Pan Optyk zgodził się na zwykłe szkła plusowe. Nie cieszę się. Boję się, że moje pojęcie szkieł zwykłych może nie być zgodne z panem optykiem. Ale dałam mu stare okulary do porównania i wytłumaczenia o co mi chodzi(ostatnie jakie mi zostały, których używam, mimo, że są strasznie porysowane bo je kiedyś upuściłam na ścieżkę wysypaną żwirem) . Nie wiem nawet kiedy te nowe będą… No nic… Odczekam dwa tygodnie i jak się nic nie zdarzy to pójdę zapytać.
A wczoraj minął rok odkąd mam prawo jazdy. Nadal mam głęboką satysfakcję, że dałam radę. Oraz radość, że jadę, że mogę pojechać dokąd chcę, nawet jeśli tego nie robię lub umieram przy tym ze strachu.
Tośka mi się strasznie upasła! Szelki są na nią za ciasne. Oj, chyba pańciu znowu poluzował zasady i podkarmia psa ludzkim jedzeniem, bo Grubaska pieseczek mimo żarcia karmy dietetycznej znowu przytył… A cwana się zrobiła… W kuchni stoi kubełek z żarciem, ale że jest za mały, a ja nie mam innego miejsca, to obok zawsze stoi worek z karmą. Bo Tosi na miesiąc potrzeba jakieś 12kg karmy. I piesek mój kochany nauczył się, że tatuś „będzie kaszę daać”. Czyli eM wchodzi do domu, pies szybko wyjada z michy ostatnie kulki, a potem leci do worka z karmą, trąca go nosem a potem do tatusia. „Mamusia jeść nie dała, tata, jeść! Patrz, miska pusta”. A pańcio jak to pańcio. Jak ja mówię: daj kubeczek to on daje kubeczek, ale taki z górką… na pół kubeczka. Bo piesek głodny, przecież. Umierający z głodu. Chyba trzeba nałożyć embargo na oboje. Basil natomist płacze. Płacze i płacze. Czegoś chce, ale kto wie czego?
Na głogu pod moim oknem posiaduje sroka od kilku dni. Może będzie srocze gniazdo? Lubię sroki.
Acha. Możliwe, że będę potrzebowała pomocy dla jednej młodej Ukrainki. Ale nie finansowej. Bardziej myślę, że praca, mieszkanie… Jakby co, to będę prosić. Zobaczcie, tak na zapas, czy macie jakieś możliwości – znacie kogoś kto mógłby dać jedno lub drugie…
Wczoraj był taki cudowny ciepły, prawie bezwietrzny dzień. Z błękitnym niebem. O 14 temperatura wynosiła całe 9stopni. Ach. Żyć się chce.
4 rosyjskie samoloty naruszyły wczoraj przestrzeń powietrzną Szwecji. Nie po raz pierwszy… Podobno dzieje się to mimowolnie. Opinie w internecie „zestrzelić, nikt więcej się nie pomyli”… A mnie aż świerzbią palce by odpisać „Jasne, i zostać bohaterem filmu „Jak rozpętałem TRZECIĄ wojnę światową”.
Za godzinę idę reklamować okulary. Potem muszę wyciągnąć Astrę, kupić jedzenie dietetyczne dla Tosi bo ma tyłek jak kanapa. I dla Basila od razu, ale to już zwykłe, choć temu na odmianę brzuszek zaczyna wisieć do kolanek.
Środę ogłosiłam dniem bez glutenu. Gluten jest podstawą mojej diety i ostatnio zauważyłam, że źle mi jak pojem buł, kluch… Zatem zobaczymy czy będzie lepiej jak ograniczę. Tylko, że… mój jadłospis staje się coraz krótszy. I coraz mniej przyjemny.
Na Rådagatan, w stałym miejscu, pod płotem zaniedbanego ogrodu przy równie zaniedbanym domu, kwitną pierwsze krokusy. Niedługo wyjdzie tam też błękitna cebulica. Ale nad rzeką jeszcze nic nie widać. Choć dziś w nocy pierwszy raz od dawna temperatura nie spadła poniżej zera. Może jednak, mimo wojny, wiosna przyjdzie?
Helena dzwoniła. Jej syn rozstaje się z żoną, dzieci zostają całkowicie przy nim, nie ma mowy o opiece naprzemiennej, tak zwykłej w Szwecji, bo kobieta nie będzie w stanie się nimi zaopiekować. Ma autyzm. Helena na początku była zdruzgotana. Teraz zaczyna myśleć, że dla jej syna to może być nawet lepiej. Bo odpadnie mu jedna osoba do utrzymania i opieki.
Muszę się spotkać z Gullsum. Nie widziałam jej od jesieni i poznałam jej malutkiego synka.
Mam więcej energii. Tak od około tygodnia. Zasypiam niemal natychmiast. Czasem się wybudzam w nocy i nie mogę zasnąć, wtedy pomaga audiobook Jasienicy o Piastach. Sorry, panie Jasienica. Ale bywają noce, że przesypiam całą bez problemu. Wstaję o 6, 6:30. Tak. Przetrwałam zimę. Znowu.
Ludzie sobie urządzają heheszki z Rosjan. Nie wiem na ile jest w tym próba nie poddawania się, a na ile lekceważenie przeciwnika.
Prezydent Ukrainy mi zaimponował. Prawdziwy heros. Gdy zginie (oby nie) cały świat będzie po nim płakał. Tylko jak to pomoże jego rodzinie?
Szwecja wyśle broń do Ukrainy. Czy to na pewno dobrze?
Ludzie uciekają z Ukrainy, inni ludzie ich przewożą własnymi samochodami, straż graniczna w Polsce przepuszcza wszystkich. Czy to na pewno dobrze? Czy nie powinno się jednak jakoś przynajmniej rejestrować kto wszedł? Kontrolować też, bo słyszałam, że pomysłowi muzułmanie już wykorzystują ten fakt. (Bardzo siebie nie lubię za te myśli)
Ludzie samoistnie organizują rozmaite zbiórki. Ale Ambasada Ukrainy na drzwiach miała kartkę, że nie przyjmują rzeczy używanych. Czy to w porządku? Czy nie?
Różnej maści znawcy zapewniają, że Putin się porwał z motyką na słońce i że jego koniec jest bliski. Na pewno? Przypominam, że w 39r Hitlerowi też to wróżono… i w 40, i w 41, i w 42, i w 43… Pięć lat spokojnego życia przeleci trzask-prask. Spróbuj przeżyć 5 dni w strachu, chowając się przed śmiercią w różnej postaci.
Szweda ruszyło sumienie. Przedstawicielowi firmy z którą pracował (firma z Ukrainy) zaproponował mieszkanie… u znajomego co wynajmuje domy. Młody człowiek, może trzydzieści parę lat, uciekał z rodziną żona + dzieci 5 i 10lat, ale skończyło im się paliwo gdzieś po drodze. Gdzie teraz jest? Uświadomiłam Szwedowi, że aby się tu dostać trzeba mieć za co. Chwilę później Stena Line i Polferries ogłosiły, że będą przewozić za darmo ludzi z paszportami ukraińskimi.
Wojna zdominowała wszystkie nasze myśli. Jest tak blisko, tuż tuż, za progiem. Mamy wyrzuty, gdy żyjemy normalnie. Chyba niepotrzebnie. Może właśnie tak trzeba: być dobrym dla siebie i dla innych. Przytulić bliskich, wziąć na kolana futrzaka. Kto wie jak długo to będzie trwało?
Jest taki dowcip. Jasio wraca ze szkoły i woła od progu: – Mamo, dostałem piątkę z matematyki! A matka wzrusza ramionami i mówi: – I co z tego? I tak masz raka.
Takie mam teraz odczucia we wszystkim. I tak jest wojna. Ale próbuję z całych sił nie poddawać się beznadziei. Wczoraj w ramach celebrowania życia i nadciągającej wiosny pojechaliśmy z Tośką na spacer nad Hörnborgasjön. Nie próbujcie przeczytać tej nazwy ani zapamiętać. Może potem wrzucę kilka zdjęć… Było wietrznie, ale w sumie nie aż tak zimno. Było słonecznie. Było… przestrzennie. Jezioro jeszcze pod lodem, więc życia tam za wiele nie było. Była para bernikli, łabędzi, trochę innych gęsi. Sporo latało nad głowami. Wszystko oczywiście w parach. No i było nad podziw dużo ludzi. Cały parking był zastawiony autami! Za miesiąc, jak zaczną się żurawie, tańce to się tam w weekend nie da szpilki wcisnąć. No nic, będę kombinować może w jakiś zwykły dzień.
Czeka dziś zadanie odstawienia czołgu volvo do warsztatu na 20minut, potem najrozsądniej będzie wstawić auto do garażu, bo niby gdzie mam zaparkować tę kolubrynę w ciągu dnia? V70 jest długie i szerokie. W dodatku nie ma czujników parkowania, czaicie? Ach. Ma też, ze względu na Tosię, przyciemniane szyby w bagażniku, w tym w tylnych drzwiach. Przywalę dupą przy cofaniu, na bank! Z racji tego w trzeciej nad ranem obudziła mnie dawno niewidziana znajoma: migrena.
Poza tym spierniczyli mi okulary. Jak zawsze: zaufałam „specjaliście”. Znalazłam salon gdzie zaoferowali mi dwie pary okularów w cenie jednej. Pan optyk był mało kontaktowy, w dodatku miał namordnik i mówił szybko, więc już na wstępie komunikacja nam zaszwankowała. Jak powiedziałam, że chcę drugą parę +/+ to powiedział, że takich się nie robi. Ke? Okej, dobra, nie będę się z nim kłócić, skoro nie robi to nie robi. W Polsce się robi, ale Szwedzi mają swoje. Nie chciałam się upierać, bo skoro mi mówi, że nie , to nie. Dodał przy tym, że byłyby niewygodne. On mi za to da takie super hiper dobre do pracy „terminal”. No dobra. Zdziwiło mnie, że nie dał mi szkieł do przymiarki. Wiecie, po badaniu to optyk zawsze zakłada takie niby okulary i weryfikuje czy to, co pokazują przyrządy sprawdzi się w życiu. Nie dał. No dobra, może teraz już tego nie robią? W kasie, dopełniając reszty formalności upewniłam się: – Ale to będą dobre szkła do pracy na komputerze i do czytania? Bo wiesz, ja naprawdę nie chcę mieć każdej pary okularów do czego innego… Tak, tak, „terminal” szkła są właśnie takie. Odczekałam dwa tygodnie, odebrałam moje okulary. Zapłaciłam całość.Oczywiście w salonie zmierzyłam, wszystko pasowało, podsunięta pod nos kartkę odczytałam bez problemu. Ale kiedy przyszłam do domu i chciałam pracować okazało się że nie jest tak fajnie. Progresywne -/+ są bez zarzutu. Natomiast te pracy… Ostro widzę tylko środek. To, co po bokach, jest rozmyte. Żeby zobaczyć wyraźnie, co mam na ekranie z boku muszę odwrócić głowę. To oko lewe. Ja mam zeza rozbieżnego na oku prawym, i od lat patrzę na świat głównie okiem lewym. Nigdy nie używam dwojga oczu, nie potrafię. Mój mózg ignoruje obraz z oka prawego, albo co… Nie umiem patrzeć przez lornetke, gdy się zmuszam, udaje mi się utrzymać to przez ułamek sekundy, a potem zaczyna boleć. Ale gdy zamknę oko lewe, obraz z prawego jest okej, choć nieco mniej wyraźny, a kolory są słabsze. W okularach – nie mogę znaleźć miejsca ostrości okiem prawym. W nowych. Bo w starych nie ma problemu. Poza tym obraz jest wygięty. Im wyżej tym mocniej. Krawędź monitora jest już wyraźnie w kształcie półkola. Ciekawe jak mam zdjęcia w takich szkłach obrabiać? No dobrze, może trzeba przywyknąć? Walczyłam dwa dni. I dwa dni wstawałam z bólem głowy. Wreszcie w sobotę rano, uświadomiłam sobie, że na ekranie laptopa, czyli dużo mniejszym niż ten, na którym pracuję, literki, które dotąd widziałam całkiem dobrze wyglądają jak maczek. Poszłam i zgłosiłam reklamację. Na nos wsadziłam stare, porysowane szkła. I ulga. Wizytę mam w środę… Tak mnie to zestresowało, że szłam prawie płacząc. No bo co? Zrobili mi jakieś dziwne okulary, w których źle widzę, wcisnęli mi je, a teraz mam udowadniać, że są złe i że mi nie pasują? JAK? Skoro sprzęt im powie, że okulary są prawidłowe, to jak mam im udowodnić, że nie są? Dlaczego zawsze mi się przytrafiają takie historie?
Zaczyna być jak w tej opowiastce o facecie co sobie kupił chatkę w górach. Niebezpiecznie zbliżam się do końcówki. Na pługi i odśnieżarki patrzę z nienawiścią. Chodnik, po zgarnięciu niemal całego śniegu, zamienia się w lodowisko. A sypanie żwirkiem w tym roku jest jakoś skąpe. A Tośka znowu ma swój lepszy czas co oznacza, że na spacerze dostaje amoku i koniecznie chce biegać. Ale za to ból w plecach już prawie minął. Wczoraj pierwszy od dawna dzień bez tabletki. Za to pod wieczór uświadomiłam sobie, że boli mnie staw… łokciowy. Oraz kciukowy. Oraz uszkodzona przed prawie ośmiu laty stopa. … No nic. Trzeba to przeżyć. Jakby nie było to luty się kończy, nadchodzi marzec, a to znaczy, że można już oczekiwać zakończenia epoki lodowej. W marcu, gdy zielone zaczyna wyłazić z ziemi, gdy widzę krokusy lub błękitną cebulicę nad rzeką, nabieram oddechu i nie mogę odgonić myśli „Przetrwałam”. Okazuje się, że nie tylko ja. Okazuje się, że zimowe zamieranie, przybieranie formy przetrwalnikowej ma nawet swoją nazwę. Zobaczcie tu: https://weekend.gazeta.pl/weekend/7,177344,28110369,co-roku-w-marcu-mam-te-mysl-udalo-mi-sie-przetrwac-kolejna.html Nie twierdzę, że mam TO. Twierdzę, że zima, jakakolwiek by nie była, jest dla mnie czasem gdy zamieram. Nie mam ochoty na nic, nie fotografuję, nie piszę, nie spotykam ludzi, aktywność ograniczam do minimum, wyjścia z domu też. Gdy jesienią opadają ostatnie liście, mam nieodparte wrażenie, że nadciąga co najmniej epoka lodowcowa. I nie pomaga racjonalizowanie, że to tylko trzy-cztery miesiące. Dla mnie listopad to zatrzaskujące się drzwi celi. Fakt, że odkąd ta małpa menopauza sobie poszła, jest jakby trochę lepiej, ale nadal – zima to czas zamierania.
Tymczasem Tośce coś się pozajączkowało i dyszy mi za plecami, że idziemy na spacer. DRUGI dzisiejszego poranka, a mamy dopiero godzinę 6:52.
Fizjo zlecił… abym się wyginała do tyłu około 8 razy dziennie. Wyginam. Póki co nie zauważyłam żadnego rezultatu poza tym, że przy wyginaniu plecy bolą w innym miejscu. Wróciłam do diklofenaku, bo bez niego się nie da…
Poniedziałek. Weeknd był do bani. Niby słonecznie, ale w nocy spadł śnieżek ten biały syf. I zamarzł. Potem, w dzień, w lutowym słońcu się lekko nadtopił. W nocy znowu zamarzł. eM znowu złapał jakąś infekcję. Kazałam leżeć w domu. W związku z tym spacer z Tośką był tylko na mojej głowie. Oraz zakupy, jedzenie i sto innych rzeczy. Wczoraj rano wyszłam z psem… a tu lodowisko. W jednej dłoni smycz, w drugiej worek ze śmieciami… A propos…. Ostatnio doszłam do wniosku, że mam miernik dorosłości. W szczególności: miernik dorosłości faceta. Otóż mężczyznę można uznać za dorosłego, gdy sam z siebie zauważy, że śmietnik należy opróżnić. Nic mnie chyba tak nie wkurwia wkurza jak widzę, że z wiadra na śmieci się wysypuje, a mój mąż zamiast wyciągnąć worek i postawić przy drzwiach, jeszcze tam dokłada… Wiecie, to chyba naprawdę przekracza jego możliwości intelektualne by stwierdzić, że to już, już trzeba ten worek wyjąć. Oczywiście, że mogę mu powiedzieć i mówię, „Wyjmij/wynieś” itd… I on to nawet robi bez gadania. Tylko, że… Irytuje mnie, że to ja mam powiedzieć. Jakby miał 12 lat a nie 56. Grrrr
Wracając do poranno-niedzielnego spaceru z Tosią. Zatem: wychodzę, plecy rwą, w jednej ręce smycz, w drugiej śmieci, a chodniku ślizgawka. Niedziela jest, to kto miał posypać? Cieć też ma niedzielę. Idę szurając nóżkami, już skręcam w stronę śmietnika, a tu zza rogu wyłania się sąsiadka ze swoim nie-do-pieskiem. Wiecie, takie małe, mniejsze niż najmniejszy kot, wrzaskliwe i rozhisteryzowane. Sąsiadka już mi podpadła kilka razy. Raz: gdy w czasie pożaru w sąsiednim bloku wjechała w uliczkę PRZED samochodem na sygnale, po czym się zatrzymała, bo musiała kogoś tam wypuścić. Oczywiście blokując przejazd dla straży/ambulansu. Dwa: wyłazi z tym swoim pieseczkiem na spacer. Przy czym najpierw spaceruje po trawniku pod domem, gdzie latem bawią się dzieci, sąsiedzi piją kawkę i gdzie jest zakaz wyprowadzania piesków. Piesek robi co musi, a ona dopiero wtedy idzie z nim na spacer. A co teraz zrobiła gwiazda? Widząc starszą sąsiadkę, z wielkim psem i śmieciami, więc ewidentnie zmierzającą w konkretnym kierunku? Przyspieszyła kroku! Jakby chciała, żeby się nam psy spotkały nos w nos. Niedopiesek dyszał, charczał i się dławił…. Zatrzymałam się, żeby idiotkę przeczekać. Tośka niby stała spokojnie, ale jednak smycz miałam naprężoną, a ta zwarta i gotowa do biegu. A paniusia …sobie nóżka za nóżką. Niedopiesek sobie węszył, a ona powolutku. Mało tego. Weszła na parking, wsiadła do samochodu, pieseczka kochanego zostawiła na zewnątrz. Uruchomiła auto, waląc spalinami wprost na swojego pupila, wysiadła… i poszła z pieskiem na trawnik. Zagotowała mnie tym do końca, miałam chęć puścić smycz i patrzeć jak i ona i jej niedopiesek umierają ze strachu. Ale tymczasem tkwiłam nadal na tym chodniku, bo parking leży po drodze do śmietnika. Ten sam, doskonały moment, wybrał sobie pan z małym, białym pudelkiem z sąsiedniej klatki. Wyszedł sobie beztrosko wprost na mnie i na Tośkę. Pudelek był w zasięgu nosa Tośki. Na widok 40kilogramowego potwora pudelek też zaczął charczeć i drzeć japę. Tośka agresywna nie jest, ale jak jej ktoś mocno pyskuje to bardzo chce podejść i się bliżej z odważnym zapoznać. Krzywdy nie robi, ale nastraszyć może. No więc teraz też zechciała się grzecznie zaprezentować oponentowi, ale przystąpiła do zadań nieco gwałtownie w efekcie czego poczułam, że po prostu …jadę! W ostatniej chwili zauważyłam barierkę przy schodku, wlazłam tam i się zaparłam brzuchem, co zastopowało Tośkę. Dostała opiernicz, ale dużo sobie z tego zrobiła. Pudelek się omal nie powiesił na smyczy. W tym samym czasie Paniusia Idiotka odjechała. Nie wiem co w tych ludzi z psami wczoraj wstąpiło, ale z uporem maniaka włazili nam w drogę. Jacyś niedzielni psiarze czy coś? Normalnie jest tak, że psiarz widząc innego psiarza z daleka, na wszelki wypadek skręca w boczną uliczkę. No, chyba, że: a. zna mnie i Tośkę, b. jest 100%pewny swego psa, że ten nie będzie zaczepiał, c. nie ma gdzie skręcić. W sytuacji b lub c , gdy widzę, że psiarz zmierza w naszą stronę to ja: a. skręcam w boczną uliczkę, b. zajmuję pozycję jak najdalej od toru psiarza, trzymam smycz krótko, dodatkowo odwracam uwagę Tośki cukierkiem lub choćby głaskaniem. Większość z nas, właścicieli psów usiłuje wychować swego pupila, ale rozumiemy, że natura czasem zwycięża, więc po co nam te awantury, szarpanki, jazgot czy coś? Unikamy kolizji. Po prostu.
Resztę dnia przesiedziałam w domu. Uszyłam kolejnego ptaszka, i dwa serduszka. A potem już tylko dziergałam skarpetkę i oglądałam „Kim jest Anna”. A teraz już poniedziałek. Za oknem przed chwilą lało. Teraz znowu sypie tym białym, fuj!
Na pociechę, przy poniedziałku, perełka. Znalazłam w czeluściach Youtuba teledysk Dire Straits, chyba najstarszy jaki jest. Z 1978roku! Mark młody, jeszcze z lokami, kolczykiem w uchu, roześmiany młodzieńczą radością. Ma tam tylko 29lat. Po lewej Marka – jego brat David. Też ewenement bo mało jest filmów, na których chłopaki są razem. W 1980 roku pokłócili się i David odszedł ze zespołu. Ale tu jeszcze są razem… i widać jak szukają się wzrokiem, jak się obaj cieszą z tego grania. Mimo, że David jest nieco w cieniu brata. To Mark robi show. Po prawej Marka jego przyjaciel: basista John Illsley. To co, kto chętny na spacer po londyńskim West Endzie w końcu lat 70tych?
Już był w ogródku, już się witał z gąską… Pod pretekstem bólu pleców udało mi się nakłonić syna, by odbył podróż za mnie. Pojechać było trzeba z kotem Helmerem do kociej kliniki, która jako jedyna w okolicy zajmuje się także zębami. Ale ta klinika aż 50km od nas… A Mel ma covid. Mama Mela- magsjuka (zimowa grypa żołądkowa- najstraszniejsza choroba na jaką chorowałam). Tata Mela nie może wyjść z pracy. A Misia na razie jeszcze nie ma prawa jazdy. Byłam z siebie cała zadowolona, Yankie pojechał około ósmej rano, a ja się skupiłam na wyłażeniu z zaległości. Aż tu około 10:30 Misia dzwoni, że oni wrócili, bo okazało się, że Helmiś nie będzie do odbioru wcześniej niż o 16. I że trzeba pojechać raz jeszcze. I Yankie chyba nie może bo musi się przespać, bo w nocy idzie do pracy. Ręce mi się trzęsły gdy nastawiałam w ostatniej chwili zupę kalafiorową. Trzęsły się gdy się ubierałam i gdy zamykałam drzwi. Przywitałam Astrę zwyczajowym: – Cześć malutka. A potem gdy wsiadłam i zamknęłam drzwi, i trzęsącą się ręką wkładałam kluczyk do stacyjki dodałam: – Zawieź mnie bezpiecznie. Rozumiecie: garaż jest wielostanowiskowy, łażą ludzie, nie będę gadać z samochodem, jeszcze ktoś pomyśli, że jestem psychiczna. A gdy uruchomiłam silnik odkryłam, że jestem 10minut spóźniona! Klinikę zamykają o 16! To znaczy do czasu pokazywanego przez googla dodałam zapas, i teraz przez swoje gapiostwo właśnie ten zapas straciłam! Pojechałam starając się spieszyć powoli. Odebrałam Misię i ruszyłyśmy w drogę. Ten pierwszy odcinek jest spoko: droga jest prosta jak strzelił, szeroka, na jednym pasie bez problemu jest miejsce na dwa auta. I tak przez 20km. Tak to naprawdę można jeździć. Miśka swoim zwyczajem gadała bez przerwy. Opowiadała o Hiszpanii, jedzeniu, ludziach jakich tam spotkali, o planach i marzeniach. I nagle się zorientowałam, że napięcie mi zniknęło, że jedzie mi się całkiem fajnie, wręcz odprężająco. Mimo, że droga się znacznie zwęziła, zaczęła być nie tylko dość kręta i pagórzasta (nie no, nie jak na Warmii, bo to jednak nadal Szwecja), no i pojawiło się więcej TIRów. Bałam się jak przejadę przez nieznane miasto, ale okazało się, że klinika leży przy centrum handlowym. Dwa razy 3/4ronda i byłam na miejscu. Była 15:45. Czyli dojechałam w takim czasie jak mówi googiel. Znaczy nie jestem taką ostatnią ofermą. I wtedy się okazało, że Misia nie wzięła kontenerka. Pocieszyłam ją, że na pewno mogą jej jakiś pożyczyć. No ale potem trzeba będzie go odwieźć. Znaczy trzeba znaleźć jakiś tani dyskont i kupić coś taniego. Rzut oka dookoła i okazało się, że możliwości wyboru mamy aż nadto. Poszłyśmy do Rusta, bo przy okazji można było nabyć jakiś kocyk. Wiadomo: kotek po narkozie może być ospały, może narobić pod siebie, a nawet jak nie to musi mieć miękko i przyjemnie. Kocyk był konieczny. Gdy już zgromadziłyśmy co trzeba, Misia poszła po kota, ja zostałam w samochodzie. Ułożyłam pasjansa, zaczęłam układać drugiego, a jej nie ma i nie ma. Widziałam przez szybę, że siedzi, że gada z kimś z personelu. Wreszcie zrobiło mi się zimno i zachciało siku. Poszłam i ja do środka. I jak się okazało: słusznie. Jakieś 40minut zajęło im ustalenie czy ubezpieczenie pokryje koszt zabiegu usunięcia trzech zębów u Helmera. Mruczałam: pospiesz się kobieto, nie chcę wracać po ciemku, tym bardziej że miejscami sypało śniegiem, a temperatura niebezpiecznie zbliżała się do zera. Pani dzwoniła do ubezpieczyciela, a tam… odesłali ją do Mela, żeby sprawdził w swojej polisie! Pytałam Misię – To co fundujemy pani weterynarz? Tylko kanapę czy wypasiony telewizor na pół ściany? Wreszcie się wyjaśniło, że niestety, ale polisa jaką ma Mel nie obejmuje zabiegów stomatologicznych… i prawie 11tysięcy koron pofrunęło do kieszeni weterynarza. (Oczywiście wiem, że nie do końca tak, że koszt medycyny, sprzętu, pielęgniarki itd) Helmer… kotku drogi… Z naciskiem na DROGI. Pokpiwałam, Miśka ze mną, ale co? Taka sytuacja. Płaczesz i płacisz. Muszę sprawdzić czy polisa Basila obejmuje leczenie zębów, a jak nie dokupić tę opcję, bo takie problemy jak miał Helmer dotykają podobno co trzeciego kota. Wreszcie ruszyłyśmy w drogę powrotną, która…minęła nie wiem kiedy. Mel wypuścił kotka z kontenera i dopiero wtedy zobaczyłam jak bardzo Helmer zmizerniał. On jest puchaty, więc po ciele tego nie widać póki nie weźmie się go na ręce, ale z mordki została tylko połowa. Aż mnie serce zabolało. Biedny kotek. W domu byłam przed godziną 19. A po otwarciu komputera dostałam link od Adama. https://portal.abczdrowie.pl/objawy-omikronu-bol-w-dolnej-czesci-plecow-dodany-do-listy-20-najczestszych-dolegliwosci?fbclid=IwAR0UNp0RdZ_QVtD8XKFYn0bkWZKe1JROGZXR8rH9N8r8k3j6ijv_6bs8500
Czyli co? Mam wciąż covid? Czy to jednak raczej powikłania? Dziś wizyta u fizjo… Ale ból zelżał i wczoraj po południu nie wzięłam tabletki.
W garażu poklepałam Astrę po masce, dolałam jej płynu do spryskiwaczy i powiedziałam – Dzięki malutka, dobry z ciebie samochodzik. Tylko nie pamiętam czy ją zamknęłam. Nigdy nie pamiętam.
Prosił mojego męża o kontakt do mnie, dla znajomego, to mu wysłałam SMSem. Oddzwonił. Że znajomy szuka księgowej. I co słychać. Głos miał zakatarzony, więc lekkomyślnie zapytałam czy choruje… I się zaczęło. No, że chorował trzy tygodnie, teraz mu katar został. Ciągnął mu się ten covid i ciągnął. No, ale on nie zaszczepiony, więc przynajmniej odporności nabył. A czy my mieliśmy? Mieliśmy, ale my szczepieni. Zawód w głosie. – Zaszczepieni? – Owszem, trzema dawkami – dodałam prowokacyjnie. – No wiesz… Po tobie się nie spodziewałem, że będziesz się szczepić! Wiesz, że te szczepionki wyłączają twoją odporność. – Oczywiście! – przytaknęłam i dodałam- A wiesz dlaczego muszą być co najmniej dwie? – Nie..? – Bo jedna zawiera login a druga hasło… – zwiesiłam głos czekając na reakcję, a tu nic. Więc dodałam dla pewności- No wiesz, do tego czipa… – Co ty powiesz?! – zdziwił się na poważnie. Potem jeszcze namawiał mnie na zainstalowanie jedynie słusznej aplikacji komunikacyjnej, takiej co to mnie nie szpieguje. – A niech se szpiegują – powiedziałam beztrosko – Powiedz, co może mi zaszkodzić to, że ktoś się dowie, że jestem księgową, a w czasie prywatnym lubię nitki i szmatki? No i co z tym zrobią? Wyślą mi reklamę kolejnego sklepu z takim towarem? Usiłował jeszcze mi opowiadać o możnych tego świata, coś o Zuckerbergu…ale powiedziałam, że ja naprawdę nie chcę wiedzieć na jakim świecie żyję, a poza tym, sorry, ale robota czeka. To ten sam facet, który twierdzi, że lepiej ode mnie zna się na podatkach, bo był na kursie u Berta Karlssona. Tak, tego co miał sto różnych biznesów, ale każdy mu padł.
Fizjoterapeuta dopiero w piątek. Ych. A potem jeszcze ileś dni ćwiczeń… Nim, być może, będzie lepiej. Problem ze mną jest taki, że ja nie mam tego zmysłu świadomości ułożenia ciała. Nie umiem też oddychać tak, jak np. każą na tych wszystkich filmikach do ćwiczeń. Pani od jogi mówi zrób to i to i jednocześnie wydech. Potem to i to i wdech. A u mnie zawsze wychodzi odwrotnie. W efekcie zaczynam oddychać jak dyszący pies i w zasadzie jeszcze mi tylko torebki papierowej brak. To dlatego nie znoszę wszystkich ćwiczeń, a już publicznych to wręcz nienawidzę. Bo zawsze jestem tą ostatnią, co załapie (o ile załapie) i nigdy nie trafiam w rytm. Jedyne co umiem to chodzenie z kijami, ale teraz nie ma na to opcji. Po kilku minutach chodzenia, szpila przeszywa kręgosłup, pośladek i udo…
Helena zadzwoniła. Miałam się z nią widzieć w piątek, ale nie miałam siły, ani głowy. Pogawędziłyśmy chwilę i tym i tamtym. Ona mnie lubi, bo jaj jej pokazuję, że można być taką bałaganiarą, takim demonem chaosu, że można nie sprzątać tygodniami i to wcale nie czyni z człowieka wyrzutka społecznego :D. Ja ją lubię za humor, który rozumiem. I za to, że jest taka porządna i poukładana.
Misia i Mel wrócili. Mel ma covid. A Mela kot, Helmer ma wizytę u dentysty. W Falkoping. Zgadnijcie kto z kotem pojedzie? (w pełnych gaciach)? Nie, nie można odłożyć, bo na wizyte czeka się długo, a Helmer musi być kontrolowany regularnie, bo było z nim już źle.
Księgowi szwedzcy z grupy facebookowej wypowiedzieli się w temacie niedosyłania dokumentów na czas: po prostu nie składaj raportu w ogóle, jeśli nie dostaniesz dokumentów w odpowiednim czasie. Przy czym odpowiedni czas to nie jest dzień przed terminem raportu lecz co najmniej 7 dni. Klient dostanie karę od Skatteverket, co go przestraszy i zaboli w kieszeni, następnym razem będzie pamiętał. A jak się obrazi i pójdzie… no trudno… szkoda zdrowia na szarpanie się z ludźmi nieodpowiedzialnymi (no, mnie na taki luksus nie stać, ale nie każdy musi to wiedziec, nie?) A ponieważ zadzwonił nowy, potencjalny klient i poprosił o cennik …to stworzyłam coś w rodzaju umowy wraz z cennikiem. I teraz każdy nowy klient będzie to dostawał na początku do podpisania. A tam jest właśnie zapis o terminowym składaniu dokumentów oraz konsekwencjach braku.
Moja znajoma kupuje dom w Hiszapnii i zamierza tam spędzać wszystkie zimy. Boszszsz… jak ja bym chciała…