32.

No to święta…
Zapomnieliśmy o barwnikach do jajek. Jakoś nie rzuciły nam się w oczy …a jak zaczęliśmy szukać kilka dni temu to się okazało, że nie ma. Mnie tam nie robi różnicy, ale eM lubi wszystkie te świąteczne, tradycyjne rzeczy. No to kupiłam kurkumę, czerwoną kapustę oraz obłuszczyłam całą cebulę jaką miałam w domu i ugotowałam w tym jajka.
No i najładniejsze wyszły właśnie te z cebuli. Ale są kolorowe jajka.
Sernik znowu ma grubość 1centymetra. Możliwe, że blaszka za duża, ale jak piekłam w mniejszej to mi rósł i się wylewał a potem opadał :/.
Mistrzem sernika nie będę, trudno.
Dziś upiekę ciasto z orzechami włoskimi dla syna.
Nie pomyłam okien, więc jak święta będą do kitu to będzie to moja wina 😀
Wczoraj posprzątaliśmy w domu, ale na długo nie wystarczy, bo Tośka gubi sierść, Basil też…To znaczy gubią bardziej niż zwykle, więc 5 minut po sprzątaniu znów jest pełno kłaków.
Zrobiłam sałatkę. Ale chyba mam poczucie, że za mało się narobiłam bo mózg mi wczoraj podsuwał wizję pierogów z pieczarkami.
Rzeczywiście menu ubogie w tym roku jak nigdy. W sumie to sałatka i ciasta, oraz jakieś pieczone mięso robione przez eMa. On też się nareszcie nauczył, że to bez sensu zabijać się gotowaniem mnóstwa potraw, a potem na siłę to jeść bo się zmarnuje…Pewnie duży udział w zmianie toku myślenia miał fakt, że musiałby to sam sobie robić, bo ja się wreszcie przestałam poddawać tyranizacji i odmówiłam stania przy garach przez trzy dni.
I takie to są poboczne skutki niejedzenia mięsa.
…google play zrobiło mi brzydki kawał i przestało sprzedawać muzykę. A mnie brakuje jednej płyty Marka K. do kolekcji. I nie umiem znaleźć sklepu, w którym można kupić MP3. Nie mam klasycznego odtwarzacza płyt, muzyki słucham z komputera lub telefonu, a one nie mają czytnika płyt cd. Jedyne miejsce gdzie mogę odtwarzać płyty to Astra.
I zanim mi ktoś wyjedzie ze spotify: nie, nie, i jeszcze raz nie. Dlaczego mam płacić jakiś abonament, skoro mam własną kolekcję muzyki? Dodatkowo, aby słuchać spotify trzeba być podłączonym do internetu, co zjada te megabity. W domowej sieci nie ma znaczenia, w telefonie, gdy jestem na wyjeździe, ogromne! Nie chcę płacić większego abonamentu by mieć więcej internetu, bo to bez sensu.
…skończy się tym, że kupię płytę fizycznie i zgram na starym laptopie. Wcześniej rozważałam nawet nielegalne źródła, ale jakoś odwykłam, nie umiem tez szukać, nie wiem jak sprawdzić źródła by wraz z tym co chcę nie pobrać wirusa. Nie mówiąc już o tym, że wstyd okradać ukochanego artystę.

Nasz kolega, a zarazem mój klient odwiedził nas wczoraj.
Od jesieni walczy z rakiem jelita grubego.
Wygląda jakby miał 70lat.
Przyglądamy mu się z trwogą. Kazałam mu się pospieszyć z tym leczeniem, bo mam do niego sprawę zawodową. Przecież mu nie powiem, że tak naprawdę chodzi o to, że się martwię, i że gdyby coś … to świat co prawda będzie nadal trwał, ale będzie troszkę gorszy, bo zabraknie na nim jednego źródła wiecznej pogody i optymizmu.

Zawodowo to „pitolenie” w toku.
Chyba zaczynam się wypalać, bo jak nigdy irytują mnie pytania klientów „kiedy, kiedy” bo zobaczyli, że mają po kilkanaście tysięcy do zwrotu i jak co roku nie pamiętają, że system widzi ile wpłacili zaliczek na podatek dochodowy, ale nie wie, bo skąd, ile zarobili w swoich firmach. Ale ludzie jak widzą „ZWROT” to dostają amoku.
Druga rzecz to te indywidualne rozliczenia, dla ludzi prywatnych.
Jak jeszcze raz komuś będę musiała tłumaczyć dlaczego nie może sobie odliczyć wydatków na jedzenie mimo, że koledzy to robią, to chyba komuś przegryzę tętnicę.
Trzecia rzecz to dojazdy do pracy. I znowu to samo: inni sobie odliczają. I koronny argument: ale ja mam taki samochód co dużo pali i to mnie strasznie dużo kosztuje, żeby jeździć do pracy.
A na stronie urzędu skarbowego jest nawet specjalny kalkulator do obliczenia kosztów dojazdu, gdzie pierwszym pytaniem jest: czy masz możliwość dojeżdżania komunikacją publiczną? Jeśli tak, i jeśli na jeździe samochodem oszczędzasz mniej niż 2 godziny dziennie – to nie ma prawa do odliczeń. ych…patrzą na mnie jakbym była taka wredna, i z czystej zawiści odmawiała im odliczania.
Aż się ciśnie na usta chamskie: ale dlaczego JA mam płacić za to, że ty sobie chcesz wygodnie tyłek wozić autem wielkości małej ciężarówki? Kup mniejsze auto oraz przeprowadź się bliżej.
Odmówiłam jednemu gościowi. Wrócił do mnie po raz trzeci. Dwa lata temu musiałam mu kilka razy przypomnieć o zapłacie. W zeszłym roku też, zapłacił po kilku wezwaniach, ale urwał z zapłaty jakieś 20 czy 50koron. Niby mała rzecz, ale nie lubię takiego cwaniactwa. Mogłam gościowi to wytknąć, ale naprawdę mi się nie chciało. Po prostu odmówiłam.
Coraz częściej odmawiam. Szkoda i czasu i energii.

Pojechałabym gdzieś… Gdzieś gdzie jeszcze nie byłam.

31.

A dziś rano, na spacerze spotkałyśmy Molly i jej człowieka.
Molly jest młodą, rozbrykaną dziewczynką (strasznie nie lubię słowa suka). Wielkością dorównuje Tosi, ale jest smuklejsza. Ma jedwabiste, płowo-złote futro falujące przy każdym ruchu. Jest mieszańcem golden retrivera i jeszcze jakiejś rasy. Jest piękna. I strasznie spragniona towarzystwa.
Na widok Tosi znieruchomiała. Tosia oczywiście też.
Upewniłam się co imienia, pan się lekko zdziwił, że pamiętam. Sama się zdziwiłam.
Pieski podeszły (Molly podprowadziła człowieka) wachlujac ogonkami. Poluzowałam smycz. Stanęły do siebie bokiem mordka-do-zadka. Poniuchały. Mordka-do-mordki. Poniuchały. Zaczęły się kręcić w kółeczko. Molly przysiadła na przednich łapkach. Odskoczyła.
Tosia tylko stała i wchlowała ogonem.
Nie umiem opisać jej wyglądu, ale widziałam (czułam?), że jest rozluźniona, nastawiona przyjacielsko, chętna do kontaktu.
Gdyby to było inne miejsce namawiłabym pana do odpięcia smyczy. Ale to centrum miasta, więc niestety po kilku minutach musieliśmy pójść każde w swoją stronę.
Więc żeby nie było, że z Tośki wredna suka i rzuca się z zębami do każdej dziewczyny. Tosia nie jest agresywna, ale wleźć sobie na głowę nie da.

A ja umieram na migrenę.
Wieje, jest wilgotno i dość ciepło.

Wczoraj posadziłam żółte i jasnofioletowe bratki. Na balkonie i w domu. I teraz wyglądam na balkon czekam kiedy odżyją.

Acha.
W weekend przejechałam około 300km, jakieś 150 na drodze szybkiego ruchu, a pozostałe 150 na dość wąskiej i krętej ale ruchliwej drodze. Jakieś 50km w deszczu. Z czego 50km zupełnie sama.
I powiem wam: jazda bez osoby towarzyszącej to zupełnie inna bajka.
Ja naprawdę doceniam chęci mojego męża, ale jazda z nim to koszmar.
Widzi i wytyka każdy błąd i STRASZY! To znaczy on uważa, że mi uświadamia ryzyko, ale w efekcie jest tak, że czuję się coraz bardziej niepewnie, coraz bardziej spięta, coraz bardziej przerażona, a wtedy mózg mi zwalnia albo w ogóle się wyłącza i zaczyna się robić coraz bardziej nieciekawie.
Wiedziałam, że muszę się przejechać za miastem SAMA, żeby nabrać pewności siebie. Pojechałam więc wczoraj do Litwinów – tak 25km w jedną stronę.
W tamtą stronę byłam z każdym kilometrem coraz bardziej przerażona, miałam wrażenie, że mi samochód tańczy po drodze, na każdej mijance bezwiednie uciekałam w prawo, a droga wąska a pobocze miękkie…
Gdy dojechałam do Litwinów ręce mi skakały.
Posiedziałam. Wypiłam herbatkę. Pogadałam.
Ruszyłam w drogę.
Było jakoś mniej strasznie. Droga była jakaś krótsza. I ominęłam maszynę sprzątającą, która łaskawie zatrzymała się w jakimś szerszym nieco miejscu… Co było robić? Kierunkowskaz, gaz i naprzód. Widać było daleko, że droga pusta. Ale ta maszyna z prawej była straszna…a potem jeszcze z tyłu nie wiadomo gdzie się podziała i czy ja już mogę na mój pas?
No, jakby mi ktoś zaraz po tym manewrze kazał wysiąść to bym nie dała rady, bo kolana miałam miękkie. Ale chwilę potem poczułam, że jakiś kawałek stresu ze mnie zszedł. Uświadomiłam sobie, że tańczące auto może mieć związek ze złym ustawieniem fotela.
Pamiętam jak na którejś lekcji Erik pokazał mi regulację fotela i kierownicy. Usiadłam wyżej, za to fotel odsunęłam nieco dalej, kierownicę opuściłam niżej. I Golf przestał mi tańczyć na drodze.
Wysokość fotela i kierownicę w Astrze już sobie dopasowałam, ale odległość może być za mała. Już na parkingu, pod domem, cofnęłam lekko siedzenie i odchyliłam oparcie.
Zobaczymy wieczorem…
…no to zasłużyłam sobie na tę migrenę tymi kilometrami, co nie?

30.

Piątkowe, wczesne popołudnie to dobra pora, żeby pojechać gdzieś z psem. Od czasu pandemii wszystkie fajne miejsca spacerowe są w weekendy zapchane ludźmi – no bo skoro zamknięte jest wszystko: kina, muzea, obiekty sportowe (choć treningi młodzież w różnych dyscyplinach podobno nadal się odbywają), to coś trzeba robić.
Oczywiście, że mamy tu więcej powierzchni do dyspozycji, więc nie jest to tłok tego typu, żeby człowiek na człowieku, ale jednak na tyle by nie móc puszczać psa luzem.
A spacer na smyczy to żaden spacer…
Szwedzi są …nie wiem… zdyscyplinowani? Odpowiedzialni? Jak jeździmy po tych szwedzkich bezdróżkach to często widzimy ludzi z psami gdzieś tam na polu. Ale te psy są zawsze albo prawie zawsze na smyczy.
Choć tydzień temu akurat spotkaliśmy jednego pana z psem luzem, a w tym wypadku akurat powinno być odwrotnie. Pies był z gatunku psów myśliwskich, jakiś mieszaniec wprawdzie, ale długie uszy, długie łapy skojarzyły mi się z gończym polskim. I do tego też dziewczyna…
Tosia jest mało agresywna, ale z innymi dziewczynami jakoś jej nie pod drodze i często przy bliskim spotkani wynikają jakieś awanturki.
Ponieważ tamta była luzem to my naszą też puściliśmy, bo ja uznałam, że w razie czego Tosia luzem będzie mogła swobodniej okazać brak złych zamiarów. Tamta podeszła Tośkę od tyłu i szczypnęła ją w zadek. Tośka wystawiła zęby, na chwilę zaczęły się kotłować…
Facet był idiotą i nie odwołał swego psa, nie wziął go na smycz mimo moich kilkukrotnych próśb, machał ręką, że to nic, to nic.
No nie wiem czy nic, jak mój pies jest podgryzany przez innego…
Teren mieliśmy trudny, bo z jednej strony jezioro- kawałek kamienistego, skalistego brzegu, a z drugiej facet, więc nie bardzo mogliśmy te niewczesne zapędy towarzyskie ukrócić. Wreszcie zdecydowaliśmy się ruszyć w stronę tych mokrych skał na brzegu, wzięliśmy Tosię na smycz, panu powiedziałam, żeby wziął swojego…i tak się to skończyło.
Ale to jeden przypadek na sto- głupi właściciel psa. Zazwyczaj ludzie mają świadomość, że psy tej samej płci mogą się konfliktować, no i zwyczajnie nim puszczą swoje luzem najpierw upewniają się, że nie będzie awanturki.
A wczoraj pojechaliśmy na Stenbrott z planem by zajrzeć na Munkangarna, żeby sprawdzić czy widać jakieś oznaki wiosny. No bo ileż można w tym szarym kolorycie.
Pogodna średnia, na otwartej przestrzeni wiało dość mocno, chwilami kropił lekki deszczyk, pochmurno.
W głębi placu stało kilka kamperów, ale samochodów osobowych żadnych. Wreszcie mogłam obejść staw prawie dookoła: zazwyczaj jest pełno wędkarzy, co uniemożliwia spacer z Tosią.

Woda w stawie jest niesamowita: przejrzysta i szmaragdowo-turkusowa. W trzcinach kotłowało się ptactwo wodne, poza tym było cicho bo nawet wiatr tu nie docierał. Tosia cała szczęśliwa: właziła do wody po brzuch w każdym możliwym miejscu, piła, taplała się, potem hasała po górkach cała radosna od czubka nosa po czubek ogona.
Na drzewach pąki i bazie…

Wróciliśmy tą samą drogą, bo rumowisko skalne zniechęciło nas do obejścia stawu dookoła, i poszliśmy na Munkangarna.
A po drodze eM wypatrzył wysoko, na skale takie coś:

Kaczka, co się dziwisz..?

Wstydliwe kwiatki

Wylinka z drzewa..?

Czosnek niedźwiedzi rośnie na całego

Papier, kamień, nożce… Wygrywa papier
Zrywa się wiatr

29. 2021

Wyglądam tej wiosny i zanudzam wszystkim tym wyglądaniem…
Rok temu na niektórych drzewkach było już widać malutkie listki, cebulice i krokusy kwitły na całego, przylaszczki zaczynały…
W tym roku jest zimniej. Krokusy nad rzeką dopiero wyłażą, kilka dni temu zobaczyłam pierwszy kwiatek cebulicy.
Sucho.
Wczoraj niby popadało, ale to, dosłownie, kropla w morzu potrzeby.
Mimo to, jak zawsze nawet ta kropla wystarczy by przyroda wreszcie ruszyła.
Nad miastem po całych dniach znowu krzyczą mewy. A gdy milkną, słuchać wielogłosowy ptasi świergot. Jak ja to lubię. Tyle siły w tych maleństwach.
Wczoraj na spacerze koło boiska szkolnego spotkałyśmy zajączka. Wyskoczył nam prawie spod nóg, spłoszony, widać zagapił się i nie zauważył, że to już pora się chować. Przeleciał Tosi pod nosem tak znienacka, że psica zgłupiała bez reszty i stanęła jak wryta.
Wczoraj wreszcie pojawiły się sadzonki bratków! Jak ja na nie czekałam..! Znów nie będę wiedziała które kupić. Te wielkie ciemnofioletowe z żółtymi środkami? A może te drobne, liliowe, z dolnymi płatkami ciemniejszymi? Pomarańczowe? Czy znowu skończy się na żółtych? Chciałabym wszystkie ale nie mam tyle miejsca na balkonie… Gulsum obiecała mi sadzonkę pomidora. Muszę mieć na niego miejsce. I jeszcze siatkę trzeba założyć, żeby Basil mógł bezpiecznie wychodzić. Pierwsze piętro niby nie wysoko, ale pod balkonem asfalt. W Polsce była trawa, Kocio ze dwa razy wyfrunął. Na starość utykał…
Ach ten Basil…
Zamordowałabym drania czasami. Zwłaszcza jak o 2 w nocy zaczyna harce. Ale jest takim przytulnym kotkiem…
A Tosia nadal nie lubi Astry. Yankie ostatnio próbował ją wsadzić…Nie i koniec.
Już sama nie wiem czy warto psa stresować…

Wielkanoc za tydzień..?
Ustaliłyśmy z Misią, że nic nie planujemy. Jak nam się zachce, jak pogoda dopisze to może się spotkamy żeby posiedzieć u nich w ogródku, albo coś razem porobimy – jakiś wyjazd albo coś.
Tylko Zuzu muszę zabrać kiedyś do siebie, bo coraz rzadziej jest u nas…

eM pracuje na pół etatu. We wtorek miał tomografię, czekamy na wynik.
Drugi rok pandemii.
Jakoś przywykliśmy do maseczek, do spirytusu, do nieustannego mycia rąk, odsuwania się od ludzi jeszcze dalej. Moje życie towarzyskie umarło śmiercią naturalną, choć trzeba przyznać, że nawet w czasach przed pandemią nie było zbyt bujne.
eM planuje na lato wyjazd do Polski.
Teściową zaszczepili.
No, ja nie pojadę…
Chwilami sobie myślę, że może dam się namówić Gulsum i pójdę pracować tam gdzie ona – jako objazdowa opiekunka staruszków.
Wciąż im brak personelu i biorą każdego, kto choć trochę się nadaje.
Praca przyjemna – odwiedza się samotnie żyjące osoby w ich domach rozsianych na koloniach. Nie ma demencji, nie ma ciężko chorych tylko zwyczajna starość. Trzeba sprawdzić branie lekarstw, ogólny stan i samopoczucie, zamienić kilka słów, pomóc czasem umyć głowę czy coś… Tak myślę, że spróbuję czy dam radę. Jeśli tak to kto wie…

Tylko najpierw muszę przestać się bać jeździć po tych wąskich dróżkach, gdzie żeby się minąć z innym autem trzeba się zatrzymać w specjalnie poszerzonym punkcie drogi…



28.

To jednak fajnie… Masz potrzebę, wsiadasz, jedziesz, załatwiasz co trzeba na drugim końcu miasta. Że wieje, że siku, że coś tam…
No problem.
Godzina 13. Dużo aut w mieście, ludzi też, pasy co chwilę…
Nikogo nie zabiłam, nikt na mnie nie trąbił (eM mówi, że tu się nie trąbi, jak ktoś trąbi to nie szwed) nikt nie uciekał z przejścia w popłochu.
Ale fajnieeeee…

A tymczasem zrobiło się tak ciepło, że zamieniłam buty trekkingowe na ukochane trampki Palladium. I długą kurtkę – na krótką. I choć wieje – można chodzić bez czapki. Ale to w ciągu dnia. Ranki wciąż chłodne a nawet przymrozek wciąż łapie. Ale krzaki zaczynają się zielenić.
Nad rzeką zaczęła kwitnąć cebulica. A krokusów jak nie było, tak nie ma.
Chmurzy się. Może popada? Sucho jest bardzo.

27.

Jednak, jeśli chodzi o łamanie prawa gdy bezpośrednie konsekwencje będą dotyczyć mnie osobiście, to moja tolerancja jest zerowa.
Przerażenie wpisem w rejestracji Astry, że skrzynia „manuall” wczoraj
wieczorem osiągnęło zenit.
No bo na przykład…
Prawo jazdy mam wydane na próbę. Na dwa lata. Jeśli w tym czasie poważnie złamię przepisy prawo jazdy zostanie mi odebrane i aby je otrzyma ponownie będę musiała znowu zdać egzamin.
Czy jazda bez uprawnień jest poważnym złamaniem przepisów?
Mel kilka miesięcy temu stracił prawo jazdy na dwa miesiące. Bo firmowym samochodem ciągnął przyczepkę na dwóch osiach. To nie ważne, że przyczepka nie miała ładunku cięższego niż dopuszczalny prawa jazdy B. Przyczepka była dwuosiowa a tę trzeba mieć specjalne uprawnienia. Koniec kropka. Mandat zapłacił pracodawca, a na czas braku prawa jazdy wyposażył Mela w rower elektryczny. No to skoro za taką głupotę można…to za kierowaniem autem manualnuym gdy ma się uprawnienia tylko na automatyczne tym bardziej.
Zadzwoniłam do wydziału komunikacji. I odpowiedź była krótka: nie, nie możesz jeździć, dowód rejestracji rządzi!
To w takim razie czy można tę rejestrację zmienić?
Bo widziałam w ogłoszeniach Corsę o dwa lata tylko młodszą od Astry, z taką samą skrzynią i ta ma w dowodzie AUTOMAT.
Pan odesłał mnie do koleżanki.
Koleżanka odesłała do przedstawiciela Opla. Jeśli Opel wyrazi zgodę to stacja kontroli pojazdu na tej podstawie może zmienić rejestrację.
Napisałam do przedstawiciela Opla najbliższego mojego miasta.
Po czym poprosiłam Yankiego żeby mnie zawiózł do Gulsum.
Bo co innego łamać prawo z podejrzeniem, że może je łamię. A co innego łamać je z całą świadomością.
U Gulsum odebrałam wiadomość od Opla, że ich zaprzyjaźniona stacja może zmienić tę rejestrację. Koszt około 2tysiące.
Ustaliłam sama ze sobą, że do 5tysięcy mogę na ten cel wydać.
Ale gdy wyszłam od Gulsum na parkingu czekał eM z Astrą.
– Masz i mnie nie denerwuj – podał mi kluczyk. Zanim wybuchłam gniewem, dodał:
– Byłem na policji. Pokazałem im dowód rejestracyjny, pokazałem stronę info car, pokazałem instrukcję. Zapytali ile masz pedałów. Powiedziałem, że dwa. To powiedzieli, że mam powiedzieć żonie, żeby jeździła bez stresu, bo może. Ale, że bardzo dobrze, że najpierw zapytałem.
To pojechałam.
…ale może bym jednak ten wpis w rejestracji zmieniła…

26.2021

Inny głos mnie wezwała do odpowiedzi…
No tak…Minął tydzień, a ja nic.
I nie, że tak mi dobrze, spokojnie stabilnie. O nie…
Po pierwsze eM.
Minął miesiąc od operacji. Jego lekarze przewidywali, że do pracy wróci po dwóch tygodniach ale po dwóch tygodniach wcale nie czuł się lepiej, przedłużyliśmy zwolnienie o kolejne dwa.
Wreszcie, w zeszły weekend eM powiedział, że ma problem z sikaniem…
To co opowiadał, wyglądało jak znane niemal każdej kobiecie zapalenie pęcherza. Pognałam go do lekarza w poniedziałek. Wprawdzie miał wizytę kontrolną we środę u chirurga, ale uznałam, że po co czekać do środy?
No ale niestety badanie zrobione na miejscu w poradni nie wykazało bakterii…Zatem nie zapalenie pęcherza. Z niczym wróciliśmy do domu.
We środę do chirurga. Tamci swoimi metodami zbadali stan pooperacyjny, który okazał się dość dobry. No, ale to parcie na pęcherz… Do tego wciąż ból w obrębie brzucha…
Lekarz zdecydował o prześwietleniu brzucha, wskaźniki z krwi nie są alarmujące więc nie widać żeby działo się coś ostrego, więc trzeba poczekać w kolejce.
A tymczasem…zwolnienie na kolejny miesiąc. eM powiedział, że on chce spróbować wrócić do pracy. Tu zaprotestowałam ja, bo jak do pracy, jak on siedzieć dobrze nie może, stać dłużej niż 5 minut, nie mówiąc o chodzeniu… W końcu zdecydowaliśmy, że wróci ale na 50%. W Szwecji tak można, że masz zwolnienie tylko na część dnia pracy, bo np. cały dzień pracować nie dasz rady, ale przez jakąś część dnia jest okej.
No więc od poniedziałku eM idzie do pracy na 4 godziny, a we środę prześwietlenie jamy brzucha.
Znowu będę musiała iść do szpitala. Maseczka na własnej twarzy to jeden problem. Drugi, że lekarze – w ogóle cały personel medyczny- prócz maseczek noszą przyłbice. A dla mnie wtedy jest to koszmar, bo nic nie rozumiem.
Jak byliśmy w przychodni, to nie mogłam pojąć dlaczego nie rozumiem co do mnie mówi pielęgniarka. Tylko piąte przez dziesiąte. A potem u chirurga…On coś mówił stosunkowo długo…na koniec zapytał czy okej… A ja uświadomiłam sobie, że nie mam zielonego pojęcia co on powiedział. EM patrzył na mnie wyczekująco, bo jak przychodzi do pojęć medycznych to on ani w ząb.
Nawet nie wiedziałam co powiedzieć lekarzowi, bo zwykle jak nie rozumiem, to po prostu dopytuję a tu miałam pustkę w głowie. Wreszcie zażenowana przyznałam się, że nie zrozumiałam… Oczy mu się zmarszczyły, więc domyśliłam się, że się uśmiecha. Podniósł przyłbicę i powiedział, że to to świństwo blokuje i że on tego nienawidzi, bo też nie rozumie co do niego inni zza tego mówią, oraz że on najchętniej by zdjął, no ale mu każą… Po czym powtórzył to, co mówił wcześniej i oczywiście zrozumiałam bez problemu.
Po tych lekarzach jeździliśmy Astrą. Za każdym razem plan był taki, że to eM pojedzie, zaparkuje, a ja ew. wrócę, ale w końcu jechałam ja i parkowałam ja…
Jazda po mieście, nawet w czasie gdy jest spory ruch nie jest już dla mnie problemem. Parkowanie pomiędzy autami – trochę, ale mieszczę się mniej więcej tam gdzie chcę, choć może nie perfekcyjnie na środku. Oczywiście idę na łatwiznę, do parkowania wybieram miejsca na skraju parkingu, gdzie zazwyczaj jest mniej aut.
Problemem jest jazda za miastem, nawet na zwykłej obwodnicy.
Boję się. Po prostu. Boję się prędkości, aut z naprzeciwka, kolejki z tyłu, skręcania w lewo lub bycia wyprzedzaną… I nie ma na to innej rady jak po prostu jeździć. Więc się staram jeździć, ale okazji za wiele nie ma.
Byłam u Litwinów, doprowadziwszy męża niemal do zawału po drodze, bo …zagapiłam się w nadjeżdżający samochód z naprzeciwka i automatycznie lekko skręciłam kierownicę w lewo… Szybko sobie przypomniałam, że trzeba patrzeć na własny pas, tylko na własny pas.
Tośka odmawia wsiadania do Astry do tego stopnia, że wręcz zaparła się któregoś dnia łapami jak ją Yankie na popołudniowy spacer chciał zabrać. Bo poprzedniego dnia usiłował ją wsadzić do Astry.
Wczoraj zapakowaliśmy ją z mężem, on siadł za kierownicą, ja z tyłu z psem. Tośka dygotała i dyszała całą drogę tam czyli około 40minut. W drodze powrotnej już tylko dyszała. Więc jest jakiś postęp, ale nadal pakowanie jej do auta nie jest proste.
Dziś, zaraz, za chwilę znowu spróbuję, ale przygotowana jestem na zdecydowaną odmowę. Bo nawet wizja cukierka nie sprawia, że Tosia zmieni zdanie.
Nie ma innej rady jak tylko trochę psa przymuszać i przyzwyczajać. Wreszcie załapie.

Generalnie auto i to co z nim związane to teraz nr 1 moich rozważań. Ale.
Dostałam odpowiedź z wydziału komunikacji, że takie pytanie mogę zadać tu i tu pod numerem takim i takim… Chodzi o skrzynię biegów.
Ciekawa rzecz.
Astra jest z 2008 roku. I ma w rejestracji napisane, że skrzynia manualna mimo braku sprzęgła.
Peugeoty 308 z roku 2010 z taką samą skrzynią (w każdym razie z podobnie wyglądającym drążkiem zmiany biegów) mają w status „automat”.
Przejrzałam tych samochód całą masę i mam wrażenie jakby po 2010 roku skrzynię hybrydową zgodzono się traktować jako automat.
Lecz ja mam w rejestracji manual.
Jeżdżę, póki mnie np. policja nie zatrzyma. A policja szwedzka jest mało czepliwa więc póki nie robię nic niebezpiecznego to się raczej nie przyczepi. No chyba, że trafię na rutynowe sprawdzanie trzeźwości, ale wtedy to skupią się tylko na alkoteście.
Problem, gdy zdarzy się jakikolwiek incydent.
Policja i ewentualny mandat to jedno.
Ale w razie czego – wina może być moja bo „kierowanie bez uprawnień”. A to z kolei może wpływać na stanowisko ubezpieczyciela.
A eM, typowo po polsku, zaklina rzeczywistość i zakrzykuje mnie. Bo w rejestracji piszą głupoty.
Taaaa…w ten sposób mogę też nie przestrzegać zapisu o 4 pasażerach, nie? Bo skoro siedzeń jest 5 i każde z pasem i zagłówkiem…
Dlatego odpowiedź z Transport Styrelsen jest mi potrzebna na piśmie.




25. Idzie, idzie…

O wiośnie mówię. Idzie, choć powoli, ale jednak.
Na drzewach już ta seledynowa mgła, której gołym okiem prawie nie widać, dopiero obiektyw ją wydobywa, choć w Porcie Małych Łodzi wciąż lód.
Słońce grzeje, a ptaki jakoś tak chodzą dwójkami…

24. Każdy ma własny szczyt

Pracowałam ciężko cały tydzień. Wczoraj był termin miesięcznych raportów czyli dwunastego jak co miesiąc.
Astra utknęła na parkingu.
eM po operacji wciąż obolały, przedłużyliśmy mu zwolnienie o kolejne dwa tygodnie… kwiecień będzie trudny finansowo…
Zamówiłam czujniki parkowania, bo Astra ich nie ma, a ja wolę je mieć, przynajmniej z tyłu.
Yankie raz wziął Astrę razem z Tośką na spacer.
Wczoraj byłam już mniej więcej wyrobiona, zostały dwie firmy, ale małe. Rano jeszcze poskładałam raporty, a potem chodziłam zmulona, z telepką…Wreszcie zaległam na kanapie i drzemałam. Taki stan, gdy nie można zasnąć ani się obudzić…
Pogoda się skiepściła. Któregoś ranka spadł śnieg, wiało i ogólnie było do kitu. Niemal każdego dnia sprawdzałam czy krokusy nad rzeką już wylazły. I wciąż nie, bo jak skoro ziemia jak kamień?
Miałam plan by po niemal tygodniowej przerwie pojeździć, ale najpierw uznałam, że piątek o 16 to nie jest najlepsza pora…a potem znowu zasnęłam.
A dziś rano, gdy wracałam z Tosią ze spaceru zaświtała mi w głowie myśl…a może by tak zaszaleć i wsiąść samej? Dobra wsiądę. Obejrzę co ma, czy da się słuchać własnej muzyki (wiadomo, że w aucie prócz koloru drugą najważniejszą sprawą jest odtwarzacz muzyki). Sprawdzę na spokojnie wycieraczki, bo nie umiem ich wyłączać. Nie będę jeździć. Tylko tak sobie posiedzę.
Zostawiłam psa, wzięłam kluczyk, portfel…na wypadek jakbym jednak nabrała odwagi, oraz piracką płytę Czyżykiewicza żeby się upewnić, że CD nie działa, bo przecież zawsze w starych autach nie działa.
eM, który dopieszczał Astrę w garażu -coś tam z listwami na dachu oraz możliwość montażu czujników, które właśnie przyszły – gdzieś ją zaparkował, ale gdzie? Zapewne na parkingu pod szkołą, bo wielki, zazwyczaj pusty i łatwo z niego wyjechać, a na bank pomyślał o mnie. Na parkingu nie było i już byłam pewna, że jednak i tę noc spędziła w garażu, zamiast Volvo, które jest mocnym facetem i może postać na ulicy. Aż tu patrzę: stoi samiuteńka jedna pod kinem. Na ostatnim miejscu parkingowym, a przednią rząd pustych.
Pobawiłam się drążkami od wycieraczek, obejrzałam miejsce, gdzie ma być wejście na kabelek do telefonu – nie było, włożyłam płytę… ZAGRAŁA!
Wysiadłam. Poszłam do domu. Skręciłam za róg. Zatrzymałam się.
– Dawaj ty tchórzu! – zachęciłam samą siebie.
Wróciłam. Wsiadłam. Uruchomiłam silnik nie wierząc, że to robię. Sto razy spojrzałam w lusterko i jakieś 50 – przez lewe ramię. Wyjechałam.
Przypominam, że moja mieścina to w zasadzie samo centrum. Co z tego, że
„nie wyżyna, nie nizina,
wszędzie piasek albo glina –
taka gmina
spotkasz chłopa: gęba sina
oj nie wraca ci on z kina
taka gmina”
Ale w tym centrum zawsze pełno ludzi. Pętają się po jezdniach – na nogach, na hulajnogach, na rowerach, włażą na jezdnię jak święte krowy zazwyczaj bez patrzenia, bo pierwszeństwo wszak mają. Dużo im przyjdzie z pierwszeństwa jak wylądują na jezdni z rozbitym łbem… Parafrazując stary dowcip: od pięciu minut jestem kierowca i już mnie ci piesi/rowerzyści wkur…wkurzają 😉
Ponadto cechą charakterystyczną Szwecji jest to, że skrzyżowania równorzędne są tu jedynym słusznym rozwiązaniem. Problem w tym, że wielu ludzi myli lewą z prawą…I niezależnie od tego, którą ulicą jadą sądzą, że:
A. zawsze mają pierwszeństwo
B. nigdy go nie mają, więc przed każdym skrzyżowaniem się zatrzymują.
Osobiście wole tych B…
Czyżykiewicz mi mruczał, jechałam „w uszach szum, w oczach łzy, na licznku 23” …ale jechałam. Objechałam kwartał, postanowiłam wrócić, stanęłam tam gdzie wcześniej, przypomniałam sobie, że zaraz godz dziesiąta, a tu stać można tylko dwie godziny, znowu wyjechałam, objechałam drugi kwartał, wjechałam na parking pod szkołą. Kurde…pełno tam było. Postawiłam Astrę z boczku, na skrajnym placyku, pomiędzy innymi autami: jedno z lewej, jedno z przodu.
Lekko ukosem, ale Astra malutka więc sąsiad z lewej wsiądzie, skoro ja wysiadłam. Mogłam stanąć nieco głębiej, bliżej tego z przodu, ale nie byłam pewna czy mu nie przywalę, a zadek mi nie wystaje za linię tylną. Zostawiłam.
Dałam jej buzi …dobra prawie, ale jakie to zmyślne autko jest..!
I dumna z siebie poszłam do domu.
eM już nie spał.
– To ja ci już nie jestem potrzebny – chyba chciał się ucieszyć, ale wyszło mu żałośnie. Zaprotestowałam. Jakoś przecież muszę wyjechać z tego parkingu. TYŁEM!
To teraz trzeba posprzątać w domu.
Bo jak wczoraj przyszedł do Yankiego Sebastaian to się zawstydziłam i poprosiłam, żeby nie patrzył dookoła (zakrył oczy) i nie wchodził dalej, bo miał na nogach śnieżno białe buty, szkoda byłoby pobrudzić.
A wieczorem jadę do Litwinki. To jest bagatelka: ponad 20km w jedną stronę!



23.

W zasadzie mówiłam, że tak, oczywiście, będę starać się jeździć, ale w głębi duszy nastawiłam się na to, że nie w ciągu najbliższych tygodni.
No bo jak pisałam „zaskórniaków niet”, a o zwiększenie limitu pożyczki nawet nie chciałam pytać z różnych powodów. Jeden taki, że ja się boję mieć kredyt na kilka lat, zwłaszcza, że już jeden mam + kartę kredytową, małą bo małą, używam jej do płacenia za „zabawki”, ale mam.
Generalnie skłaniałam się ku temu by po prostu sprzedać „muła” czyli nasze volvo (bo volvo jak się rozpędza to muli, ale jak już pójdzie to idzie) włożyć kasę jako wkład w nowsze auto, z automatyczną skrzynią, dobrać ew. trochę kredytu samochodowego.
Tak byłoby najbardziej ekonomicznie, bo w naszym wypadku nie ma żadnego uzasadnienia do posiadania dwóch aut: ja pracuję w domu, eM w mieście, dzieci do wożenia tam i siam nie mamy…
Z drugiej strony, pamiętając krótki czas, gdy Yankie pracował za miastem, a nie miał własnego auta więc brał nasze, wiedziałam, że będzie to kolejne źródło konfliktów domowych. Na przykład jęczenie mego męża, że musi na nowo wszystko ustawiać. Nie mówiąc już spowodowaniu jakiejś szkody.
eM miał chyba podobne przemyślenia bo oświadczył, że nie ma co, trza się zapożyczyć, może nie na nowe auto, ale na coś przyzwoitego i bezpiecznego. Bank w porozumieniu ze związkami zawodowymi dał mu 4% odsetek rocznie (wreszcie jakaś korzyść z przynależności do związków zawodowych), ustaliliśmy górny limit kosztu auta na 50tys koron (czyli dwie wypłaty średnio zarabiającego spawacza) i trzy minuty później kasa była już na koncie.
No i się zaczęło szukanie. Przez internet naturalnie.
W najbliższej okolicy handlarze to same tuzy, co nie zniżają się do sprzedaży aut starszych niż 5 lat.
Tłukłam w komputer, szukając na dwóch najbardziej popularnych portalach: blocket i bytbil. Nauczona doświadczeniem sprzed roku, z samochodem Yankiego, wiedziałam, że nie chcę kupić z prywatnych rąk, oraz…wybaczcie rasizm: nie od araba. Dlaczego? Czytajcie dalej.
Późno, w środową noc miałam wybranych kilka aut:
– czarna Honda Jazz, rocznik 2008, przebieg ok 130 000km, w Borås
– niebieski Mitsubishi Colt o podobnych parametrach, w Göteborgu,
– czerwona Toyota Aygo, jak wyżej, też w Gbgu
– jasnoniebieska Honda Jazz z 2006, bardzo tania, ale em kręcił nosem, że stara i ma za duży przebieg bo około 160 tys km. W Kungälv.
Z góry ustaliłam z mężem: ma być co najmniej miesiąc gwarancji. Bez tego nawet nie oglądam. Bo każdy szanujący się handlarz poddaje auto przeglądowi, kosmetyce i drobnym naprawom, więc wie co sprzedaje. Jeśli tego nie robi to to nie jest rzetelny handlarz.
Pojechaliśmy we troje, bo Yankie w razie czego miał służyć za kierowcę …ja się nie czułam na siłach.
W Boras w „salonie” zastaliśmy dwóch chłopaków. Teoretycznie ich pochodzenie nie ma nic do rzeczy, ale powiem, że ich korzenie sięgały bliskiego wschodu. Właściciela nie było, klucza do Hondy nie było, opowiedzieć o aucie nie potrafili, poza tym, że jeden z nich zapewnił nas o pięcioletniej gwarancji. Mąż się naiwnie ucieszył, ja zapytałam ile ta gwarancja kosztuje. Tylko…TYLKO 5 tysięcy.
Rozumiecie: kupię auto za 40 000 tysięcy + 5tys gwarancji. Czyli auto warte wg ceny rynkowej 40 tys (albo mniej, bo wszystko zależy od stanu) kupię za 45tys…
I jeszcze bym się nie nastawiała wrogo, ale chłopak wyczuwszy, że to ja jestem kupującym, natarczywie zaczął mi wciskać,że taką gwarancję mieć muszę i że on ZAWSZE kupuje taką gwarancję gdy zmienia auto. ZAWSZE w ustach dwudziestolatka to przyznacie, brzmi cokolwiek mało wiarygodnie. Chłopak się rozkręcał, całą uwagę skupiając na tym by mnie do tej gwarancji przekonać, bo przecież muszę…aż zniecierpliwiona usadziłam go:
– Co ja muszę to pozwól, że ja sama zdecyduję, a teraz powiedz mi gdzie jest właściciel…
Właściciel pojawił się za chwilę. Podał nam klucz, wreszcie mogliśmy zajrzeć do środka i co najważniejsze: uruchomić silnik.
eM odpalił silnik i prócz jego warkotu usłyszałam coś, mnie zaniepokoiło: coś jakby dzwonienie…eM przekonywał, że o normalne, że auto zimne, bo na podwórku, silnik dawno nie ruszany no ma swoje lata. Pojechaliśmy kawałek, najpierw on, potem ja…No prowadzi się spoko, ale ten silnik….Wróciliśmy, wysiedli…
– Bardzo dobra auto – powiedział właściciel po polsku.
Byłam już gotowa podpisywać umowę, ale zapytałam o gwarancję.
– 5 lat! – oświadczył mi dumnie.
– Za 5 tysięcy tak? A ja chcę wiedzieć ile mi dasz gwarancji BEZPŁATNEJ
Bezpłatnej? Gwarancji? Bezpłatnej? Jakiej? Tak pytał jakbym ja wymyśliła coś, o czym on nigdy nie słyszał. A nie, takiej gwarancji to nie daje, bo to nie jego auto, on tylko wziął je w komis, a poza tym ma swoje lata…
Oddałam mu klucz ze słowami „to ja w takim razie dziękuję, ale nie”. I pojechaliśmy do Goteborga.
Chciałam obejrzeć tę czerwoną Toyotę a potem ewentualnie spojrzeć na niebieskiego Colta, choć eM na Mitsubishi bardzo kręcił nosem. Jechaliśmy i jechali a google prowadziło nas w coraz odleglejsze rejony miasta. Wreszcie dojechaliśmy.
Teren przemysłowy, pomiędzy nim utwardzony plac, wypasiona brama…i żadnego płotu, na bramie szyld i numer telefonu. A plac pusty, jeśli się pominie leżącą na boku ciężarówkę…
Bezradnie rozglądaliśmy wkoło w poszukiwaniu jakiegoś człowieka, wreszcie zadzwoniłam. Odebrał mężczyzna z obcym akcentem, w tle słyszałam głośne rozmowy po arabsku. Zapytałam o auto, powiedziałam, że jestem pod adresem podanym w ogłoszeniu.
– A nie, ta toyota to gdzie indziej to ja ci dam adres…
– A nie, to ja w takim razie już dziękuję
Handlarz od Colta też był Arabem i znajdował się w jeszcze innej części miasta, więc stwierdziłam, że naprawdę już mi się nie chce przebijać do kolejnego, niepoważnego „biznesmena”
– Jedziemy do Kungälv – zdecydowałam.
Tam miałam wypatrzoną niebieską Hondę Jazz, tanią, ze sporym przebiegiem, ale…
Jako alternatywę miałam jazdę następnego dnia do Örebro, Eskiltuny i Västerås, gdzie eM wypatrzył kilka Peugeotów 308. Oglądałam te auta na ulicach mego miasta bo jeździ ich dużo i jakoś nie byłam przekonana. Francuz..? Źle mówią o ich elektronice, części mają drogie…No i samo auto wydawało mi się cokolwiek za duże…
W zasięgu moich możliwości były jeszcze hybrydowe Toyoty Prius. Co prawda ich przebiegi wskazywały, że pora zmiany baterii jest tuż-tuż, ale w sumie bateria to 5tysięcy, a potem jeżdżę za darmo. Po czym eM mnie uświadomił, że nie za darmo, bo one spalają 6l benzyny na 100km… Choć dla środowiska niby lepsze (a co z utylizacją starej baterii?). No i podatek mały, bo tylko 300kr zamiast 1700kr.
No, ale wymiana baterii…czy to tylko to, czy jeszcze coś? Nie znamy się na tym, mechanik Tomek też nie do końca… Autoryzowany serwis za wymianę baterii weźmie za robociznę tyle samo co wartość baterii, a nikomu innemu poza Tomkiem auta nie powierzę. Zrezygnowałam.
Kungälv to miasteczko blisko Goteborga, przy trasie E6 Oslo-Malmö. Położone pomiędzy ramionami Göty, z ruinami twierdzy Bohus. Bliskość Goteborga sprawia, że miasto choć małe wygląda na bogate i tętniące życiem.
Handlarz do którego jechaliśmy był ostatni na mojej liście. Sprawdziłam, że tym razem właścicielami są Szwedzi więc na odmianę mogłam się spodziewać normalnych standardów ale…wyższych cen.
Na miejscu eM zdecydował, że nie wysiada (jeszcze nie doszedł do siebie po operacji tak całkiem) póki nie dowiem się gwarancję. Miejsce znowu odludne, dookoła tylko firmy i magazyny, ale ruchu niewiele, dobre miejsce na jazdę próbną.
W kantorku siedział pan o karnacji nasuwającej podejrzenie, że jego przodkowie nie są ze Szwecji, ale po szwedzku mówił bardzo dobrze i niemal bez akcentu. Obok niego siedziała tęga blondynka, która tylko słuchała, ale nie odezwała się ani słowem.
Zapytałam gwarancję na Hondę i usłyszałam, że sorry, ale na TO auto gwarancji nie ma. Czemu? Bo stare, bo tanie, bo przebieg…No i na takie oni nie dają. A co jesli w drodze do domu coś się stanie? Pan rozłożył ręce. Stare auto, tak być może. Już miałam wychodzić gdzy uświadomiłam sobie, że on powiedział, że na TO auto. Czy to znaczy, że na inne tak? Tak. Na które? No takie co kosztuję ponad 30tysięcy. Acha…A co ma z automatem? Niewiele, ale na placu coś jest, pokaże mi.
Niebieska Honda była ładna, ale bez gwarancji, to mogę ją ewentualnie za darmo wziąć.
eM wygramolił się z auta, podszedł do nas.
Obok niebieskiej Hondy stała czerwona Toyota typu sedan. Corolla czy coś. Pan wskazał na nią, spojrzałam i bez udziału umysłu cofnęłam się i skrzywiłam „iu” „fuj”.
– A, tu jeszcze mam to
Pokazał czarną Astrę półkombi z pomarańczowymi siedzeniami. Rok 2006. Cena prawie 45tysięcy. Przebieg nieco powyżej 13 tysięcy. Blachy bez śladów rdzy, jedna cienka, ale dość głęboka rysa na drzwiach, oraz brak listew na dachu. Poza tym wygląd -idealny.
eM wsiadł, odpalił silnik. Tak, to brzmiało tak, jak brzmieć powinno: ciche, równe mruczenie.
– Bierzesz! – powiedział mi.
– Ale… cena!
– Bierz! To porządny samochód!
– Weź się najpierw przejedź!
I tu się zaczęły schody. Bo jakaś dziwna ta wajcha… Nie ma P, nie ma D, są jakieś plusy, minusy, A…
Ki grzyb? Pan mu wytłumaczył, bo ja przestałam rozumieć co do mnie mówi.
Skrzynia hybrydowa: manualna z robotem zastępującym sprzęgło. Więc w sumie automat.
Pan poszedł odblokować nam wyjazd, bo auta stały na ogrodzonym placyku. Wsiadłam obok męża. Pojechaliśmy do końca uliczki. Potem się zmieniliśmy.
Kierownica, pedały… jakbym wsiadła do Golfa! Tylko ta wajcha…
– Ale będę się targować! – zapyskowałam. – I ma być gwarancja!
– Moim zdaniem nie musi, ale twoje auto, to się targuj.
Wróciliśmy, ale już nie wjechaliśmy na placyk tylko zaparkowali za naszym.
Pan się uśmiechał. Podszedł do nas.
– Okej? Dobre auto? (Bra bil?)
– Okej, bierzemy. – powiedziałam jak najgłośniej, żeby zagłuszyć entuzjastyczne słowa mojego męża (To naprawdę baaardzo dobre auto!)(muszę się nauczyć kopać go w kostkę). W drodze do kantorka pan powiedział:
– Ja nie jestem właścicielem tylko pracownikiem. I mam stałą pensję. Więc mi nie zależy ile sprzedam, bo i tak nie mam z tego nic więcej. Dlatego sprzedaję uczciwie. Mówię wam, że to dobre auto, bo to jest dobre auto
(Dobra, dobra – pomyślałam)
– Ale wiesz. Na drzwiach jest głęboka rysa…No i brak tych listew na dachu…Dasz nam jakiś rabat? – nie odpuszczałam.
Pomyślał. Spojrzał na panią.
– 42 tysiące.
(ILE?! Kurde, w stresie nie rozumiem liczb!)
– CZTERDZIEŚCI DWA? – upewniłam się po polsku do męża.
– Tak.
Kiwnęłam głową.
Spisaliśmy kontrakt (30 dni gwarancji na silnik i skrzynię biegów), od razu też załatwiłam ubezpieczenie. W firmie, gdzie mam i psa i kota i volvo i mieszkanie i firmę. Nie lubię jej, ale okazało się, że dzięki temu roczne, pełne ubezpieczenie wyniesie mnie połowę tego co w innych firmach.
Kilkanaście minut później wyjechaliśmy. eM w, teraz już, SWOIM aucie, ja z Yankiem w MOIM. Do domu mieliśmy jakieś 100km, a Yankie nie jest delikatnym kierowcą. Jechał i się zachwycał.
Ja znowu czułam znajomy ucisk po lewej stronie u podstawy czaszki.
Astra szła jak burza, przy wyprzedzaniu osiągnęła 120km bez najmniejszego problemu, trzymała się drogi, silnik mruczał jak Kocio ś.p., w środku można było rozmawiać bez podnoszenia głosu. Wyglądało na to, że wszystko co trzeba działa jak trzeba łącznie z klimatyzacją, o którą zapomniałam zapytać.
Postawiliśmy ją na parkingu.
A wieczorem odkryłam, że w dowodzie rejestracyjnym ma napisane, że skrzynię ma manualną. Czy to znaczy, że ja nie mogę nią jeździć? Ale ona nie ma pedału sprzęgła!! Ani niczego takiego czym trzeba sterować! Ona biegi zmienia sama! Tomek-mechanik powiedział: żaden manual, to jest automat, bo nie ma pedału sprzęgła! Uznałam, że tego się będę trzymać i na wszelki wypadek nie zapytam Urzędzie Komunikacji.
Pojechaliśmy wczoraj do sąsiedniego miasta. eM, ja i Astra. Tak z 50km w jedną stronę.
Tam jechał eM. Z powrotem – ja.
Miałam problem z utrzymaniem się na drodze: jeździłam od boku do boku. Ale prędkość udało mi się utrzymać stałą. Hamuje pięknie i zgodnie z przewidywaniami, pedały ma miękkie jak w golfie, kierunkowskazy w podobnym miejscu, lusterka ustawiana elektrycznie, spryskiwacze działają, wycieraczki bardzo dobre, opony wielosezonowe, ale dobrej klasy i ciche.
Lubię ją…tę moją Gwiazdę. (Skoro Ad Astra to znaczy Do Gwiazd…). A najbardziej mi się podoba, że pod elegancką czernią, skrywają się frywolne pomarańcze…
– A słuchaj…dlaczego ty się tak na tę czerwoną Toyotę skrzywiłaś? – zapytał eM.
– Nie wiem…ale poczułam się tak, jakbyś mi zaproponował założenie obcisłej kiecki, kusej i z wielkim dekoltem. I może jeszcze szpilki do tego? Fuj!
Nawet nie wiedziałam, że samochód ma pasować do duszy.