8/22 Wieje

Zima to i wieje…
U mnie często jest tak, że jak przychodzą wiatry to wieje w jedną stronę. Potem na dzień-dwa cichnie. A potem wraca i wieje ze strony przeciwnej. Gdy wieje z północnego wschodu- jest najzimniej.
I teraz tak właśnie wieje.
Jak byłam mała to w moim domu na takie wiatry się mawiało: Ruskie otworzyli wrota na Syberii.
No i dziś posypało śniegiem z lekka. A już wszystko znikło (poza hałdami usypany przez pługi). I było kilka dni z pełnym słońcem. A teraz „apiać” od nowa trzeba będzie walczyć ze ślizgawką.
Tosia wczoraj na spacerach głównie stała. Strasznie jej ta pogoda nie leżała. Wprawdzie nie aż tak by wrócić do domu. Bardziej „mama, wyłącz to” . No sorry piesku, nie mam takiej mocy.
A Misia, Mel i Zuzu pławią się w słońcu Malagi. Wczoraj dostałam filmik jak Mel wsadza Zuzu do morza. No, upalnie to tam nie jest: jakieś 15stopni, więc i morze nie cieplejsze zapewne. Ale mają słońce. I zieleń. Ych… Jestem pod kreską, bo bym poleciała do nich choć na weekend.

Covidtest z apteki we wtorek znowu pokazał mi środkowy palec jedną kreskę. Na test PCR nie ma szans – zwyczajnie chyba przestali testować bo kiedy nie wchodzę na stronę z terminami to nie ma nic wolnego. Ani w mojej komunie ani w żadnej sąsiedniej.
Zgłupieli chyba! To niby jak mamy wiedzieć czy zarażamy czy nie? Mam bazować na negatywnym teście aptecznym?!
Inna rzecz, że oblężenie jest takie, że nawet do wejścia na stronę 1177.se* trzeba czekać w kolejce!
Uznałam więc, że wobec negatywnego wyniku testu z apteki, oraz braku symptomów uznaję, że nie stanowię zagrożenia i zaczęłam znowu bywać w sklepach.
Ale… wczoraj strasznie chciał się ze mną jeden klient zobaczyć. Zupełnie nie wiem po co. Żebym choć jakoś piękna była, to uznałabym, że może chce popatrzeć? A tak? Po co chce się ze mną widzieć? Papiery może mi wysłać pocztą. Ja rozumiem, że znaczek kosztuje, ale nadal mniej niż paliwo na przejechanie 2x20km. Porozmawiać może ze mną przez telefon. A ten – nie, z uporem maniaka chce osobistej audiencji. No to powiedziałam, że sorki, ale mam covid… Wrzucił papiery do mojej skrzynki na listy. No, i nie można tak było od razu?

Z ciekawostek. Mam takiego znajomego. Znajomy jest tu tłumaczem. Tłumaczy genialnie, trzeba przyznać. Talent ma, naprawdę. Niestety – w moim odczuciu to jest to, na co poszła cała para z jego gwizdka.
Facet – lat sześćdziesiąt z małym okładem – uważa siebie za najmądrzejszego na świecie. Przy czym wierzy w te wszystkie dziwne rzeczy: chemitrailsy, czipy w szczepionkach i czort wie w co jeszcze. To też jeden z tych, co głosuja na faszystowską partię Sveriges demokraterna, która głosi hasła „Szwecja dla Szwedów” i chce wyrzucić wszystkich obcych. Facet zakłada, że jeśli mowa o obcych to to dotyczy tylko „ciapatych”. Zapytałam go kiedyś czy się nie boi, że jak będą wyrzucać „ciapatych” to i jego też. Nie, bo on ma OBYWATELSWO. Oni też- powiedziałam. Ale jego jest LEPSZE- znaczy nie powiedział wprost, ale tak wynikało z tego co mówił.
Oczywiście się nie zaszczepił. Pół biedy. Oczywiście w covid też nie wierzy. Jego prawo. Gorzej, bo w czasie wykonywania pracy błysnął poglądami… No i firma, która zlecała mu pracę rozwiązała z nim umowę. Ups. Notuję to ze złośliwością, bo kilka lat temu miałam z panem spięcie. Powiedział mi wtedy, że co ja mogę wiedzieć o rozliczaniu VATu skoro to ON był na szkoleniu u samego Berta Karlssona. A Bert Karlsson to (moja subiektywna opinia) to takie połączenie Korwina-Mikke z Lepperem. To był taki wielki biznesmen, co to miał masę projektów, udawało mu się to rozkręcać, a potem mu padało z różnych powodów. Ostatni jego pomysł dotyczący zakwaterowania azylantów stał się przedmiotem dochodzenia śledczego. Czyli trafił swój na swego.
A ja, choć normalnie nie uważam siebie za najmądrzejszą, to w kwestii wiedzy zawodowej jestem czuła, bo dokładam starań, by najgłupszą też nie być. A ten mi z taki tekstami… Zakończyłam znajomość i od kilku lat się z panem nie kontaktowałam.
A tu ups. Donosi mi znajoma.
Ale zobaczcie jaka ta Polonia w każdym kraju jest mała …i powiązana ze sobą. Pan tłumacz nie mieszka w moim mieście tylko 60km dalej. Prędzej czy później każdy o każdym się dowiaduje.

*1177.se strona, na której znaleźć można szereg porad zdrowotnych, można też się przez nią zalogować do swojego profilu medycznego skąd można odnowić receptę, zamówić wizytę w rozmaitych przychodniach. Tu też bukuje się termin na testy lub szczepionki.

———–

No dobra.
A teraz dla tych co lubią moje bazgrołki, druga wersja wprawki Superpragnienie: bohater namawia kolegę/kogoś bliskiego na wagary.

Dzień wypłaty zbliżał się nieubłaganie, a wraz z nim chwila, kiedy żona dowie się prawdy.
Tak, wywalili go wreszcie z tej znienawidzonej przez niego fabryki.  Po niedzielnym meczu opili z chłopakami wygraną, w poniedziałek miał ciężką głowę, nie poszedł rano. Myślał, że pójdzie na drugą zmianę, i odrobi, ale brygadzista się uparł, że nie, że wpisuje mu NN. Od słowa do słowa, zrobiła się awantura, wreszcie wskazał brygadziście, gdzie może go pocałować oraz gdzie ma i jego i całą tę fabrykę. Nienawidził tego miejsca od pierwszego dnia. Nienawidził tego, że wszystko musiało być na gwizdek, pod dyktando, na baczność. Nienawidził tych samych czynności, wykonywanych dzień po dniu, godzina po godzinie. Już dawno chciał rzucić tę robotę, ale nie. Baba się uparła, że praca w fabryce to lepiej niż w PGRze.
„Tam tylko najgorszy element pracuje”- mówiła ze zgrozą. „Rozpijesz się!” przestrzegała. Tak jakby w fabryce nikt nie pił. A on wolał PGR. Przyjęli go bez problemu, nawet dostał lepszą stawkę. I praca przyjemniejsza – na powietrzu i niemal każdego dnia inna. Teraz pracował na polu przy zwózce lnu. Cały dzień miał słońce i niebo nad głową, zamiast ciemnej, dusznej hali fabrycznej. 
Wiedział, że czeka go awantura, gorzkie wyrzekania „Ty to zawsze…Ty to nigdy…”. I ta pogarda, gdy będzie kończyła swoim:  „Łagoda to umie zadbać o rodzinę”.
Z tego wszystkiego znowu zapomniał dokumentów; kadrowy już trzy razy upominał się o jego dowód osobisty. Uprosił brygadzistę o przepustkę, na przerwie zamiast zjeść, poszedł do domu.
Widok młodszej córki go zaskoczył.
Zwinięta w kłębek na wersalce, z nosem w książce, prawie nie zauważyła jego wejścia.
– Chudy? A czemu ty nie w szkole? – zapytał
– Na dwunastą mam – odmruknęła, nie podnosząc głowy.
– A śniadanie jadłaś?
– Zaraz… tylko stronę skończę… –
Westchnął. 
– Z głodu byś umarła przez to swoje „jeszcze tylko jedną stronę”- zagderał, choć trochę fałszywie. Bo tak prawdę mówiąc, to lubił się chwalić tym, że jego córki to takie mole książkowe, choć w codziennym życiu bywało to trochę uciążliwe. Zwłaszcza u młodszej,  zwanej Chudym. 
Podszedł i zdecydowanym gestem odebrał dziewczynce książkę zerkając na tytuł.
– Pan Wołodyjowski… A nie znasz już tego na pamięć?
– Tatoooo – zajęczała prosząco – Daaaj…
Schował książkę za plecy.
– Jak zjesz. Mama ci kanapki zrobiła.
– Ale tato,  Baśka ucieka przed Azją i muszę przeczytać czy ucieknie. Przed szkołą, wiesz…
– Przecież to znasz i wiesz jak będzie – droczył się. – Oddam jak zjesz.
– A mogę z książką?
Zgodził się, bo zaczytana zjadała więcej niż pół kromki. Pomaszerował do kuchni, a córka posłusznie za nim. Chwilę później pił herbatę i patrzył na małą, chudą rękę dziewczynki trzymającą ogromną, zdawałoby się, pajdę chleba z dżemem.
Dziwne dziecko. Skąd ona taka w rodzinie? Wiecznie z nosem w książce odkąd nauczyła się czytać. Ani przytulić się nie da, ani porozmawiać nie chce. Siedzi w jakimś kącie mieszkania, a potem wychodzi i ni z gruszki ni z pietruszki mówi coś od rzeczy. Najczęściej powtarza to, co usłyszała. Ile razy jej tłumaczyli, że nie wolno? Nie, zawsze wystrzeli z czymś, papla. Co w głowie to i na języku…
Przyszło mu coś do głowy. A może ona go wyręczy?
– Chudy?
– … co?
– A może byś poszła dziś na wagary?
O, wreszcie coś ją zainteresowało. Wreszcie podniosła głowę.
– Wagary? – w głosie miała i zaskoczenie i nadzieję.
– No, a co? Nie możesz raz zwagarować? Co to za uczeń bez dwójki i wagarów? – kusił.
– Nie mogę, mam klasówkę z matmy- przyznała się.
– Umiesz?
– Nie wiem…
– No widzisz. Poszłabyś ze mną do pracy.
– A mogę z książką?
– Pewnie! Tam będziesz mogła cały dzień czytać. Tylko mamie nie mów – zastrzegł fałszywie.
– Nie powiem – obiecała gorąco. Zamknęła książkę i  przełknęła ostatni kawałek chleba.
– Już zjadłam, idziemy? – powiedziała szybko. Zawahał się, już wiedział, że to nie był dobry pomysł, ale córka patrzyła na niego niespokojnie. Boi się, że się znowu rozmyślę – pojął.
– Idziemy – powiedział. Gdy zamknęli za sobą drzwi, mała rączka wsunęła się w jego dłoń. Spojrzał w dół i napotkał pełne uśmiechu, ufne spojrzenie dziewczynki. „Jestem świnia” pomyślał.


Żona z papierosem siedziała nad krzyżówką przy kuchennym stole.
– Kasia coś ci mówiła? – zapytał siląc się na lekki ton.
– Nie, a co?
– A nic, byłem w dzień w domu, dobrze że zaszedłem, bo by znowu bez jedzenia poszła do szkoły.
– Nie, nic nie mówiła. Kasia! – zawołała matka w stronę pokoju – A czemu nie mówiłaś, że tata był rano w domu?
– Bo mu obiecałam!



7/2022

Gdy zbliża się godzina piętnasta Tosia przychodzi i nosem trąca mnie w łokieć.
– Ej, ale wiesz która jest godzina?
– Wiem, Tosiu, wiem. Ale jeszcze pół godzinki – obiecuję. Dociągam to, co robię do jakiegoś punktu, w którym mogę zrobić przerwę, wstaję od biurka i zaczynam się krzątać.
Gdy otwieram drzwi garderoby by wyjąć buty, Tosia podchodzi do mnie na lekko ugiętych łapkach, z opuszczonym ogonem i nisko schowaną głową. Niepewnie, jakby ukradkiem zagląda mi w oczy, a na mordce ma pytanie:
– Tosia też?
Czasem się z nią droczę i udaję że nie rozumiem.
Ale zwykle mówię:
– Tak, Tosiu, ty też.
Wtedy jej ciało się prostuje, łeb się podnosi i ogon też, krok nabiera sprężystości, a ona cała uradowana drepcze wokół mnie. Nie daj boże wejść wtedy jeszcze do toalety i zamknąć za sobą drzwi: ochrzan murowany. Szczeka pod drzwiami niecierpliwa i oburzona…

Moja koleżanka Ewa pożegnała dziś swoją Debisię.
Cudownego psa, o przepięknych, mądrych oczach, który towarzyszył jej od kilkunastu lat.
Więc jeśli macie jakiegoś futrzaka w domu to przytulcie go mocno, nie złośćcie się, że kłaki, psoty, że odchody, brudne miski, niechciane dźwięki, nieproszone wizyty na biurku, w talerzu lub w łóżku.
Po prostu
…spieszcie się kochać wasze zwierzęta, one tak szybko odchodzą…

6/2022

Nie mam gorączki, coś jakby lekki katar, mięśnie-kości przestały boleć tak bardzo pod wieczór, noc przespałam od 22 do 3:30(magiczna godzina) a potem od 5:30 do 7:40.
A teraz czuję ból… pod uszami. I na szyi zauważyłam dziwne dolinki, jakby jakaś część napuchła. Ból jest na tyle silny, że wzięłam znowu paracetamol. Węzły chłonne?
Oczywiście ani wczoraj, ani dziś terminu na test nie zabukuję. Muszę czekać do jutra … No dobra, poczekam, bo wolę jednak wiedzieć czy przeszłam zarazę i na najbliższe kilka miesięcy mogę być spokojna czy jeszcze to przede mną.
No nic. Czekamy i obserwujemy rozwój sytuacji.

To teraz ten obiecany tekst.
Najpierw wyjaśnienie: Warsztaty… a raczej: warsztacik w którym brałam udział miał temat „Superpragnienie bohatera”
Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, ja np. nie wiedziałam o tym, że aby jakakolwiek opowieść miała sens jej bohater musi czegoś chcieć. (No, chyba że chodzi o biografię lub autobiografię to wtedy chyba nie?).
Jak przyjrzymy się najbardziej znanym powieściom, to zauważamy, że bohater/bohaterowie czegoś pragną. A cała fabuła opiera się na tym, że los/narrator ciągle rzuca bohaterowi różne kłody pod nogi.
Dla mnie jest to naprawdę odkrycie, bo wreszcie zrozumiałam czego brakowało moim bohaterom, że w którymś momencie utykali i nie wiedziałam co z nimi dalej robić.
Jako zadanie domowe Kasia Sz. poleciła wybrać jedno superpragnienie i pokazać je w krótkiej scence w której bohater namawia swojego kolegę na wagary.
Mój bohater pragnął być doceniony.

A oto mój tekst w wersji pierwotnej:

– Chudy, a czemu ty nie w szkole? – zaskoczony głos ojca przedarł się do świadomości zaczytanej dziewczynki.
– Na dwunastą mam – odmruknęła szybko, nie podnosząc głowy znad książki.
– A śniadanie jadłaś?
– Zaraz… tylko stronę skończę… –
Mężczyzna westchnął. Znowu „jeszcze tylko stronę”.
– Z głodu byś umarła przez tę swoją „jeszcze tylko jedną stronę”- zagderał choć trochę fałszywie. Bo tak prawdę mówiąc, to lubił się chwalić tym, że jego córki to takie mole książkowe, choć w codziennym życiu bywało to trochę uciążliwe. Zwłaszcza u młodszej,  zwanej Chudym. 
Podszedł i zdecydowanym gestem odebrał dziecku książkę zerkając na tytuł
– Pan Wołodyjowski… A nie znasz już tego na pamięć?
– Tatoooo – zajęczała prosząco – Daaaj…
Schował książkę za plecy.
– Jak zjesz. Mama ci kanapki zrobiła
– Ale tato,  Baśka ucieka przed Azją i muszę przeczytać czy ucieknie, przed szkołą, wiesz…
– Przecież to znasz i wiesz jak będzie – droczył się. – Oddam jak zjesz.
– A nie mogę czytać przy jedzeniu?
Zgodził się, bo zaczytana zjadała więcej niż pół kromki. Pomaszerował do kuchni. Dziecko poszło posłusznie za nim. Chwilę później pił herbatę i patrzył na małą, chudą rękę dziewczynki trzymającą ogromną, zdawałoby się, pajdę chleba z dżemem.
Dziwne dziecko. Skąd ona taka w rodzinie? Wiecznie z nosem w książce odkąd nauczyła się czytać. Ani przytulić się nie da, ani porozmawiać nie chce. Siedzi w jakimś kącie mieszkania, a potem wychodzi i ni z gruszki ni z pietruszki mówi coś od rzeczy. Najczęściej powtarza to, co usłyszała. Ile razy jej tłumaczyli, że nie wolno? Nie, zawsze wystrzeli z czymś, papla. Co w głowie to i na języku…
Przyszło mu coś do głowy.
– Chudy?
– … co?
– A może byś poszła dziś na wagary?
– Nie mogę, mam klasówkę z matmy.
– Umiesz?
– Nie wiem…
– No widzisz. Poszłabyś ze mną do pracy.
– A mogę z książką?
– Pewnie! Tam będziesz mogła cały dzień czytać. Tylko mamie nie mów – zastrzegł fałszywie.
– Nie powiem – obiecało dziecko.

Czekał do wieczora, ale żona nic nie wspominała. Ani wagarach, ani o tej pracy. Niemożliwe, Chudy nie wypaplał?
Sprzątał po kolacji, żona z papierosem siedziała nad krzyżówką przy kuchennym stole.
– Kasia coś ci mówiła? – zapytał żonę siląc się na lekki ton.
– Nie, a co?
– A nic, byłem w dzień w domu, dobrze że zaszedłem bo by znowu bez jedzenia poszła do szkoły.
– Nie, nic nie mówiła. Kasia! – zawołała matka w stronę pokoju – A czemu nie mówiłaś, że tata był rano w domu?
– Bo mu obiecałam!
Westchnął bezwiednie. Będzie musiał sam się przyznać, że go wyrzucili z tej znienawidzonej fabryki. Ale przecież już ma inną. Chyba nawet może tam lepiej zarobić. Może żona będzie wreszcie z niego zadowolona?

Powiedzcie mi czy wg was widać, że bohater (tata) chce zostać doceniony?

5/2022

Od dwóch dni boli mnie całe ciało. I głowa. I mam dziwny katar, który spływa do gardła, w związku z czym gardło też boli.
Ale test z nosa, wczoraj wieczorem: negatywny.
Co chwilę wącham moją chustę, którą systematycznie psikam Idole Lancome (prezent gwiazdkowy), ale wciąż czuję zapach.
Covid? Nie Covid?
W świetle pozytywnego testu męża, oraz tego okropnego bólu głowy i mięśni, to covid.
Boję się najbliższych dni.
Chyba zaraz popracuję, czyli wyślę raporty, których termin jest w poniedziałek, bo czy ja w poniedziałek będę miała siłę?
A wczoraj znowu wyciągnęłam maszynę i z resztek uszyłam sobie kolejny kwadracik.

A wcześniej poodkurzałam…
Nie wiem jak to się dzieje: jak się wezmę za porządne odkurzanie mieszkania to chwilę potem nachodzi mnie chęć na czynności wyjątkowo śmiecące. A to kapustę będę szatkować, a to kluski jakieś lepić, a ostatecznie będę szyć lub…kąpać psa.
Psa wykąpałam przedwczoraj. Czas już był najwyższy, bo śmierdziała, a futro miała jak nie wiem co. Teraz też nie wygląda lepiej, muszę ją wyczesać, szczotka wybierze resztkę starej sierści, i może wreszcie zacznie jej odrastać nowa. EM się upiera, że znowu ma lisi świerzb. Ja – że ona zimą zawsze tak brzydnie, jak zrzuca starą sierść. On mnie wysyła do weta, ja się upieram, że nie. Jak za miesiąc psu się nie poprawi – wtedy pójdę. Póki co daję surowe jajko lub olej. I trzeba czesać.
A jeszcze w sprawie tego kwadratu.
Te szmatki to naprawdę skraweczki, takie nie większe niż 20 -30cm długości i 10cm szerokości, w najszerszym miejscu. To pozostałość po szytej kilka lat temu girlandzie dla Zuzi. Może wyścibolę z tego jeszcze jeden kwadrat, może z serduszkiem, ale na więcej nie ma co liczyć.
W moim mieście sklepu z tkaninami w zasadzie nie ma. Jest jeden, obok sklepiku z włóczkami, ale tam sprzedają głównie te małe, patchworkowe kwadraciki. Takie 25cmx25cm. Za 50 lub 75kr. Podczas gdy w normalnym sklepie 1 metr tkaniny bawełnianej o szerokości 140cm kosztuje mniej niż 200kr.
Drugi sklep jest w Stenhammar. To w zasadzie dzielnica mojego miasta, osiedle willowe. Ale nie lubię tam jeździć, bo sklep obsługuje jedna osoba. Zawsze trafiam na jakąś mamę łyżwiarki/gimnastyczki która długo z namaszczeniem wybiera materiały na nowy strój dla córki. W życiu nie myślałam, że to tak wygląda! A to może ten z tym…przykładają, mierzą, kombinują… Trwa to i trwa…
Czasem się też trafi krawcowa hobbystyczna i też a może do tej dzianiny taki ściągacz lub taką taśmę…
Naprawdę nie mogą sobie same popatrzeć co leży na półkach i dopasować? Inna rzecz, że i ta właścicielka dziwna. Widząc, że ktoś stoi i czeka- też klient przecież!- mogłaby na chwilę odłożyć dywagacje i mnie obsłużyć, zwłaszcza jak w rękach trzymam belę wybranej tkaniny…
Nie, to jest szwedzki model biznesu: mam czas dla tylko jednego klienta. A że nie ma konkurencji, to albo poczekasz, albo twoja strata.
Wciąż nie mogę odżałować likwidacji Stoff and Stil w Goeteborgu. Sklep był na Bäckebol, blisko Ikea, w dużym centrum handlowym.
Jak byliśmy na zakupach, eM zajeżdżał do System Bolaget, po jakieś tam piwo, to ja mogłam sobie pobuszować w szmatkach.
Było taniej niż u mnie w mieście i ogrom, naprawdę, ogrom do wyboru.
Ych…
Chyba muszę się rozejrzeć po sąsiednich mieścinach, ale kurde no. Jechać 50km żeby zobaczyć czy znajdę tam szmatkę taką jakiej mi akurat trzeba? To już taniej wyjdzie ten kwadracik za 75kr …
W second handach też człowiek za wiele nie znajdzie, bo coraz mniej się tam pojawia ubrań z dobrej jakości tkanin. Zwyczajnie: w sklepach są niemal wyłącznie dzianiny, to skąd potem miałyby się wziąć tkaniny. Kombinowałam z koszulami męskimi, ale to rzadkość, w dodatku są najczęściej jednobarwne, w stonowanych kolorach i, niestety, zazwyczaj z dodatkiem czegoś sztucznego.
Ale second handy to jest jakaś alternatywa…
No w tym tygodniu sobie nie pobuszuję, niestety. A szkoda, bo łapy świerzbią do szycia.
Jak to jest, że gdy któregoś dnia pomyślałam sobie „jak oni to szyją, to muszą być jakieś sposoby że im te patchworki tak się równo schodzą” to zaraz znalazła mnie Basia a jej Kolorowy Blog przybliżył mi o co chodzi z tym szyciem… Proś, a będzie wam dane?
Sweter bez szwów nadal w robocie: walczę z rękawami. Nie lubię takiego robienia wąskiego kanału, na okrągło. Następnym razem zrobię najpierw rękawy, a potem tułów.
Oczywiście usiłuję przy dzierganiu coś oglądać… Obejrzałam Biały Lotos i nie wiem o co chodzi z tymi zachwytami. Albo nie zrozumiałam, albo … Nie wiem.
Obejrzałam pierwszy odcinek „Ja wam pokażę”. Stare, ale nie, nie, nie jare. Matko, jak z tak dobrej książki można było zrobić coś tak głupawego? To już wolę wersję z Grażyną Wolszczak i Pawłem Delągiem. Jest chyba bliższa prawdziwego życia…
Poza tym czytam Różę z Wolskich i, niestety, coraz częściej przerzucam kartki, bo tylko „ble, ble, ble”. Nudny jest zwłaszcza wątek współczesny. I ta inwentaryzacja każdej postaci: wzrost, waga, kolor oczu i włosów, ubranie, postura…
Chyba za dużo wyniosłam z tych kilku lekcji pisania 😉
A do snu słucham Kirke. I o matko! TAK! Takiej literatury szukam. Cudowna! Pełna emocji, barwna, z bohaterami tak bardzo ludzkimi.
To tak chcę pisać!
A to jest niełatwe.
O. Kto chce przeczytać mój tekst napisany w ramach ćwiczenia „superpragnienie bohatera”? Wrzucić? Bo właśnie wczoraj dostałam feedback od Kasi Szyszko. (Subtelnie się chwalę u kogo się uczę)
Pobawimy się? Ja wrzucę, wy mi napiszecie co wg was myśleli sobie bohaterowie, ja wam powiem co ja chciałam pokazać. Takie ćwiczonko, chcecie?

4/2022 Pamiętnik zarazy

Żyjemy.
eM kaszle, ale ma się coraz lepiej. Ja – nadal nic, choć dziś bardzo bolą dłonie i plecy. To może być początek, ale może być też reakcja na stres… Nie robię testów co chwila, bo to bez sensu, poczekam …Może jutro- pojutrze? eM ma jutro rano taki oficjalny test, w przychodni, wyniki pewnie za dwa-trzy dni, zobaczymy.
Gorzej z Misią: oni w piątek mieli lecieć do Malagi na miesiąc. Z Zuzu. To znaczy Zuzu miała lecieć tylko na dwa tygodnie, bo tylko na tyle zgodziła się szkoła. A tu ZONK. Misia pozytywna, Mel -nie. Zuzu póki co u ojca.
No i lipa. Zobaczymy co dalej.
Izolujemy się od Yankiego: on, też jutro, ma drugą dawkę szczepienia dopiero. Pierwszą przyjął już dawno, a potem się okazało, że jakieś komplikacje i został nie szczepiony aż do teraz.
Siedzę w domu, jak zawsze, wczoraj wieczorem zrobiłam zapasy na kilka dni, żeby nie latać i nie siać wirusa. W zasadzie nie powinnam, ale nie mam żadnych objawów, umyłam ręce przed wyjściem, dwukrotnie spryskałam spirytusem i wtarłam go dokładnie, starałam się nie brać do ręki niczego niepotrzebnego, kasjerkę oddzielała ode mnie pleksa.
A teraz siedzę w domu. No, ale pies się sam nie wyprowadzi.
Rano poszłam ja, po południu eM.
Zdążyliśmy się złapać wczoraj za grzywki i w domu panuje milczenie… Nie ma sensu tego roztrząsać…

W niedzielę wyciągnęłam maszynę do szycia, bo chciałam spróbować szycia po numerkach. U Basi, która już prawie nie pisze, niestety, znalazłam wzorek, który zmałpowałam.
Wyglądało na proste, ale takie nie było. W końcu, jak już wszystko zawiodło przeczytałam instrukcję Basi…potem wykminiłam, że to się doszywa i wtedy odwraca… Potem już było łatwo. W try miga uszyłam dwa serduszka.

Resztę niedzieli spędziłam na kopaniu w internecie żeby znaleźć jakieś wzory darmowe, ale dupatam. Za to na etsy znalazłam takie cuda:

A w innym miejscu, tu: https://www.patterntrace.com/free-foundation-piecing-projects/ całą broszurę PDF z wzorami na motyle, o takie:

Jednego nawet zaczęłam, ale ludzieeeee… to jest wielkości prawdziwych motyli! To trzeba mieć rączki sprawne, nie sztywne, i oko dobre i wprawę. Ale kiedyś się wezmę, jak tylko rozkmnię jak powiększyć wzór i zachować proporcje.
Poza tym skrobię w kajeciku jaki dostałam od Kasi z Klippan. Skrobię ołówkiem i to jest jednak najlepszy sposób na pisanie.
Czy coś z tego będzie – nie wiem, ale samo zapisywanie zdań i obrazów daje mi satysfakcję.
Zima pokazuje swoje najzłośliwsze oblicze. Mało śniegu, temperatura -0 lub +0. W dzień skacze pół stopnia powyżej – wszystko lekko rozmarza. W nocy spada lekko poniżej zera – i robi się lód. Ludzie poruszają się krokiem posuwistym. Rozważam zakup kolców na buty, ale to zawracanie głowy, bo na kolcach dobrze się idzie po lodzie, ale betonie albo sklepowych kaflach można pojechać.
Idealne byłyby buty jakie kiedyś miałam, takie ze specjalnym wihajstrem z kolcami. Podnosiłam nogę, podważałam kluczem, obracałam – i gotowe, noga uzbrojona w kolce. Potem równie szybko się te kolce chowało. Niestety: zawiasik się wyrobił już chyba po pierwszej zimie i wihajster odpadł w jednym bucie. Szkoda.
Wiem, że są w klepach takie, ale nie będę kupowała kolejnej pary, skoro kilka dni temu kupiłam jedne. Skórzane, dobrej firmy, zachciało mi się być elegancką. I teraz na spacerze w Tośką zadaję szyku: w spodniach dresowych, ale za to w eleganckich butach.

Taaak.
Padłam chwilę po 20. Po 22 się wybudziłam. Do 23.30 słuchałam „Kirke” Madeline Miller. A teraz chyba wezmę Różę z Wolskich i zobaczę czy dam radę czytać czy mnie zmuli.
Problem w tym, że to nocne czuwanie jest takie „ani spać, ani wstać”.
Czytać się nie da, ani nic innego. Spać też nie.
Snuję się potem w ciągu dnia rozbita, zmęczona, nie do życia.
Polska melatonina nie działa, niestety

3/22

eM leży chory.
Zastanawiam się czy iść po test do apteki czy poczekać do poniedziałku. W nocy kaszlał bardzo, a nad ranem kaszel ucichł na dość długo, że aż mnie to zaniepokoiło. Zajrzałam przed chwilą czy żyje.
No co? Najlepszy wróg to swój własny.
Pytanie: dopadnie mnie czy nie?
I nie ma znaczenia czy to covid czy nie.
Zaraza to zaraza…
A propos!
Nowy Ład mnie dopadł. Otóż dostałam nową decyzję w sprawie czynszu. 590złotych. A poprzednio było 370. Za 38m2 w małej mieścinie… Boję się rachunku za prąd…

Doturlaliśmy się wreszcie do końca okresu świątecznego. Trzech Króli przeszło. Z okien i balkonów powoli znikają ozdoby świąteczne, gasną światełka.
Dnie są dłuższe i jaśniejsze. Pod warunkiem, że pogoda sprzyja. Bo jak chmury nisko tak, że nawet wieży ciśnień nie widać to się tej różnicy nie widzi.
Jarzębiny nie kłamały: mamy w tym roku całkiem porządną zimę. Dobra, umówmy się: nie jest to zima stulecia. Ale w porównaniu do ostatnich kilku lat, kiedy średnia temperatura była w granicach +5stopni, kiedy zamiast śniegu nieprzerwanie od listopada do lutego padał deszcz, to teraz można uznać, że to JEST zima co najmniej dziesięciolecia. Bywają mrozy nawet poniżej -5. Pada śnieg i choć raczej nie leży dłużej niż 2-3dni to jednak…
Tylko kurde permanentnie ślisko.
Oglądam serial Stulecie Winnych i ogólnie jest to całkiem dobra produkcja, choć jak to u Grabowskiej: czasem fakty są nagięte do granic. W sezonie trzecim jest wątek Jaśka, któremu żona uciekła z synem do NRD. A potem on jej tego syna porwał do Polski.
Chyba troszkę ich poniosła fantazja… Przejechać przez granicę ot tak sobie, bez formalności? Schengen w latach siedemdziesiątych nie było, a chyba nawet działacz partyjny i dyrektor PGRu paszportu w szufladzie nie miał. A przewieźć dziecko bez dokumentu?
No nie wiem… Poza tym nie wierzę, by dyrektor choćby najmniejszego zakładu mieszkał w mieszkaniu złożonym z jednej izby. Sorry, ale nie.
Przy tych Winnych dziergam sweter od góry. To taki system, że robi się od szyi w dół, na drutach z żyłką lub skarpetkowych, dzięki czemu nie zszywania i WSZYWANIA elementów typu rękaw.
Robię bo chciałam zobaczyć czy potrafię. Potrafię, choć musiałam spruć i zaczynać od początku. W drugiej wersji nie ustrzegłam się błędu: najciemniejszą włóczkę dałam na ramionach, a najjaśniejszą, żółtą, na biuście. Tym sposobem ładnie uwydatniłam mankamenty figury: wąskie ramiona i duży biust. Ale praz trzeci nie chce mi się pruć, więc na razie będzie tak. Właśnie kończę tułów i będę zaczynać rękawy.

Po za tym zarwałam noc przez książkę „Droga” Cormacka McCarthy.
Mój tablet pokazywał mi, że książka ma 168stron. Tylko. Ale jest to naprawdę coś tak napakowanego treścią, że i 100 by wystarczyło.
Jest absolutnie nieodkładalna, po prostu nie.
Recenzenci i różnej maści wykładowcy od kreatywnego pisania mówią o niej, że nie ma w niej ani jednego zbędnego zdania. I to jest prawda.
To jest książka-kondensat.
Nie jest to jednak pozycja dla ludzi o słabych nerwach. Książka pokazuje świat po zagładzie, wypalony, zniszczony, gdzie jedynym żyjącym gatunkiem jest człowiek. Nie ma cywilizacji. Nie ma jedzenia. Nie ma nic. Są tylko ludzie i to, co jest lub nie jest człowieczeństwem.
Lubię literaturę post-apokaliptyczną. Czytam z jakąś masochistyczną przyjemnością, jakbym miała nadzieję, że się czegoś z tych książek nauczę. Bo ja nie myślę „nie, to się zdarzy, to nie możliwe”. Ja jestem z tych co myślą „Acha, więc to może tak wyglądać”. I jakiekolwiek potworności wyrządzane ludzie-ludziom wymyśli autor ja wiem, że on są możliwe. Niestety, wiary w człowieka nie pokładam, choć mam nadzieję, że siła naszych umysłów może wiele.
A w słuchawkach mam jeszcze od świąt mam kobyłę : „Kirke” Madeline Miller.
W czytaniu pewnie byłaby nudna, ale w słuchawkach, gdy np. robię coś w kuchni, jest okej. Duża zasługa lektorki, bo czyta bez zbędnej afektacji, ale jednak lepiej niż automat. Muszę sprawdzić kto to czyta i zapamiętać. No i jak pooglądałam sobie o terrorze u Winnych, potem poczytałam o Drodze, to Kirke doskonale ucisza emocje i pozwala zasnąć.

…Ups…. właśnie zaczęłam kichać.
Nie, proszę, nie po raz trzeci w tym sezonie!

2/2022

Zuzu była w weekend. Jestem zawiedziona.
Zuzu zmienia się w typową nastolatkę. Nie jest zainteresowana niczym. Jest grzeczna i chce być miła, więc nie mówi, że to, co proponuję to nudyyyyy, ale kiedy odpowiada „nie wieeeem” to już wiem, że moja propozycja jej nie pasuje. No ale co można robić, gdy pogoda grudniowa, temperatura odczuwalna w okolicach -10, bo wilgotno i wietrznie na dodatek. W mieście nie ma zbyt wielu atrakcji nawet w normalnych czasach: kino, basen, muzeum, lodowisko… A w okresie świątecznym i covidowym, w sobotę wieczorem to już zupełnie nie ma nic poza lodowiskiem na Torget. Ale na tym lodowisku szaleją dzieciaki. No i babcia na łyżwach nie jeździ. A samej nudno.
Może poszyjemy?
Może porysujemy?
Pogramy? Dwie partyjki warcabów i wystarczy, bo ile można… (Zwłaszcza gdy się jak ja nie lubi gier)…
Film?
I tak się snułyśmy całe popołudnie.
Następnym razem zaproszę Ellie, będą dziewczyny miały zajęcie. A wieczór i ranek będzie dla mnie.
Ellie to najlepsza przyjaciółka. Wczoraj jak byłam na popołudniowym spacerze z Tosią spotkałam panny w mieście. Podostawały karty prezentowe i latały po sklepach. Z tyłu wyglądają jak bliźniaczki, tylko kurtka Ellie (też do pasa) jest czarno biała, a nie brązowo-czarna. Nawet włosy mają tego samego koloru i tej samej długości. I tak samo niezbyt świeże. Wygląda na to, że Ellie tak jak i Zuzu też starannie unika prysznica.
Idą ciężkie czasy, mówię wam.

1/2022

Jak się macie w tym nowym roku?
Zapewne tak samo jak w starym. Może nieco bardziej przejedzeni, może lekko skacowani jeszcze…?
U mnie tak samo jak przed maratonem świąteczno-noworocznym. Tyle, że waga znowu pokazuje mały ubytek. Mały czyli pół kilograma.
W związku z raczą fobią rozważam zwrócenie się do lekarza…
No bo skoro jakoś specjalnie się nie odchudzam, a waga leci w dół, to chyba nie jest okej?
No nic, uderzymy do przychodni po świętach…
29 grudnia zaszczepiłam się trzecią dawką.
Poszłam do specjalnie otwartego punktu szczepień, stanęłam w kolejce i myślałam o tym, że jak ten świat przetrwa, to za 100lat będą nasze zdjęcia oglądać jak my te z czasów „hiszpanki”.
Ogólnie to mam jakieś takie, nie dające się zwalczyć, poczucie zbliżającego się końca świata.
Dlatego jakoś mi niesporo idzie składanie życzeń Szczęśliwego Nowego Roku. Bardziej „Oby nie było gorzej”.

Śnieg stopniał całkowicie. Za oknem szarość i mżawka. Na termometrze +6.
W mieście wczoraj wieczorem …

135.

Znowu byłam w biurze u Baśki. Z powrotem. Znowu to nieznośne uczucie presji, nacisku, ta chora chęć przypodobania się połączona z nieudolnymi próbami wymigania się od czegoś…
Nie znoszę tych snów! A one wracają i wracają, zawsze wtedy, gdy mam dużo roboty, a mimo to zajmuję się czymś innym.
Baśka (kultowa szefica) jest wciąż batem nad moim tyłkiem.
Przez wiele lat odczuwałam do niej głęboką wdzięczność, uważałam, że dała mi tak wiele, że wszystko jej zawdzięczam. Potem jednego razu siadłam i napisałam list dziękczynny, wypisałam jak wiele jej zawdzięczam… i zrozumiałam, że to wszystko zawdzięczam sobie. List porwałam i wyrzuciłam.
Prawda jest taka, że owszem, dała mi dużo, jest jedną z najważniejszych osób w moim życiu, zmieniła je – to bez dyskusji.
Ale praca u niej, niespełna pięcioletnia – doprowadziła mnie do wypalenia, psychozy i porzucenia zawodu na wiele lat.
Więc dość drogo zapłaciłam za to, że pokazała mi, że mam całkiem niezły wachlarz zalet… tym bardziej, że potrafiła jednym zdaniem te wszystkie zalety przekreślić, gdy coś było nie po jej myśli.
Mimo wszystko cieszę się, że była w moim życiu, ale wolałabym, żeby pozostała tylko wspomnieniem.

Wczoraj napadało śniegu i miasto wieczorne stało się magiczne.

Dziecko chyba widziało śnieg pierwszy raz w życiu, możliwe, że jego opiekunowie tak samo.
Śnieg to nie powód by porzucić jazdę rowerem.
… lub zaniechać lansiku na mieście…
czy w ogóle spaceru…
Dwie strony tej samej uliczki: 1
i druga
A tu już deptak koło mojego domu

Śnieg jaszcze leży, ciekawe jak długo, bo na termometrze jakieś -0 (minus zero). Żeby tak poleżał choć przez weekend…
Najciekawsze jest to, że widać jak wielu ludzi zwyczajnie …nie ma odpowiednich ubrań na taką pogodę normalną zimę. Wczoraj jak chodziłam z aparatem, widziałam wiele osób w zwykłych sportowych butach, typu „adidasy”, w lekkich, krótkich kurtkach. Młodzież oczywiście w porwanych dżinsach, z gołymi kolanami i kostkami.
A przecież to, że zima odeszła na zawsze nie jest wcale takie pewne. Raczej pewniejsze jest to, że zima będzie wracać.

134.

Ych…
Melatonina 5mg zadziałała tylko jednej nocy.
Dziś znowu od 3 walałam się po łóżku. Troszkę drzemałam, troszkę czytałam, zapalałam i gasiłam światło, głaskałam kota…
Przed szóstą wstałam.
Ale przynajmniej kupiony kilka dni temu nawilżacz powietrza się sprawdza. Wreszcie nie budzę się z obolałym gardłem i zatkanym nosem. Tak mnie to umęczyło, że wreszcie postanowiłam sobie pomóc technicznie, bo pojemnik na kaloryferze jakoś nie spełniał swojego zadania.
Wczoraj po południu wstawiłam nawilżacz mężowi do pokoju na całe popołudnie. Dziś rano stwierdził, że też mu się lżej oddychało.
A przecież oboje wietrzymy nasze pokoje systematycznie, a nocami często sypiamy przy otwartym oknie. No, ale nie jak jest -10.
Tak naprawdę to długo deliberowałam nad tym nawilżaczem bo nie mogłam się zdecydować: potrzebny mi tylko nawilżacz czy jednak oczyszczacz powietrza? Bo alergeny też mi dokuczają…
Idealne byłoby posiadanie dwóch w jednym, ale to już wydatek większego rzędu. Pomyślę o tym, ale póki priorytetem są okulary.
No nie da się mieć wszystkiego na raz.
Okularów potrzebuję dwie pary, obie progresywne. Jedne +/- , drugie +/+. Ceny w Szwecji – zaporowe! Zaczynam rozważać krótki urlop w Polsce pod koniec zimy, najchętniej w Gdańsku lub w Warszawie. Wylądować, pójść do optyka, zamówić, wrócić. No, wcześniej zgromadzić kasę bo jednak nawet w Polsce nie dają okularów za złotówkę i troszkę kasy uzbierać trzeba.
No i przeklęty covid wszystko komplikuje.
Jutro idziemy na szczepienie trzecią dawką, ale zaczynam tracić wiarę w sens tych szczepionek. No bo co? Tak co kilka miesięcy będę się szczepić? A z drugiej strony jaka jest alternatywa? Szczepionka, nawet jeśli nie chroni przed zarażeniem, to może sprawić, że chorobę przejdzie się lżej.
Choć i tak, z tego co czytam, w Szwecji nadal mamy lajtowo. Nikt na siłę do szczepień nie namawia. Póki co, nie przewiduje się jakichś restrykcji dla osób niezaszczepionych. A dwiema dawkami zaszczepiło się około 90%. DOBROWOLNIE.
Nie mamy też jakichś specjalnych obostrzeń. Nie ma nakazu masek w przestrzeni publicznej, tylko w przybytkach ochrony zdrowia i komunikacji miejskiej, a i to tylko w godzinach szczytu, gdy trudno zachować dystans…
Statystyki mówią, że stwierdzono ponad 5 tysięcy nowych przypadków w dniu 22 grudnia. No, rok temu było ich ponad 10 tysięcy.
Na intensywnej terapii jest teraz 10osób. Rok temu było 42.
Rok temu na covid zmarło 121osób. W tym roku, 20 grudnia zmarło 3. Zapewne jest to efekt i tego, że służba zdrowia coraz lepiej sobie radzi jak i szczepionek.
Niemniej zaczyna się trzeci rok z zarazą… i chyba trzeba się pogodzić z faktem, że to już z nami zostanie. Jakby mało było plag…
Przedwczoraj obejrzałam „Nie patrz w górę” i bardzo mnie ten film przygnębił. Był dla mnie takim oficjalnym komunikatem „jesteśmy czarnej dupie”. Politycy ubijają swoje interesy z bogaczami, a ani jedni ani drudzy, bez względu na to jak bardzo są złotouści, nie mają na celu poprawy sytuacji zwykłego człowieka, i jedyne co ich interesuje, to zasobność ich już i tak wypchanych portfeli. Ludzie natomiast coraz częściej wierzą w jakieś teorie od czapy, zidiocenie społeczeństwa postępuje, czemu oczywiście pomagają media. Naukowców spycha się gdzieś na margines, bo psują ogólną atmosferę dobrej zabawy. Ktoś zdesperowany do ostateczności, ktoś kto zaczyna głośno krzyczeć, że lecimy w zagładę jest tylko niesmacznym histerykiem…
Film opisany jest jako komedia, ale cholera, dla mnie to niemal dokument.

Jak w tej piosence z Raportu z oblężonego miasta

Kary nie będzie dla przeciętnych drani,
A lud ofiary złoży nadaremnie.
Morderców będą grzebać z honorami
Na bruku ulic nędza się wylęgnie.

Pomimo wszystko świat trwać będzie nadal –
W Słońce i Kłamstwo wierzą ludzie prości.
Niedostrzegalna szerzy się zagłada,
A wszystkie ręce lśnią aż od czystości.

Handel, jakiego nie było, z chciwością się zmaga,
Na gorycz popytu, na zdradę ceny nie ma.
Uczynków złych i dobrych kołysze się waga
Z pełnymi krwi szalami obiema.

Nieistniejące w milczeniu narasta,
Aż prezydenci i gwiazd korce bledną,
Coś się na pewno wydarzy – to jasne,
Ale nam wtedy będzie wszystko jedno.