36. Tydzień minął

Kotu coś się stało. Zew natury albo coś …

„Ciągle polował po swoim pokoju:
To pies, to zając – między stoły, stołki
Gonił, uciekał, wywracał koziołki,
Strzelał i trąbił, i krzyczał do znoju”

Tak to mniej więcej wygląda. Problem w tym, że robi to w nocy.
Tośka zdegustowana hałasami idzie na gabinetową kanapkę.
Ja się obok niej na tej kanapce nie zmieszczę, więc muszę zostać.
Zamykam drzwi od sypialni, a wtedy ta czarna cholera koteczek najukochańszy wali w nie łapami z całej siły.
Zabiję kiedyś…

Zuzu była we czwartek.
Usiadłyśmy razem na łóżku i grałyśmy w urządzanie pokoi.
Ludzie nie mają gustu! Bo wiecznie przegrywamy. Wygrywamy tylko wtedy gdy zostawię wolną rękę Zuzu. A wtedy ona robi wszystko białe, jasno szare, a na ścianach wiesza te debilne obrazki z wielkim napisem LOVE.
Ło matko przecież to nudaaaa
Ale sobie gramy bo wreszcie to coś, co możemy robić razem. Pranki na YT mnie nie kręcą, przyprawiają co najmniej o ból głowy, szycie nie kręci jej i tak ciągle.
A jak już Zuzu usiadła obok mnie na łóżku, to Tośka porzuciła jedzącego kolację pańcia i przyleciała pilnować mamusi. Wlazła na łóżko, stanęła nad nami, wcisnęła jedną łapę pomiędzy nasze nogi i zaczęła wciskać następną. Zuzu nie chciała się posunąć, bo babcia jest przecież jej. Im bardziej się Tośka między nas wciskała, tym bardziej Zuzu przyklejała się do mnie. A wtedy Tośka wciskała się jeszcze bardziej. Wreszcie Zuzu zrozumiała, że wystarczy przesunąć nogi. Tośka uwaliła się, łeb wielkości wiaderka położyła mi na brzuchu, sapnęła, fuknęła i znieruchomiała. A my z Zuzu dostałyśmy ataku śmiechu, bo znów nam się przypomniał tekst z Tallina o masce i świńskim ryju (załóż maskę na ryj ty świński ryju). Gra słów nas wtedy rozłożyła i rozkłada nadal. Rżałyśmy do bólu brzucha i policzkó przez dobre kilka minut aż zaciekawiony eM zajrzał, żeby zobaczyć dlaczego jest nam tak głupio radośnie.
Gdy się już wyśmiałyśmy stwierdziłyśmy, że idziemy do sklepu… ale Tośka miała inne zdanie. Co próbowałam się podnieść to przyciskała mnie łbem do podłoża. Jak próbowałam się spod niej wysunąć to przesuwała łeb natychmiast. A weź się wygrzeb spod bezwładnego, 40kilogramowego ciałka…
Zuzu dostała kolejnej głupawki.
A wieczorem, gdy już leżała w swoim łóżku ustaliłyśmy jak byłoby idealnie żyć.
– Dwa dni u taty, ale tylko z tatą.
– Bez dziewczynek, bez „brata”? Bez bonus mamy?
– Tylko z tatą. Tata jest fajny i jest cieplutki. A potem dwa dni z mamą.
– A co z Melem?
– Dwa dni z mamą i Melem… I trzy dni u babci.

Bo u babci to Zuzu może być maleńką dziewczynką. Babcia na rączki nie weźmie wprawdzie, ale na kolanka jak najbardziej.
Ale nim poszłyśmy spać szukałyśmy zorzy polarnej bo była możliwość, że będzie widoczna.
Nie była.
Trudno.
Rano odprowadziłyśmy ją z Tosią do mostu. Spotkała koleżanki ale na moście jeszcze nam pomachała.
Tosia lekko się zaparła łapami, obejrzała się kilka razy na most, ale cukierki skutecznie ją przekonały, gdzie lezy właściwy kierunek marszu. Ciekawe czy za cukierka dałaby się odciągnąć ode mnie.

Poza tym w pracy dni lecą jak głupie. No i klienci domagają się swoich deklaracji. I moja praca wygląda teraz jak praca tego zamachowca, co miał zastrzelić Putina i Maciarewicza polityka z odległości dwóch metrów. I spudłował. I policja go pyta „ale jakim cudem?!”
– Weź traf, jak ciągle cię ktoś szarpie za rękaw i krzyczy „I Ziobrę też, i Ziobrę też”.
To u mnie właśnie tak: weź pracuj jak ciągle ktoś dzwoni „a kiedy mi pani zrobi, a kiedy”…chyba przestanę odbierać telefony.
Poza tym jest zimno. Pioruńsko zimno! W nocy ciągle -5, a za miastem podobno nawet -10 bywa!
W dzień świeci słońce, wiatru nie ma…a skądś ciągnie lodowatym powietrzem.
Jutro w nocy lecę do Gdańska składać wniosek na dowód, we wtorek wracam . Miałam lecieć w krótkiej kurtce i wiosennych butach, ale chyba jednak zostanę przy zimowej odzieży.
Jeszcze dziś jedziemy popatrzeć na żurawie.

…Czy ktoś mógłby wyłączyć to zimno? Liście krokusów wylazły nad rzeką i stop. Nie kwitną, bo za zimno.

35.

Temu co wymyślił zmianę czasu życzę
* żeby cię pokręciło
* żeby ci jaja urwało
* żeby ci urwało wszystko co trzeba a głowę przede wszystkim
* żeby psy sikały na twój grób
* żebyś zdechł pod płotem
…i wiele innych sympatycznych rzeczy.

Nie umiem zasnąć o właściwej porze, budzę się w nocy, nie mogę zasnąć ponownie, zasypiam po godzinie dwóch, wstaję kiedy na zegarze jest prawie ósma, bo wg MOJEGO zegara to jest właściwa pora by wstać.
Przyzwyczaję mój organizm do nowego systemu…jakoś tak we wrześniu. A październiku znowu ten sadystyczny pomysł zbierze swoje żniwo.
Żeby mi jeszcze ktoś przedstawił wiarygodny argument PO CO się to robi…

34. O-o!

Od poniedziałku siedziałam przy biurku po 10 lub więcej godzin.
A w nocy budził mnie najpierw zwykły ból głowy, następnej nocy silniejszy, potem był najpierw ból głowy, a kilka godzin później migrena, która jednak przeszła po sumatripanie. Wczoraj w nocy najpierw ból głowy, który nie przeszedł po zwyczajowym ibuprofenie, a dwie godziny później migrena.
Nie pytajcie mnie czym się to różni, bo umiem rozpoznać tylko gdy to czuję.
W skrócie: jak boli głowa, to boli tylko głowa.
Jak migrena – to boli cały człowiek. I to potworne uczucie jakby mi ktoś wyssał powietrze i wyciągnął kabel zasilający.
Cały dzień drzemałam, robiłam tylko to czego absolutnie nie mogłam nie zrobić.
Wieczorem, po kanapce z ogórkiem korniszonem i cebulą (ledwie się oparłam pokusie by tej kanapki nie posmarować musztardą i chrzanem jednocześnie i jeszcze cytryną) zrobiło PYK. I przeszło.
Miałam odebrać Misię i Mela z dworca bo wracali z Pragi, ale uciekł im autobus w miejscu przesiadki i czekali na kolejny za dwie godziny.
Wyciągnęłam Astrę z garażu i postawiłam pod domem.
Wyciągnęłam wcześniej… wstyd się przyznać. Boję się wchodzić do garażu w nocy. Od razu przypominają mi się wszystkie horrory.
Zatem wyciągnęłam auto z garażu z założeniem, że całą noc postoi pod domem.
Misię i Mela zabrali z przystanku jacyś sympatyczni państwo. Pani jechała razem z nimi pociągiem i miała psa. Misia, jak to ona, psiara straszna, zagadała panią na dworcu przesiadkowym. Że piękny pies. Od słowa do słowa, okazało się że pani też z Mieściny, i że się boi w nocy czekać i że mąż już po nią jedzie. A gdy mąż przyjechał to zaoferowali miejsce w samochodzie moim dzieciom i nawet odwieźli ich pod dom. Jacy mili ludzie!
Tym sposobem Astra bez sensu spędziła noc na podwórku.
Zaraz idę zobaczyć czy nic się jej nie stało.
Spać kładłam się z obawą jakie też atrakcje zgotuje mi moja głowa, ale wstałam jak szczygiełek.
Acha! Praca po 10 i więcej godzin nie dla mnie. Zwyczajnie: potrzebowałam odpoczynku.

A tymczasem zagadał mnie Koleżanek Adaś. Że mu się paszport skończył, nie zauważył, a planował wyjazd, ale sądził „spoko,ogarnę temat do lipca daleko” . A tu zonk!
Kolejki na policji do paszportów są długie. Bo tutaj paszport się robi na policji. Zwykle człek sobie rezerwował czas kiedy mu pasowało, za dzień czy dwa i po tygodniu miał paszport.
Tknęło mnie i wyciągnęłam swój paszport.
A tam, że ważność się kończy w maju 2022.
To za rok, prawda? Uffff… Zaraz 22? 22…rok? K.wa! 22 rok! To znaczy że za dwa miesiące!
A ja miałam na Roztocze w sierpniu!
Poleciałam na stronę policji… a tam najbliższy wolny termin 29 listopada!
Polskie dokumenty nieważne już od dwóch czy trzech lat… No, od pandemii. To żadne zaskoczenie, wiedziałam. Ale nie byłam, więc nie było jak… Kto by tam do Sztokholmu jechał…
A teraz do Polskiej ambasady po paszport też kolejki…
No to może dowód?
Zatem zadanie na podziałek: sprawdzić czego mi trzeba by zrobić dowód osobisty? I czy mogę to zrobić w dowolnym urzędzie czy muszę jechać na Warmię? I czy da się to zrobić z marszu czy też kolejki?
Znajomości w Urzędach Miejskich pilnie poszukiwane 😀

Adaś mi pogratulował, że jestem taka ogarnięta jak on.
Jesteśmy mentalnymi bliźniakami. Stwierdzam po raz kolejny.
Tylko on skubany chyba inteligentniejszy ode mnie… Albo mniej leniwy…
Dobra, idę zobaczyć czy moja Gwiazda ma się dobrze.

33. taka rozmowa

– NATO musi wejść – ona
– Masz syna, ile ma lat? -ja
– 19… Jakby co to go tu zabierzemy
– Jak będzie wojna NATO-Rosja to mężczyźni od 18 roku będą podlegać mobilizacji i nikt go nie wypuści z Polski
– Ale on nie jest żołnierzem

Jak łatwo wysyła się na wojnę cudze dzieci…

32. Mao casu, krucabomba

Tuż przed weekendem zrobiłam listę deklaracji podatkowych, które muszę przygotować… i zaniemówiłam.
Po prostu odłożyłam listę. I poszłam zajmować się urodzinami Mela, a potem Zuzu, która przyszła do mnie już w sobotę w południe.
Wczoraj byłam tak spanikowana, że gdy rano siadłam przy biurku to dwie godziny nie mogłam ustalić co mam robić…
Potem stwierdziłam, że w takim razie dokończę to, co zaczęłam… I dzień się skończył o 18:30 a ja nadal w lesie.

No nic.
Nie ma co panikować, trza odgruzowywać intensywnie, jednocześnie popychając wózeczek codzienności.
Zaczynam myśleć, że ja może nie potrzebuję już więcej klientów, a raczej powinnam się skupić na „uszczelnianiu” czasu. Czyli liczyć czas poświęcony na sprawy klientów bardziej skrupulatnie.
A tymczasem dziś przybywa nowy klient i już się domyślam, że to będzie trudny klient.

Zuzu była u mnie i w sobotę i w niedzielę.
W sobotę było słonecznie i ciepło. Pojechaliśmy sprawdzić czy są już żurawie. Ale w Broddetorp więcej było ludzi niż ptactwa, a żurawia ani jednego. Za to było całe stado łysek, które widziałam pierwszy raz.
Były też gęgawy. I łabędzie i krzyżówki.
Ale zaliczyliśmy spokojny spacerek, w ciepłym wiosennym powietrzu i pełnym słoneczku.
W niedzielę robiłyśmy z Zuzu pierogi z mięsem a la kołduny. Zuza zjadła je z bekonem. Bo barszcz jej do gustu nie przypadł.
A potem wyszłyśmy na przchadzkę po mieście.
Niestety słońce już było nisko i zrobiło się chłodno. U nas jak zawsze: wszędzie dookoła już łagodne, wiosenne powietrze, a u nas znad wielkiej wody ciągnie ostrym chłodem.
Na Torget stała scena i głośniki, bo miasto fetowało nasze drużyny bandy: żeńską i męską, które wygrały jakieś złoto.
A my byłyśmy tak w temacie, że nawet nie do końca wiedziałyśmy czy to bandy czy hokej, oraz która to drużyna wygrała, bo jest ich kilka.
Stojąc chwilę (w rozentuzjazmowanym tłumie) pozazdrościłam ludziom umiejętności zaangażowania się w takie sprawy, dzięki czemu może czują jakąś większą wspólnotę z innymi, jakąś przynależność do jakiejś grupy?
Ja nie potrafię. Próbowałam, ale sporty nudzą mnie aż do zwichnięcia szczęki. I kompletnie nie podzielam entuzjazmu. Zresztą to samo w kwestii wszelkich innych lokalnych działań. Jestem aspołeczna do bólu.

Poniżej kilka zdjęć. Niektóre autorstwa Zuzu.

foto: Zuzu
foto: Zuzu
foto: Zuzu
foto: Zuzu
foto: Zuzu
foto: Zuzu

31. Piątek znowu

Nawet nie wiem kiedy ten tydzień przeleciał.
Za oknem szaro, wilgotno i powiewa. Nad rzeką zielone wyłazi już wszędzie, a niektóre maleństwa mają już biało-niebieskie kwiatki.
Ostatnie dni były szare. I suche. Już zaczęto straszyć zagrożeniem pożarowym. Na szczęście dziś lekko popaduje albo mży.
Tylko, że powiewa przy tym, a Tosia nie lubi jak jest wilgotno i wieje. Znowu na spacerze odstawia cyrki. Stanie i stoi w jednym miejscu. Zagapia na panią z kijami. Albo czarnego pana, całego na czarno na czarnym rowerze.
Na szczęście znowu działa tekst „To ja idę, papa”. Dziś nawet nie musiałam kłaść smyczy na ziemi.
Nie no, nie zrobiłabym tego w środku miasta. Co innego na ogrodzonym boisku, albo przynajmniej w parku, gdzie do jezdni jest wystarczająco daleko. Na szczęście Tosia o tym nie wie…
Zmusiłam Yankiego wczoraj i pojechaliśmy umyć mój nasz samochód.
Zrzędził i jęczał. Bo zimno, bo pizga… Bo można było tydzień temu…
Bo myliśmy na myjce ręcznej. Czas był najwyższy bo zaczynałam się wstydzić nią jeździć.
Dziś jest czysta… albo była, bo Yankie w nocy pojechał nią do pracy, więc po kilku godzinach na podwórku już nie będzie taka lśniąca.
Wojna nadal się toczy, a ja się nadal odcinam. To znaczy: chętnie czytam o tym jak kto pomaga, jak komu można pomóc, ale nie chcę wiedzieć detalicznie co i gdzie znowu zbombardowano.
I tylko zadaję sobie pytanie: po co te pajace z rządu PL pojechali zawracać dupę Ukraińcom? Wybory idą? Pokazać się chcieli?
Czy może w swym zadufaniu uznali, że sama ich obecność obok Żelenskiego na zdjęciach przestraszy Putina? Oni są tak oderwani od rzeczywistości, że wcale się nie zdziwiłabym gdyby tak właśnie myśleli.

A poza tym doszłam do wniosku, po raz kolejny, że moje pokolenia ma przej… no, przechlapane mamy.
Na całej linii.
Urodziliśmy się pomiędzy rokiem 1960 a 1970.
W czasach gierkowskich chodziliśmy do szkoły i nie za bardzo mieliśmy okazję posmakować dobrobytu.
Jak zaczęliśmy dorastać to były smutne lata osiemdziesiąte. Puste półki i kompletne zamknięcie.
W latach dziewięćdziesiątych weszliśmy w dorosłość. I lipa. Bo kształcono nas do pracy w Polsce socjalistycznej, a pracować nam przyszło w Polsce raczkującego kapitalizmu. Znowu nie bardzo mogliśmy liczyć na jakiś dobrobyt, za to byliśmy chętnie przez starszych i bardziej wyćwiczonych w cwaniactwie w przedsiębiorczości, wykorzystywani do pracy niemal niewolniczej. Ręka w górę kto w latach dziewięćdziesiątych pracował tylko 40godzin w tygodniu i zarabiał tyle, że mu na czynsz oraz chlebek z masełkiem wystarczało?
No właśnie…
A teraz, gdy już jesteśmy mądrzejsi, mamy wiedzę, doświadczenie, moglibyśmy już te kokosy zbijać, nie?
No nie. Bo wciąż mamy w głowach „nie umiem, nie dam rady, nie moja dziedzina przecież”.
I okazuje się, że robotę biorą młodzi, młodsi często niż nasze dzieci. Oni się cenią, oni za psi grosz robić nie będą… a że się nie znają? No to znajdą takiego seniora, co się zna, zapłacą mu za to, że odwali za nich robotę. I nawet jak im samym zostanie z tego mniej niż połowa to i tak… Lepiej mieć 1/4 cukierka bez kiwania palcem niż się narobić za całego. Nie?
Myślałam, że takie sytuacje to rzadkość. Ale nie. Moje koleżanka mi opowiada.
Facet otworzył biuro rachunkowe. Wprawdzie studia w kierunku rachunkowości skończył, ale praktycznej wiedzy za grosz. Nabrał firm a potem zatrudnił moją koleżankę. Jeszcze bym zrozumiała, że okej, pracuje razem z nią, dzięki czemu się uczy. Ale nie. On nie ma i raczej nie chce mieć bladego pojęcia.
A kilka dni temu zgłosiła się do mnie taka jedna pani. Bardzo wykształcona.
Pani pracuje dla firmy polskiej wykonującej zlecenia na terenie Szwecji.
No i jest potrzeba, żeby zrobić raporty w szwedzkiego urzędu skarbowego. Ale pani nie wie jak.
Poprosiła mnie o pomoc.
Ja też nie wiedziałam jak, ale obiecałam że się dowiem.
Dowiedziałam się. Zrobiłam.
Na koniec trzeba było wypełnić jeszcze jeden blankiet zbiorczy, czyli zsumować sumę z innych i ją wpisać. Pani nie potrafiła nawet tego.
Opad rąk.
Zrobiłam. Wystawiłam fakturę.
Ale myślę sobie smętnie: gdybym stanęła w zawody z młodą to pewnie bym przegrała. Bo bym uczciwie powiedziała, że nie, nigdy tego nie robiłam, ale nauczę się…
Ale, znając mnie, nie stanęłabym przecież. Bo to nie moja działka, nie potrafię przecież.
Czarno widzę przyszłość.

30. Ale jednak: wiosna, panie sierżancie

Umówiliśmy się z Misią, Zuzu i Melem i pojechali na Läckö. Na grilla/ognisko.
Było słonecznie, choć dość rześko. Od wody pizgało zimnem ciągnęło przyjemną bryzą. Ale przy ogniu było miło. Choć biednemu to dym zawsze w oczy.
Z tej okazji zjadłam nawet trzy małe frankfuterki z ognia. Oraz pół kiełbasy. Oraz przypaloną bagietkę czosnkową, z serem.
Troszkę fotografowałam. Ale summa summarum wszystko sprowadziło się do szamania mięcha… Taki urok grillowania.
Na koniec naraziłam się mojej córce i podlizałam wnuczce. Bo…
No bo to było tak: Zuza narzekała, że jej zimno, więc w ramach rozgrzewki poszłyśmy do toalety przy parkingu. W niejakim oddaleniu od wody bryza przestała być odczuwalna, natomiast na plan pierwszy wysunęła się moc marcowego słońca. Mówiąc po krótko: było bardzo ciepło. Usiadłyśmy więc z Zuzu na ławeczce przy kibelku i delektowały ciszą i ciepłem. Po chwili zarządziłam powrót.
Zuzu jęknęła, że ona już chce do domu. Ja też chciałam. Powiedziałam jej, że za chwilę będziemy się zbierać. Na co Zuzu:
– Nie, bo oni zaraz będą „a chodźcie się jeszcze przejdziemy” – zmieniła głos i jakbym moją córkę usłyszała.
Oni to mama i Mel.
– Nie, no co ty, nie idziemy nigdzie, jedziemy zaraz do domu.
– To ty ich nie znasz! – postraszyła mnie.
– Trochę znam… I wiem, że jakbyś ironicznie rzuciła tekstem „a może jeszcze na piechotę na Läckö?” to oni: mama, dziadek i Mel natychmiast by odpowiedzieli radośnie: dobra, tylko buty włożę.
(Nadmieniam, że do w/w miejscowości z domu jest jakieś 23km).
– No właśnie!- przytaknęła mi Zuzia – Zobaczysz..!
Wróciłyśmy.
A tam propozycja… nawet nie. INFORMACJA: pakujemy wszystko i idziemy się przejść.
Zuzu tylko na mnie spojrzała i zrobiła minę.
– Zwariowaliście? Ja tam nigdzie nie idę. Mało wam natury?
Dziecko moje osobiste patrzyło na mnie z naganą. Partner mojego dziecka raczej bez nagany, a z naciskiem. To znaczy usiłował wywrzeć presję moralną. Mąż usiłował mi wmawiać, że chodzi o dobra Tosi.
– To wy sobie idźcie z Tosią, a my posiedzimy z Zuzu na słoneczku koło kibelka.
Tosia miała w odwłoku, bo zajęta była szukaniem czy da się jeszcze jakąś kiełbasę zwędzić, ale znając ją wiedziałam, że jej zdanie jest jedno: tam spacer, gdzie mamusia. EM też wiedział, że jak ja zostanę, to Tosia po 10 metrach zamieni się w kamień i co jej zrobisz? Tym samym miał bardzo dobry argument.
Byłam twarda.
Prawdę mówiąc to mi się nie chciało, bo już wokół ogniska narobiłam jakieś 10tys kroków i marzyłam tylko o tym by usiąść i podeprzeć plecy. Które znowu bolą. A raczej nie plecy, tylko prawy bok, wokół biodra. Stale, od tygodnia.

Oni poszli, a my z Zuzu usiadłyśmy na ławeczce, w promieniach słońca. Tosia oczywiście z nami. Zuzu z westchnieniem ulgi zdjęła buty.
A eM mi potem powiedział, że dobrze, że nie poszłam, bo Młodzi narzucili tempo…
Wiedziaaaaałam…

A Tosia wczoraj skończyła 7 lat.

Zamek Läckö. A na wodzie jeszcze resztka lodu.

Misia steruje dronem.

Misia na cypelku, grzeje się na słońcu.
W lesie jeszcze zielone nie wyłazi, królują zeszłoroczne, wyblakłe wrzosy
…i paprocie

A po powrocie do domu wszystko wrzuciłam do prania bo przesiąkło dymem.

29.piątek

Dwa obrazki z wojny.

Na jednym idący samotnie chłopiec w kolorowej kurtce, z małą reklamówką w ręce. Chłopiec ma 11 lat, podały media. Idzie sam, zupełnie sam. Płacząc. Gdzie jego bliscy? Na filmie widać jak wokół niego idą inni ludzie. Chłopcem nikt się nie interesuje.

Na drugim przepiękny, wielki i puchaty berneńczyk na poboczu drogi.
Sam. Gdzie jego rodzina, bo jakąś miał, a sądząc po pięknym futrze – to była dobra rodzina.

Te dwa obrazki złamały mi serce. I były tą kroplą…

Już nie mogę. Słuchać, czytać, oglądać.
Nie chcę wiedzieć. Nie daję rady.
Tyle nieszczęścia. I nic nie pomaga, że Polacy tacy dobrzy. Że Szwedzi dobrzy. Że dziennikarz z mojego miejscowego „plociucha” pojechał na granicę koło Przemyśla z darami.
Po prostu boli tak, że …

Znowu uciekam w swój świat.
Piątek startuje z cenami paliwa: olej 26,10. Benzyna 22.
Bo wczoraj trochę spadło. We środę olej kosztował 28,22.

A jeszcze pół roku temu eM patrzył i mówił ze zgrozą:
– Przekroczy 15!
Teraz prawie 30 …i notujemy to tylko z bezradnością.
EM znowu jeździ do pracy rowerem.

Po słonecznych dniach, pełnych łagodnego bezwietrznego ciepła, przyszły mgły. Przez dwa dni miasto spowite było malowniczym woalem. Piękne to było, nawet przemknęła mi myśl by wyjść z Nikonem, ale było tak przenikliwie zimno, że poczekałam spokojnie, aż mi ta chęć przejdzie.
Wczoraj niebo znów zbłękitniało, ale było zamazane na biało. Po południu, gdy wyprowadziłam Tosię, oczyściło się i wyszło słoneczko. Jak ono grzeje!
Noce są wciąż mroźne. Niby nie tak wiele, ale ziemia wciąż zmarznięta. Mimo to: nad rzeką, wokół drzew z ziemi wyłazi zielone. Będzie cebulica wreszcie. I krokusy.

Odebrałam moje nowe, poprawione okulary. No i widzę normalnie. Uff.
Jest dobrze. Zatem niemal nic się nie zmieniło, tyle, że szkła mam nie porysowane. W drugich, tych do chodzenia, dodatkowo nic się odkleja, więc nie ma ryzyka, że np. w trakcie jazdy odpadnie mi szkło, czego najbardziej się bałam.

Tosia mi wyleniała jesienią… I nadal nie odzyskuje pięknej sierści. Ogon ma cienki, a na grzbiecie matowe, przyklapnięte futro.
Nie pomaga olej dolewany do karmy.
Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: znowu trzeba do weterynarza.
Dodatkowo martwi mnie to, że znów jest osowiała. Bo znów jedzie na karmie dietetycznej tylko. Ale kobieta w przychodni, gdy kupowałam karmę, wmawiała mi, że nie, że to nie od tego.
No przecież widzę!
Rozważam zmianę przychodni. Odkąd nie ma tam Katariny, której ufałam, coraz mniej podoba mi się opieka.
Ale rozsądkowo biorąc tam jest cała Tosina historia. Przenosić się do innej lecznicy to znaczy opowiadać od początku o wszystkim.

Obejrzałam na Netflixie „Moje wspaniałe życie”. Całkiem dobry. Tylko jak zawsze: dlaczego ten Woronowicz jest wszędzie? Naprawdę w Polsce nie ma innych aktorów? W dodatku on zawsze gra ten sam scenariusz: wrażliwy, seksualnie napalony ale lekki sukinsyn.
Reszta bardzo dobra.

Zaczęłam wczoraj oglądać „Bo we mnie jest seks”, ale coś mi nie leży.
Na początek to, że wszyscy mówią, że Kalina ma charyzmę, że przykuwa widzów do ekranów, a na żywo jest zawsze w centrum uwagi.
Film tego nie pokazuje. Gdyby to nie padło jako kwestia mówiona: nikt by tego nie wiedział.
Scenariusz wygląda kiepsko. Jak zlepek luźno powiązanych scen. W dodatku: nie wiadomo kto jest kim, bo dla scenarzysty jest oczywiste, że się domyślimy, że mały grubasek kreowany przez Szyca to Kutz…
Nie wiem… Tyle jest teraz nauczycieli pisania. Czy ktoś mógłby nauczyć Polaków zasad tworzenia scenariuszy? Serial o Osieckiej to taki gniot, że nie da się tego oglądać. Teraz ten o Kalinie… Tak zmarnować takie piękne historie.

Przeczytałam Anny Kańtoch „Łaska”. A wcześniej „Kobieta w białym kimonie” Any Johns. Ta ostatnia była bardzo dobra.
Teraz czytam „Milczenie matki” Kelly Rimmer i… dobrze się to czyta, owszem, ale książka jest jak jej pretensjonalny tytuł. Pretenduje do poważnej literatury, ale. Bohaterowie są wyraźnie, zbyt wyraźnie, podzieleni na tych złych i tych dobrych. Przez co są po prostu papierowi. A sama książka jest zbiorem scen-klisz z różnych innych książek o przemocowym mężu i zaślepionej miłością do niego, głupiej i podłej teściowej. Na Lubimy czytać ta książka ma ocenę 7,6!
Ale dobrze się to czyta, trzeba przyznać, doskonale odrywa głowę od tego, na co nie mamy wpływu.

Ostatnio nie szyję. Ale pierwsza pasiasta skarpetka dla Misi jest na ukończeniu.
Oraz dużo pracuję.

A co u was?

28. Dziś zabiorę cię na Ålleberg

Ålleberg to najwyższa góra stołowa w Zachodniej Gotlandii. Jej najwyższy punkt wznosi się 335m nad poziomem morza.
Góra leży nieopodal Falköping, w regionie Fallbygden.
W 1827r, w osuwisku, znaleziono tu złoty naszyjnik z okresu pomiędzy 375 a 550 r n e. Nie wiadomo do kogo ów naszyjnik należał, lecz jest to jedno z najwspanialszych znalezisk tego typu w Szwecji. Naszyjnik waży około 600g i jest bardzo bogato zdobiony: znajduje się na nim 105 rozmaitych figur ze złota.
W latach trzydziestych ubiegłego wieku zaczęło się tu rozwijać szybownictwo. Jest tu muzeum szybownictwa, oraz pas lądowań dla szybowców. Obecnie górę wykorzystują także lotniarze i paralotniarze.
Ålleberg jest także obecna w wielu lokalnych legendach. Jedna z nich mówi o śpiącym w tajemniczej, kamiennej komnacie, rycerzu w pełnej zbroi. Rycerz ma się przebudzić, gdy Falköping znajdzie się w niebezpieczeństwie.
Na większości powierzchni góry znajdują się pastwiska dla krów. Są tu trzy szlaki wędrówkowe, oraz kilka miejsc widokowych skąd można oglądać rozciągający wokół góry region Fallbygden.

Kolejne miejsce z cyklu „musimy tam wrócić wiosną/latem/jesienią”.

Niedaleko jest aeroklub, więc nad górą panuje dość duży ruch. Kolega tego samolotu pomachał nam skrzydłami, ale nie zdążyłam go złapać.

A Tosia jak zawsze: ale jak to „już do domu?!”

27. twarz wojny

Wczoraj wojna w Ukrainie przybrała dla mnie konkretną twarz.
Usłyszałam o Gali i jej osiemnastoletniej córce Verze.
Gala odstawiła córkę na granicę z Polską. I wróciła do siebie.
Uczy się strzelać, bo kobiety ukraińskie właśnie obowiązkowo przechodzą takie szkolenia. Uczą się rozbierać i składać broń oraz z niej korzystać. Czy będą umiały strzelić do człowieka to już inna rzecz.
Dostałam zdjęcia Gali strzelającej z broni długiej i krótkiej.
Dostałam zdjęcie pustych półek sklepowych. I jeśli mówię „pustych” to to dokładnie mam na myśli. Puste, to znaczy, że nie ma nich KOMPLETNIE NICZEGO.
Dostałam zdjęcie syneczka Gali. Bo Gala pięcioletniego chłopca nie dała rady odesłać. Dlaczego? Nie rozumiem, dlaczego zostawiła go koło siebie, ale nie oceniam. Nie wolno nam tych ludzi i ich decyzji oceniać. Wierzą, że tak jest lepiej i musimy to uszanować.
Vera dotarła do Warszawy kilka dni temu. Zatrzymała się w mieszkaniu z jakimiś innymi, młodymi dziewczynami. Póki co dziewczyny są w szoku, nie bardzo wiedzą co ze sobą robić. Podobno nie sypiają prawie w ogóle.
Rodzinie udało się otworzyć na Very nazwisko konto w banku w Polsce. I w razie czego można ją wesprzeć jakąś kwotą.
Dostałam zdjęcia Very z zakończenia roku szkolnego. Piękna roześmiana młodzież… Nie wiem co bardziej rozdziera serce.
Kobieta z bronia? Mały, roześmiany chłopiec w czapce z Minionkami i trzymający go za rękę mężczyzna w mundurze, a za nimi pusta ulica?
Czy piękna dziewczyna, w sukience haftowanej haftem ludowym, pomiędzy dwoma chłopakami w haftowanych koszulach.
Nie publikuję żadnego zdjęcia, choć na początku chciałam. Ale ponieważ Ukraińcy mają zakaz publikowania fotografii, więc i ja się wstrzymam. Nie mogą publikować, żeby nie pokazywać Rosji jak i gdzie wygląda sytuacja. Dlatego też nie powiem gdzie przebywa Gala. Tyle, że tam (jeszcze) jest w miarę spokojnie.

O nic nie proszę. Nie o to chodzi.


Zaczęłam się bać.