Zima to i wieje…
U mnie często jest tak, że jak przychodzą wiatry to wieje w jedną stronę. Potem na dzień-dwa cichnie. A potem wraca i wieje ze strony przeciwnej. Gdy wieje z północnego wschodu- jest najzimniej.
I teraz tak właśnie wieje.
Jak byłam mała to w moim domu na takie wiatry się mawiało: Ruskie otworzyli wrota na Syberii.
No i dziś posypało śniegiem z lekka. A już wszystko znikło (poza hałdami usypany przez pługi). I było kilka dni z pełnym słońcem. A teraz „apiać” od nowa trzeba będzie walczyć ze ślizgawką.
Tosia wczoraj na spacerach głównie stała. Strasznie jej ta pogoda nie leżała. Wprawdzie nie aż tak by wrócić do domu. Bardziej „mama, wyłącz to” . No sorry piesku, nie mam takiej mocy.
A Misia, Mel i Zuzu pławią się w słońcu Malagi. Wczoraj dostałam filmik jak Mel wsadza Zuzu do morza. No, upalnie to tam nie jest: jakieś 15stopni, więc i morze nie cieplejsze zapewne. Ale mają słońce. I zieleń. Ych… Jestem pod kreską, bo bym poleciała do nich choć na weekend.
Covidtest z apteki we wtorek znowu pokazał mi środkowy palec jedną kreskę. Na test PCR nie ma szans – zwyczajnie chyba przestali testować bo kiedy nie wchodzę na stronę z terminami to nie ma nic wolnego. Ani w mojej komunie ani w żadnej sąsiedniej.
Zgłupieli chyba! To niby jak mamy wiedzieć czy zarażamy czy nie? Mam bazować na negatywnym teście aptecznym?!
Inna rzecz, że oblężenie jest takie, że nawet do wejścia na stronę 1177.se* trzeba czekać w kolejce!
Uznałam więc, że wobec negatywnego wyniku testu z apteki, oraz braku symptomów uznaję, że nie stanowię zagrożenia i zaczęłam znowu bywać w sklepach.
Ale… wczoraj strasznie chciał się ze mną jeden klient zobaczyć. Zupełnie nie wiem po co. Żebym choć jakoś piękna była, to uznałabym, że może chce popatrzeć? A tak? Po co chce się ze mną widzieć? Papiery może mi wysłać pocztą. Ja rozumiem, że znaczek kosztuje, ale nadal mniej niż paliwo na przejechanie 2x20km. Porozmawiać może ze mną przez telefon. A ten – nie, z uporem maniaka chce osobistej audiencji. No to powiedziałam, że sorki, ale mam covid… Wrzucił papiery do mojej skrzynki na listy. No, i nie można tak było od razu?
Z ciekawostek. Mam takiego znajomego. Znajomy jest tu tłumaczem. Tłumaczy genialnie, trzeba przyznać. Talent ma, naprawdę. Niestety – w moim odczuciu to jest to, na co poszła cała para z jego gwizdka.
Facet – lat sześćdziesiąt z małym okładem – uważa siebie za najmądrzejszego na świecie. Przy czym wierzy w te wszystkie dziwne rzeczy: chemitrailsy, czipy w szczepionkach i czort wie w co jeszcze. To też jeden z tych, co głosuja na faszystowską partię Sveriges demokraterna, która głosi hasła „Szwecja dla Szwedów” i chce wyrzucić wszystkich obcych. Facet zakłada, że jeśli mowa o obcych to to dotyczy tylko „ciapatych”. Zapytałam go kiedyś czy się nie boi, że jak będą wyrzucać „ciapatych” to i jego też. Nie, bo on ma OBYWATELSWO. Oni też- powiedziałam. Ale jego jest LEPSZE- znaczy nie powiedział wprost, ale tak wynikało z tego co mówił.
Oczywiście się nie zaszczepił. Pół biedy. Oczywiście w covid też nie wierzy. Jego prawo. Gorzej, bo w czasie wykonywania pracy błysnął poglądami… No i firma, która zlecała mu pracę rozwiązała z nim umowę. Ups. Notuję to ze złośliwością, bo kilka lat temu miałam z panem spięcie. Powiedział mi wtedy, że co ja mogę wiedzieć o rozliczaniu VATu skoro to ON był na szkoleniu u samego Berta Karlssona. A Bert Karlsson to (moja subiektywna opinia) to takie połączenie Korwina-Mikke z Lepperem. To był taki wielki biznesmen, co to miał masę projektów, udawało mu się to rozkręcać, a potem mu padało z różnych powodów. Ostatni jego pomysł dotyczący zakwaterowania azylantów stał się przedmiotem dochodzenia śledczego. Czyli trafił swój na swego.
A ja, choć normalnie nie uważam siebie za najmądrzejszą, to w kwestii wiedzy zawodowej jestem czuła, bo dokładam starań, by najgłupszą też nie być. A ten mi z taki tekstami… Zakończyłam znajomość i od kilku lat się z panem nie kontaktowałam.
A tu ups. Donosi mi znajoma.
Ale zobaczcie jaka ta Polonia w każdym kraju jest mała …i powiązana ze sobą. Pan tłumacz nie mieszka w moim mieście tylko 60km dalej. Prędzej czy później każdy o każdym się dowiaduje.
*1177.se strona, na której znaleźć można szereg porad zdrowotnych, można też się przez nią zalogować do swojego profilu medycznego skąd można odnowić receptę, zamówić wizytę w rozmaitych przychodniach. Tu też bukuje się termin na testy lub szczepionki.
———–
No dobra.
A teraz dla tych co lubią moje bazgrołki, druga wersja wprawki Superpragnienie: bohater namawia kolegę/kogoś bliskiego na wagary.
Dzień wypłaty zbliżał się nieubłaganie, a wraz z nim chwila, kiedy żona dowie się prawdy.
Tak, wywalili go wreszcie z tej znienawidzonej przez niego fabryki. Po niedzielnym meczu opili z chłopakami wygraną, w poniedziałek miał ciężką głowę, nie poszedł rano. Myślał, że pójdzie na drugą zmianę, i odrobi, ale brygadzista się uparł, że nie, że wpisuje mu NN. Od słowa do słowa, zrobiła się awantura, wreszcie wskazał brygadziście, gdzie może go pocałować oraz gdzie ma i jego i całą tę fabrykę. Nienawidził tego miejsca od pierwszego dnia. Nienawidził tego, że wszystko musiało być na gwizdek, pod dyktando, na baczność. Nienawidził tych samych czynności, wykonywanych dzień po dniu, godzina po godzinie. Już dawno chciał rzucić tę robotę, ale nie. Baba się uparła, że praca w fabryce to lepiej niż w PGRze.
„Tam tylko najgorszy element pracuje”- mówiła ze zgrozą. „Rozpijesz się!” przestrzegała. Tak jakby w fabryce nikt nie pił. A on wolał PGR. Przyjęli go bez problemu, nawet dostał lepszą stawkę. I praca przyjemniejsza – na powietrzu i niemal każdego dnia inna. Teraz pracował na polu przy zwózce lnu. Cały dzień miał słońce i niebo nad głową, zamiast ciemnej, dusznej hali fabrycznej.
Wiedział, że czeka go awantura, gorzkie wyrzekania „Ty to zawsze…Ty to nigdy…”. I ta pogarda, gdy będzie kończyła swoim: „Łagoda to umie zadbać o rodzinę”.
Z tego wszystkiego znowu zapomniał dokumentów; kadrowy już trzy razy upominał się o jego dowód osobisty. Uprosił brygadzistę o przepustkę, na przerwie zamiast zjeść, poszedł do domu.
Widok młodszej córki go zaskoczył.
Zwinięta w kłębek na wersalce, z nosem w książce, prawie nie zauważyła jego wejścia.
– Chudy? A czemu ty nie w szkole? – zapytał
– Na dwunastą mam – odmruknęła, nie podnosząc głowy.
– A śniadanie jadłaś?
– Zaraz… tylko stronę skończę… –
Westchnął.
– Z głodu byś umarła przez to swoje „jeszcze tylko jedną stronę”- zagderał, choć trochę fałszywie. Bo tak prawdę mówiąc, to lubił się chwalić tym, że jego córki to takie mole książkowe, choć w codziennym życiu bywało to trochę uciążliwe. Zwłaszcza u młodszej, zwanej Chudym.
Podszedł i zdecydowanym gestem odebrał dziewczynce książkę zerkając na tytuł.
– Pan Wołodyjowski… A nie znasz już tego na pamięć?
– Tatoooo – zajęczała prosząco – Daaaj…
Schował książkę za plecy.
– Jak zjesz. Mama ci kanapki zrobiła.
– Ale tato, Baśka ucieka przed Azją i muszę przeczytać czy ucieknie. Przed szkołą, wiesz…
– Przecież to znasz i wiesz jak będzie – droczył się. – Oddam jak zjesz.
– A mogę z książką?
Zgodził się, bo zaczytana zjadała więcej niż pół kromki. Pomaszerował do kuchni, a córka posłusznie za nim. Chwilę później pił herbatę i patrzył na małą, chudą rękę dziewczynki trzymającą ogromną, zdawałoby się, pajdę chleba z dżemem.
Dziwne dziecko. Skąd ona taka w rodzinie? Wiecznie z nosem w książce odkąd nauczyła się czytać. Ani przytulić się nie da, ani porozmawiać nie chce. Siedzi w jakimś kącie mieszkania, a potem wychodzi i ni z gruszki ni z pietruszki mówi coś od rzeczy. Najczęściej powtarza to, co usłyszała. Ile razy jej tłumaczyli, że nie wolno? Nie, zawsze wystrzeli z czymś, papla. Co w głowie to i na języku…
Przyszło mu coś do głowy. A może ona go wyręczy?
– Chudy?
– … co?
– A może byś poszła dziś na wagary?
O, wreszcie coś ją zainteresowało. Wreszcie podniosła głowę.
– Wagary? – w głosie miała i zaskoczenie i nadzieję.
– No, a co? Nie możesz raz zwagarować? Co to za uczeń bez dwójki i wagarów? – kusił.
– Nie mogę, mam klasówkę z matmy- przyznała się.
– Umiesz?
– Nie wiem…
– No widzisz. Poszłabyś ze mną do pracy.
– A mogę z książką?
– Pewnie! Tam będziesz mogła cały dzień czytać. Tylko mamie nie mów – zastrzegł fałszywie.
– Nie powiem – obiecała gorąco. Zamknęła książkę i przełknęła ostatni kawałek chleba.
– Już zjadłam, idziemy? – powiedziała szybko. Zawahał się, już wiedział, że to nie był dobry pomysł, ale córka patrzyła na niego niespokojnie. Boi się, że się znowu rozmyślę – pojął.
– Idziemy – powiedział. Gdy zamknęli za sobą drzwi, mała rączka wsunęła się w jego dłoń. Spojrzał w dół i napotkał pełne uśmiechu, ufne spojrzenie dziewczynki. „Jestem świnia” pomyślał.
Żona z papierosem siedziała nad krzyżówką przy kuchennym stole.
– Kasia coś ci mówiła? – zapytał siląc się na lekki ton.
– Nie, a co?
– A nic, byłem w dzień w domu, dobrze że zaszedłem, bo by znowu bez jedzenia poszła do szkoły.
– Nie, nic nie mówiła. Kasia! – zawołała matka w stronę pokoju – A czemu nie mówiłaś, że tata był rano w domu?
– Bo mu obiecałam!



















