We czwartek dostałam od Zuzanki własnoręcznie zrobione gipsowe serduszko.
Bo Zuzu w tym roku na Wigilię była u taty, więc jej-nasza Wigilia była we czwartek.
Od nas dostała krótką kurtkę i pachnącą świeczkę z gatunku luksusowych (bo cena). Jedno i drugie wzbudziło jej ogromną radość, choć zapewne się tego spodziewała.
Od mamy i Mela dostała grę. A od bonus dziadków czyli rodziców Mela: pianino elektryczne, które tym się różni od keyboardu, że jest dłuższe i ma wszystkie klawisze tak, jak prawdziwe pianino.
W piątek nad ranem obudziłam się i odkryłam, że za oknem zadymka. I stało się: były białe święta, po raz pierwszy od naprawdę wielu lat.
Yankie, który kończył pracę po 7 przysłał mi sms, że Astra w garażu co jednocześnie miało znaczyć: jestem cały i zdrowy.
Kochane dziecko, wie, że jak się pogarszają warunki to ja się martwię o niego.
A potem przyszedł mróz. Taki z gatunku siarczystych.
Dzień płynął nam dość spokojnie, choć role nam się poodmieniały.
eM robił jedzenie, ja sprzątałam. Potem o 17 zabrałam syna i pojechaliśmy po Misię i Mela. Droga była biała, bo w moim mieście się nie soli, i bałam się jak cholera, bo to w sumie moja pierwsza jazda w takich warunkach. Jechałam z zawrotną prędkością 30km/h. Na szczęście ruch był niewielki.
W Szwecji Wigilia czyli Julafton jest dniem całkowicie świątecznym. Pracują tylko sklepy spożywcze, no i oczywiście ci, co muszą. Ludzie świętują już od wczesnych godzin popołudniowych, zazwyczaj jedząc lunch w gronie rodzinnym. A na lunch jest tradycyjnie: köttbullar (pieczone kuleczki z mięsa mielonego), julskinka (szynka świąteczna czyli normalna szynka, tylko zapiekana pod pierzynką z musztardy i goździków) oraz princekorv (krótkie parówki). No i grötris (rozgotowany w mleku okrągły ryż, z bitą śmietaną, owocami i cynamonem) jako deser.
Ponieważ rodzinną Wigilię u rodziny Mela dzieci odbyły we czwartek to w piątek już były całe tylko dla nas.
Zwiozłam towarzystwo, eM w tym czasie nakrył do stołu i zaczął podgrzewać jedzenie. I dobrze, bo byłam już bardzo głodna.
Mel wcinał pierogi aż mu się uszy trzęsły.
Ja od lat nie zawracam sobie głowy dwunastoma potrawami. Po prostu robię to, co wszyscy lubimy i bez czego święta się nie liczą: pierogi i sałatka. Oraz jako Julskinka ze względu na rodzinnego Szweda. Do tego jakiś śledź, eM robi rybę po grecku. Barszcz robię z torebki, bo mimo wieloletnich prób – nigdy nie udało mi się uzyskać tego jedynego smaku, jaki był w barszczu mojej mamy. Poddałam się więc i idę na łatwiznę.
Prezenty ucieszyły wszystkich. Yankie był szczśliwy z airfryera. Misia zachwycona książką. A Mel powiedział, że gdy robił ostatnie zamówienie w księgarni to się zawahał nad Wiedźminem, ale stwierdził, że następnym razem… No, to teraz niech tylko chłopak nie zboczy z kursu to będzie ode mnie dostawał kolejne tomy na kolejne okazje.
Ja dostałam grube wełniane rękawice-łapki oraz kartę prezentową do perfumerii o wartości 1000kr (czyli dużo). Jak będę cwana i wynajdę sobie coś w rea to kupię nawet dwa flakony perfum.
Było miło, ale po godzinie 21 już czekałam kiedy sobie wszyscy pójdą, bo zaczynałam padać na twarz.
Tosia była cała szczęśliwa, bo ona uwielbia jak wszyscy jesteśmy w domu. Przy czym ona doskonale wie, że Misia to jest rodzina czyli krew z krwi, a Mel jest obcy. Widocznie każda rodzina ma swój zapach, albo co?
Basil najpierw spał gdzieś w kącie, a potem ułożył się przy Melu.
Po 22 rozwiozłam towarzystwo do domów. Teraz ruch był większy, ale ja już czułam się pewniej. Jechałam już normalnie, ale zwalniałam wcześniej i pilnowałam by nie zaciągać ręcznego.
Astra zrobiła mi też miłą niespodziankę.
Ja wciąż jeszcze słabo ogarniam jej światła. A jak czekałam z Yankiem na Misię i Mela tośmy sprawdzali różne ustawienia. No i zostawiłam w położeniu, gdzie mogę mieć wszystkie światła… Postawiłam potem Astrę pod trzepakiem, zamknęłam i poszłam.
A gdy po czterech godzinach wyszłam, okazało się że Astra stała na postojowych, w mrozie sięgającym 10stopnie.
– No, tośmy już pojechali – mruknęłam….
Ale nie. Astra, kochaniutka, zapaliła bez problemu od pierwszego kopa.
Taki to jest samochodzik.
Obdarowałam dzieciaki jedzeniem: pierogami i sałatką Misię i Mela, ciastem z orzechami oraz pierogami Yankiego. Każdy też dostał ode mnie po małej butelce własnej roboty likieru kawowego.
Wróciłam, zostawiłam autko w ciepłym garażu. Napisałam sms do córki, że dojechałam, bo prosiła.
Miałam plan, żeby jeszcze posiedzieć, ale padłam półgodziny później.
A wczoraj już się tylko leniliśmy. Strasznie mi się nie chciało, ale zmusiłam się by pójść po południu z Tosią i eMem na spacer przez miasto. Świeciło słońce, było jakieś -5, ale wiało całkiem mocno. Miasto pobielone. Na Torget, na lodowisku szlały dzieciaki.
Porobiłam trochę zdjęć, zobaczymy co wyszło.
I to cała moja aktywność. No i dłubałam dla siebie mój pierwszy sweter od góry.
Dziś pewnie scenariusz taki sam będzie.
A wy jak?

































