W zasadzie mówiłam, że tak, oczywiście, będę starać się jeździć, ale w głębi duszy nastawiłam się na to, że nie w ciągu najbliższych tygodni.
No bo jak pisałam „zaskórniaków niet”, a o zwiększenie limitu pożyczki nawet nie chciałam pytać z różnych powodów. Jeden taki, że ja się boję mieć kredyt na kilka lat, zwłaszcza, że już jeden mam + kartę kredytową, małą bo małą, używam jej do płacenia za „zabawki”, ale mam.
Generalnie skłaniałam się ku temu by po prostu sprzedać „muła” czyli nasze volvo (bo volvo jak się rozpędza to muli, ale jak już pójdzie to idzie) włożyć kasę jako wkład w nowsze auto, z automatyczną skrzynią, dobrać ew. trochę kredytu samochodowego.
Tak byłoby najbardziej ekonomicznie, bo w naszym wypadku nie ma żadnego uzasadnienia do posiadania dwóch aut: ja pracuję w domu, eM w mieście, dzieci do wożenia tam i siam nie mamy…
Z drugiej strony, pamiętając krótki czas, gdy Yankie pracował za miastem, a nie miał własnego auta więc brał nasze, wiedziałam, że będzie to kolejne źródło konfliktów domowych. Na przykład jęczenie mego męża, że musi na nowo wszystko ustawiać. Nie mówiąc już spowodowaniu jakiejś szkody.
eM miał chyba podobne przemyślenia bo oświadczył, że nie ma co, trza się zapożyczyć, może nie na nowe auto, ale na coś przyzwoitego i bezpiecznego. Bank w porozumieniu ze związkami zawodowymi dał mu 4% odsetek rocznie (wreszcie jakaś korzyść z przynależności do związków zawodowych), ustaliliśmy górny limit kosztu auta na 50tys koron (czyli dwie wypłaty średnio zarabiającego spawacza) i trzy minuty później kasa była już na koncie.
No i się zaczęło szukanie. Przez internet naturalnie.
W najbliższej okolicy handlarze to same tuzy, co nie zniżają się do sprzedaży aut starszych niż 5 lat.
Tłukłam w komputer, szukając na dwóch najbardziej popularnych portalach: blocket i bytbil. Nauczona doświadczeniem sprzed roku, z samochodem Yankiego, wiedziałam, że nie chcę kupić z prywatnych rąk, oraz…wybaczcie rasizm: nie od araba. Dlaczego? Czytajcie dalej.
Późno, w środową noc miałam wybranych kilka aut:
– czarna Honda Jazz, rocznik 2008, przebieg ok 130 000km, w Borås
– niebieski Mitsubishi Colt o podobnych parametrach, w Göteborgu,
– czerwona Toyota Aygo, jak wyżej, też w Gbgu
– jasnoniebieska Honda Jazz z 2006, bardzo tania, ale em kręcił nosem, że stara i ma za duży przebieg bo około 160 tys km. W Kungälv.
Z góry ustaliłam z mężem: ma być co najmniej miesiąc gwarancji. Bez tego nawet nie oglądam. Bo każdy szanujący się handlarz poddaje auto przeglądowi, kosmetyce i drobnym naprawom, więc wie co sprzedaje. Jeśli tego nie robi to to nie jest rzetelny handlarz.
Pojechaliśmy we troje, bo Yankie w razie czego miał służyć za kierowcę …ja się nie czułam na siłach.
W Boras w „salonie” zastaliśmy dwóch chłopaków. Teoretycznie ich pochodzenie nie ma nic do rzeczy, ale powiem, że ich korzenie sięgały bliskiego wschodu. Właściciela nie było, klucza do Hondy nie było, opowiedzieć o aucie nie potrafili, poza tym, że jeden z nich zapewnił nas o pięcioletniej gwarancji. Mąż się naiwnie ucieszył, ja zapytałam ile ta gwarancja kosztuje. Tylko…TYLKO 5 tysięcy.
Rozumiecie: kupię auto za 40 000 tysięcy + 5tys gwarancji. Czyli auto warte wg ceny rynkowej 40 tys (albo mniej, bo wszystko zależy od stanu) kupię za 45tys…
I jeszcze bym się nie nastawiała wrogo, ale chłopak wyczuwszy, że to ja jestem kupującym, natarczywie zaczął mi wciskać,że taką gwarancję mieć muszę i że on ZAWSZE kupuje taką gwarancję gdy zmienia auto. ZAWSZE w ustach dwudziestolatka to przyznacie, brzmi cokolwiek mało wiarygodnie. Chłopak się rozkręcał, całą uwagę skupiając na tym by mnie do tej gwarancji przekonać, bo przecież muszę…aż zniecierpliwiona usadziłam go:
– Co ja muszę to pozwól, że ja sama zdecyduję, a teraz powiedz mi gdzie jest właściciel…
Właściciel pojawił się za chwilę. Podał nam klucz, wreszcie mogliśmy zajrzeć do środka i co najważniejsze: uruchomić silnik.
eM odpalił silnik i prócz jego warkotu usłyszałam coś, mnie zaniepokoiło: coś jakby dzwonienie…eM przekonywał, że o normalne, że auto zimne, bo na podwórku, silnik dawno nie ruszany no ma swoje lata. Pojechaliśmy kawałek, najpierw on, potem ja…No prowadzi się spoko, ale ten silnik….Wróciliśmy, wysiedli…
– Bardzo dobra auto – powiedział właściciel po polsku.
Byłam już gotowa podpisywać umowę, ale zapytałam o gwarancję.
– 5 lat! – oświadczył mi dumnie.
– Za 5 tysięcy tak? A ja chcę wiedzieć ile mi dasz gwarancji BEZPŁATNEJ
Bezpłatnej? Gwarancji? Bezpłatnej? Jakiej? Tak pytał jakbym ja wymyśliła coś, o czym on nigdy nie słyszał. A nie, takiej gwarancji to nie daje, bo to nie jego auto, on tylko wziął je w komis, a poza tym ma swoje lata…
Oddałam mu klucz ze słowami „to ja w takim razie dziękuję, ale nie”. I pojechaliśmy do Goteborga.
Chciałam obejrzeć tę czerwoną Toyotę a potem ewentualnie spojrzeć na niebieskiego Colta, choć eM na Mitsubishi bardzo kręcił nosem. Jechaliśmy i jechali a google prowadziło nas w coraz odleglejsze rejony miasta. Wreszcie dojechaliśmy.
Teren przemysłowy, pomiędzy nim utwardzony plac, wypasiona brama…i żadnego płotu, na bramie szyld i numer telefonu. A plac pusty, jeśli się pominie leżącą na boku ciężarówkę…
Bezradnie rozglądaliśmy wkoło w poszukiwaniu jakiegoś człowieka, wreszcie zadzwoniłam. Odebrał mężczyzna z obcym akcentem, w tle słyszałam głośne rozmowy po arabsku. Zapytałam o auto, powiedziałam, że jestem pod adresem podanym w ogłoszeniu.
– A nie, ta toyota to gdzie indziej to ja ci dam adres…
– A nie, to ja w takim razie już dziękuję
Handlarz od Colta też był Arabem i znajdował się w jeszcze innej części miasta, więc stwierdziłam, że naprawdę już mi się nie chce przebijać do kolejnego, niepoważnego „biznesmena”
– Jedziemy do Kungälv – zdecydowałam.
Tam miałam wypatrzoną niebieską Hondę Jazz, tanią, ze sporym przebiegiem, ale…
Jako alternatywę miałam jazdę następnego dnia do Örebro, Eskiltuny i Västerås, gdzie eM wypatrzył kilka Peugeotów 308. Oglądałam te auta na ulicach mego miasta bo jeździ ich dużo i jakoś nie byłam przekonana. Francuz..? Źle mówią o ich elektronice, części mają drogie…No i samo auto wydawało mi się cokolwiek za duże…
W zasięgu moich możliwości były jeszcze hybrydowe Toyoty Prius. Co prawda ich przebiegi wskazywały, że pora zmiany baterii jest tuż-tuż, ale w sumie bateria to 5tysięcy, a potem jeżdżę za darmo. Po czym eM mnie uświadomił, że nie za darmo, bo one spalają 6l benzyny na 100km… Choć dla środowiska niby lepsze (a co z utylizacją starej baterii?). No i podatek mały, bo tylko 300kr zamiast 1700kr.
No, ale wymiana baterii…czy to tylko to, czy jeszcze coś? Nie znamy się na tym, mechanik Tomek też nie do końca… Autoryzowany serwis za wymianę baterii weźmie za robociznę tyle samo co wartość baterii, a nikomu innemu poza Tomkiem auta nie powierzę. Zrezygnowałam.
Kungälv to miasteczko blisko Goteborga, przy trasie E6 Oslo-Malmö. Położone pomiędzy ramionami Göty, z ruinami twierdzy Bohus. Bliskość Goteborga sprawia, że miasto choć małe wygląda na bogate i tętniące życiem.
Handlarz do którego jechaliśmy był ostatni na mojej liście. Sprawdziłam, że tym razem właścicielami są Szwedzi więc na odmianę mogłam się spodziewać normalnych standardów ale…wyższych cen.
Na miejscu eM zdecydował, że nie wysiada (jeszcze nie doszedł do siebie po operacji tak całkiem) póki nie dowiem się gwarancję. Miejsce znowu odludne, dookoła tylko firmy i magazyny, ale ruchu niewiele, dobre miejsce na jazdę próbną.
W kantorku siedział pan o karnacji nasuwającej podejrzenie, że jego przodkowie nie są ze Szwecji, ale po szwedzku mówił bardzo dobrze i niemal bez akcentu. Obok niego siedziała tęga blondynka, która tylko słuchała, ale nie odezwała się ani słowem.
Zapytałam gwarancję na Hondę i usłyszałam, że sorry, ale na TO auto gwarancji nie ma. Czemu? Bo stare, bo tanie, bo przebieg…No i na takie oni nie dają. A co jesli w drodze do domu coś się stanie? Pan rozłożył ręce. Stare auto, tak być może. Już miałam wychodzić gdzy uświadomiłam sobie, że on powiedział, że na TO auto. Czy to znaczy, że na inne tak? Tak. Na które? No takie co kosztuję ponad 30tysięcy. Acha…A co ma z automatem? Niewiele, ale na placu coś jest, pokaże mi.
Niebieska Honda była ładna, ale bez gwarancji, to mogę ją ewentualnie za darmo wziąć.
eM wygramolił się z auta, podszedł do nas.
Obok niebieskiej Hondy stała czerwona Toyota typu sedan. Corolla czy coś. Pan wskazał na nią, spojrzałam i bez udziału umysłu cofnęłam się i skrzywiłam „iu” „fuj”.
– A, tu jeszcze mam to
Pokazał czarną Astrę półkombi z pomarańczowymi siedzeniami. Rok 2006. Cena prawie 45tysięcy. Przebieg nieco powyżej 13 tysięcy. Blachy bez śladów rdzy, jedna cienka, ale dość głęboka rysa na drzwiach, oraz brak listew na dachu. Poza tym wygląd -idealny.
eM wsiadł, odpalił silnik. Tak, to brzmiało tak, jak brzmieć powinno: ciche, równe mruczenie.
– Bierzesz! – powiedział mi.
– Ale… cena!
– Bierz! To porządny samochód!
– Weź się najpierw przejedź!
I tu się zaczęły schody. Bo jakaś dziwna ta wajcha… Nie ma P, nie ma D, są jakieś plusy, minusy, A…
Ki grzyb? Pan mu wytłumaczył, bo ja przestałam rozumieć co do mnie mówi.
Skrzynia hybrydowa: manualna z robotem zastępującym sprzęgło. Więc w sumie automat.
Pan poszedł odblokować nam wyjazd, bo auta stały na ogrodzonym placyku. Wsiadłam obok męża. Pojechaliśmy do końca uliczki. Potem się zmieniliśmy.
Kierownica, pedały… jakbym wsiadła do Golfa! Tylko ta wajcha…
– Ale będę się targować! – zapyskowałam. – I ma być gwarancja!
– Moim zdaniem nie musi, ale twoje auto, to się targuj.
Wróciliśmy, ale już nie wjechaliśmy na placyk tylko zaparkowali za naszym.
Pan się uśmiechał. Podszedł do nas.
– Okej? Dobre auto? (Bra bil?)
– Okej, bierzemy. – powiedziałam jak najgłośniej, żeby zagłuszyć entuzjastyczne słowa mojego męża (To naprawdę baaardzo dobre auto!)(muszę się nauczyć kopać go w kostkę). W drodze do kantorka pan powiedział:
– Ja nie jestem właścicielem tylko pracownikiem. I mam stałą pensję. Więc mi nie zależy ile sprzedam, bo i tak nie mam z tego nic więcej. Dlatego sprzedaję uczciwie. Mówię wam, że to dobre auto, bo to jest dobre auto
(Dobra, dobra – pomyślałam)
– Ale wiesz. Na drzwiach jest głęboka rysa…No i brak tych listew na dachu…Dasz nam jakiś rabat? – nie odpuszczałam.
Pomyślał. Spojrzał na panią.
– 42 tysiące.
(ILE?! Kurde, w stresie nie rozumiem liczb!)
– CZTERDZIEŚCI DWA? – upewniłam się po polsku do męża.
– Tak.
Kiwnęłam głową.
Spisaliśmy kontrakt (30 dni gwarancji na silnik i skrzynię biegów), od razu też załatwiłam ubezpieczenie. W firmie, gdzie mam i psa i kota i volvo i mieszkanie i firmę. Nie lubię jej, ale okazało się, że dzięki temu roczne, pełne ubezpieczenie wyniesie mnie połowę tego co w innych firmach.
Kilkanaście minut później wyjechaliśmy. eM w, teraz już, SWOIM aucie, ja z Yankiem w MOIM. Do domu mieliśmy jakieś 100km, a Yankie nie jest delikatnym kierowcą. Jechał i się zachwycał.
Ja znowu czułam znajomy ucisk po lewej stronie u podstawy czaszki.
Astra szła jak burza, przy wyprzedzaniu osiągnęła 120km bez najmniejszego problemu, trzymała się drogi, silnik mruczał jak Kocio ś.p., w środku można było rozmawiać bez podnoszenia głosu. Wyglądało na to, że wszystko co trzeba działa jak trzeba łącznie z klimatyzacją, o którą zapomniałam zapytać.
Postawiliśmy ją na parkingu.
A wieczorem odkryłam, że w dowodzie rejestracyjnym ma napisane, że skrzynię ma manualną. Czy to znaczy, że ja nie mogę nią jeździć? Ale ona nie ma pedału sprzęgła!! Ani niczego takiego czym trzeba sterować! Ona biegi zmienia sama! Tomek-mechanik powiedział: żaden manual, to jest automat, bo nie ma pedału sprzęgła! Uznałam, że tego się będę trzymać i na wszelki wypadek nie zapytam Urzędzie Komunikacji.
Pojechaliśmy wczoraj do sąsiedniego miasta. eM, ja i Astra. Tak z 50km w jedną stronę.
Tam jechał eM. Z powrotem – ja.
Miałam problem z utrzymaniem się na drodze: jeździłam od boku do boku. Ale prędkość udało mi się utrzymać stałą. Hamuje pięknie i zgodnie z przewidywaniami, pedały ma miękkie jak w golfie, kierunkowskazy w podobnym miejscu, lusterka ustawiana elektrycznie, spryskiwacze działają, wycieraczki bardzo dobre, opony wielosezonowe, ale dobrej klasy i ciche.
Lubię ją…tę moją Gwiazdę. (Skoro Ad Astra to znaczy Do Gwiazd…). A najbardziej mi się podoba, że pod elegancką czernią, skrywają się frywolne pomarańcze…
– A słuchaj…dlaczego ty się tak na tę czerwoną Toyotę skrzywiłaś? – zapytał eM.
– Nie wiem…ale poczułam się tak, jakbyś mi zaproponował założenie obcisłej kiecki, kusej i z wielkim dekoltem. I może jeszcze szpilki do tego? Fuj!
Nawet nie wiedziałam, że samochód ma pasować do duszy.