41. Niedziela na Läckö

Dlaczego NA? A nie W?
Bo Läckö to wyspa Läck. Bo Ö to wyspa. (A Å to rzeczka 🙂 )

Pojechaliśmy przegonić psa.
Wiało z północy ale nie zimnem. Było ciepło, słonecznie. Moja dusza włóczęgi domagała się czegoś innego, więc poszliśmy drogą, którą nigdy dotąd nie szliśmy.

To w drogę!

Tosia jeszcze na kanapie
Wokół zamku pełno ludzi…choć tu ich nie widać. Ale w lesie pusto.
Taką ścieżką szliśmy
i doszliśmy do przystani łodzi ratowniczych.
Kwitły kwiatki!
Potem kolejna przystań…wygląda jak prom!
I takie widoki za wodą
Miałam chęć wejść na ten pomost, ale coś mnie powstrzymało…
i słusznie! Teoretycznie to mogły być zaskrońce. Praktycznie ja się boję wszystkiego takiego…
Szwedzkie ścieżki takie są.
Nareszcie możemy powiedzieć odwrotnie: O, Kinnekulle widać! (Z Kinnekulle zawsze wypatrujemy Läckö)
Znowu typowa, szwedzka ścieżka. Trzeba patrzeć pod nogi!
Wtedy się widzi np. takie coś.
O, zamek widać! Mało ostry bo na pełnym zoomie (ogniskowa 200)
Miejsce piknikowe. Widoczna za stolikiem konstrukcja to pojemnik na drewno, teraz pusty. A ten krąg to miejsce na ognisko/grill
Tosia właśnie się napiła i wymoczyła łapki
O, rybka!
O! Skorpion

Co? Fajny spacer, nie?
Twarz mnie piekła cały wieczór od wiatru i słońca.
Nareszcie ciepło!

40.

Proszę państwa oto Miś
miś jest bardzo grzeczny dziś
chętnie państwo łapę poda
…Nie chce podać? A to szkoda…

W roli misia wystąpił kot Basil

Chwila zadumy…
A zaraz potem omal nie spadł
Upolował pszczółkę!
I znowu upolował
Wredna pszczółka ciągle się nie daje zamordować (to już trzecia, nie wiem co zrobię jak ich w sklepie zabraknie)
i znowu poluje na pszczółkę (szarość w tle to poduszka obleczona w jedwabie)
A na koniec spojrzenie, które mówi wszystko

39. Piosenka o końcu świata Czesław Miłosz

W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.

Przeczytałam „Gwiazdozbiór Psa” Petera Hellera. I tak mi się skojarzyło.
A w głośniku The Circle Game Jonni Mitchell.
Naprawdę dziwnie się to wszystko splata

38.

Jak to niewiele człowiekowi potrzeba…
Misia napisała, że na długi, pierwszomajowy weekend jadą z Melem i Zuzu na Olandię.
Pozazdrościłam.
I zrobiło mi się jeszcze smutniej, jeszcze beznadziejniej. To po to mam pracować by tylko płacić rachunki i kupować jedzenie? Tak wiem, są tacy, którym mimo pracy nawet na to nie starcza, ale wiadomo…
Covid sprawia, że w zasadzie wszystko jest niemożliwe…
Do tego eM wciąż na częściowym zwolnieniu, a to się przekłada na finanse.
Ale w zeszłym roku w zasadzie nigdzie nie byłam. Tylko ten weekendowy wypad na północ. Na spacery nawet mi się nie chce brać
aparatu bo ileż można…
Aż tu Misia mówi, że oni w sumie za noclegi zapłacili nie tak dużo, bo to tylko dwie noce.
No to poszłam na airbnb popatrzeć na ceny. Znalazłam domek, gdzie gospodarz zaprasza z psem… Zabukowałam, zapłaciłam. Mam zachomikowane kilka groszy jakby co. A zmienię krajobraz. Odetchnę morskim powietrzem. Posiedzę na trawie z kawą. A Tosia poleży na trawie. Zrobię sobie mini wakacje.

I z tego rozpędu nadgoniłam kilka ogonów. Oraz pojechałam do sklepu i kupiłam prawdziwy jedwab na poszewkę poduszkę, bo podobno dobrze się na tym śpi i ładniej wygląda 😀

Uprasza się trzymanie kciuków za pogodę.
Żeby nie lało i nie wiało. Jakby do tego jeszcze było jakieś 10stopni to byłoby naprawdę idealnie.

37

Przepraszam, że nie odpowiedziałam na wasze komentarze.
Po prostu…nie wiem co odpowiedzieć.
Coś się zrobiło…Mi. W głowę.
Jak nigdy czuję zniechęcenie do wszystkiego.
Może jestem zmęczona, choć w zasadzie nie mam czym.
A może to depresja tylko inaczej.
A może się wypalam.

Wczoraj, na widok maila od klientki w którym prosi o naliczenie płac dla trzech pracowników z których dwoje nie jest zarejestrowanych w szwedzkich systemie zaklęłam szpetnie. Bo …Nieważne, skomplikuje mi życie teraz i za miesiąc.
Na widok nieznanych numerów z początkiem +48 mam chęć rzucić telefonem o ścianę.
Na widok znanych numerów tylko przewracam oczami.
Zrobiłam zakończenie roku i zakończenie działalności u najbardziej nielubianej klientki.
W perspektywie jeszcze najbardziej nielubiany klient…Jego nie lubię jeszcze mocniej niż jej.

Wczoraj rano spadł śnieg. Dużo.
eM pożyczył Astrę, żeby pojechać do pracy, bo volvo ma już opony letnie, a Astra ma całoroczne.
A wieczorem wsiadłam i pojechałam do sklepu, do drugiego sklepu…ot tak, przejechać się. Testowałam przycisk „cruiser” czyli tempomat. Bo mi znajoma, która jeździ od roku, a jest niewiele młodsza niż ja, poradziła, żebym sobie włączała, wtedy odpada pilnowanie prędkości i trzymanie nogi na gazie. Można trzymać nogę blisko hamulca – bo powiedziałam, że najbardziej się boję, że nie zdążę zahamować jakby coś.
Muszę pojeździć za miastem…

36. Covid-sytuacja

Jak wiadomo moim głównym źródłem informacji wszelakiej jest Facebook.
No więc żyję sobie w swojej bańce i robię wszystko, żeby wiadomości ze świata docierały …a raczej w ogóle do mnie nie docierały.
Niektórzy się gorszą.
No bo jak to tak… gdzieś coś się stało, wybuchła wojna, nowa mutacja eboli, zamach, katastrofa samolotu, trzęsienie ziemi czy wybuch wulkanu …a ty nie wiesz? Ano nie wiem… Co mi po tym że wiem? Nie uratuję nikogo, nie zmienię biegu zdarzeń, akcji humanitarnej nie zorganizuję, leku nie wymyślę…Nie mam na to wpływu, to po co mi wiedzieć? Żeby się dodatkowo stresować?
Ale covid jest tu i teraz, nie da się od tego odciąć, bo jest za progiem mieszkania.
Tylko patrzę na to co się dzieje i myślę, że to przechodzi ludzkie pojęcie.
Nie dyskutuję z faktami: covid jest faktem.
Nie wiem czy szczepionki działają, czy nie. Póki mnie to nie dotyczy, a nie dotyczy, bo w kolejce jestem na szarym końcu …dzięki bogu… bo jestem zdrowa, nie_taka_stara i nie wykonuję zawodu wymagającego osobistych kontaktów.
Ale kilka dni temu znajoma na swojej tablicy wrzuciła dramatyczny wpis, że dziś 495 zgonów (w Polsce) i że nigdy z tego nie wyjdziemy.
Zajrzałam w szwedzkie statystyki i się zdziwiłam mocno.
Bo wg statystyk Folkhalsomyndigheten (coś w rodzaju Szwedzkiej Organizacji Zdrowia) to w Szwecji z powodu covid umiera dziennie kilka osób. Na przykład 7 kwietnia zmarły 4 osoby.
Zobaczcie tu: https://experience.arcgis.com/experience/09f821667ce64bf7be6f9f87457ed9aa

Ale google pokazują zupełnie inne dane:

Dziwna taka rozbieżność danych, nie?
Szwedzi mówią 4, świat mówi, że 45. Jak na statystyczny margines błędu to różnica jest cokolwiek za duża. Świat wie lepiej? Ktoś manipuluje danymi? Kto? Szwedzi zaniżają? Bo np. jeśli ktoś miał raka i zachorował na covid i zmarł to jako przyczynę podają raka, a nie covid? Nie wiem czy tak robią, ale to możliwe.
(Wiem np. że poziom bezrobocia w Szwecji jest wyższy niż pokazują statystyki, bo statystyki nie ujmują bezrobotnych uczestniczących w jakimś programie, nawet jeśli jest to program „nauka pisania cv i szukania pracy”. Fałszerstwo? Nie, po prostu statystyka).
Ale nawet przy tym co podaje google: 45 zgonów w ciągu dnia to nic, w porównaniu do niemal połowy tysiąca w Polsce.

Jak wiadomo, nie prowadzę zbyt rozległego życia towarzyskiego. Ale kilkoro znajomych w realu posiadam. Mam też męża, córkę i syna – oni mają swoich znajomych (no, poza synem, bo on zna tylko Sebastiana ). Znajomych różnej narodowości i różnych zawodów. Mam też mniej więcej 30klientów. Ci klienci mają swoje rodziny, znajomych, klientów… I słuchajcie: NIKT nie zmarł na covid. Ani nikt nie zmarł w ich otoczeniu! Owszem ludzie chorują, owszem, niektórzy dłużej dochodzą do siebie, owszem niektórzy, bardzo rzadko, ale się zdarza, lądują na OIOMie.
A w Szwecji nadal w zasadzie nie ma obostrzeń. Nie ma lockdownu, choć urzędnicy masowo pracują zdalnie. Szkoły podstawowe, przedszkola funkcjonuja normalnie. Tylko licea i studia są zdalne. Maseczki wymagane są tylko w komunikacji publicznej oraz w obiektach służby zdrowia.
Na ulicach i w sklepach coraz więcej osób w maseczkach, ale nadal jest to całkowicie dobrowolne.
Zamknięte są kina, baseny, obiekty sportowe, muzea…chyba też. Ale np. dzieciaki nadal mają swoje treningi różnej maści, szkoła wciąż ma lekcje pływania, szkoła muzyczna też ma lekcje, więc się domyślam, że wiele innych tego typu obiektów funkcjonuje.
Szczepienia idą swoją drogą. Bez paniki, bez sensacji, bez rozdmuchiwania kto dostał, a kto nie.
Więc ja się pytam: czy aby na pewno te lockdowny, maseczki, restrykcje i stany wyjątkowe działają?
Czy może to my, tu w Szwecji, jesteśmy bezczelnie oszukiwani?

35. Wcześnie rano

Jak zwykle: pobudka około czwartej rano, choć zasnęłam po 23.
Walałam się przez godzinę. Potem wstałam. Popracuję, skoro spać nie mogę…
Ale jak zobaczyłam maila od klienta, że on wydał średnio 600kr na każdy bilet i przejechał około 600km za każdym razem …to mi się odechciało pracować…
I tak za każdym razem jak wezmę jakąś deklarację roczną do zrobienia.
Dlatego w tym roku robię co mogę, żeby nie robić. Nie mam siły cierpliwości.
Wypiłam kawę.
I poszłam pojeździć.
Wcześnie rano, szósta, będzie pusto…
Wzięłam aparat.
Dzięki Astrze widzę w porannym słońcu to, co zwykle oglądam oświetlone zwykle z zachodu.

Kinnekulle
Zimno i zimno…a tu: o!

Wjechałam na punkt widokowy nad żwirownią.

Znowu Kinnekulle
Silosy w porcie i spalarnia śmieci
Zatoka, wieża ciśnień i wieża kościoła św. Mikołaja, a na pierwszym planie flagi żwirowni
A tu dowód na to, że Szwecja jest jak ogr: ma warstwy

A potem wróciłam do domu bo dochodziła ósma i trzeba było Tosię zabrać na spacer. Durny, uparty pies nie wie ile traci przez niechęć do Astry.

A teraz okazało się, że volvo zastrajkowało (pierwszy raz odkąd jest u nas czyli od pięciu lat) i eM musiał wziąć Astrę.
Ups…wietrzę problemy :/

34.

Przyszedł P. mój klient z dokumentami.
Tośka rzuciła się go całować bo jakoś się lubią wzajemnie. P, który zawsze jest porządnie ubrany gdy do mnie przychodzi, nawet nie protestuje, że mu Tośka obślinia ubrania. Kiedyś powiedział, że chciałby mieć takiego psa, ale żona się nie zgadza.
Teraz też się pomiziali chwilę z Tosią, ale ponieważ była zbyt namolna i przeszkadzała, wyrzuciłam ją za bramkę.
Zaczęła szczekać oburzona niesprawiedliwością, więc dodatkowo zamknęłam drzwi, odsyłając dziecko psa do pańcia.
Chwilę potem: miękkie drapanie w drzwi. Basil.
Wpuściłam, bo ten przynajmniej jest mniej absorbujący. Zazwyczaj.
Teraz obwąchał gościa, przespacerował mu pod nosem, podsunął ogon z przyległościami pod nos… A potem się zaczęło:
– Ty, obcy, a umiesz tak? – i hop z półki na szafę. Hop z szafy na półkę.
– Ty, obcy, a wiesz, że ja tu jestem najważniejszy? Zobacz jakie mam fajne miejsce – i hop na drukarkę.
– I w ogóle to ja mogą wszędzie leżeć, wiesz? – Uwalił się na zamkniętego laptopa.
– Ty, obcy, a patrz jak poluję, widziałeś? I umiem tak skakać…
I tak cały czas.
Kot, który normalnie, w ciągu dnia jest w zasadzie niewidoczny, nagle znajdował się w 10 miejscach na raz.
Skończyliśmy rozmawiać, otworzyłam drzwi, Tośka podleciała i dawaj pyskować, że ale jak to Basil może, a ona nie…
Otworzyłam bramkę, poleciała łasić się do P.
P. klepiąc futrzaka zmierzał w kierunku wyjścia, ale zatrzymał się na chwilę na pogawędkę z eM.
Basil przeleciał
– Ty, obcy patrz! – i hopsasa z kanapy na szafę. – Dobry jestem, nie? Ty tak nie umiesz, co?
P. tylko się pośmiał, bo eM się przyznał, że na szafie leży kocyk, bo kotek lubi tam sypiać.
– A u niej w pokoju to drabinkę dla niego zrobiłem…- przyznał się jeszcze eM.
P. popatrzył na mnie.
– Jakbym był psem albo kotem to bym chciał mieszkać u ciebie – powiedział. I poszedł.
Uznałam, że to komplement.


33. Vadlidenfallet/Edsvidsleden

Zimno. Wieje, ale słonecznie.
Wybraliśmy się wczoraj na oglądanie kolejnego wodospadu (taki mój nieoficjalny plan: odwiedzić wszystkie wodospady w Szwecji…a przynajmniej w Zachodniej Gotlandii).
Bardzo często, gdy szukam jakiegoś celu na wycieczkę zaglądam na tego bloga: https://ronnyvonfrankeinsteinsvandringstips.se/
Nie wiem nic o panu, który to pisze, ale jego wskazówki są bardzo pomocne w odszukaniu atrakcji, często bardziej niż lokalne mapki lub strony internetowe. Napisałam mu dziękczynną wiadomość, bo facet robi naprawdę dobrą robotę.
Strasznie nie chciało mi się nigdzie ruszać, ale trzeba psa przegonić, bo znowu jej tyłek urósł, a waga wskazała +2kg ostatnio. Czyli odzyskała te, które straciła jesienią.
Pojechaliśmy, przy okazji oglądając co jest po drugiej stronie Göty.
Naszym celem była taka wioska Hjärtum i leżący w okolicy Vadlidenfallet.
Wiedziałam, że nie jest specjalnie imponujący, ale uznałam, że warto zacząć sezon od czegoś niewymagającego. A trasa wyglądała na łatwą i niezbyt długą. I taka była.
No i było tak:


Kiepskie zdjęcie…bo zgłupiałam do reszty i wzięłam inny obiektyw. W dodatku tylko ten jeden, choć wszystko się we darło „weź jeszcze jeden!”.
No i okazało się, że na zbliżenia ten jest cudny, ale przy wodospadzie nie poszalałam, bo musiałabym się cofnąć, a nie było gdzie.
Inna rzecz, że miejsce nie jest jakoś spektakularnie piękne. Odnotowałam, odhaczyłam. Wystarczy.
W drodze powrotnej fotografowałam okolicę. Musi tam być pięknie gdy jest zielono lub jesienią…

Obszczekały nas dwa bassety. A Tosia, jak to ona, nie wydała z siebie ani jednego dźwięku.

Zaczęliśmy wracać, ale pora dość wczesna, a my wciąż żądni wrażeń. Po drodze widzieliśmy parking z charakterystycznymi tablicami. Zatrzymaliśmy się, żeby sprawdzić co i jak … i odkryliśmy szlak Edsvidsleden. Szlak jest długi, 14km, wiedzie brzegiem Göty potem zakręca w las…Co tam na nim jest jeszcze sprawdziliśmy, teraz tylko rzuciliśmy okiem na Götę.
A jest na co rzucać.

Najpierw z dołu…

A potem zaczęliśmy się wspinać wyżej i coraz wyżej…

Zeszliśmy z góry i grzecznie dojechaliśmy do domu.
Tosia padła.
Ja też.
W nocy był mróz, kałuże skute lodem.
Dziś już tylko w domu, w południe na chwilkę do Misi wpadniemy.
A na obiad będzie zupa kalafiorowa.