16.

Wczoraj był dzień raportowania i poniedziałek na dodatek.
Byłam do tyłu z robotą strasznie. Klienci mi się jakoś rozbisurmanili czy co… Jakby się uczyli jeden od drugiego.
Nigdy wcześniej nie miałam sytuacji, że ktoś nie dośle dokumentów na czas i trzeba będzie wysyłać fikcyjne, zerowe raporty. Dwa lata temu przyszła do mnie jedna firma. Mieli cały rok nie zrobiony, raporty kwartalne -zerowe. Mało tego – nawet mieli złożony wniosek o odroczenie rocznego sprawozdania.
Przyszli od tej kobiety, która potem zatrudniła mojego syna.
Kobieta wcześniej się rozchorowała, nie dawała rady, porezygnowała z niektórych klientów. Między innymi z nich. No i rzekomo z powodu tejże choroby cały rok nie był ruszony.
Oczywiście wiem, że z dużych klientów nie rezygnuje się bez przyczyny. A przyczyna zwykle jest zasadnicza: klient nie płaci. Inna to taka, że klient jest trudny we współpracy, ale trudny na maksa.
Wzięłam jednak, na zasadzie, że zobaczę jak będzie najwyżej po roku też wywalę.
W praniu okazało się, że brak należytego raportowania leży całkowicie po ich stronie. Bo wciąż nie mają kasy, wciąż są do tyłu z podatkami, a ich sytuacja ekonomiczna z roku na rok robi się coraz gorsza bo wpadli w pętlę zadłużenia. Bank już im nie pożycza, więc pożyczają od innych instytucji, topiąc w nich kasę, której nie mają. A skoro nie mają kasy to zwlekają z dostarczeniem dokumentów, bo księgowa to wydatek rzędu co najmniej 2tysięcy netto. Plus 25% VAT. Miesięcznie.
Rozmawiałam z nimi, tłumaczyłam, że mogą ograniczyć pewne wydatki. Np. gdyby gros pracy z dokumentami wykonywali sami. Np. sami wprowadzali zapłaty od klientów. Lub układali dokumenty chronologicznie wg operacji na wyciągu bankowym. Sugerowałam też zmiany w życiu… Mówią, że tak, tak, ale nadal nic się nie zmienia.
Zrobiłam im 1 kwartał 2021 roku… i chyba jednak się pożegnam, bo czekam na zapłatę już trzeci miesiąc. A leżą u mnie dokumenty za kolejne dwa kwartały.
Chwilę po tym jak zaczęłam z nimi współpracę inna moja klientka spóźniła się z dokumentami. Bywa: urlop, choroba, jakieś zdarzenia losowe… Wysłała dwa miesiące razem… Ale za chwilę znowu się spóźniła…Znowu dwa miesiące razem. Potem trzy razem. teraz czekam na kopertę z czterema miesiącami.
Dziwne to, bo klientka zawsze była uporządkowana. Ona nawet ten VAT sobie sama liczyła, i zawsze wszystko miała poukładane. A tu nagle takie hocki. Jakby się zaraziła od tamtych. Z tym, że tamtych nie zna, nie spotyka się z nimi… Rozmawiam z nią, lubię ją, nawet bardzo, próbowałam już chyba wszystkiego, łącznie z obietnicą rabatu za terminowe przysłanie dokumentów…
Zaraz potem mój ulubiony klient z sąsiedniego miasta zaczął się spóźniać z dokumentami. No po tym to się w ogóle nie spodziewałam! On był „wychowany” przez szwedzkie biuro rachunkowe. Płacił tam jak za zboże, za miesiąc niemal tyle, ile u mnie za pół roku. Dostawał dodatkowe opłaty za każdą oddzielnie dosłaną fakturę, za każdy telefon z najprostszym nawet pytaniem. W efekcie gdy przyszedł do mnie był naprawdę zdyscyplinowany. I był przez cztery lata. A teraz nagle O.
No i na koniec kolejny klient. Jest od dwóch lat, dotąd nie było problemów. A teraz coraz częściej dokumenty dochodzą po dniu raportowania.
I jeszcze jedna dziewczyna, co jest od kilku miesięcy. Coraz częściej dostarcza dokumenty w ostatniej chwili, a potem się okazuje, że z pięciu faktur dostałam jedną. A kolejne dosyła mi mailami… Co kilka dni.
I tak sobie myślę.
Chyba tych najgorszych, pierwszych z listy pożegnam, bo pieniędzy z tego nie będzie, a kłopotów coraz więcej. Ponad to mam wrażenie, że robią mi za zgniłe jabłko w koszyku.
Reszcie chyba napiszę, ostrzeżenie, że dosyłanie dokumentów po terminie lub w mniej niż 7 dni przed skutkuje doliczaniem 10% do faktury. A w dalszej perspektywie rozstaniem.
Ale zapytam jeszcze szwedzkich księgowych…

Taka była to praca w ostatnich dwóch tygodniach. Biorę A, zaczynam robić, okazuje się, że brakuje czegoś tam, piszę, czekam…
W międzyczasie biorę B, znowu to samo…
Biorę C… i znowu…
Wkurzające jest takie rozgrzebanie kilku spraw bo w końcu zaczynam się gubić i nie jestem pewna co gdzie i jak…

A że wczorajszy termin był terminem i dla tych co się rozliczają miesięcznie i dla tych co kwartalnie, to naraz miałam dwa razy więcej pracy, której nie dało się ułożyć.

W efekcie raportowanie skończyłam grubo po 18. Umęczona, obolała, bo diklofenac działa dziwnie: znieczuli na chwilę, potem puści, potem znowu znieczuli, choć pilnuję by tabletkę brać co 6 godzin.
Nawet nie miałam czasu ani siły by pomyśleć o fizjo…
Zamiast lunchu położyłam się na chwilę, żeby odpocząć od bólu.
Zuzu, która właśnie zaczęła ferie, szwędała się po mieście z przyjaciółką. Przyszły nagle zmoknięte, bo lało, i Zuzu położyła mi przed nosem bukiet tulipanów.
Najpiękniejszy bukiet świata! Bo kupiony z własnej inwencji.

A potem, późnym wieczorem jeszcze było trzeba odebrać Misię i Mela z dworca, bo wrócili z Malagi. A klucz od domu był u mnie.
Zuzu miała jechać wczoraj do taty, ale wyżebrałyśmy prolongatę do dzisiejszego wieczoru. Mama Zuzu była jednak troszkę zawiedziona, bo Zuzu na dworzec pojechała, owszem, uściskała oboje i bardzo się cieszyła, że już są, ale spać jednak chciała u babci. Bo u babci jest milusio…
Dziś mi ją już zabiorą.
Moja egoistyczna dusza się cieszy na odzyskany telefon/komputer/fotel/pokój/spokój.
Ale dusza babci się smuci, bo przez tę pracę i ból pleców nie porobiłyśmy nic razem. Albo prawie nic. A w domu znowu zrobi się cicho.


15

Już było prawie dobrze…
Cały dzień w fotelu przy biurku, w przerwie uczciwy półgodzinny spacer z psem, wygłupy z Zuzu… Tylko rano sztywność, lekki ból, ale to się rozchodziło tak około południa.
I nagle trach!
Szykowaliśmy się wczoraj na basen, nie wiem co zrobiłam, jak …
Ostry ból. Aż pociemniało mi w oczach i zabrakło tchu.
Restrykcje znieśli, basen pełen ludzi. Wykupiłam sobie wejściówkę na relax. Tam mało ludzi: sześć w porywach do ośmiu. Brak krzyku i biegania dzieciarni. Jazz był dość przyjemny, choć wolałabym jakieś relaksacyjne, ciche plumkanie. Basen z dość ciepłą wodą, sauna parowa, którą uwielbiam, basen z bąbelkami i hydromasażem. Pod koniec dnia, ostrożnie, ustawiłam przy dyszy mój obolały krzyż.
Zuzu szalała z dziadkiem na zjeżdżalniach.
Ale noc nie była łatwa, choć nad ranem poczułam, że ten ostry pręt się cofnął.
Na porannym sikaniu Tośki z trudem powstrzymałam się od płaczu.
Próbowałam coś robić: jakieś ćwiczenia, lub choćby tylko zwykłe czynności domowe.
Nie da się.
Jutro będę żebrać u termin u każdego fizjo w mieście.
A na razie tkwię w fotelu. Lub na łóżku.
Nie wiem jak przeżyję jutro.

15. Tosia i Zuzu

Wkładałam buty. Tosia podeszła na ugiętych łapach, jakby się skradała. Głowę i ogon niosła nisko. Z tej przygiętej pozycji rzuciła mi kilka pytających spojrzeń. Roześmiałam się.
– A ty co? Ubieraj się! – zażartowałam a ona zrozumiała. Wyprostowała się cała, stanęła na wysokich łapach, biały czubek ogona zaczął rysować uśmiechy. Poklepałam po wielkiej głowie, a wtedy ona zaczęła dreptać wokół mnie tam i z powrotem, bo roznosiła ją radość.
Sięgnęłam po szelki.
– Chodź. Pójdziemy po Zuzię.
Znieruchomiała. Przekrzywiła głowę, zastrzygła uchem, znowu poszukała moich oczu.
– Tak, Zuzia dziś przychodzi.
Zaczęła dreptać szybciej, kręcić się wkoło, podbiegać do drzwi i z powrotem do mnie.
– No chodź już, chodź!
– Już, jeszcze tylko cukierki.
– Cukierki? -zatrzymała się. – Chcem. Daj.
Dałam.
Poszłyśmy.
Niebo było niebieskie, zachodnie słońce już kładło długie cienie, ale jeszcze było nad czubkami drzew.
Najpierw długą, prostą ulicą, wzdłuż budynku sklepu. Potem, na parkingu skręt w lewo, potem w prawo: do przejścia dla pieszych. Tosia zatrzymała się by powęszyć, ale nie dałam.
– Chodź, nie mamy czasu, Zuzia na nas czeka.
Przyspieszyła kroku. Prawie biegiem przemierzyłyśmy ulicę. Na trawniku pod starą wieżą ciśnień znowu zaciekawiły ją zapachy. Pozwoliłam jej powęszyć, poobsikiwać wybrane miejsca. Potem przypomniałam:
– Idziemy po Zuzię
Znowu prawie biegła, na światłach koło Tinghuset musiałam ją zatrzymać, bo gotowa była wbiec na czerwonym. Zielone z miarowym stukaniem poderwało ją znowu do biegu
– Chodź, chodź szybciej, Zuzia na nas czeka – gromiła mnie spojrzeniami „przez ramię”.
Pod rozłożystym bukiem, już w parku, utknęła z nosem przy ziemi. Znowu znęciły ją jakieś zapachy. Kręciła się w kółko, coś węszyła, szła przed siebie, zawracała. Przygotowałam woreczek. Wreszcie kucnęła.
– Skończyłam – drapnęła kilka razy tylnymi łapami.
Posprzątałam, wyrzuciłam psiej latryny.
Sprawdziłam godzinę.
– No teraz już idziemy. Do Zuzi! – powiedziałam.
Jeszcze się nie spieszyłyśmy za mocno, jeszcze pozwoliłam jej powęszyć przy pustych klombach, przy kępie rododendronów i popiersiu jakiegoś darczyńcy.
Na most weszła trochę zdziwiona. Popatrywała na mnie pytająco, czy aby na pewno wiem co robię. Bo przecież szkoła muzyczna jest w inną stronę, a ostatnio tam ze mną odbierała Zuzię.
– Chodź, chodź – uspokoiłam ją. Ale wciąż się oglądała za siebie, potem na mnie i zwalniała kroku.
Kolejne światła. Na drugiej stronie ulicy przyspieszyła tak, że musiałam za nią prawie biec.
Znowu się na mnie obejrzała, tym razem z naganą.
Przy szkolnym podwórku, leciała wzdłuż płotu, z trudem udało mi się ja zatrzymać. Kręciła się niespokojnie i fukała.
– Chodź, pójdziemy do bramki. – próbowałam ją zawrócić. Owszem zawrócić się dała, ale to wszystko. Położyła się na chodniku.
Przykucnęłam, krzywiąc się i sapiąc z bólu.
– Tosia, Zuzia jest tam – pokazałam ręką, pilnując by gest wykonać w polu jej widzenia. Wstała. – Pójdziemy tam? – upewniłam się.
Poszłyśmy.
Stałyśmy potem przy płocie, kilka metrów od bramki.
Przeszła mama w chuście z trójką dzieci. Dzieci popatrywały na Tosię z ukosa, wyraźnie usiłując zachować od niej jeszcze większy dystans.
Wyszedł ciemnowłosy chłopiec i wsiadł do auta.
Wyszła dziewczynka w chuście, mniejsza od Zuzi.
Wyszła kolejna dziewczynka. Ciemnowłosa, śniada. Na widok Tosi zwolniła.
A Tosia się naraz spięła, fuknęła, pisnęła. W drzwiach stanęła kolejna dziewczynka. Tosia szczeknęła. Krótko, wysoko. Dziewczynka pomachała. Wiatr zatańczył w jej brązowych włosach, rozdmuchał modne dziury w dżinsach. Tosia już gotowa była biec, ale ja zatrzymałam. Śniada dziewczynka zatrzymała się, poczekała aż Zuzia ją minie. Odczekała jeszcze chwilę.
Zuzia przeszła przez bramkę i wtedy już mogłam puścić smycz.
W podskokach, kręcąc ogonem młynka Tosia pobiegła do Zuzi. Dała jej buziaka mokrym nosem, potem kręciła się wokół niej fukając i sapiąc. Zuzia ujęła smycz, a Tosia karnie stanęła przy jej boku.
Podeszły do mnie i wreszcie mogłam przytulić wnuczkę.


(Śniada dziewczynka tkwiła za bramką. Wreszcie zdecydowała się przez nią przejść… a raczej przebiec. Tosia ją ignorowała. Ale dziewczynce nikt tego nie wytłumaczył. Tak samo jak nikt jej nie wytłumaczył, że gdy będzie biegła -paradoksalnie zmniejszy swoje szanse na ucieczkę.
Przyszło mi do głowy, że w szkołach powinny być spotkania z psami dla dzieci arabskich. Żadne inne dzieci nie wykazują zbiorowej histerii na widok psa. Dzieci Europejczyków i Azjatów czasem psy ignorują, ale najczęściej są zaciekawione, często pytają czy mogą się przywitać.
W sumie – biedne te arabskie dzieciaki w Szwecji, gdzie jest tak dużo psów.)

Odebrałam smycz, bo 40kg troszkę nie za dobrze wychowanego psa + 25kg dziewczynki to nie jest dobre połączenie, i ruszyłyśmy do domu. Tosia pomiędzy nami. Tosia z boku obok Zuzi. Tosia z boku obok mnie. I tak kręciła się między jakby rysowała znak nieskończoności.

14/2022

Zuzu złapała jakąś infekcję. W piątek dostała gorączki, BonusMama musiała odebrać ją ze szkoły. Leżała potem cały dzień, biedulka na zmianę trzęsąc się i pocąc. A w sobotę po południu już była zdrowa.
Dla pewności odczekamy jeszcze dziś, a jutro zabiorę panienkę do siebie zgodnie z harmonogramem.
Misia i Mel nadal w Maladze. Mówią, że wcale nie mają ochoty wracać do Szwecji. Bo tam słońce, góry, morze, ciepło, zielono. I bezpiecznie. W Szwecji pogoda wiadomo jaka. A wskaźnik przestępczości plasuje Szwecję na 4 miejscu w Europie. Przed Szwecją jest Francja, Ukraina i Białoruś.

Pogoda jest wciąż zimowa, choć to inna zima niż ta w grudniu. Mrozu nie wiele, ale co to za znaczenie czy -1 czy -10 skoro lód na chodniku jest taki sam. Ale dnie dłuższe. Zdecydowanie dłuższe. I jaśniejsze.
Słońca jest zdecydowanie więcej.
Tosia nie lubi chłodu. Kiedyś uwielbiała. Teraz, gdy otwieram w nocy okno- muszę ją przykrywać, inaczej idzie spać do innego pomieszczenia. A jak jest wilgotno i wietrznie sama skraca spacery i ciągnie do domu.
W Basila wstąpiły nocne diabły. Już którąś noc z kolei muszę zamykać drzwi, bo łazi i wyje, zrzuca różne rzeczy, wybudza mnie ze snu. A to jak wiadomo u mnie loteria, bo wybudzona nie wiem czy ponownie zasnę.
Fakt, że ostatnio sypiam lepiej, ale nadal budzę się co dwie godziny.Ale przynajmniej zaraz znowu zasypiam. Choć często muszę oszukać mózg i włączyć mu jakiegoś audiobooka. Teraz słuchamy Polska Piastów Jasienicy. Przez kilka minut słucham, a potem odpływam… Więc następnym razem muszę znaleźć miejsce gdzie już nie słyszałam… W ten sposób będę tę książkę „czytać” po wieczność.
Przestały mi wychodzić ptaszki ze szmatek. Jednego wywaliłam całkiem. Drugi znowu się porozjeżdżał, ale na tyle, że jest do przyjęcia, więc zostawiłam.
Dziergam trzecią skarpetkę, i chyba wreszcie znalazłam sposób na dziury w miejscu dodawania oczek.
Problem w tym, że ludzie robiący filmy o dzierganiu często przerabiają oczka w inny sposób niż ja. I ich sposób by coś wyglądało ładnie, nie pasuje do mojego sposobu.
Plecy nadal bolą. Mimo diklofenaku i ćwiczeń z YT.
Trzeba iść sjukgymnast. Niestety. Samo nie przejdzie.

13/2022 czyli luty

Idzie luty -podkuj buty. Ano.
Już było wiosennie, już ludzie wrzucali fotki przebiśniegów…i łup. Spadł śnieg. No bo kto wierzy, że w lutym, w Szwecji zacznie się wiosna? O nie, nie. Jeszcze co najmniej 45dni.
Spadł zdrajca nocą i cicho legł
Kiedy nad ranem tak dobrze się spało
spaść musiał ten biały drań…

Ktoś tu jeszcze pamięta ten zacny przebój?
…lubię piosenki Andrzeja Rosiewicza…

Plecy bolą nadal. Oraz żołądek.
Bo tak: napisałam do mojej przychodni, że chcę receptę, dlaczego, na co i czemu dokładnie na ten lek.
Ale do późnego popołudnia nikt się do mnie odezwał.
Chodziłam/siedziałam obolała, zła jak osa, oberwało się nawet Tosi i Basilowi. Zaczęłam kombinowac czy by na akut czyli ostry dyżur nie pójść, ale perspektywa siedzenia kilku godzin na krześle w poczekalni, w dodatku w maseczce mocno mnie zniechęcała. Wreszcie przypomniałam sobie, że od czasu pandemii w Szwecji zaczęła działać instytucja lekarza online, przez aplikację.
Czy ja mówiłam, że w Szwecji praktycznie nie istnieje prywatna opieka zdrowotna? Są oczywiście stomatolodzy, optycy, fizjoterapeuci, psycholodzy – ci ostatni: mało, drogo i bez możliwości wyboru metody.
Ale żeby chodzić prywatnie do ginekologa/kardiologa/alergologa… Nie ma opcji. Może gdzieś w dużych miastach są takie gabinety, ale nie u mnie.
No więc są lekarze online, ba! jest nawet specjalna aplikacja do zdrowia psychicznego.
Ściągnęłam sobie jedną z tych aplikacji, zalogowałam się i natychmiast ktoś zaczął mnie wypytywać czego chcę. Był to chyba automat, bo po moich odpowiedziach wyskakiwały następne pytania, a odpowiadać mogłam jedynie poprzez wybieranie odpowiedzi. Na koniec automat poprosił mnie o poczekanie na lekarza. Czekałam pół godziny, ale we własnym fotelu, więc naprawdę nawet w prywatnym wypasionym gabinecie nie byłoby mi lepiej. Korzonki jak wiadomo to coś czego się nie da pokazać. Odezwała się wreszcie jakaś pani wypytała mnie co i jak, skąd wiem, że to to co mówię, nałgałam, że miałam dawno temu to wiem. Zgodziła się wypisać mi ten nieszczęsny voltaren, uprzedziła tylko, że od niego też może boleć żołądek. Recepta oczywiście elektroniczna, więc nawet nie wiedziałam co na niej jest.
Już się ucieszyłam, że największą trudność pokonałam. Poleciałam do najbliższej apteki… NIE MA VOLTARENU w kapsułkach! Nie istnieje. Nie w Szwecji . Pani za szybką miała minę „ach ci cudzoziemcy”, ale sprawdziła, powiedziała, że ona widzi, że voltaren w tabletkach jest w innych dwóch aptekach.
Pojechałam do tej największej, koło ICA.
A owszem, jest, ale VOLTAREN T który w jakiś sposób różni się od zwykłego voltarenu. A zwykłego – nie ma. Jest diklofenak. Nie, nie mogę dostać voltarenu T bo to inny lek i nie mam tego na recepcie.
Prawie dostałam histerii w aptece. Przy czym kobieta to jakaś idiotka bo nasz rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
Ona: Ale ty koniecznie chcesz voltaren?
Ja: TAK!
– Ale diklofenak to to samo.
– Nie, to nie jest to samo.
– To samo
– Słuchaj…Ibuprofen i Ipren to to samo? – pokazałam w stronę półek gdzie rzeczone specyfiki stoją
– Tak.
– A właśnie, że nie. Od Iprenu boli mnie żołądek. Od ibuprofenu – nie.
To samo z sumatripanem. Od jednego czuję się bardzo źle, drugi, innej firmy – mi pomaga.
– No to ja nie mam volterenu. Mam tylko diklofenak. Ale mam voltaren T
– To mi go daj.
– Nie, bo nie mogę. Lekarz nie napisał, że mogę zamienić na inny. Masz diklofenak 25mg na receptę. O, mam voltaren 50mg.
– To mi go daj. Podzielę tabletkę.
– Nie mogę, masz 25mg.
(grrr, to po kiego mi mówisz?!)
– Lloyd ma voltaren.
– 25mg?
– A nie, tego to nie wiem…
I tak przez kilkanaście minut.
Miałam ochotę gryźć.
Wzięłam ten diklofenak w nadziei, że okaże się łaskawy dla mojego żołądka.
Ale wróciwszy do domu, znowu uruchomiłam aplikację i napisałam czy by mi mogli dopisać na recepcie ten voltaren T. Nie mogli. Ale dali drugą receptę na ten specyfik.
Diklofenak nie jest łaskawy dla żołądka, ale ból uśmierza rewelacyjnie. Na tyle, że zaczęłam już szukać jakie ćwiczenia należy wykonać w takim przypadku, bo już mija tydzień, a nic nie lepiej, więc samo nie przyjdzie. EM też wciąż obolały.
Wczoraj, po południu oddzwonili wreszcie z mojej przychodni. Zapomniałam odwołać. Powiedziałam, że już mam co mi trzeba i że przepraszam. Pani mi tylko powiedziała, że powinnam się zgłosić do fizjoterapeuty… Powiedziałam, że wiem. Ale NIE MAM ZAMIARU. Poszukałam sobie ćwiczeń na YT. Tak rozćwiczyłam rękę jak zaniemogła. I łopatkę jak znowu zaczęła boleć. Nie będę się umawiać na jakieś ćwiczenia, gdzie wizytę umówią mi za 2 tygodnie.
Trzeba znowu wrócić do regularnych ćwiczeń. Jakaś joga lub pilates…
A w tle znowu się wstydziłam za moją histerię w aptece.
I znowu usiłowałam zgłębić dlaczego w niektórych sytuacjach reaguję w taki sposób. I wyszło mi, że to ta moja autystyczna część tak reaguje wtedy, gdy coś co miało się prosto rozwiązać a się komplikuje.
Muszę się nauczyć jak sobie radzić w takiej sytuacji…

Tak więc czeka mnie znowu wizyta w aptece.


12. -4 ale nie, już nie wieje

Niebo błękitnieje. Sztorm przegnał chmury.
Mój dawny kolega z fotoklubu zrobił wczoraj takie zdjęcie znanej wam latarni.
Cudowne moim zdaniem.
No, Peter był moim ulubionym fotografem w klubie.

Plecy nadal bolą jak jasna cholera. Najbardziej rano, potem w ciągu dnia ból jest rozchodzony, więc łatwiej. Gorzej, że skończył nam się zapas voltarenu w kapsułkach. A w Szwecji i kapsułki i tabletki są na receptę. Napisałam żebraczego maila do lekarza, może mi da receptę. Pytanie tylko: KIEDY?
Chciałam kupić w aptece wysyłkowej, ale zdaje się, że jest zakaz wysyłania takich leków, które w kraju docelowym są tylko ze wskazań lekarza. Noż kurde, komu poczciwy voltaren przeszkadza?
Jako ostateczną ostateczność mam w domu oxicodon. Został po ostatniej operacji mojego męża. Ale ponieważ to lek opioidowy i może uzależniać, to …jest na samym końcu możliwości.
Od razu uprzedzę wszystkie życzliwe dusze: nie da się wysłać pocztą. Nie dojdzie. Próbowałam. Można jedynie przemycić przez osobę jadącą do Szwecji.
Na pociechę powiem, że właściciel polskiego sklepu obiecał, że w razie czego może mi kupić. No, ale to dopiero za tydzień. I będzie trzeba znowu pojechać te 100km.
Mówię „znowu” bo byliśmy wczoraj. Najpierw zaliczyliśmy sklep, a potem lotnisko, by odebrać Zuzu, którą Mel odwiózł z Malagi.
Mel, kochane dziecko, przeleciał całą Europę z Zuzu, przekazał nam ją na lotnisku i poszedł się znowu odprawiać bo wracał do Malagi via Paryż. W ciągu jednego dnia.
Zuzu wyszła zapłakana, bo znowu, jak w drodze do Rygi, rozbolały ją zatoki. Znowu ma lekki katar. Zastanawiam się, czy podanie kropli do nosa przed lotem nie pomogło by jej następnym razem. Z lądowaniem w Goeteborgu jest trudno, bo tu odczuwalne schodzenie trawa jakieś pół godziny. I dzieją się jakieś dziwne rzeczy z ciśnieniem czy czymś. Ja zazwyczaj nie choruję, ale lądując w Gbgu często czułam/czuję nudności lub ból głowy, zatykanie uszu, na które nie pomaga przełykanie śliny.
Noc za to była wesoła.
Zuzu zasnęła u siebie, ale o trzeciej przyszła z chlipaniem, że tęskni za mamą. Przytuliłam, zrobiłam miejsce na łóżku, poprosiłam Tosię, żeby się łaskawie nie rozwalała. Chwilę potem było
-Mrrryt…?-
Zawołałam Basila, a on przyszedł.
No i mieliśmy komplet. Zuzu jeszcze lekko chlipała, ale jak powiedziałam, że jeszcze tylko dziadka nam tu brakuje zaczęła chichotać. Chyba naprawdę powinnam dokupić drugie łóżko i zrobić lotniskowiec w sypialni.
Poczekałam aż Zuzu zaśnie i cichutko przeniosłam się na jej miejsce. Nie umiem z kimś spać.
Do zasypiania włączam sobie teraz Polska Piastów Pawła Jasienicy. Mógłby ten lektor się nieco mniej aktorko wyżywać, ale już rozumiem to uwielbienie wielu ludzi dla autora. Wiedziałam, kurde, wiedziałam! Że historia nie jest nudna.

A w chwilach wolnych, uszyłam kolejne ptaszki.

Chyba nie było?
Te ślimaczki na czarnym tle są złote, a tło kratki- lekko żółtawe.

Basiu, zobacz, że robię postępy! Odkryłam, że trzeba wzór wycinać z papieru takim samym zapasem. A potem spiąć szpileczką i lekko przyfastrygować.

i kolejne serce.

Te serduszka to genialny sposób na wykorzystanie najdrobniejszych resztek tkanin. Szyje się szybko i bez komplikacji.

Poza tym nauczyłam się robić skarpetki od palców z piętą rzędami skróconymi według tych filmów:

Te skarpetki to REWELACJA! Robi się szybko, prosto, w dodatku można a nawet wygodniej jest robic na normalnych drutach z żyłką. Warunek: żyłka musi być dość długa i giętka.
Do skarpetek natchnęła mnie Helena, która odwiedziła mnie w piątek. Przeprosiłam za to, że nie posprzątane. Tośczyne kłaki walają się po całym domu, ale nie miałam siły walczyć z odkurzaczem z obolałymi plecami. Bo ja mogę siedzieć, ale chodzenie, schylanie się, ciąganie, podnoszenie różnych rzeczy sprawia mi ogromny ból.
Helena, która wciąż walczy z depresją i syndromem wypalenia, ucieszyła się, że to tak fajnie spotykać innych, u których też nie jest idealnie.
Dzięki Helena, pomyślałam, ale u ciebie jest jakoś tak porządniej nawet jak nie posprzątasz niż u mnie, nawet gdy się do sprzątania przyłożę.
Bo prócz mojej własnej ułomności w zachowywaniu porządku, mam jeszcze męża, który w tej kwestii jest jeszcze gorszy niż ja. Czasem się zastanawiam jak wyglądałoby mieszkanie gdyby mój mąż mieszkał sam.
Nie powiedziałam jej tego :D.
Siedziałyśmy sobie potem na kanapce, gadały, dziergały, oglądały wzory. Helena w dzierganiu jest równie skrupulatna jak w porządkach w domu. Nic nie robi z głowy, wszystko według wzoru, w dodatku trzyma się tego wzoru co do joty.
Ja to zaraz szukam opcji na skróty, modyfikuję i kombinuję.

Do dziergania oglądam Ozark i cieszę się, że już niedługo koniec, bo Wendy i Marty są coraz mniej sympatyczni. Najbardziej chyba lubię Ruth… i Darlene.
A przed spaniem czytam rosyjską baśń czyli Niedźwiedź i słowik. Inna. Ciekawa.

10. 2022

Spanie sekwencyjne – tak nazwała ten stan jedna znajoma i to jest to.
Przestanę boje kruszyć, jest jak jest. Szczęście pracuję w domu, sama sobie jestem szefem, to co się będę zabijać.
Zasnę o 21. Pośpię do 2. Potem wstanę, popracuję, ogony nadgonię, może książkę napiszę, jak mnie zmuli pójdę znowu spać.
Szczęście, że Tośka na stare lata też nie wstaje przede mną, póki śpię – śpi i ona. Najczęściej jest tak, że ja dopijam kawę a ona dopiero martwą powiekę rozkleja. Nie to, co kiedyś,gdy wstawała według zegarka, złaziła z łóżka tylko po to, by stanąć koło mojej twarzy i mi pufać w nos
„Mamaaaa, kiedy wstaniesz?” „Mamaaaaa…chodź na spacerek”.
Teraz, gdy poczuje, że ja wstaję rozwala się na całego w moim naszym łóżku. Choć prawdziwiej byłoby napisać, że rozwala się JESZCZE BARDZIEJ. Ostatnio sypia centralnie na środku łóżka. W poprzek, żeby dla mnie broń boże za wiele miejsca nie zostało. A jak jeszcze przyjdzie Basil to się robi naprawdę ciekawie.
Basil musi leżeć na kołderce. Na dokładnie tej kołderce jaką nakrywa się mamusia. I jeszcze najchętniej: w zagięciu ciała, najlepiej pod kolanami. A Basilek malutki waży jakieś 5kilo, i weź se naciągnij kołdrę z leżącym na niej kotem, podczas gdy jakaś jej część zdążyła utknąć pod pieseczkiem.
Naprawdę nie wiem czy nie powinnam kupić drugiego łóżka i zrobić w sypialni lotniskowiec. Może wreszcie byłoby miejsce i dla mnie?
Ale w sumie, te cztery godzinki to można i w fotelu na siedząco, nie?
Maria Czubaszek tak sypiała i co? Ani na intelekt ani na urodę jej nie zaszkodziło.
Weekend minął.
A prawda, mam jakieś zdjęcia, muszę zobaczyć czy coś się nadaje. Byliśmy w niedzielę z Tośką na Läckö. Mgła była gęsta, wiatr o jeziora przenikliwy, ale połaziliśmy chwilkę. Jakoś ostatnio coraz częściej nie jeździmy na dalekie spacery. Może dlatego, że po 5 dniach łażenia z Tośką i rano i po południu zastrzegłam sobie prawo do zaniechania popołudniowych spacerów weekendowych. Te dwa popołudnia w weekend może się eM poświęcić dla pieseczka.
Dzięki czemu moja sobota i niedziela są nieprzerwanie dla mnie. Wtedy mogę rozłożyć się np. z szyciem, bo wiem, że nie będę musiała w połowie roboty odkładać wszystkiego bo trzeba psa przegonić.
A eMowi też dobrze zrobi jak dwa razy w tygodniu wyjdzie na świeże powietrze na dłużej niż 5minut. Usprawiedliwiam się.
I tak w niedzielę uszyłam sobie ptaszka.
O.

No pewnie, że lekko krzywo, nie zeszły mi się szwy jak trzeba, ale i tak strasznie mi się podoba. Wzorek kupiłam sobie na etsy.
Jeszcze sobie poćwiczę, uszyję następnego i następnego i (z niewielką pomocą koleżanki blogerki) nauczę się robić tak, by mi te szwy się schodziły.
Co ja z tego zrobię to inna sprawa.
Może zacznę szyć małe formy: podkładki, poduszki, torby na zakupy i będę bezczelnie sprzedawać? Albo rozdawać jako prezenty?
Skończyłam mój pierwszy sweter robiony od góry.
Zaraz go wypiorę, bo ostatnie dni leżał pod fotelem na podłodze, gdy nie dziergałam. A potem sfotografuję.
Sweter jest kombinowany, bo w połowie zorientowałam się, że na biuście jest za wąski i się nie zejdzie, a nie chciało mi się pruć, więc dołożyłam listwę.
Potem stwierdziłam, że dół mi się zawija, więc innym kolorem przedłużyłam ściągacz. Rękawy mi wyszły szerokie, bo nie mogłam się zdecydować czy zrzucać oczka czy nie…
Ale w sumie wygląda chyba nieźle. Zobaczymy po upraniu.
Dziergając oglądałam Ozark. O ile pierwszy sezon mi się nawet podobał to w kolejnym było już coraz gorzej… Teraz lecę 3 i z pewną ulgą zanotowałam, ze 4 będzie kończący.
Ogólnie rzecz biorąc – nudzą mnie te seriale. I wiele książek.
Strasznie mi trudno znaleźć coś co bym miała chęć zgłębiać.
Zaczynam podejrzewać, że może jestem przebodźcowana?
Może powinnam odstawić filmy fabularne i książki? Tylko co robić wtedy?
Może poczytać i pooglądać jakieś dokumentalne historie? A może skupić się na pisaniu tego, co zaczęłam?
…Póki co pooglądam zdjęcia.
Ooooo… Poprzednio wyciągnęłam aparat 6 stycznia, gdy zima jeszcze rządziła. Wtedy byliśmy na Stenbrott. A słońce już zachodziło.

Tosia strasznie nie chciała wsiadać do samochodu z powrotem.

A tu już „pozimie” ale jeszcze nie „przedwiośnie”

Tosia na odmianę czegoś się boi na pomoście. Może wiatr świszcze w szczelinach, może pomost drży… Kto to zgadnie, czemu sto razy weszła bez protestów a teraz nie.

9/2022


Pan od Jamnika to młody człowiek. Ma może ze trzydzieści lat, może nieco więcej… Jamnik jest równie młody, szorstkowłosy. Spotykamy się najczęściej na boisku szkolnym. Jamnik rozpoznaje Tosię z daleka, Pan odpina mu smycz i pozwala się przywitać. Do mnie macha ręką.
Sympatyczny człowiek, choć taki młody. Choć bez Jamnika to go raczej nie rozpoznam.
Jakoś na początku zimy, gdy spadł pierwszy śnieg zauważyłam, że Jamnik dziwnie jakoś idzie. Gdy podeszli bliżej okazało się, że Jamnik ma buty. Zdziwiłam się. Pan tłumaczył, że byli na polowaniu i bardzo sobie łapki poranił na ostrym, poprzymarzanym śniegu, więc teraz uczy go chodzenia w butach.
Już się chciałam nastroszyć i znielubić Pana od Jamnika. No bo jakże to… kumplować się z mordercą? Ale może to tylko jednorazowo…
– Polujesz?
– Tak.
– Nie jest ci smutno jak zabijasz? Dlaczego to robisz? – zapytałam.
– Poluję dla dobrego mięsa. Ale zobacz. Kiedy poluję – to strzelam i koniec. Zwierzę nie cierpi. Po wszystkim. Wcześniej miało dobre życie: było wolne. A teraz zobacz co z tymi wszystkimi świniami? Żyją w klatkach. Gdy przychodzi czas – pakuje się je na samochód, do jeszcze ciaśniejszych klatek. I wiezie wiele, wiele kilometrów. Wiele godzin. W upał. W mróz. Do ubojni. One wiedzą, że jadą umrzeć, ale nim to się stanie, muszą cierpieć przez wiele godzin… No to postanowiłem, że będę jadł tylko takie mięso, które sam upoluję.
Słuchałam go uważnie.
I myślę o tym co powiedział, do tej pory.
Gdyby wszyscy myśliwi mieli taką zasadę…
Gdyby NAPRAWDĘ jedli tylko to mięso, które sami lub do spółki z kimś upolowali… Te argumenty mnie przekonują.