Drzwi zamknięte, a za nimi cicho. Zatem też trzeba cicho, bo pewnie śpi przed pracą albo po pracy w nocy. Skradam się na paluszkach…
Drzwi zamknięte za nimi cicho. Nie huczy, nie wyje, nie strzela, nie wrzeszczy choć środek dnia. Ale jak to..?
Drzwi łazienkowe stukają w nocy, czekam na trzask tych drugich nim zasnę ponownie. Czekam i czekam i nie mogę się doczekać.
Dziwne jak bardzo czuć obecność kogoś, kogo nie ma.
Nie ma.
Wyprowadził się. Synek.
Na razie tymczasowo mieszka u siostry, z kotem. Ale potem idzie na swoje.
Dziwne uczucie.
Myślałam że będzie radość, satysfakcja. A jest lekki smutek. Choć przecież wiem, że czas najwyższy, choć wiem, że tak trzeba. I pewnie za chwilę będę z tego zadowolona, ale teraz pusto.
Nie mogę otworzyć tych drzwi, bo wtedy jest jeszcze gorzej.
102. Stenbrott jesienny
Praktycznie zmusiłam męża do odwiedzenia Stenbrott. Nie byliśmy tam kilka miesięcy. Zniechęcały tłumy ludzi, bo pies wtedy musi być na smyczy. A latem trwał tam nieustający zlot kamperów. Kiedyś, przed covidem, latem stały tam dwa, trzy… W lipcu było ich co najmniej dwadzieścia. Naprawdę, choćby z tego jednego powodu pragnę by zaraza poddała się szczepieniu: może znowu ludzie będą jeździć po świecie a nie tylko po Szwecji i odzyskam swoje ulubione miejsca.
A jak się skończył lipiec to zaczęło lać.
A jak leje, to po wizycie na Stenbrott i okolicach trzeba prać wszystko, z psem na czele, bo błoto się tam robi po pachy.
Nie wiało, ostatnio w ogóle nie wieje! Ale i nie lało. Słońce nawet czasem wyglądało, ale skąpo. Niebo mamy ostatnio wciąż zasnute chmurami.
Ale i tak było pięknie.
















A teraz właśnie wróciłam z dworca. Odwiozłam Misię i Mela na autobus, który rozpocznie ich podróż do Tallina.
Potem pociągiem do Sztokholmu, a stamtąd już promem. Jutro przed południem powinni być na miejscu.
Zuzu jest teraz u mnie. Jutro pojedzie do taty. A za tydzień przyjedzie do mnie na cały tydzień.
I będę miała nawrót rodzicielstwa: będzie trzeba gonić do matematyki, pianina, mycia zębów i kąpieli. Wydzielać słodycze i gotować pozywne obiady.
Ych. Ciężko będzie.
101.
Obejrzałam w poprzedni weekend świetny serial. Na Netflix naturalnie, bo gdzieżby? Żadna inna platforma nie dostarcza polskich napisów… No może prime, ale amazon jest fe…
Serial nosi tytuł Made, po polsku Sprzątaczka.
O dziewczynie, która próbuje wyrwać siebie i dziecko z kręgu biedy…
Ależ to się ogląda!
Ja w każdym razie łyknęłam serial w dwa dni, bo nie dałam rady się oderwać. Życie pisze najlepsze historie.
Oglądajcie.
Teraz znowu oglądam jakąś koreańską dramę, choć wszyscy się jarają Squid Game. Tego ostatniego obejrzałam jeden odcinek… i podziękuję.
Ale jakoś mnie ta Korea ostatnio ciągnie, albo algorytmy tak działają, bo przeczytałam kolejną po Pachinko niesamowitą książkę o Korei i Koreańczykach: „Wyspa kobiet morza” Lisa See.
Książka opowiada o koreańskiej wyspie Jeju oraz o niezwykłych kobietach haenyeo czyli nurkach.
Zwykła historia, zwykłej kobiety, z tragiczną, a na pewno niewielu znaną, historią wojny koreańskiej w tle. Czytajcie!
A wcześniej czytałam „Siedem niedoskonałych reguł Elviry Carr” Frances Maynard.
Jeśli chcecie poznać jak osoba ze spektrum autyzmu postrzega świat, co dzieje się w jej głowie – czytajcie. Dla mnie było to niesamowite doznanie, bo wiele przemyśleń Elwiry było jakby żywcem wyjęte z mojej głowy.
A poza tym w wolnych chwilach słucham podcastów Ewy Madeyskiej i Kasi Szyszko. Obie wypowiadają się na temat kreatywnego pisania.
Robię notatki, ćwiczenia… i wiem co bym chciała od św. Mikołaja :D.
Muzycznie …tu na pewno was zaskoczą, nikt nie zgadnie czego słucham. Tak. Marka Knopflera :D.
Możecie mi nie wierzyć, ale ten gość napisał piosenki na każdy nastrój i w każdym gatunku.
Od rocka po balladę country. Od jazzu po bluesa. Od dans do …nie wiem czego. Nie zdziwi mnie jak na kolejnym albumie znajdą się kawałki techno czy rapu. Mark …to Mark. Ostatnio słucham przy pracy jego kawałków filmowych, i też jest miodzio. (Zresztą przy dobrej muzyce filmowej, w ogóle świetnie się pracuje. Jak mi się naprawdę już chce czegoś innego to puszczam sobie Jon&Vangelis „1492” i to też jest nieziemskie).
A wy, co polecacie do oglądania/czytania/słuchania?
100
Pod wpływem „pomroczności jasnej” odpowiedziałam na pytanie co mnie wkurza… i wysmarowałam podły, rasistowski tekst.
Napisałam wszystko to, o czym wiem, że tak myśleć nie wolno.
W głębi duszy chyba jestem złym człowiekiem, bo tak myślę, zanim moje własne sumienie nie przywoła mnie do porządku i nie przypomni, że tak nie wolno. Tym razem sumienie zaspało, a ja niestety piszę dość szybko.
Oczywiście dostałam zjebkę, więc naturalnie próbowałam się bronić, zamiast przeprosić z wdziękiem.
Nie chcę być takim człowiekiem. Dlaczego więc jestem? Ale przecież właśnie nie jestem… choć bywam.
Czy jeśli impulsywnie chcę zrobić coś złego, ale szybko się reflektuję i sobie na to nie pozwalam, to jestem zła czy dobra?
Gryzę się tym od kilku dni.
99. Październik
Zadziwiające.
Człowiek utknie na kilka dni w domu, bo przeziębienie, a gdy wreszcie po długich, zasmarkanych trzech dniach wystawi nos za drzwi to okazuje się, że świat się zmienił drastycznie.
W niedzielę, tydzień temu było jeszcze zielono i liściasto.
We czwartek było żółto…
A wczoraj zaczęło być łyso.
Pyk. I już.
Byliśmy na Festiwalu Światła nad Nossanem.
Pojechała z nami Misia. A na miejscu spotkaliśmy Adamków, bo się im naraz zachciało zobaczyć i festiwal i nas, szybciej niż za pół roku.
Szliśmy sobie powoli, bo tłum był ogromny, a w tłumie dzieci i psy.
I przez większość drogi deliberowaliśmy nad tym czy rok temu byliśmy, czy nie.
Nikt z nas nie miał w telefonie zdjęć sprzed roku.
Ale Misia pamiętała, że byliśmy, bo właśnie kupiła sobie swoją ukochaną parkę… Ale jakim cudem JA nie pamiętam? Przecież ja pamiętam wszystko!
Troszkę siąpiło, ale nie za mocno.
Gadałam z Adamkową o włóczkach. A z koleżankiem o pisaniu, bo oboje mamy takie zapędy, tylko on to rozgryza naukowo, a ja zawsze szłam na żywioł. Niemniej zachęcona jego uwagami zaczęłam też się dokształcać w tym temacie… i ciekawe rzeczy mi wychodzą. Bardzo ciekawe.
Potem zastanawiałam nad tym, że koleżanek to chyba pierwsza osoba z którą mogę pogadać o pisaniu… i rozmaitych ograniczeniach osobistych.
Dziwne, odprężające uczucie, móc mówić bez konieczności tłumaczenia wszystkiego i z poczuciem, że nawet żart w stylu „jak łysy warkoczem o beton” ujdzie mi na sucho…
W domu sprawdziłam mój pamiętniczek czyli zdjęcia. I okazało się, że owszem, byliśmy rok temu. Tylko impreza nie była szumna, bo covid, chyba nawet biletów nie było. Nie było Lasu Duchów, ani koncertów (na które i tak nigdy nie chadzamy) tylko oświetlona ścieżka.
Mam zdjęcia! Mało, bo mało, ale mam. Tyle, że …w RAWach. Nawet ich nie wywołałam! Ani nie obejrzałam. Nadrobiłam w niedzielę i poniżej efekty.
Wychodzi na to, że pamiętam poprzez zdjęcia. Można rzec: mam pamięć fotograficzną, haha!




W tym roku byłam bez aparatu. Bo mogło lać. Bo robienie zdjęć w ciemności wymaga statywu, a ja go nie lubię. Bo wolałam się skupić na ludziach.
Za rok znowu się będę zastanawiać czy byliśmy czy nie :D.
Coś jeszcze chciałam, ale mi uciekło…
98.
Wirusy podobno latają w powietrzu ze wzmożoną aktywnością.
Dopadło Misię i Zuzu. Potem Yankiego. Wreszcie mnie. Oraz właśnie dobiera się do eM.
Z kim nie porozmawiam – każdy chory albo właśnie dochodzi do siebie.
Helena chorowała w poprzednim tygodniu, a miałyśmy się spotkać. Przełożyłyśmy na ten tydzień, była u mnie we czwartek.
Jak zawsze przyniosła ze sobą robótkę – sweterek dla ciotecznej wnuczki, niewiele większy niż jej dłoń.
Helena dzierga pięknie. Trzyma się schematów, liczy oczka i jest bardzo dokładna. Jej robótki są perfekcyjne, pięknie wykończone.
U mnie jak zawsze – bałagan. No i za nic w świecie nie umiem trzymać się schematu. Choćby dlatego, że nawet z licznikiem rzędów, potrafię się pomylić, bo oczywiście zapominam kliknąć.
Ale spotkanie z Heleną ukazało mi jedną rzecz. Nie jestem gotowa na krytykę. Helena, bardzo delikatnie zapytała mnie czy może czasem poprawić moje błędy… A w zamian za to, ja nauczę ją podstawowych, polskich słów.
Przytaknęłam entuzjastycznie… a potem zamilkłam skonsternowana i przez chwilę nie rozumiałam co ona do mnie mówi. Chyba się nawet zaczerwieniłam.
Chyba… chyba miałam nadzieję, że mówię bezbłędnie. A tu zonk…
I żeby było śmieszniej, zamiast oczywiście powiedzieć Helenie, że się zawstydziłam, udałam, że to nic takiego.
No kiedyż ja się oduczę wreszcie pokazywać prawdziwe uczucia?
Tego nie rozumiem w ogóle, skąd u mnie taki zwyczaj by nigdy, za nic w świecie, nikomu (no, może poza Zuzu) nie pokazać co w danej chwili naprawdę czuję. Zwłaszcza jeśli chodzi o wszystkie inne uczucia poza złością. Złości akurat ukryć nie potrafię, a to by się czasem przydało.
Helena poszła po 3 godzinach.
A mnie wieczorem zaczęło telepać, a w ustach poczułam smak choroby. W piątek jednak czułam się na tyle dobrze, że zabrałam Zuzu do siebie. Pannica mi wyrosła przez lato i sięga mi pod brodę.
Adam, ujrzawszy ją na zdjęciach z Tiveden zdumiał się, że to długie i chude to ona. Widział ją kiedyś, gdy miała niespełna rok. A tu ups. Panna. Kiedy przeleciała dekada?
Najwięcej radości sprawia nam zawsze namawianie Zuzu do złego. Jak w tym Parku Narodowym Tiveden, gdy eM namawiał Zuzu by wyrzuciła butelkę po wodzie ot, tak prostu, przed siebie. Odwróciłam by zgromić głupiego męża, za głupie pomysły, gdy spojrzałam na wnuczkę. Czoło zmarszczone, spojrzenie spod byka, cofnięte ramiona… Oburzenie połączone z konsternacją.
eM zaczął się śmiać.
– Zobacz na Zuzu, co ona myśli o takich propozycjach – powiedział obronnie. Tak. Nasza wnuczka doskonale wie, co wolno, a czego nie. I nie łamie reguł. Co nie znaczy, że nie psoci. Uwielbia nam robić psikusy.
Ostatnio powiedziała, że nie może się doczekać, kiedy mama pojedzie do Tallina, bo już by chciała być u babci.
Babcia póki co przegrywa w konkurencji tylko z Ellie. Ellie to koleżanka z klasy, najlepsia psiapsiółka.
Wczoraj był przepiękny, jesienny dzień. Cieplutko, bezwietrznie, niebieskie niebo i pełne słońce. Pojechaliśmy do Borås. Bo eM nie może żyć bez polskiego chleba i kiełbasy.
Wzięliśmy Astrę. Uparłam się na nią, bo to ja miałam prowadzić. A ja nie lubię Volva. No nie lubię. Wielka, szeroka i długa landara. W dodatku bez czujników z tyłu. Od początku mówię, że czuję wielkość tego auta, eM mówił, że przesadzam. Ale Misia uczy się jeździć…i stwierdziła to samo.
Astra, po remoncie, kręciła się tylko mieście. A ja chciałam ją przegonić trochę, żeby sobie pokozaczyła z prędkością większą niż 40km/h.
Na E20 roboty drogowe, co chwila ograniczenie do 50km/h.(Budują nową, będzie szeroka i prosta, mają skończyć w 2023). Ale tam gdzie można było – jechałyśmy 80km. A czasem nawet i 100. Takie byłyśmy.
Przy 80km/h Astra mruczy jak kot. Strzałka obrotomierza tkwi jak przymurowana tuż pod cyfrą 20. A bieg z 3-4 na 5 zmienia niezauważalnie. Gdyby nie wyświetlacz – w ogóle bym nie notowała tych zmian.
Trzyma się drogi i wystarczy minimalny ruch kierownicy by reagowała.
Fajna jest….
A ja odkryłam, że phi…. Mogę na tę Arlandę pojechać! (Pisałam o tym?)
Naprawdę jechało się świetnie. eM siedział z tyłu, prawie się nie odzywał, tylko w mieście raz mnie wystraszył, bo zaczął wrzeszczeć.
Jak zrobiłam coś nie tak, to jego wrzask czasu nie cofnie, a sprawi, że się zestresuję i będę robić jeszcze więcej głupot. On tego nie rozumie. Wciąż. Szczęście, że tych głupot robię coraz mniej. Ale robię… Na szczęście nigdy dwa razy to samo :D.
Wczoraj złamałam zakaz zmiany pasa. Nie zauważyłam znaku. Ups.
Ale to i tak nic, w porównaniu do przejechania na czerwonym świetle. W dodatku z lewego pasa, w prawo.
No bo jadę sobie przez moje miasto, jest wieczór, ciemno, dojeżdżam do świateł przed mostem. Zapala się czerwone. Zatrzymuję się, a tu na skrzyżowaniu stoi przodem do mnie facet w odblaskowym ubranku i mi macha, że mam jechać w prawo. Macha i macha… To pojechałam.
A on machał chyba dla tych co ich miałam po lewej.
Dobrze, że było nas na tym skrzyżowaniu tylko dwoje i tamten nie był specjalnie wyrywny. Ale dlaczego nie wyłączyli świateł?! I nie ostrzegli wcześniej, że zmiana, objazd czy coś…
Zrobiłam wczoraj jakieś 250km …i o 19 padłam. Byłam tak zmęczona, jakbym te kilometry pokonała piechotą. Nawet nogi mnie bolały.
Teraz jest 7:20.
Słońce właśnie wstało. I myślę sobie, że pojechałabym na zdjęcia. Może mgła gdzieś jest?
Update: Mgła była. I wyglądała tak:










97. Gdzie do cholery jest myślnik?
Naczytałam się z rana o formatowaniu dialogów i zonk! Używam dywiza zamiast myślnika! A to dlatego, że nie umiem go znaleźć (tego myślnika) na klawiaturze. Nigdy nie umiałam. Czasem mi wyskakiwał, ale raczej przypadkiem i zawsze nie wtedy, gdy chciałam.
A poza tym zmian ciąg dalszy i to nie tylko u mnie! Jakby cały świat się wziął za zmienianie życia od października. Np. moi Litwini kupili firmę jubilerską! (Litwin jest złotnik-artysta „plastuch”). Ale żeby tylko to! Oni oboje tak mają dość swoich prac etatowych, że oboje odchodzą z pracy. Zgadnijcie od kiedy…
Będą się skupiać na własnej firmie. A kupili nie tylko lokal z magazynem i zawartością. Kupili z danymi klientów. A firma, do wiosny, przynosiła całkiem dobre dochody, tylko prowadzące ją małżeństwo się rozwodzi.
Muszę zapamiętać i powiedzieć im o odczynieniu jakichś uroków. Na wszelki wypadek.
Poza tym jedna z moich klientek zmienia miejsce prowadzenia firmy, a przy okazji i męża…
A inny klient (zatrudniony na etat+własna, początkująca firma), którego związki zawodowe wepchnęły w konflikt z szefem też złożył wypowiedzenie i też będzie tylko na swoim. Od kiedy? TADAM!
A Yankie i jego dziewczy… kolega Sebastian będą mieszkać razem. Od listopada, wyjątkowo.
Nie, Yankie nie jest gejem. I dlatego nazywanie Sebastiana jego dziewczyną jest takie śmieszne. Już ich widzę, dwóch starych kawalerów, którzy gadają przez komunikator, bo każdy w swoim pokoju, przed własnym ekranem.
Misia natomiast jedzie do Tallina. W październiku. Wraca w listopadzie.
I postanowiła, że mam do niej przylecieć na weekend z Zuzu. Tylko problem w tym, że do Tallina lata się z lotniska Arlanda. Bagatela: ponad 300km ode mnie! A ponieważ eM będzie już wtedy w nowej pracy, to wolnego nie weźmie. A Yankie, nie jestem pewna czy będzie mógł wziąć wolne… Poza tym trochę się z nim boję jechać. On jeździ jak dla mnie zbyt brawurowo.
Wyjdzie na to, że będę musiała jechać sama i zostawić Astrę na parkingu.
Poza tym mamy listopad. Jest szaro, szaro, szaro. Co kilka dni pada deszcz. A jak zacznie padać to pada bez przerwy przez kilka godzin.
Słońca ani na lekarstwo. Temperatura w granicach 9stopni.
Myślę z rozpaczą i przerażeniem, że to już tak może zostać do marca. Albo i kwietnia.
96. Zmiany. I nie tylko.
eM zmienia pracę! Słychane rzeczy!
Od mniej więcej roku czy nieco więcej, eM narzekał na firmę. Płacili zawsze kiepskawo, ale atmosfera była w miarę dobra.
A potem przyszedł taki jeden Pan Kierownik. Miał swoje wizje, swoje pomysły…niestety dla robotników z warsztatu jego pomysły były zupełnie od czapy, ale zarząd jakoś się na te pomysły godził.
Ale potem zmienił się zarząd, bo firma została sprzedana.
Tu już weszły nowe porządku, zwolnili wielu dobrych pracowników…
No, żeby nie przedłużać, do kiepskiej płacy doszły jeszcze mało przyjemne klimaty oraz coraz większe żądania w kwestii wydajności.
eM się gryzł, wahał. 56lat, choroba autoimmunologiczna, język szwedzki nie najlepszy. No gdzie będzie szukał..?
A jednak jakiś stary kolega rzucił tekstem „przyjdź do nas”… i jakoś tak z rozpędu eM poszedł pogadać tydzień temu. Wczoraj dostał nową umowę na okres próbny. A na umowie stawka godzinowa wyższa o prawie 20kr. Po okresie próbnym ma wzrosnąć o kolejne 10kr. Na taką podwyżkę w starej firmie musiałby czekać 4 do 6lat.
Ale oczywiście, zmiana pracy to zawsze niewiadoma, więc nie entuzjazmujemy się za bardzo. Wiadomo, że strach, niepewność. Ale eM musiał być już naprawdę bardzo zmęczony atmosferą, skoro się zdecydował.
Wiadomo, że gdzie indziej trawa będzie taka samo zielona, ale jednak mimo wszystko będzie inna.
Zatem jeszcze miesiąc, a potem zmiana dekoracji…
Misia za niecały miesiąc jedzie do Tallina na miesiąc. W Tallinie jest główne biuro firmy w której pracuje, a ponieważ narzekała, że tu ma słaby kontakt z pracownikami, bo załoga jest od niej dużo starsza to szef zaprosił ją właśnie do Tallina.
Mieszkanie i podróż musiała opłacić sobie sama, niestety. Ale za to ma wyzwanie i przygodę: mieszkać miesiąc w mieście, w którym nie zna nikogo, w innej kulturze.
Zazdroszczę jej. Muszę poszukać taniego biletu do Tallina. Może bym choć na weekend wpadła?
W czasie pobytu Misi w Tallinie Zuzu będzie mieszkać u mnie (co drugi tydzień). A u Misi będzie mieszkał Yankie bo ktoś musi się zaopiekować kotem.
Byłam u Gulsum. Wreszcie zaniosłam wydziergany latem kocyk dla jej nowego dziecka, które ma się pojawić w listopadzie.
Była wzruszona, bo szaro-żółty kocyk dopasował się jej kolorystycznie do tego co już zgromadziła.
Kocyk zrobiłam z włóczki 100% bawełnianej, wzorem entrelak. Po skończonej robocie, z drżeniem serca wrzuciłam do pralki na 40 stopni i uprałam. A potem wysuszyłam w suszarce bębnowej. Bo kocyk dla dziecka ma przetrwać takie zabiegi. To dlatego wybrałam bawełnę bez akrylu – akryl się mechaci i po jednym praniu robi brzydki. A ten kocyk po upraniu był dokładnie taki sam jak przed.

Teraz idę za ciosem i dziergam kocyk takim samym wzorem, ale bogatszy kolorystycznie dla innego dzidziusia.
No ale nie idzie mi to zbyt dobrze, z powodu urazu barku/łopatki.
Fizjoterapeuta wyznaczył mi wizytę za ponad 2 tygodnie. Zgłupieli chyba? Zwykle się czekało 2-3 dni…
Bół łopatki, dzięki filmikowi z YT rozmasowałam piłeczką. Ale jest ból barku i przedramienia. Szukam filmików co jeszcze mogę zrobić, ale wczoraj z takim zapałem robiłam rozciąganie zginaczy i prostowników, że w nocy musiałam założyć bandaż uciskowy, tak rwała cała ręka.
Właśnie mi się przypomniało, że miałam wieczorem zajrzeć do kota Misi, bo moja córka tym razem jest z Zagrzebiu. (Nie pytajcie).
Muszę pojechać zaraz, bo potem Yankie jedzie do sąsiedniego miasteczka zaszczepić się przeciw covid. Noż kurde, dlaczego w sąsiednich gminach można szczepionki znaleźć łatwiej niż w naszej?
W Szwecji jest już zaszczepione ponad 80% społeczeństwa.
A tu nie było w zasadzie jakichś kampanii namawiających na szczepienie.
Restrykcje covidowe już w zasadzie są całkowicie zniesione, choć oficjalnie ma to być na koniec września.
Może wreszcie wybierzemy się do parku wodnego w Skövde? Strasznie mi się chce poleżeć w gorącej wodzie…
Spacerkiem (po)nad Götą
Göta to 93kilometrowa rzeka wypływająca z Wener i wpadająca do cieśniny Kattegat. Jednym z większych miast leżących nad nią jest Trollhättan.
Nazwa miasta pochodzi prawdopodobnie od małej wyspy leżącej przy wodospadach, zwanej Trollhätta. Wodospady mają całkowitą wysokość 32metry i stanowią znaczną część całego 44 metrowego spadku rzeki. Miasto nazywano różnie: Stora Edet, Edsborg, Eidar lub Stranna.
Obszar wokół wodospadów był strategicznie ważny bo był to szlak wodny z południa do jeziora Wener i dalej na północ.
W dawnych latach, nim okiełznano rzekę i wodospady, radzono sobie w ten sposób, że łodzie wyciągano po wschodniej stronie od wodospadów i przeciągano rynnami wypełnionymi błotem. Najstarsze wzmianki o tym sposobie omijania przeszkody pojawiają się w sadze Haralda Hårdrådesa, która mówi, że w zimą 1063/1064roku norweska flota przepłynęła obok wodospadów w rzece Göta i wpłynęła do jeziora Wener.
Rząd był mocno zainteresowany tym szlakiem i dlatego już w 1607 roku zbudowano pierwszą śluzę na rzece, w miejscowości Lilla Edet. Jednak największą i najtrudniejszą przeszkodą w żegludze Götą były właśnie wodospady Trollhätta.
W 1718 roku Christoper Polhem rozpoczął próby budowania śluz, w ciągu następnych lat próbowano je zakończyć lecz w większości się to nie powiodło. Dopiero w 1753-1755 udało się zakończyć pierwsze trzy śluzy, lecz ostatnia z nich z powodu błędów technicznych nigdy nie była użytkowana.
Do roku 1800 Baltzar von Platen ukończył budowę pozostałych śluz, lecz by po rzece mogły żeglować także większe statki konieczne okazało się zbudowanie śluz większych. Budowano je do 1916roku, jednocześnie wciąż używając tych pierwszych.
Bliskość potężnej rzeki napędzała przemysł. W XIX wieku powstało tu wiele firm, których nazwy znane są do dziś, jak choćby SAAB.
W 1905 r. państwo kupiło Trollhätte Kanal AB i przekształciło je w agencję rządową Kungliga vattenfallsstyrelsen, która później przekształciła się w państwową firmę Vattenfall. W 1907 r. rozpoczęto budowę elektrowni Olidana, którą ukończono w 1914 r. Dzięki wykorzystaniu energii wodnej Trollhättan stało się ośrodkiem przemysłu energochłonnego, głównie metalurgicznego od lat 1910 do połowy lat 80-tych.
(źródło: https://sv.wikipedia.org/wiki/Trollh%C3%A4ttan)
Dziś trudno jest sobie wyobrazić jak pierwotnie wyglądał szlak tej wspaniałej rzeki, Göty. Wodospady, które musiały być naprawdę imponujące -zniknęły. Technologia i upór ludzkiego umysły zwyciężyły.
Idąc szlakiem ponad rzeką, widząc puste koryta, stare śluzy, stare mury budynków możemy się jedynie domyślać jak to kiedyś wyglądało.
Ale gdybyście kiedyś przypadkiem trafili do Trollhättan sprawdźcie kiedy odbywa się tzw Fallsläpp – czyli otwieranie zapór i wypuszczanie wody. Idźcie na most Oskara (Oscarsbron) i obejrzyjcie to widowisko, bo naprawdę piękny to widok. Widuję to niemal co roku i zawsze zapiera mi dech w piersiach.
W piątek po południu wybraliśmy się w tradycyjnym składzie: Adamki, eM i ja na spacerek ponad Götą. Niestety – nie dane nam było obejrzeć spuszczanie wody, bo z czy to z powodu suszy, czy z powodu remontu śluz – woda nie jest spuszczana.
Było spokojne, bezwietrzne, słoneczne i upalne popołudnie. Godzina nieco po 14 czyli słońce w zenicie. Powietrze typowo jesienne, lekko zamglone oraz głębokie cienie.
Zostawiliśmy samochody przy Malgöbron, wdrapali na górę przy Forngården i ruszyliśmy na trzygodzinny spacer podnad Götą.




























94.
Astra znowu na chodzie. Tak się wczoraj cieszyłam odbierając ją z warsztatu, że miałam chęć ją w lampkę pocałować.
I teraz się okazuje, że to nie ja robiłam błędy przy hamowaniu i dodawaniu gazu, że szarpała.
Pan powiedział, że nie zauważył nic niepokojącego, że silnik brzmi dobrze i jest suchy…
No to może mogę się zacząć cieszyć samochodzikiem..?