ale jeszcze nie wymyśliłam jak to przetransportować… No i jak umocować do ściany, żeby nikogo nie zabiło…
Więc myślę.
W dzień się troszkę leniłam, potem poszłam na przechadzkę z audiobookiem. Zaczynam odzyskiwać formę, bo dystans jaki do niedawna robiłam w 40minut wczoraj pokonałam w 25. Znaczy: trzeba wydłużyć…
Miałam poodkurzać, ale strasznie mi się nie chciało.
A wieczorem pojechałam „w świat”. Misia i Mel kupili kampera. Żadne cudo, jest starszy od nich, więc wiadomo. Ale jest sprawny i w zeszłym roku był nawet we Włoszech. Wczoraj robili inaugurację wstępną. Czyli pojechali nad jezioro i postanowili tam spać. Przysłali mi lokalizację, byli 17km od domu, więc ruszyłam tyłek i pojechałam, choć strasznie mi się nie chciało.
Postanowiłam sobie, że póki eks zabiera Tosię (nie wierzę, że to będzie na stałe, jestem przekonana że zaraz się z tego wykręci) będę wyciskać z dni wolności ile się da.
I dobrze zrobiłam. Oczywiście wzięłam aparat.
I o.










Dokończyłam aktualnie słuchanego audiobooka Jessica George „Maame”.
Dokończyłam serial „Syreny” i poszłam spać.
Ale chyba było mi za mało tego dnia, bo nie mogłam zasnąć, jeszcze chciałam coś porobić, choć dochodziła północ…
Spałam do siódmej, pewnie spałabym jeszcze, ale Basil oświadczył, że śniadanko rzecz świętsza od wszystkiego…
Zdjęcia, teraz widzę, nieco za ciemne, w rzeczywistości było jaśniej mimo, że było dobrze po 21, wiecie jak to u mnie jest o tej porze roku.
To był bardzo fajny dzień.










