133.

We czwartek dostałam od Zuzanki własnoręcznie zrobione gipsowe serduszko.
Bo Zuzu w tym roku na Wigilię była u taty, więc jej-nasza Wigilia była we czwartek.
Od nas dostała krótką kurtkę i pachnącą świeczkę z gatunku luksusowych (bo cena). Jedno i drugie wzbudziło jej ogromną radość, choć zapewne się tego spodziewała.
Od mamy i Mela dostała grę. A od bonus dziadków czyli rodziców Mela: pianino elektryczne, które tym się różni od keyboardu, że jest dłuższe i ma wszystkie klawisze tak, jak prawdziwe pianino.
W piątek nad ranem obudziłam się i odkryłam, że za oknem zadymka. I stało się: były białe święta, po raz pierwszy od naprawdę wielu lat.
Yankie, który kończył pracę po 7 przysłał mi sms, że Astra w garażu co jednocześnie miało znaczyć: jestem cały i zdrowy.
Kochane dziecko, wie, że jak się pogarszają warunki to ja się martwię o niego.
A potem przyszedł mróz. Taki z gatunku siarczystych.
Dzień płynął nam dość spokojnie, choć role nam się poodmieniały.
eM robił jedzenie, ja sprzątałam. Potem o 17 zabrałam syna i pojechaliśmy po Misię i Mela. Droga była biała, bo w moim mieście się nie soli, i bałam się jak cholera, bo to w sumie moja pierwsza jazda w takich warunkach. Jechałam z zawrotną prędkością 30km/h. Na szczęście ruch był niewielki.
W Szwecji Wigilia czyli Julafton jest dniem całkowicie świątecznym. Pracują tylko sklepy spożywcze, no i oczywiście ci, co muszą. Ludzie świętują już od wczesnych godzin popołudniowych, zazwyczaj jedząc lunch w gronie rodzinnym. A na lunch jest tradycyjnie: köttbullar (pieczone kuleczki z mięsa mielonego), julskinka (szynka świąteczna czyli normalna szynka, tylko zapiekana pod pierzynką z musztardy i goździków) oraz princekorv (krótkie parówki). No i grötris (rozgotowany w mleku okrągły ryż, z bitą śmietaną, owocami i cynamonem) jako deser.
Ponieważ rodzinną Wigilię u rodziny Mela dzieci odbyły we czwartek to w piątek już były całe tylko dla nas.
Zwiozłam towarzystwo, eM w tym czasie nakrył do stołu i zaczął podgrzewać jedzenie. I dobrze, bo byłam już bardzo głodna.
Mel wcinał pierogi aż mu się uszy trzęsły.
Ja od lat nie zawracam sobie głowy dwunastoma potrawami. Po prostu robię to, co wszyscy lubimy i bez czego święta się nie liczą: pierogi i sałatka. Oraz jako Julskinka ze względu na rodzinnego Szweda. Do tego jakiś śledź, eM robi rybę po grecku. Barszcz robię z torebki, bo mimo wieloletnich prób – nigdy nie udało mi się uzyskać tego jedynego smaku, jaki był w barszczu mojej mamy. Poddałam się więc i idę na łatwiznę.
Prezenty ucieszyły wszystkich. Yankie był szczśliwy z airfryera. Misia zachwycona książką. A Mel powiedział, że gdy robił ostatnie zamówienie w księgarni to się zawahał nad Wiedźminem, ale stwierdził, że następnym razem… No, to teraz niech tylko chłopak nie zboczy z kursu to będzie ode mnie dostawał kolejne tomy na kolejne okazje.
Ja dostałam grube wełniane rękawice-łapki oraz kartę prezentową do perfumerii o wartości 1000kr (czyli dużo). Jak będę cwana i wynajdę sobie coś w rea to kupię nawet dwa flakony perfum.
Było miło, ale po godzinie 21 już czekałam kiedy sobie wszyscy pójdą, bo zaczynałam padać na twarz.
Tosia była cała szczęśliwa, bo ona uwielbia jak wszyscy jesteśmy w domu. Przy czym ona doskonale wie, że Misia to jest rodzina czyli krew z krwi, a Mel jest obcy. Widocznie każda rodzina ma swój zapach, albo co?
Basil najpierw spał gdzieś w kącie, a potem ułożył się przy Melu.
Po 22 rozwiozłam towarzystwo do domów. Teraz ruch był większy, ale ja już czułam się pewniej. Jechałam już normalnie, ale zwalniałam wcześniej i pilnowałam by nie zaciągać ręcznego.
Astra zrobiła mi też miłą niespodziankę.
Ja wciąż jeszcze słabo ogarniam jej światła. A jak czekałam z Yankiem na Misię i Mela tośmy sprawdzali różne ustawienia. No i zostawiłam w położeniu, gdzie mogę mieć wszystkie światła… Postawiłam potem Astrę pod trzepakiem, zamknęłam i poszłam.
A gdy po czterech godzinach wyszłam, okazało się że Astra stała na postojowych, w mrozie sięgającym 10stopnie.
– No, tośmy już pojechali – mruknęłam….
Ale nie. Astra, kochaniutka, zapaliła bez problemu od pierwszego kopa.
Taki to jest samochodzik.
Obdarowałam dzieciaki jedzeniem: pierogami i sałatką Misię i Mela, ciastem z orzechami oraz pierogami Yankiego. Każdy też dostał ode mnie po małej butelce własnej roboty likieru kawowego.
Wróciłam, zostawiłam autko w ciepłym garażu. Napisałam sms do córki, że dojechałam, bo prosiła.
Miałam plan, żeby jeszcze posiedzieć, ale padłam półgodziny później.
A wczoraj już się tylko leniliśmy. Strasznie mi się nie chciało, ale zmusiłam się by pójść po południu z Tosią i eMem na spacer przez miasto. Świeciło słońce, było jakieś -5, ale wiało całkiem mocno. Miasto pobielone. Na Torget, na lodowisku szlały dzieciaki.
Porobiłam trochę zdjęć, zobaczymy co wyszło.
I to cała moja aktywność. No i dłubałam dla siebie mój pierwszy sweter od góry.
Dziś pewnie scenariusz taki sam będzie.
A wy jak?

Oblężone lodowisko na Torget

Zamarznięty Lidan
słońce nisko choć jeszcze nie ma nawet godz 15.
Tak tu jest zimą, że złota godzina trwa prawie cały dzień

132.

Ile razem dróg przebytych
ile ścieżek przedeptanych
ile deszczów ile śniegów
wiszących nad latarniami
ile listów ile rozstań
ciężkich godzin w miastach wielu
i znów upór żeby powstać
i znów iść i dojść do celu

Lepiąc pierogi, piekąc sernik słucham w Ziele na kraterze Melchiora Wańkowicza. Wzruszam się podwójnie, bo to książka mojej nastoletności. Odnajduję zapomniane słowa jak KUWAKA i uczucia
(Album spłonął. Krysi nie ma). Czasem parskam nieoczekiwanym śmiechem, bo Wańkowicz miał styl i dystans do siebie samego.
I gdy tak się krzątam, nagle zatrzymuje mnie myśl i żałość ogromna.
Czy ktoś jeszcze dziś czyta te „ramoty”? Wańkowicza, Gałczyńskiego, Broniewskiego? A Prusa i Sienkiewicza?
Czy ktoś jeszcze słucha Grechuty?
Czas tak szybko płynie, świat się tak szybko zmienia… Na gorsze, niestety.

Świecie nasz, daj nam
Daj nam wreszcie zgodę
Spokój daj, zgubę weź
Zabierz ją, odprowadź

Szukaj dróg gdzie jasny dźwięk
Wśród ogni złych co budzą lęk
Nie prowadź nas, powstrzymaj nas
Powstrzymaj nas w pogoni

I tego Wam i Sobie życzę z okazji Świąt.

131.

W niedzielę uczestniczyłam w warsztatach pisarskich.
Koleżanek zrobił mi prezent, chyba żeby mnie przekonac do:
a: powrotu do pisania powieści
b: że pisania można się nauczyć, blokadę – przełamać

Udało mu się.
Nagle znalazłam się w grupie ludzi, gdzie nikt nie robi dziwnej miny na hasło „chcę napisać książkę”. Poza tym, dowiedziałam się chyba rzeczy najważniejszej: Dlaczego po zapale sięgającym czasem nawet 30-40stron A4 wszystko zdycha…
I odkryłam, na nowo, że ołówek do pisania jest lepszy niż długopis. I może jednak pisanie ręczne jest lepsze niż na klawiaturze?
Odkryłam też, i też na nowo, że pisać mogę na niemal każdy zadany temat. Choć jakość tego pisania to już inna sprawa.
No i wiem. Po prostu wiem, że potrafię budować klimat, a prowadząca mnie w tym utwierdziła.
Fajne te warsztaty i strasznie, ale to strasznie chcę jeszcze!
Dziękuję Adaś!

A tymczasem powoli idziemy stronę świąt.
Kto marudził, że nie chce gości w domu, nawet jeśli to są własne dzieci?
Kto koniec końców, całkowicie dobrowolnie, zmienił koncepcję i uznał, że najlepiej będzie jak dzieci przyjdą i usiądą przy stole?
Zgadza się. JA.
Ale, żeby nie było: nie będzie 12 potraw. Nie ma mowy! Będzie barszcz z torebki, bo po co się wysilać jak lepszego i tak nie ugotuję? Będzie sałatka, bigos i julskinka (szynka świąteczna po szwedzku), oraz pierogi.
Pierogów nie będzie dużo, ale będą. Miało w ogóle nie być ze względu na rączki obolałe.
Wczoraj jednak kupiłam coś, do czego przymierzałam się od dawna: maszynkę do makaronu. Dawno kombinowałam, że skoro to urządzenie wałkuje ciasto na makaron to i z tym na pierogi sobie poradzi? A wałkowanie to zawsze najbardziej upierdliwa część zadania. Lepienie może być, ale wałkować nie znoszę, choćby dlatego, że nie mam na to miejsca.
Kombinowałam więc wczoraj wieczorem. Nie wychodziło mi, bo ciasto było chyba za miękkie, a z kolei jak wyrobię za bardzo to jest obawa, że się nie będą pierogi sklejały. Wreszcie, już na sam koniec odkryłam sposób. Zamiast przepuszczać przez maszynkę jedną, dużą kulę ciasta, podzielę to ciasto na małe, mniej więcej jednakowej wielkości kuleczki/placki – tak na jednego pieroga. I będę każdy pieróg przepuszczała oddzielnie. Jak to odkryłam, to potem poszło piorunem.
Tak, że za moment, skończę tylko jednego klienta lecę robić ruskie.
Jak dobrze pójdzie – to może rozpędem dorobię jutro kapuścianych.
Choinka już ubrana. To zawsze zadanie mojego męża.
Basil się jej przygląda, ale na razie nie próbuje się wspinać. Ani turlać bombek. Ale nie łudzę się: to tylko kwestia czasu.

A na śniadanie dziś zjadłam pieczoną owsiankę z jabłkiem.
Chyba wreszcie znalazłam sposób na polubienie owsianki. Tylko… że ona mi bardziej na kolację ZAMIAST cukierka pasuje.
Czy owsianka się obrazi jak ją przeniosę na kolację?

I tyle u mnie.
A co u was?

130.

A potem poszłam i umyłam okna w kuchni, bo już świat przez nie wyglądał jak stale zamglony.
Ja nie wiem co to jest, ale w tym mieszkaniu mam wiecznie brudno.
Baba (bo to BABA była, a nie kobieta, a już na pewno nie PANI) która tu przed nami mieszkała była wyjątkowym flejtuchem. Bo jak nazwać kogoś, kto przez ponad trzy miesiące nie umył tłustego, czarnego zacieku na kaloryferze? Kaloryferze, który wisi na wprost wejścia do kuchni i jest pierwszą rzeczą jaką się widzi stając w progu.
Nigdy nie byłam pedantką, ale jednak sprzątałam dość regularnie i w domu zawsze miałam jako-tako czysto.
Wiadomo, że tu i tam zalegał kurz (np za muszlą, albo na górze na szafce łazienkowej), a czasem i brud (za kuchenką, pod lodówką) albo kłaki psie i kocie -zwłaszcza w kątach lub pod sprzętami. Ale jakoś częściej myłam podłogę, fronty szafek… Tu jakoś o tym zapominam. Psujący się wzrok pozwala nie widzieć takich rzeczy, a ja skwapliwie z tego korzystam. Udzieliło mi się?
Faktem jest, że moją niechęć do sprzątania wzmacnia zachowanie męża.
eM uważa, że on jest taki porządnicki… tylko zapomina.
No. Niedawno przyszła do niego paczka. Rozpakował ją w moim gabinecie. I poszedł. A ja zostałam z kłębem folii i papieru wciśniętym między kanapę a szafkę. Wysłałam mu zdjęcie a on „oj, zapomniałem”.
Mnie by w ogóle do głowy nie przyszło, żeby opakowanie paczki gdziekolwiek wciskać.
W kuchni to już w ogóle…
Robił galaretkę. Rozlał. Wytarł.
Skąd wiem? Bo rano znalazłam kłąb papieru ręcznikowego przyklejonego do podłogi. A jak chciałam włożyć do zmywarki zostawiony wieczorem słoiczek, to go musiałam siłą od blatu odrywać. Bo się przykleił galaretką.
Czepiam się… było nie stawiać słoiczka na blacie…nie?
Nie strzeliło by was coś złego jak byście rano umyli fronty szafek a popołudniu zobaczyli na nich zacieki oraz placki keczupu przy uchwytach? NA WYSOKOŚCI OCZU!
To dlatego każde z nas ma swój pokój.
eM wchodzi do domu z czymś w ręku i odkłada to nie patrząc gdzie.
I nie ma znaczenia czy to są narzędzia, list, paragon czy chusteczka higieniczna. Odłożona rzecz będzie tam leżeć aż okaże się potrzebna. Wtedy jest przewracanie całego domu, oskarżanie domowników o to, że wzięli i nie oddali, aż wreszcie rzecz się znajduje w jakimś miejscu od czapy. No i oczywiście KTOŚ wziął i KTOŚ nie odłożył. Nie on, bo on zawsze odkłada.
Pytam go: to kto? Skoro ja tego nie używam?
Zatem sprzątam coraz mniej i z coraz mniejszym zapałem, bo i po co? Zdejmę okulary – nie będę widzieć. A po co mam się urobić jak za chwilę, dosłownie za chwilę wejdzie mój mąż i całą moja pracę szlag trafi?
No, ale okna były już naprawdę brudne. To umyłam. Rachu-ciachu i po robocie. Słońce wyszło.
Zdjęłam pościel z łóżka i wrzuciłam do prania, a potem do suszarki.
Pojechałam do sklepu. Wróciłam. Pranie wyschło. Nawlokłam pościel na nowo (bo to moja ulubiona – perkalowa – jest gładka i dłużej utrzymuje chłód na powierzchni). Siłą rozpędu odkurzyłam w sypialni. I w przedpokoju… I w kuchni… i prawie wszędzie.
Na obiad zrobiłam sobie babkę ziemniaczaną na sposób litewski: do babki dodaję rozpuszczoną margarynę i mleko, a pod koniec pieczenia polewam babkę taką samą mieszanką. Dzięki temu wnętrze robi się kremowe. Pycha, ale eM nie lubi. On woli na sposób tradycyjny: tylko z tłuszczem. I ze skwarkami.
I jakoś tak mi niemoc przeszła.
Spałam prawie całą noc. I mniej jestem rozdrażniona.

129.

Coś mi źle…
Od kilku dni źle się czuję fizycznie. A to z nosa cieknie, a to głowa boli, a to brzuch wzdęty, a to lewa strona ciała czegoś obolała od biodra po ramię…
Coś ewidentnie mi nie leży i nie wiem o co chodzi.
Źle mi też na duszy.
Nie mam w sobie cierpliwości …
O, to coś takiego jak w tej piosence:

Nie mam serca do czekania
Do liczenia do zbierania
Nie mnie nie zrozumie pan
Nie mam głowy do posady
Do parady do ogłady
To zbyt opłakany stan

Nie mam serca do sieroty
Zgubionego wajdeloty
Nie mnie nie zrozumie pan

Nie mam serca do pilności
Do piękności do świętości
To zbyt wyszukany stan
Nie mam głowy do dyplomu
Do poziomu zbiórki złomu
Nie mnie nie zrozumie pan

Diagnozuję, że to stres świąteczny. Myśl o konieczności zorganizowania wigilijnego spędu rodzinnego sprawia, że mam chęć uciec. Choćby w chorobę.
Nie mam głowy
do sprzątania gotowania ozdabiania
nie, mnie nie zrozumie pan
Nie mam głowy
do rozmowy
do gadania
przysiadania
Nie, mnie nie zrozumie pan…

Niech się to już przewali…


128.

Wieje. Na termometrze +6.
Czy to dlatego wybudziłam się i nie mogłam usnąć?
Ostatnio wybudzam się zanim rozboli się głowa. Dziś też. Niewiele to daje, bo ta głowa i tak się rozboli i nie da spać.
Wstałam.
A, że zasnęłam około północy to będę za chwilę śnięta, a tu trzeba psa przegonić.
A właśnie.
Poszłam wczoraj z Tośką do Yankiego w ramach spaceru popołudniowego. Zaniosłam dziecku dokumenty jednego klienta z którym mi pomaga, a przy okazji pokazałam Tosi gdzie on teraz mieszka. Pomyślałam, że gdyby tak się zdarzyło, że z jakiegoś powodu będziemy oboje musieli wyjechać, dobrze, żeby pies znał mieszkanie Yankiego.
W sumie ode mnie do jego mieszkania to jest 5, no może 10minut takiego spokojnego marszu. Byłoby mniej, ale rzeka, więc trzeba skręcić na most.
Żeby mi się pies nie narowił po drodze napuszczałam ją na szukanie Yankiego
– Tosia, idziemy do Yankiego? Chodź, pójdziemy do Yankiego! Gdzie Yankie? No gdzie? – mówiłam tonem pełnym entuzjazmu. Pies strzygł uszami, kręcił głową na wszystkie strony bo szukał gdzie ten obiecany człowiek.
Na Torget okazało się…ślisko! Plac wyłożony jest kostką brukową i kamiennymi płytami, a to jak wiadomo trzyma temperaturę. W dodatku wilgoci tam więcej, bo rzeka blisko. Poślizgnąwszy się dwa razy, zawróciłam na zwykły chodnik pod lipami. Zaczynam się robić specjalistką od powierzchni gładkich.
Tośka na widok mojego syna ucieszyła się przeogromnie, natychmiast zaczęła się mizdrzyć do niego. I z tej radości nawet weszła po tych pięciu schodach. Bo Tosia przecież nie wchodzi do obcych pomieszczeń a już na pewno nie tam, gdzie są schody. Nie i już.
Teraz weszła, wpadła do mieszkania, obwęszyła kąty i poleciała do drzwi wyjściowych, że idziemy.
To poszłyśmy. Szła grzecznie, bo jej pozwoliłam węszyć tam, gdzie wcześniej nie dałam. Doszłyśmy do skwerku przed mostem, do fontanny i naraz pies się zreflektował.
– NIE IDĘ – orzekła całą sobą i dla podkreślenia wagi wypowiedzi położyła się na betonowym obramowaniu fontanny.
– Ale co ” nie idę”, o co ci chodzi ty uparciuchu?- dopytywałam a jednocześnie używałam argumentów ręcznych by oporne zwierze nakłonić do podjęcia współpracy. Udało mi się uzyskać tyle, że zlazła z kamiennego murku i położyła się na żwirowanej ścieżce.
Ona nie idzie. Sorry mamusia, ale taki mamy klimat, że ja nie idę. TAM nie idę.
Acha. TAM nie. To gdzie? No to pokaż gdzie idziesz?
Wstała, zawróciła …i pociągnęła mnie w kierunku z którego przyszłyśmy.
AAAAAA! Yankie się zgubił, tak? Wracamy żeby go zabrać do domu, tak?
Uratowały mnie cukierki psie. Jakie to szczęście, że Tosia jest łakomczuchem! Tylko dzięki temu jeszcze jej nie zabiłam……………………………………………………………………..

Gadam głupoty, oczywiście. Kocham ją i wybaczam fochy i nieracjonalne (według mnie) zachowania. Tosia na pewno ma swoje wytłumaczenia na wiele rzeczy. Czemu nie lubi obcych miejsc. Czemu nie wchodzi po nieznanych schodach. Czemu nie lubi wiatru nawet jak jest w domu. Dlaczego nagle przychodzi i chce do mamusi, na kolanka najchętniej. Dlaczego jednym ludziom daje się głaskać a przed innymi chowa się za moje nogi. Itd…
Ostatnio był u mnie klient, Serb. Spoko facet, ale nie lubi psów. No nie lubi. Usiłowałam Tosię zostawić w przedpokoju, za bramką. Rozszczekała się oburzona. Musiałam ją wpuścić. A ta wlazła na kanapę i usiadła obok Serba.
Normalnie jak ktoś przychodzi to Tośka się przywita, zbierze należne hołdy i głaski a potem się układa pod biurkiem.
A tu nie. Facet się przesuwał na kanapie, a ona za znim. I z uporem maniaka prezentowała postawę:
– Ale jak mnie nie lubisz? Mnie nie lubisz? MNIE? ALe zobacz jaka jestem fajna. Mam fajne futerko. O, wiesz co? dam ci buzi. Tu w ucho. Fajnie, nie? Nie? To w kolano… Też nie? Dobra, to tylko cię przytulę i za rączkę potrzymam. No zobacz jaka jestem fajna, jak możesz mnie nie lubić.
Szkoda mi było chłopa, ściągałam psa do siebie, usiłowałam czochraniem przekupić, żeby siedziała przy mnie, ale jak tylko na chwilę przestawałam – właziła na kanapę i zaczynała od nowa. I tak przez pół godziny.
Ewidentnie mam niewychowanego psa. Na szczęście większość moich klientów, którzy bywają u mnie w domu nie ma nic przeciwko a są tacy co wręcz lubią.
Mam w sumie chyba tylko dwóch takich co nie lubią, więc staram się z nimi spotykać na podwórku przed domem.

Gdy wróciłyśmy do domu, zrobiłam mężowi kopytka, bo poprosił. Tosia swoim zwyczajem położyła się w przejściu pomiędzy kuchnią, a przedpokojem i czujnie obserwowała moje poczynania.
Gdy tak leży w pozycji WARUJ (tylne łapy pod brzuchem, brzuch na ziemi, przednie łapy wyciągnięte w przód a pomiędzy nimi – głowa) wygląda jak gigantyczna maskotka.
Klnę potykając się o nią, a chwilę potem się uśmiecham. Niech leży. Niech przeszkadza. Niech sobie będzie łakomym uparciuchem. Niewychowanym, namolnym futrzakiem. Niech sobie szczeka. I niech mi kradnie i obślinia nawet najulubieńsze ciuchy. Tylko niech będzie.
Bo właśnie się dowiedziałam, że znajomych pies, też berneński pies pasterski, ma tak rozwalone stawy przez dysplazję, że nie ma co leczyć.
Mimo, że gotowi byli wydać pieniądze na operację i rehabilitację, byle tylko psa ratować. Po ostatnim rentgenie padła sugestia by już psa nie wybudzać.
Nie dali rady. Pies jest z nimi od maja, nie ma jeszcze nawet roku. Stwierdzili, że będą walczyć o każdy dzień jego życia, tak długo dopóki będą widzieć, że pies ma jakąkolwiek radość.
Przykro strasznie. To ja namówiłam ich na tę właśnie rasę, ale hodowlę wybrali sobie sami. Pies po czempionach, hodowla wydawałoby się rzetelna – mają tylko berny i jeszcze jedną rasę.
Ale szczeniętom nie zrobili prześwietleń mimo zaleceń. Bo nie ma obowiązku.
Bardzo wygodnie…
I znowu mam mieszane uczucia co do tych uznanych hodowców.
Już nawet takim nie można zaufać.
Więc patrzę na Tosię i dziękuję za każdą jej psotę.
Niech psoci. Bo skoro psoci – to znaczy, że ma jeszcze siłę.



127. …i po zimie…

Wczoraj nad ranem przyszła odwilż.
Poranny spacer z Tośką to był koszmar, bo wszystko zamieniło się w lodowisko. Dołem trzymał mróz, górą już nie, więc śnieg się topił ..i zamarzał.
Koszmar.
Stanęłam źle czy pies mnie pociągnął, boli całe biodro. Ych.
Trzeba wrócić do jogi…

A w niedzielę byliśmy w lesie i było o tak:

Leśna chatka, w której nikt już nie mieszka, nie na stałe w każdym razie. Czasem spotykamy tam starsza panią z dwoma corgi.
Przy chatce zawsze aktualna dekoracja.
Tym razem na świerkowych gałęziach były gile.

A na drogowskazie Mikołaj.

Wener jednak nie zmarzł. Za mały mróz i za krótko.

Ale śniegu na Kinnekulle jest zawsze więcej niż w mieście i okolicy.

eM w swojej nowej kurtce… Może udawać Mikołaja. A jak się pięknie kontrastuje na tle tej bieli.

Kolejna leśna chata. Choć mam wrażenie, że tutaj ktoś bywa częściej, a może nawet i bywa stale.
Słońce już zachodzi…
Mikołaj z drogowskazu raz jeszcze
Oraz Tośka, która tradycyjnie musi zaprotestować przed powrotem do domu. Choć tym razem protest był raczej pro forma, ot tak, by zaznaczyć indywidualność.

Do Wigilii 10dni.
Mam już prawie wszystkie prezenty. Tylko eMowi muszę kupić kartę prezentową do ulubionego sklepu.
Yanki dostanie airfryer. Misia książkę o gotowaniu i pościel (sama sobie wybrała). Zuzu: kurtkę do pasa i świeczkę pachnąca truskawkami. Mel – dwie pierwsze części Wiedźmina na papierze, po angielsku.
Kupiłam w tym roku szary papier i dwie rolki sznurka. Miało być „eko” ale nie byłabym sobą… Mam świąteczne motywy, już wycięte, na sztywnym papierze, wszystko w stonowanych kolorach. Naklejam na szary papier :D. Dalej jest „eko” ale jakoś weselej.
(Zawsze gdy postanowię, że będę elegancka, i będę się ubierać w nobliwe szarości, biele i czernie – nie wiadomo jakim cudem kupuję sobie coś pstrego, w kwiatki, kratki, w żywych kolorach a la cygański wóz.)

126. Msza

Albo zupełnie odwykłam do katolickiej celebracji albo to, co wczoraj obejrzałam to naprawdę było widowisko… ni śmieszne ni straszne.
Kościół katolicki prowadzą tutaj jacyś zakonnicy. Główny kościół jest w Skövde, a u mnie w mieście jest kaplica.
W tej kaplicy była msza za Tomka.
Przez całą mszę miałam wrażenie, że osoba celebrująca (ksiądz? brat?) jest nie przygotowana. Czytał teksty z tej wielkiej księgi zacinając się okrutnie, myląc słowa, a nawet gubiąc wątek.
Potem było kazanie.
Zaczął ładnie: od podziękowania, że tyle osób przyszło wesprzeć Tomasza w jego drodze do nieba, do życie wiecznego…
Ale potem gadał takie rzeczy, że miałam wielką chęć wstać i z nim podyskutować.
Na przykład, że nieważne czy człowiek był dobry czy zły przez całe życie, ale jak na zakończeniu życia „przyjmie Jezusa do serca” to na pewno pójdzie do nieba od razu. No, dobra, może najpierw na chwilę do czyśćca. Ale zaraz potem do nieba. I że ktoś kto ma „Jezusa w sercu” nie boi się grobu, on się cieszy, że umiera bo idzie do Boga Ojca.
A jak ktoś nie wierzy, to może być i najlepszym człowiekiem na ziemi, ale do nieba nie pójdzie. Czyli rozumiem, że można być skurwysynem całe życie, na łożu śmierci się wyspowiadać, przyjąć komunię i już: Niebo wita.
To to ma być ta sprawiedliwość boża?
Ględził takie androny chyba z 15 minut!
Do mszy przygrywał drugi zakonnik, na flecie. Grał z równą maestrią jak ten, co mszę odprawiał. Fałszował, gubił melodię… W ogóle jakoś tak mi nie pasowała msza żałobna z muzyką i śpiewami.
ŻAŁOSNE!
Na koniec, przez kilka minut celebrujący zapraszał na msze święte. Ale. Rzucił jeszcze tekstem, że nam życzeń świątecznych jeszcze nie składa, bo właśnie na tych mszach będzie składał, ale składa życzenia rodzinie zmarłego, bo oni jadą do Polski. Zapytałam męża, czy on rodzinie życzy Wesołych Świąt, bo nie sprecyzował…
Na koniec rzekł to swoje „Idźcie w pokoju Chrystusa” a wielu z nas powiedział „Bogu niech będą dzięki” i miałam wrażenie, że nie tylko ja powiedziałam to z sarkazmem.
Celebryta Celebrujący zeszedł z ołtarza. Nareszcie zapadła cisza… Wrócił.
– Bo dzieciom trzeba obiecać nagrodę jak się chce je do czegoś nakłonić (serio, wiesz coś o tym?- pomyślałam bardzo złośliwie). Ja mam relikwie: mam rękaw sutanny* Jana Pawła Drugiego. Kto przyjdzie na mszę w niedzielę to dostanie kawałek tego rękawa. Podrę na kawałki i dam każdemu.


No, ale przynajmniej na tacę nie zbierali. :p
W Szwecji, gdzie gotówka prawie nie istnieje, trudno chyba zbierać na tacę?

Ludzie dopisali. Było chyba ze 40-50osób. To naprawdę dużo, biorąc pod uwagę, że to tylko z najbliższej okolicy. Był nawet mój znajomy Serb ze swoim kolegą, choć oni są z kościoła ortodoksyjnego i z mszy po polsku nie rozumieli zbyt wiele (Nomen Omen „Dzięki Bogu”?).

Ogólnie rzecz biorąc żałowałam, że poszłam na łatwiznę… Może trzeba było Wdowę i najbliższego przyjaciela namawiać na świecką ceremonię, na cmentarzu, na Minneslund. Zapalilibyśmy świeczki za Tomka, powspominali go, pomilczeli w jego intencji. Mniej byłoby durnej celebry, a więcej zwykłej, ludzkiej wspólnoty, wspólnego żalu i śmiechu.

Gdy ja umrę to: „księdza do mnie nie wołajcie, niech nie robi zbędnych szop”.

*możliwe, że mówił o jakiejś innej garderobie

125. A jednak po nas coś zostanie…

Jutro msza za Tomka.
Ostatnie pożegnanie. Zawiadamiam kogo mogę, o kim wiem, że może być tym zainteresowany.
Każdy wspomina go jako porządnego człowieka. Każdy z kim rozmawiam wzdycha „kto się teraz będzie zajmował naszymi samochodami”. Każdy wspomina go jako porządnego, pozytywnego, uczciwego człowieka. Wielu wspomina, że gdy coś się działo Tomek nigdy nie odmawiał. Zawsze znalazł czas. Cenę brał uczciwą.

A ja ogarniam jego ekonomię i myślę sobie że to widać, że był porządnym, uczciwym człowiekiem: majątku to on po sobie nie zostawił… ale i długów też nie.

..choćby ta cisza…

124. Dimbo

Pojechaliśmy wczoraj z Tosią na Kinnekulle w nadziei na śnieg.
Bo w mieście, choć mróz trzyma, śniegu jak na lekarstwo. A na górze w takich wypadkach zwykle tego śniegu bywa więcej. Ale nie tym razem.
No dobra, było więcej niż w mieście, ale wciąż malutko.
Ale świeciło słońce, a las chronił od wiatru. Drzewa pobielone szronem.
Tylko fotografowanie bez okularów to loteria. Czasem uda się zrobić ostre zdjęcie 😛 . Jak jest zimno, albo wieje nie mogę mieć okularów, bo mi wtedy strasznie oczy łzawią. Ale tak, że kompletnie nic nie widzę.
Jakieś rady?
Inna rzecz, że ilość zdjęć nieostrych jakoś drastycznie się nie zwiększyła mimo braku okularów, więc może nie warto walczyć?

Zdjęcie z serii „…i naraz poczułem jak mały jest człowiek…”