Stojąc nad grobem mojej siostry czułam przejmujący, ogromny żal.
14 lat. A ja się nadal nie pogodziłam.
A potem patrzyłam na siostrzenicę i w jej oczach widziałam moją siostrę.
I wciąż myślałam : Baśka pękałaby z dumy.
Misia mówi „zazdroszczę ci tego spotkania”.
Chciałabym tu przyjechać z moimi dziećmi. I z wnuczką.
Chciałabym zobaczyć wnuki mojej siostry i moją – razem.
Chciałabym zobaczyć nasze dzieci razem.
26. W Białowieży
Toruń był pierwszym przystanekiem. Nasz hotel „budget” leżał nie całe 10 min od starówki. Starówka piękna! Ale wszystko niestety już było pozamykane i nie kupiłam pierniczka. Ale dom Mikołaja K. znaleźliśmy.
Nazajutrz w drogę do Mińska Mazowieckiego.
Pierwsze popołudnie spędziliśmy na cmentarzu w rodzinnej wsi mamy Waldka. Szukaliśmy grobów jego bliskich. W. znalazł je dopiero nazajutrz, sam. Ja zostałam w hotelu razem z Dorką i pracowałam.
Nie zrobiłam zdjecia ze szczytu cmentarza i żałuję, bo to był piękny widok. Taki… filmowy.
Przedwczoraj dotarliśmy do Białowieży. Ale najpierw był postój w Hajnówce i obiad. Waldek jadł soljankę a ja kartacze. O matko jaakie były pyszne!! Soljanka mi słabo przypadła do gustu, ale może to kwestia przyzwyczajenia. Ciasto marcinek tak samo.
Wciąż obiecuję sobie kupić sękacza.
Na czas pobytu w Białowieży dałam sobie dyspensę na wszystko.
Wczoraj przez prawie 4 godz wędrowaliśmy po rezerwacie ścisłym. Naszym przewodnikiem był Andrzej. Jakie niesamowite rzeczy opowiadał..! Od teraz już bedę zupełnie inaczej patrzyła na las.
Po wędrówce zaszliśmy do kanjpy na jedzenie. Waldek wziął jakąś dziczyznę, nie chciałaam próbować. Ja – zgadnijcie co- …Kartacze znowu. Bo 7 szt ruskich to cokolwiek za mało,
Pan, który dostarczył mi jedzenie postraszył: kto nie zjada wszystkiego idzie na zmywak.
Phi… Dwa kartacze..? Co to dla mnie..? Potrzymaj mi kwas chlebowy…
Nie wiem jak oni to zrobili, ale w połowie drugiego miałam uczucie, że pęknę…
Wladek zjadł mięsko ;).
Gdy wychodziliśmy, stęknęłam z przejedzenia, a pani kelnerka tylko się życzliwie uśmiechnęła.
Doszliśmy do „domu”. Była 17:30. Padłam na łożko… i tyle mnie widzieli.
O 5:30 stwierdziłam, że dość tego spania.
Ale teraz jeszcze bym drzemnęła.
Dziś ma być ciepło – wczoraj było chłodno, pochmurno i naawet leciutko siąąpiło – ideaalna pogoda do lasu.
Pójdziemy ogląądać dworzec towarowy, drezyny i nie wiem co jeszcze. Może skoczymy do Hajnówki na obiad. A pod wieczór do Teremisek na żubry na wolności.
Jutro wyjazd. Kierunek Mazury, okolice Kruklanek.
Odpoczywam. Choć każdego dnia pracuję odrobinę.
25.
I znowu Kołobrzeg.
W mieszkaniu gorąco, na zewnątrz dość chłodno, więc bilans cieplny się raczej wyrównuje.
Oczywiście wczoraj migrena przez cały dzień.
Zmęczenie, odwodnienie oraz stres (nawet jeśli pozytywny) – trzeba odpracować koszty własne podróży.
Ale nad morzem było pięknie!
Nad ranem wstałam. W strzelającym od kamienia czajniku zagotowaałam wodę i wypiłam pełny kubek. Potem przestawiłam i włączyłam wiatrak, żeby mnie chłodził. Potem wypiłam kawę i łyknęłam paracetamol.
Będę żyć. No!
Dlaczego ja tego wiatraka nie postawiłam wieczorem? Aaa… No tak…
Wiatrak by zazgrzytał, może bym o coś stuknęła, zrobiłby się hałas, mój współspacz by się obudził i był zły na mnie… E tam, zniosę jaakoś…
Taki mam mechanizm.
I dopiero po roku uświadamiam sobie, że ten współspacz otwierając oczy od razu się do mnie uśmiecha.
Jeśli macie przy sobie kogoś, kto się do was uśmiecha od razu po przebudzeniu – doceńcie. Nawet nie wiecie jaakie macie szczęście.
Pamiętam jak Misia uśmiechała się do mnie ledwie otworzyła oczy. Misia miała taki specjalny uśmiech, do dziś ma, zarezerwowany dla najbliższych. Zawsze od tego uśmiechu rozpływa mi się serce.
A teraz ten tutaj…
24.
Moja mama mawiała, że pan Bóg jak chce kogoś ukarać to mu rozum odbiera.
No to mnie wczoraj ukarał: zeżarłam 4 deseczki (chlebek Vasa) żytnie z miodem i twarogiem + 2 kromki chleba zwykłego z tym samym.
Wieczorem zasnęłam, bo padnięta byłam jak koń po westernie, ale o 2:15 obudził mnie kamień w żołądku… Tośka dyszała, zatkał mi się nos, a gazeciarz napieprzał drzwiami i Tośka uznała, że musi go obszczekać (uuu, będą kwasy i liścik od sąsiadki?)
W sumie to nie wina gazeciarza, że drzwi piwniczne oraz te od wejścia na klatkę są cieżkie, na sprężynie i nie da się ich zamknąć cicho.
No ale się wybudziłam.
Cukru nie sprawdzam na wszelki wypadek.
Ostatnie dni jechałam na kapuście, pieczonym kurczaku i czekoladzie.
Co za sadysta wymyślił, żeby deklaracje roczne składać do końca kwietnia a 12 dni później raporty z pierwszego kwartału?
I co z tego, że proszę wszystkich o wysyłanie dokumentów co miesiąc jak kończy się tak, że i tak najwięcej pracy zostaje na ostatnie dwa tygodnie.
Jednemu gościowi odesłałam wyciąg z banku z zaznaczonymi pozycjami, które mam, bo więcej nie było … Uzupełniał na trzy raty, a na koniec i tak jeszcze dzwoniłam, bo nie było wszystkich wpłat opisanych.
A i Tosia uznała, że czas przed 12 maja to doskonały czas na stresowanie matki i znowu było dreptanie i dyszenie. Tym razem trzy dni z rzędu, więc musiałam znaleźć czas na veta. Oraz kasę.
W badaniu manualnym nic nie wyszło, no – jeden węzeł chłonny lekko powiększony. W krwi jeden czynnik (ALP czy takie coś) wywalony w kosmos, reszta okej. Umówiłam się, że za dwa tygodnie sprawdzimy ponownie, a jak nadal będzie kosmos to czeka panienkę prześwietlenie.
Moja karta bankowa już się poci.
Posiadanie psa to przede wszystkim koszty, zwłaszcza jak się ma takiego chorowitka. Choć Tosia, jak na Berna, to i tak ma mało problemów.
Ale było kilka dni trudnych, bo spała głównie i prawie nie jadła.
Ale wczoraj PYK i pożarła michę żarcia i żebrała o wszystko co jadłam. Oraz szczekała i psociła… Czyli odżyła. Znaczy: coś jej było, ale przeszło.
A ja około 10-12 raportów zrobiłam z sufitu. Bo nie było opcji, żeby zrobić jak trzeba. Trochę z mojej winy, trochę z winy spóźnialskich, trochę po prostu różne okoliczności.
Autoryzowany rewizor się wczoraj odezwał, bo w jednej spółce mają obowiązek takowego posiadać. Miesiąc temu wysłałam wszystko: licencję do programu, integrację z ich systemem oraz pliki z cyfrowym zapisem księgowości. Czyli 3 różne, żądane przez nich, sposoby dostępu do księgowości. Nadmieniam, że za dodatkową licencję oraz integrację musiałam dopłacić, niby nie jest to jakoś wiele, ale te 500 wolałabym dać np. Zuzi …
Dostęp do programu był na miesiąc i właśnie się skończył. Integracja jest na czas nieograniczony, ale kosztuje mnie 250kr co miesiąc, więc chciałam po badaniu bilansu to zamknąć. A ten mi pisze: „czy mogłabyś wysłać raz jeszcze, bo koleżanka mi przesłała, ale plik jest pusty, a ja się właśnie do tego zabieram”. I tak. Napisał to wczoraj z rana. DWUNASTEGO! Bo przecież 12 to każdy już jest wyrobiony, nie?
A ja teraz zapłacę za kolejny miesiąc. Noż…
Oni biorą dwu-trzykrotność mojej stawki godzinowej to dla nich 500kr nie ma znaczenia. A dla mnie to pół paczki Tosinej karmy.
A żeby było jeszcze fajniej to oni zawsze mają pytania i żądania dosłania dokumentów, uzupełnień. Ciekawe jak im to zrobię jak dwa dni najbliższe mam zapełnione po uszy, a w piątek wyjeżdżam.
Nienawidzę badania bilansu i biegłych… Książęta psia mać – rzuć wszystko i rób. Nie masz czasu? O, sorry, ale wiesz, musisz…
No ale wracam do żywych. Rzuciłam okiem na zaprzyjaźnione blogi, nie nadrobiłam wszystkiego, bo jeszcze nie mam kiedy.
Teatru, chciałam napisać komcia, ale na googlu mi zawsze wycina jakieś numery i nigdy nie wiem czy nie zamieszcza bo nie, czy nie zamieszcza bo czeka na moderację i nie mam cierpliwości. Chyba ci zacznę maile posyłać, zamiast komentarzy 😀
23.
Maj.
19 szt deklaracji rocznych do zrobienia. Termin mam wydłużony, bo do 15 czerwca, ale chciałabym wszystko zrobić w ten weekend.
Raz, że chcę jechać na urlop z czystą głową (w miarę).
Dwa, że chcę uniknąć marudzenia klientów „kiedy, no kiedy” …
Gorzej bo kwartalnych, które mają termin na 12 maja, mam 38szt. Kilka największych firm już prawie zrobiłam – czekam na resztę od klientów. Ale nadal mam dwie duże i bardzo problematyczne firmy …
A majówka zapowiada się upalna.
Czereśnia pod moim balkonem obsypała się wreszcie kwiatami. Wygląda przepięknie, obiecuję sobie zrobić jej wieczorem zdjęcie.
W ogóle świat się wystroił na to robotnicze święto. Zimno, poranne przymrozki hamowały wszystko. Aż przyszedł jeden dzień naprawdę ciepły i wszystko się rozszalało. I pachnie! (No chyba, że rolnicy rozleją gnojówkę to wtedy nie).
Miałam badania.
Dziwne jakieś wyniki.
Np. zmalałam o 3cm! Wtf?
Przytyłam 1kg (to jest możliwe niestety)
Ale ciśnienie to całkiem od czapy: 148/84 puls 54…
Odkąd jestem pod opieką przychodni migrenowej to ciśnienie mam prawidłowe lub nieco za niskie.
Podobno jest coś takiego co się nazywa „stres białego fartucha”. Ale aż tak?!
Gorzej bo hemoglobina glikowana jest przekroczona o 2 punkty.
I tego nie rozumiem: skoro poranne wartości oraz popołudniowe mam w normie wg mojej pielęgniarki, to dlaczego to rośnie?
Odzwyczajam się od ulubionych potraw – naleśniki, babka ziemniaczana, pierogi… Kiedyś jadłam taki zestaw co tydzień. Teraz może raz w miesiącu.
Ych… gdybyż te strączki można było przyrządzać szybciej… A one wymagają czasu i planowania, w czym nie jestem najlepsza.
22?
Dostałam od Pana W to się podzielę, bo przednie!
(Jakom cudem tego nie znałam?!)
A poniżej tekst
Tekst to wiersz Mariana Załuckiego (1920-1979)
„Czupiradło”
Żyło sobie stadło składne,
Stadło dobre, zgodne stadło:
Ciemny Typek z Czupiradłem,
Z Ciemnym Typkiem – Czupiradło…
Miłość ich złączyła nagła,
Miłość ich złączyła szybka:
Typ był w typie Czupiradła –
Czupiradło w typie Typka.
Dnia pewnego coś napadło –
Coś napadło Czupiradło,
Więc na Typka jak nie huknie:
„Typku, spraw mi wreszcie suknię,
Taką, żeby Buba zbladła,
Żeby Dziuba z krzesła spadła,
Żeby Dziunię febra nagła…
I z zazdrości żeby Lala
Pojechała do szpitala!…”
Na te słowa Czupiradła
Typek zaklął: „Tam do diabła!”
Potem z domku się wyśliznął,
Gdzieś coś grejfnął, świsnął, gwizdnął,
Gdzieś podpylił sumkę krągłą;
Tutaj nabrał – tam naciągnął,
Wreszcie rzucił forsy huk
Czupiradłu do jej nóg.
Stąd to dzisiaj z Czupiradła –
Stąd to dzisiaj mamy z niej
Czupiradło wystrojone
Tak wytworne, że aż hej…
A więc proszę – suknia z kloszem,
Klosz w pepitkę, karczek w groszek,
I turniura, i gipiura,
Wcięty środek, luźna góra,
Środek w kropki, góra w kwiatki,
Karczek z rypsu, ryps w zakładki,
I baskinka z krepdeszynki,
Krynolinka wokół szynki,
Aksamitka wokół główki,
Niżej główki lekkie bufki,
W bufkach szlufki, szlufki w kratę,
Wstawki w kwiaty, kwiat z krepsatę,
Przodzik w dżety, dżety z tafty,
Tafta w cętki, cętki w hafty,
Hafty w kółko, kółko w ściegi,
Ściegi w dekolt, dekolt w piegi,
Nad dekoltem pysk okrągły,
Czółko w pryszcze, nosek w wągry,
A pod noskiem buzia w ciup,
Kto ją ujrzy – trrrup!
21.
Taki zapierdol, że nie ma kiedy załadować.
Ciśnienie rośnie, koniec rozliczeń coraz bliżej, a ja już nawet nie liczę co mi zostało, byle tylko zrobić.
Źle zaplanowałam urlop. Powinnam była miesiąc później: od 15 czerwca, wtedy nie leciałabym na złamanie karku. Jak zwykle w planowaniu nie wzięłam pod uwagę czynnika ludzkiego…
Wczoraj nawarczałam na klienta, bo nie potrafił podpisać przelewu elektronicznie…
Na dźwięk telefonu reaguję „co znowu..?”
Nawet pianie mojego kogutka (czyli wiadomość od Waldka) potrafi mnie zirytować.
Zaczynam źle spać… A spać mogłabym w sumie na okrągło. Przestałam czytać!
Krótko mówiąc: stres.
20.
W miniony weekend wyznaczyłam marszrutę naszej majowej wielkiej wyprawy na wschód czyli zabukowałam noclegi. Dwie noce spędzimy na Mazurach, we wsi gdzie mieszkała moja siostra i gdzie mieszka moja siostrzenica. Zobaczymy się oczywiście. Będzie ciekawie: nie widziałam jej chyba z 10lat. (Nie umiem w relacje rodzinne).
Z początku miałam dziwny opór przed tym wyjazdem ale teraz, gdy pooglądałam miejscówki zaczynam się ekscytować.
Ale to dopiero za miesiąc…
Teraz praca, praca, jeszcze więcej pracy. Ych. Taki czas.
Dwa tygodnie szukałam rozwiązania problemu z programem, którego używam. Wbrew pozorom nie jest to takie proste by przenieść się na inną platformę. Przede wszystkim wymaga to ogromu czasu bo każdy rok w każdej firmie trzeba przenieść pojedynczo. Do tego przenoszą się tylko dane podstawowe czyli księgowość. Nie przenoszą się rozliczenia z klientami i dostawcami. Czyli na własną rękę muszę wymyślić sposób jak zachować a potem uzupełniać kto jest ile winny mojemu klientowi a także komu oraz ile winny jest on. Inna zagwozdka to załączniki czyli faktury i paragony w pdf/jpg. One też się nie przenoszą. Więc w razie kontroli mam tylko zapisy księgowe… a to za mało…
Kolejna rzecz: co z tymi co mają licencję na fakturowanie lub inne funkcje? Kiedy ich przenieść i kto do czasu przenosin pokryje ich dodatkowe koszty?
… Nie będę zanudzać kolejnymi problemami, ale nie jest proste.
Porobiłam rozeznanie na rynku, sprawdziłam co jest, jakie jest i za ile jest…
Teraz wydawałam rocznie od 6000 do 12 000 na program. W tych innych cena zaczyna się od 12 000 albo wyżej. A programy nie są całościowe, nie ma w nich albo wynagrodzeń, albo sprawozdań finansowych … No i niektóre z nich też mają opłatę za każdego klienta…
Myślałam z niechęcią, że przyjdzie mi przenieść się na najbardziej popularną platformę, której ja bardzo nie lubię…
Ale po głowie snuło mi się pytanie: a co jak za kilka miesięcy oni też podniosą swoje ceny, wprowadzą jakieś rewolucje?
Jest to realna perspektywa, bo jakiś rok temu taki sam manewr wykonał dostawca innego, równie popularnego systemy. Ludzie masowo ich opuszczali i przechodzili do „mojego” dostawcy. Ale wcześniej wielu z nich zadało pytania wprost „czy planujecie znaczącą podwyżkę cen? Czy planujecie dodać opłaty za klienta?” I nawet na piśmie dostali odpowiedź, że nie, nic z tych rzeczy. A teraz mówią „to nie jest podwyżka, to nie jest to, na co wygląda, to jest zmiana organizacji” i sama nie wiem jak jeszcze.
Więc co, jeśli się przeniosę, skomplikuję sobie pracę na wiele miesięcy, zgubię przy tym ileś tam ważnych informacji…a za rok znowu stanę przed podobnym dylematem?
Zatem: nic nie zmieniam. Chciałoby się trzasnąć drzwiami, pokazać palec… ale realia są, jakie są.
Koszty zmian pójdę niestety na klientów. Głównie na nich.
Ci, którzy się na to nie zgodzą – będą musieli znaleźć sobie inną opcję, ale bezpłatnych programów na rynku nie ma za wiele… Nie wiem co zrobią moi najmniejsi klienci, ci którzy zarabiają niewiele.
Matko kochana. Na myśl o tym, że muszę przeprowadzić kilkadziesiąt rozmów o podobnej treści jestem przerażona. I to teraz, już…
A tymczasem wiosna, ale zimno jest koszmarnie. Jak nie wieje zimnym, lodowatym powietrzem, to na odmianę są przymrozki. Wciąż noszę zimową kurtkę i czapkę, szczególnie rano.
Nie mogę się doczekać kiedy powietrze wreszcie się ogrzeje…
19.
Straszą brakiem paliwa lotniczego. Kurczę blade… Pewnie za chwilę się unormuje, bo kapitalizm musi zarabiać i podnosić wyniki, ale na razie wygląda nie fajnie.
Inna rzecz, że ten obecny kapitalizm jest tak żarłoczny, że to musi pizgnąć, bo ile można doić klientów żeby windować zyski. W końcu przecież osiągniemy górny pułap i co wtedy? Rewolucja?
Od przedświąt na facebookowych grupach księgowych szum w sprawie podnoszenia ceny przez dostawcę wiodącego programu księgowego. Tłumaczenia dostawcy bywają kuriozalne. „Idziemy w stronę nowoczesnej księgowości, gdzie liczy się tu i teraz, natychmiastowa informacja musi być dostarczana klientowi” itp pierdolety. Dlatego zmuszają klientów biur rachunkowych do wykupienia do zapłacenia za dostęp do programu. Bo nowoczesny klient MUSI w każdej sekundzie wiedzieć co się dzieje w jego firmie. Ale dlaczego w takim razie tę dodatkową opłatę ma płacić też klient który już ma własną licencję na cały pakiet? Przecież on już ma wgląd w to wszystko!
W pierwszych chwilach pomyślałam: o co ten ten szum, o te głupie 200kr miesięcznie… A potem policzyłam. Opłata ma być od ilości pozycji księgowych. Teraz podają interwał od 49 do 199kr miesięcznie. Netto.
No policzmy: 49kr *12 miesięcy= 588kr rocznie. (49 to przy braku pozycji księgowych, przy firmie nieaktywnej). Nadal nie jakieś krocie, prawda? Ale jak się to pomnoży przez ilość klientów… Mam na liście jakichś 20klientów, którzy już zakończyli działalność. To wychodzi prawie 12 tysięcy rocznie, które obciążą mnie.
Za to jak przyjmiemy, że moi aktywni klienci w ilości 50szt zapłacą po 200kr miesięcznie to wychodzi 120 000kr. NETTO. Z Vatem to 150 000.
Wczoraj zaczęłam aktywnie szukać alternatywy, odbyłam spotkanie online w sprawie jednego programu, co było kompletną stratą czasu, bo spotkanie polegało na tym, że chłpczyś niewiele starszy od mojej wnuczki zachwalał mi jaki to doskonały jest ich program, oraz przystępny cenowo. A na koniec prosta matematyka pokazała, że tańszy to ten program nie będzie.
Zaczynam być zniechęcona.
Rząd ustawia nas – księgowych – przed policją. Nakazują nam donosić na klientów pod groźbą odpowiedzialności karnej, obowiązuje nas znajomość zasad przeciwdziałania praniu brudnych pieniędzy. Mamy podążać za wszystkimi RODO, Kustomer Knowledge itp. Musimy śledzić zmiany w przepisach podatkowych, płacowych, związkowych i wszystkich innych, a teraz jeszcze na naszej pracy będą korzystać inni. My budujemy relacje z klientami, ponosimy całkowite ryzyko – a dostawcy programu mogą w każdej chwili podnosić ceny, dzwonić do naszych klientów i reklamowac im swoje programy „proste jak naciśnięcie guzika” i namawiać by rezygnowali z naszych usług.
Wyjściem byłoby posiadanie programu instalowanego na własnym komputerze… Tylko, że takich programów w zasadzie już nie ma na rynku.Został chyba tylko jeden, ale dostawca ma cenę zaporową i bardzo mocno zniechęca do zakupu…
Ot, takie frustrację niemłodej księgowej na rubieży…
18. Dave
Dave szaleje. Zdewastował drzewa, zerwał prąd, usadził ludzi w domach. A miałam ambitny plan żeby na świąteczny obiad u Heleny pójść pieszo.
Na obiad pieczony kurczak i szwedzkie zapiekane ziemniaczki, które uwielbiam. Na deser były truskawki z bitą śmietaną. Helena też ma cukrzycę.
Główną atrakcją spotkania był Basil. Nadal nie zabrałam go do domu, bo szkoda mi i jego i Heleny, której szklą się oczy gdy go zabieram.
A jemu jest u niej naprawdę dobrze. Nie ma Tosi, której on się trochę boi, i jest księciem na włościach. Jest głaskany i hołubiony na wszelkie możliwe sposoby. Zaakceptował nawet Petera – Heleny partnera. A Peter jego.
Pan W spędził niedzielę tak, jak lubi czyli w towarzystwie całej swojej rodziny, która jest dość hermetyczna. Właściwie nie mają za wiele kontaktów pozarodzinnych. Ja – z moją garstką przyjaciół -wychodzę przy W na osobę hiper towarzyską. W ma kontakt z wdową po bracie, z bratankami, z ojcem byłej żony. I to nie są sporadyczne kontakty, ale systematyczne spotkania, rozmowy przez telefon czy choćby smsy.
Nie znam tego. No tak – z dziećmi jestem blisko, ale to tyle. I troszkę mnie martwi, może nawet boli, że W chcąc spędzić święta ze mną, straci święta z rodziną. Z drugiej strony – on kompletnie nie rozumie mojej potrzeby spotykania się z moimi przyjaciółmi, którzy dla mnie są właśnie czymś w rodzaju namiastki rodziny.
Takie rozkminy miałam wczoraj wieczorem…