Maj się rozmaił. Wszystko kwitnie, ba! magnolie zdążyły poprzekwitać nawet, a ja nie miałam czasu się tym nacieszyć.
Zaiwaniam jak jak mały samochodzik, ledwie wyrabiając na zakrętach.
W tym szaleństwie poleciałam do/z Polski. Byłam jedną noc i prawie cały dzień.
Matko, jak w Polsce jest dużo zieleni! Wszędzie! Na każdym kroku jest drzewko, zagajniczek, dzika łąka, skwerek. Polska tonie w zieleni! Wciąż, na szczęście, i pomimo patodeweloperki. Wiele urzędów ma na swojej posesji jakieś trawniki, które z braku kasy koszone są rzadko. To jest naprawdę szczęście.
W Szwecji trwa coraz większa betonoza z asfaltozą. Ubezpieczalnie nakazują pozbyć się zieleni z bezpośredniej bliskości z budynkami, bo trawnik przy ścianie, albo drzewo, generują wilgoć. A wilgoć szkodliwa jest, nie?
A Szwedzi zamiast się odgórnie rozprawić z ubezpieczycielami, pokornie się poddają. Wszystkim rządzi kasa, która steruje politykami, niestety. Wybieramy ich, że niby są naszymi reprezentantami, a guzik. Oni wszyscy grają pod dyktando tych, co mają kasę.
Ponadto odkryłam, że w Polsce ludzie zaczęli być milsi. A panie urzędniczki to nawet bywają serdeczne! Ludzie się jakby częściej do siebie uśmiechają.
Misia, która teraz mieszka w Krakowie, mówi to samo.
Ale prócz pozytywów odkryłam też inflację po polsku. Kupiłam żakiet, który wg moich obliczeń miał kosztować jakieś 250koron. Ale po wybraniu gotówki z bankomatu (małe sklepiki unikają płatności kartą jak ognia) okazało się, że nie dość że bankomat zastosował bandycki przelicznik, to jeszcze wziął 20PLN prowizji za wybranie z konta 150PLN. Oczom nie wierzyłam 150PLN=491SEK!
Ponad 3 korony za 1 złoty? Tyle nie było nigdy, nawet 14lat temu.
Potem w centrum handlowym poszłam na pierogi. Cena zwaliła z nóg: 27PLN za 10szt. A pani w dodatku odmówiła przyjęcia zapłaty kartą i odesłała mnie do bankomatu.
Nauczona doświadczeniem stwierdziłam, że w takim razie to ja podziękuję raczej za pierogi. I zaczęłam odchodzić. No to wtedy pani zawołała, że no dobra, szef powiedział, żeby spróbować z kartą, ale czytnik się wiesza i …
Dziwne, że w Polsce wszędzie się czytniki wieszają.
Z drugiej strony, przy tym Nowym Wale ludzie jakoś muszą wyjść na swoje, więc nie ma dziwne.
Z trzeciej: sami wybrali, nadal popierają, to mają.
Z czwartej: i nareszcie znowu można być na bakier z władzą, czyli komuna wróciła. Nareszcie!
Połaziłam po Wrzeszczu, szukałam jakiejś przytulnej kawiarni gdzie można wypić normalną kawę i zjeść normalnego ptysia. Ale nie. Kawiarnie są tylko w centrach handlowych. Głośnych strasznie.
Blikle w Bałtyckiej okazał się tańszy od Starbucksa. Tarta cytrynowa była dobra, choć słodka okrutnie.
Chciałam nawet iść do kina, bo czasu miałam sporo, ale nic ciekawego w repertuarze nie było.
W efekcie pojechałam na lotnisko jakieś 4 godziny przed odlotem, a że miałam ciekawą książkę, to czas zleciał nie wiem kiedy.
Tradycyjnie ostatnie 30minut lotu walczyłam z zatykającymi się uszami i zawrotami głowy. Goteborg ma jakieś specyficzne ułożenie, że zawsze źle się czuję, a samolot ląduje jak na kartoflisku.
Lotów mam po kokardkę na najbliższych parę miesięcy. Dowód odebrałam, bilet na prom na sierpień kupiony.
Teraz gonię z raportami VAT do 12 maja, czyli do jutra. Już niewiele mi zostało. Potem będzie nieco spokojniej, ale muszę zrobić zamknięcia roku w dwóch firmach. Boję się tego, bo właściciele firm mi w tym nie pomogą, bo są słabo ogarnięci.
Zuzanka była u mnie kilka dni, teraz jest u taty, a od poniedziałku znowu będzie u mnie.
Kotki i pieski mają się dobrze.
Tosia sypia przytulona do mojego boku. Basil uparcie układa się na mnie.
Na podwórku pachnie. I deszcz wczoraj popadał.
46. w oczekiwaniu na babkę ziemniaczaną
mam te 30 minut nim mi się jedzenie zrobi, to skrobnę, bo mnie Salmiakowa wywołała …
Nie ma mnie, bo pracuję. Jak nie pracuję – to też mnie nie ma, bo śpię, albo jestem tak zmęczona, że nie potrafię nawet rozmawiać.
Ogólnie ostatnie dni to galopka i stres. Jutro ostatni dzień składania deklaracji rocznych, ale nie, nie nie, nie będzie oddechu. Bo do 12 trzeba poskładać deklaracje VAT, na dodatek także u tych co wybrali rozliczenia kwartalne.
A we czwartek, po południu lecę do Polski po odbiór dowodu osobistego. W piątek wieczorem wracam. Będę miała raptem pół dnia, ale może choć jakieś pierogi zjem, choć tyle mojego?
Ogólnie jestem zmęczona. A z tyłu głowy wciąż mam panikę w kwestii kredytu na samochód. Bo co ja zrobię jak nie zarobię?
Ale jak zatankowałam wczoraj za 400kr, a strzałka pokazała prawie pełny zbiornik paliwa to było miło… Wprawdzie zaraz potem samochód mi powiedział, że za tę sumę możemy pojechać tylko do Goteborga i z powrotem, a nie na koniec świata, ale co tam.
Poza tym jestem zmęczona głupimi ludźmi. I choć im współczuję, bo bycie głupim to naprawdę ciężki kawałek chleba, to z ulgą ich pożegnam. Już niedługo.
Ot paniusia… Nie rozumie systemu podatkowego, więc kwituje „ale to głupie”. Boże dlaczego mój autyzm (czy co tam mam) w tym wypadku nie jest na tyle silny bym mogła odpowiedzieć „sama jesteś głupia”. Choć raz by był z tego pożytek.
Tośkę muszę wziąć do weterynarz, bo wciąż ma brzydkie futro i naprawdę nie wiem co z tym fantem zrobić. A nie mam kiedy.
Helena dzwoni z pytaniami w sprawie księgowości, bo za moją namową zdecydowała się podjąć zamknięcia roku w jednej małej firmie.
Dzwoni, pyta, ja odpowiadam a ona potem mówi, że jestem duktig.
Czyli dobra, zdolna, mądra…
Do Sary, co mi pomaga z zamykaniem roku w spółkach prawnych, napisałam maila z wyjaśnieniem, dlaczego czasem robię takie durnoty.
Żeby nie myślała, że jestem niedokładna albo niedbała. (Czasem jestem)
I jak pisałam olśniło mnie, że kurde, ja naprawdę jestem DUKTIG bo się sama nauczyłam tak dużo. W obcym języku w dodatku.
Ale niestety wraz z wiedzą przychodzi też świadomość błędów zrobionych na początku… I to sprawia, że nie mogę tak się zupełnie pogrążyć w samozadowoleniu.
Poza tym pogoda jest durnowata. Jest zimno, wieje ze wschodu i z północy, a wtedy jest naprawdę przenikliwie zimno, więc rano chadzam z Tośką w zimowej kurtce i czapce na głowie. Ale raz na jakiś czas wiatr zamiera i wtedy robi się lato. Ot, szwedzka wiosna.
Dobra, to idę zobaczyć tę babkę. A wy weźcie, napiszcie co u was.
Acha. Czytam was. Nieregularnie, z doskoku, ale nie komentuję bo nie mam siły na sklecenie czegoś rozsądnego.
45. 16 vs 4 czyli Czy zamienił stryjek siekierkę na kijek?
Od roku czyli odkąd zostałam posiadaczką Astry z tyłu głowy wciąż miałam mały kalkulatorek, który wciąż przeliczał.
Wartość samochodu.
Wymiana paska rozrządu.
Naprawa klimatyzacji.
Opony zimowe+felgi bo teraz jeździ na wielosezonowych, ale ja im nie ufam…
Oraz nieustające pytanie: „co walnie, kiedy walnie i jak droga będzie naprawa?” Bo gdy auto zbliża się do pełnoletności to niestety trzeba się liczyć z tym, że usterki będą się mnożyć.
Perspektywa zbliżającego się lata i konieczności zrobienia klimatyzacji jakoś to myślenie zintensyfikowała.
No…a koleżanka z Tablicy Odjazdów smagnęła bacikiem.
No bo…czemu nie? Teraz jest mało na rynku aut używanych. Jest dzięki temu szansa, że handlarz weźmie Astrę jako zadatek na auto nowsze. I że da za nią jakąś rozsądną cenę.
Zaczęłam szukać.
Poczytałam opinie i stwierdziłam, że w sumie to bym może chciała hybrydę. W moim zasięgu cenowym (max 6lat, niezbyt duże)- były wyłącznie Yariski. No, spoko i tak w nie celowałam.
Yariski są fajne: małe, typowe miejskie samochodziki, bezawaryjne (podobno) i nawet po 5 latach używania bateria nie wymaga zmiany.
No ale… GDZIE ŁADOWAĆ?
W garażu miejsca do ładowania nie ma. W mieście są trzy: na Torget, na odosobnionym parkingu vis a vis ICA i koło McDonalds – dalekp od centrum miasta, w sumie w lesie.
Bez sensu. Mam zostawiać moje auto gdzieś pośrodku niczego, żeby się ładowało? I latać przez pół miasta gdy mi jest potrzebne? A w nocy się zastanawiać czy komuś nie przyszło do głowy go zniszczyć?
… No dobra, podobno można ładować zwykłą wtyczką, ale nadal nie mam gdzie. Musiałabym zamienić garaż na parking pod domem, tam są słupki elektryczne, ale…
Mieliłam w głowie takie pytanie oraz coraz częściej pojawiającą się kwestię: zaraz czy to na pewno ekologia? Ciężkie auto pali więcej paliwa. Powoduje większy nacisk, a więc mocniej niszczy drogi. Co z baterią, gdy zakończy żywot?
Noooo… może jednak niekoniecznie chcę hybrydę. Może w ogóle dam sobie spokój z wymianą auta? Poczekam jeszcze rok… Przecież nic się nie dzieje. Powiedziałam tak do męża.
Ale w głowie nadal się mieliło: a jak przez rok coś się zdarzy? A klima, lato idzie. Kto wie co będzie za rok? To może jednak poszukać coś normalnego, na benzynę?
Rzut oka na ogłoszenia pokazał mi, że jak zrezygnuję z baterii to cena spada o jakieś 20 tysięcy koron. Tylko niestety Yarisek z automatyczną skrzynią biegów na rynku nie ma. Tzn są, ale albo daleko (Piteå), albo stojące u handlarza arabskiego od jesieni, czyli wiadomo, że coś jest nie tak.
No, a inne japońskie? O…Micra wygląda fajnie, cenę ma fajną.
I Hyundai. Ale to koreański. Koreańska jest też Kia.
Czy można zaufać koreańczykowi? Lubię ich seriale, ale to chyba za mało?
Poczytałam.
Opinie powiedziały, że owszem, można.
Zadzwoniłam do Jacka – klienta. Jacek jest samochodziarz z duszy, mechanik z zawodu, lakiernik i blacharz z wyboru. No kurde: człowiek orkiestra.
– Czy warto Hyundaia?
– Któego? – (proszę nie regulować odbiorników: Jacek nie wymawia R)
Jacek powiedział: Hyundaie oraz Kie to bardzo niedoceniane auta. Mają dobrą mechanikę, praktycznie bezawaryjną. Mają całkiem przyzwoite blachy jak na auta w tej cenie – nie rdzewieją tak szybko. Właściwie przez 10lat jak się robi odpowiedni serwis to nic się nie dzieje.
A Nissan?
Mając do wyboru Nissana a Hyundaya wybrałby tego ostatniego.
Miałam upatrzone dwa: Nissan Micra (szary) 30km ode mnie w autoryzowanym salonie. Oraz Hyundai i10 (czarny) 100km ode mnie.
Dobra. To zdajemy się na los.
Zadzwoniłam do Nissana. Już został sprzedany.
Zatem: Hyundai.
Uzgodniłam wszystko z panem przez telefon. I zostało ostatnie pytanie: kiedy mogę być.
– Daj mi chwilę, bo wiesz… mój mąż nic nie wie o tym, że zmieniam auto, a chyba powinien.
Zadzwoniłam do eM.
– Wiedziałem! – zaśmiał się i dodał – Będę wcześniej, skoro mamy zdążyć przed godziną 18.
Praca mi nie szła, bo wciąż i wciąż mieliłam w głowie czy ja na pewno wiem co robię. I trzeba pamiętać by zabrać papiery Astry. I wyczyścić schowek. I jeszcze drugi klucz od Yankiego…
Pojechaliśmy. Astrą naturalnie. EM prowadził, bo raz, że się nam spieszyło, dwa, że byłam tak zdenerwowana, że nie czułam się na siłach.
Tak sobie jechaliśmy w słońcu, w tłoku na drodze, pogadywaliśmy o samochodach i różnych innych rzeczach i naraz ZONK!
NIE WZIĘŁAM PORTFELA!!!
Przekopałam plecak. Nie wzięłam. A tam prawo jazdy – czyli mój dokument tożsamości. Oraz karty płatnicze.
A byliśmy jakieś 30km od celu. EM zwolnił. Czułam, że tylko to iż trzyma obie ręce na kierownicy ocaliło mi życie.
NIE WZIĘŁAM PORTFELA! JA! JA KTÓRA NIGDY NICZEGO NIE ZAPOMINA! I NIE GUBI! Klucze zgubiłam raz w życiu. Dokumentów NIGDY. A teraz zapomniałam.
– No i co? – zapytał eM
– Nic, za późno, żeby wracać. Jedziemy dalej.
– Ale jak zapłacisz?
– Przecież nie będę płacić kartą, nie? A do podpisania mam elektroniczne ID. A że ja to ja to mam zdjęcie prawka w telefonie, bu wysyłałam handlarzowi. No i ty możesz potwierdzić.
Dojechaliśmy.
Hyundai stał przed wejściem. No, mniejszy niż Astra, naprawdę malutki. I też bez czujników parkowania.
Salon elegancki, nowy, pełen motorów.
Sprzedawca wyszedł mi na przeciw.
– Nie mam dokumentów – powiedziałam żałośnie.
– Nie szkodzi, nie będą ci potrzebne… ale nie mogę ci dać samochodu na jazdę próbną. A ty masz prawo jazdy? – zwrócił się do eMa.
EM, który roziskrzonym wzrokiem patrzył w koło, przytaknął. Miał minę dziecka w sklepie z cukierkami. „Tyle dobra…”
Pojechaliśmy. Tzn. eM pojechał, ja tylko siedziałam obok. Niby co miałam robić. Samochód jak samochód. O, siedzenia są wyżej i są wygodniejsze. Klima działa. O, wejście na USB i kabel do telefonu, będzie można słuchać muzyki, a nie radia.
Dwadzieścia minut i dwa podpisy elektroniczne później zostałam posiadaczką czteroletniego Hyundaia i10 w kolorze czarnym (znowu, niestety).
Astra została na parkingu. Zabierałam moje klamoty ze schowka i bagażnika. Pogłaskałam kierownicę.
– Dobry z ciebie był samochodzik. Dzięki. Trzymaj się – powiedziałam.
Naprawdę nie powinnam związywać się emocjonalnie z samochodami. Jeszcze okazało się, że trzeba zatankować, bo wyświetlacz pokazywał, że możemy przejechać 90km. A my do domu mieliśmy 100. Tylko jak zatankować nie mając karty do bankomatu? No, mam kartę w telefonie. Przez apke googla połączoną z moim bankiem, ale to nie wszędzie działa. Czy będzie działo na stacji paliw?
Zadziałało. Tylko, że nie potrafiliśmy otworzyć zbiornika paliwa (taki mały wihajster pod fotelem kierowcy przy przykryty dywanikiem). A gdy eM siegnął po zielony nalewak poczułam panikę. Czy ja na pewno kupiłam auto na benzynę?! Na pewno. Uff.
Wracaliśmy boczną drogą. Owszem fotele wygodniejsze. Owszem, klima działa. Ale za to o ile głośniej jest w środku! I foteli nie da tak regulować jak w Astrze.
40km od domu przesiadłam się ja za kierownicę.
Prowadzi się inaczej niż Astra. Kierownica, pedały reagują na muśnięcie. Zmiany biegów nie czuć. Hamowanie płynne.
Wysadziłam zmęczonego eM w garażu, wypakowaliśmy opony zimowe (z felgami). On poszedł do domu, ja do Yankiego zawieźć mu drugi klucz i pokazać auto.
Miałam zajść do sklepu, stwierdziłam, że pojadę do ICA. Przejechałam się. Hm. Nie wiem. No nie wiem… Niby fajnie, ale… ODAJCIE MI MOJĄ ASTRĘ!!! To jest wóz drabiniasty! Astra była fajna, co ja zrobiłam?! Matko boska! Wzięłam kredyt na 5 lat! Zgłupiałam chyba, a jak coś się stanie? Po co mi był nowszy samochód, przecież ja nigdzie nie jeżdżę!
O 22 łyknęłam walerianę.
O 2 obudziła mnie migrena.
O 3:30 zasnęłam na nowo.
O 5:45 obudził mnie kot. I znowu migrena.
Czy jakbym im zalała paliwo, i odwiozła Hyundaia z powrotem to by mi oddali moją Astrę?
eM by mnie utłukł.
44. Spacerek…
Wczoraj pojechaliśmy na spacerek.
Spacerek..! Ha-ha!
Mój mąż to szczęściarz. Gdyby to on wybrał tę trasę to już by nie żył. Ale wybrałam ją ja, więc mogłam tylko sobie palnąć w łeb.
Traska niedługa, 7,5km.
Problem w tym, że ja przez zimę prawie nie chodziłam. Nigdzie.
20-30minut spacerek z Tośką po mieście. Trzy kroczki -stop-dwa kroczki- stop…
A tu nagle 2 godziny wędrówki. W terenie.
Ale było ciepło, słonecznie, z lekkim wiaterkiem. Latały żółte motyle.
Dalbobergen stigen to trasa której połowa wiedzie przez las, po czym zakręca przy Campingu Ursand i biegnąc krawędzią klifu nad Wener prowadzi nas z powrotem na parking.
Wczesna wiosna, jest idealną porą bo łyse drzewa nie zasłaniają widoku na jezioro i urokliwą panoramę miasteczka Vänersborg.






































A Tośka utknęła 5m przed samochodem z miną:
„Ale jak to: do domu?!”
43 czyli ciąg dalszy 42
Skończyłam szkołę, zdałam maturę, oblałam egzamin na studia i zaczęłam najpierw staż, a potem pracę w PGRze.
Przez moje życie przewalał się tabun ludzi. Nowe przyjaźnie, które miały być na zawsze, nieoczekiwane miłości, jeszcze bardziej nieoczekiwane zakończenia jednych i drugich.
Koza był młodszy, jeszcze chodził do szkoły.
Jakoś pod koniec roku szkolnego 87 albo 88 moja kuzynka Kaśka, młodsza ode mnie o 10lat, poprosiła bym pojechała z jej klasą na biwak jako dodatkowy opiekun. Zgodziłam się. W dniu wyjazdu okazało się, że innym opiekunem był Koza. Czyli Piotr.
Dwudniowy wyjazd przegadaliśmy na jakieś durnowate tematy. Koza nie odstępował mnie na krok. Pamiętam, że przełaziliśmy przez płot, żeby obejrzeć samotny komin w pobliskim lasku. W nocy obeszliśmy domki, żeby zobaczyć czy małolaty nie mają jakiejś kontrabandy. Potem usiłowaliśmy spać, ale było pioruńsko zimno. Do dziś pamiętam kulącą się pod dziecięcym kocykiem wychowawczynię…
Wracałam z pracy, musiał to być jakiś 88 rok, bo już pracowałam z powrotem w Miasteczku. Była jesień, może początek zimy.
Na rogu Zwycięstwa, koło kiosku Totolotka, spotkałam Piotra.
– Cześć! – zaczepił mnie. Przystanęłam. Patrzył gdzieś ponad mną, co nie było trudno, bo wyższy był ode mnie zdecydowanie. Jak zawsze ubrany nieadekwatnie do pogody. Jakaś dziwacznie wywinięta czapka, zbyt cienka kurtka o wojskowym kroju.
– Ja będę miał w tym roku studniówkę – zawiadomił mnie. Natychmiast zrozumiałam, że chodzi o rok szkolny.
– Jak chcesz to możesz ze mną pójść – dodał łaskawie.
Nie wiem co odpowiedziałam. Ale tak mnie to zaszkowało, że przy najbliższej okazji opowiedziałam Profesorkom, że Piotr łaskawie się zgodził bym mu towarzyszyła na studniówce. Oczywiście nie zamierzałam. Po pierwsze, nie będę z wariatem chadzała po imprezach, po drugie: za stara jestem.
Wtedy się właśnie dowiedziałam, że Koza by mnie jednej nie zastrzelił. I że co mi szkodzi… Zgodziłam się. Jakim cudem znalazłam sposób by mu to przekazać nie mam pojęcia.
Przyszedł wielki dzień. Nie pamiętam w co się ubrałam, Piotr oczywiście miał garnitur… Jakoś tak został Piotrem nie wiedzieć czemu. Przyszedł po mnie do domu. Poszliśmy do Agi. Aga miała opinię kawiarni „młodzieżowej”. Zwykle grała tam muzyka, nie podawano jedzenia jak w Jubileuszowej, a choć serwowano alkohol, nie była to mordownia jak Zacisze.
Leżała vis a vis szpitala, co niektórzy uważali za doskonałą lokalizację.
Pamiętam, że padał deszcz ze śniegiem, gdy szliśmy.
Znalazłam zdjęcie z tej imprezy. Jest datowane na styczeń 1989 roku. Czyli dosłownie za chwilę, wszystko miało się zmienić. I w Polsce i w moim życiu.
Tymczasem Piotr opiekował się mną troskliwie. Pomógł zdjąć płaszcz, odsunął ciężkie, drewniane, stylizowane na ludowe, krzesło. Z całej siły starał się prowadzić normalną konwersację. Kiedy, tradycyjnie, jego klasowi koledzy zaczęli pod stołem rozlewać alkohol, odmówił.
Wiedziałam, że Profesorki go „ustwiły”. Kazały się zachowywać i nie schlać od razu.
No, co? Takie były klimaty wśród młodzieży uczącej się w szkole zawodowej, w małym miasteczku na Warmii w latach osiemdziesiątych.
Widziałam jak bardzo jest zdenerwowany, jak drżą mu dłonie i zrobiło mi się go szkoda.
Nawet taka ślepota taka jak ja, wreszcie zauważyła, że mu się podobam. Nic dziwnego, bo przecież na mnie nigdy nie zwracał uwagi nikt „normalny”, fajny, do przyjęcia. Więc dlaczego nie miałabym mieć i takiego dziwnego adoratora … Szkoda mi go było. Po prostu.
Namówiłam go by wypił ten jeden kieliszek, co też uczynił. Mnie nikt nie powiedział, że pół kieliszka, sprawi, że sama też się rozluźnię, więc nie wypiłam. Chyba nie chciałam się rozluźnić. Siedziałam spięta, pilnując by, broń boże, w żaden sposób nie dać Piotrowi choćby ociupiny nadziei.
Wieczór się rozkręcił, pamiętam jak przez mgłę, że chyba nawet tańczyliśmy. To musiał być doprawdy kuriozalny widok.
Bo ani Piotr, ani ja do tańca drygu nie posiadaliśmy.
Wiem, że wymknęłam się z imprezy około północy. Piotr chciał mnie odprowadzić, ale mu wybiłam to z głowy. Powiedziałam, żeby leciał do kumpli i nareszcie bawił się jak chce.
Po tej imprezie Piotr odwiedzał mnie w domu. Moją matkę pozdrawiał machnięciem ręki, a koleżanki mojej matki z pralni szpitalnej, ze zgrozą odnotowały, że chłopak pod nosem nuci „Haili, hailo”. Matka się nie gorszyła, bo go znała, wiedziała, że Piotr choć inny, to jest nieszkodliwy.
A potem przyszedł rok 1990. I cały nasz świat się zmienił.
Zostałam matką po raz pierwszy i wszystko przy tym zblakło.
Piotr podobno poszedł na studia i chyba nawet je skończył. Jakąś historię czy politologię…
Spotkałam go kiedyś w Olsztynie, na przystanku. Jechałam do szkoły, bo robiłam studium rachunkowości. Piotr chyba miał zajęcia w szkole. Stałam z koleżanką, coś gadałyśmy, Piotr chwilę stał obok, potem wypalił coś o Żydach, nie z gruszki ni z pietruszki, jak to on. Albo ja… czasami.
Wiedziałam, że chciał zwrócić na siebie uwagę, że chciał się jakoś włączyć do rozmowy, i że w tamtej chwili uważał, że to co mówi świetnie współgra z tematem naszej, mojej i tej drugiej dziewczyny, rozmowy. Wiedziałam też, że w ciszy jaka na moment zapadła miał ochotę zapaść się pod ziemię.
Pożegnał się i uciekł.
Kilka lat potem spotkałam go w autobusie. Pochwalił się, że się ożenił.
I że urodziło mu się dziecko, córeczka.
– Czy ją też byś zastrzelił? – zapytałam.
– W pierwszym rzędzie – zapewnił mnie z całą powagą. Byłam pewna, że dziecko dostało na imię Kasia.
42.
Nie wiem kiedy dokładnie to było, myślę, że było to tuż przed maturą gdy wybrałam się na targi filatelistyczne… choć targi to może za dużo. Jakaś wystawa to była, czy kiermasz… Impreza odbywała się w Miasteczku, więc nie mogła to być żadna duża sprawa.
Poszłam, bo wysłała mnie Szwester.
Szwester się na nią mówiło w miasteczku, bo była zakonnicą Zakonu Katarzynek. Z pochodzenia była Niemką, urodzoną w zamożnej rodzinie pochodzącej z miasteczka. Podobno sama z siebie, po wojnie oddała miastu budynek w którym mieścił się szpital, a w zamian za to dostała dwupokojowe mieszkanie w tzw. białych blokach tuż koło kościoła. Wraz z nią mieszkało jeszcze kilka innych sióstr, które zajmowały się kościołem.
Moja mama, która wciąż szukała okazji by dorobić parę groszy, pracowała dla Szwester jak człowiek do wszystkiego. Plan był taki, że w jedno popołudnie zajmie się sprawami Szwester, a ta ją za to wynagrodzi. Mać moja wiele zalet miała (wad pewnie jeszcze więcej) ale przedsiębiorcza to ona raczej nie była. Nie umiała upominać się o swoje, nigdy z góry nie umawiała się co do stawki, naiwnie wierząc w powszechne „dogadamy się”. No bo przecież taka święta osoba, to na pewno wdowy z dwiema dorastającymi córkami nie, nomen omen, oszwabi.
W efekcie matka spędzała u Szwester coraz więcej czasu, a zamian przynosząc jakieś marne ciuchy z darów, przeterminowane niemieckie puddingi czy słoiki z przetworami sprzed dekady.
Szwester miała zakusy by i mnie zaprząc do swoich rozmaitych spraw.
Przed pierwszą u niej wizyta matka mnie sztorcowała:
– Tylko się zachowaj! Żebyś znowu nie wystrzeliła z czymś, bo się ze wstydu spalę.
Poszłam, chyba niczym szczególnym nie błysnęłam, bo awantury nie pamiętam. Szwester obdarzyła mnie misją pójścia na ów filatelistyczny kiermasz.
O znaczkach wiedziałam tyle, że się je kupuje na poczcie lub w kiosku RUCHu jak się chce wysłać list. Oraz że są tacy ludzie, co znaczki zbierają, ale to bogacze są, bo zbiera się tylko stare znaczki, które kosztują majątek. To ostatnie wiedziałam z książek Joanny Chmielewskiej oraz filmu „Skradziona kolekcja”.
Szwester powiedziała co mam jej kupić, dała pieniądze. Zatem poszłam.
Nie oglądałam nic, po prostu stanęłam w kolejce do stoliczka, gdzie sprzedawali znaczki bo cała ta filatelistyka wydawała mi się nudna i bez sensu.
Nie miałam duszy zbieracza. Nawet „fotosów” nie zbierałam, choć chętnie oglądałam Baśki album ze zdjęciami aktorów wycinanymi z różnych gazet.
I wtedy poszedł do mnie Koza. Nie zapytał co tu robię, chyba z góry przyjął, że interesuje mnie przedmiot kiermaszu, a ja nie prostowałam jego przekonania, bo … wstydziłam się przyznać, że moja matka dorabia sobie jako służąca pomocnica Szwester.
Myślę, że to był ten moment gdy Koza mnie zauważył.
Znaliśmy się, bo oboje bywaliśmy u niejakich Profesorek czyli dwóch nauczycielek z Liceum Zawodowego w Miasteczku.
Koza zwany inaczej Faszystą miał na imię Piotrek, ale nikt imienia nie używał, tylko zawsze mówiło się „Koza, no wiesz: Faszysta”.
Koza fascynował się Hitlerem. Twierdził, że jest jego kolejnym wcieleniem, bo urodził w tym samym dniu co on. Podobno jak kogoś polubił to zapraszał do siebie na pijaństwo stawiając tylko warunek, że do spożywania trunku zarówno gość jak i gospodarz przywdzieją na głowy poniemieckie hełmy.
Ogólnie rzecz biorąc Koza robił wrażenie trochę upośledzonego, ale biada temu kto się na to wrażenie dawał nabrać i pozwolił wciągnąć się w dyskurs na tematy historyczno-polityczne. Koza miał w głowie encyklopedię (Wikipedii wtedy nie był, droga młodzieży) wiedzy o historii XX wieku.
Mógłby być nawet przystojny. Wysoki, dobrze zbudowany, blondwłosy, niebieskooki… Ale zawsze jakoś dziwnie ubrany. Tu nie zapięty, tam krzywo zapięty, często tył-na przód, lub na lewą stronę. No i zawsze jakoś tak nieadekwatnie do warunków.
Dziwny był. Nie dało się z nim normalnie porozmawiać, wystarczyło jedno słowo, by rozpoczynał swój monolog, który zawsze prędzej czy później schodził na Hitlera i faszystów.
Chciało się mówić o nim „niedorozwinięty” ale to nie pasowało. Upośledzony…też nie. (Przypominam, że mówimy o latach osiemdziesiątych XX wieku, gdzie poprawność polityczna jeszcze nie istniała, dzięki czemu mógł sobie Machulski zrobić Seksmisję).
Wreszcie go sklasyfikowałam „geniusz czyli z jednej strony ma więcej, więc z drugiej mniej, dla równowagi”.
Koza mnie sobie z jakiegoś powodu upodobał. Kiedyś u Profesorek stwierdził, że wszystkie baby by zastrzelił.
Na co one:
– Nas też?!
– Jak wszystkie to i was też. Chociaż bym potem żałował.
– Oj naprawdę wszystkie?!
Tu Koza się zawahał i odparł lekko niechętnie:
– No… Kaśki to bym nie zastrzelił.
Zatem miałam u niego niezwykłe względy.
cdn…
41
Do eMa do pracy przyjęli Ukraińca.
Nie znam jego historii, nie wiem jak taki młody człowiek uciekł przed wojną. Nie oceniam.
Miał szczęście: udało mu się bezpiecznie zabrać i żonę, i dzieci w tym 18letnich bliźniaków.
Nie znają żadnego języka poza ukraińskich i rosyjskim.
Dostali tutaj dom do użytku od kogoś, sąsiedzi co chwila wpadają z pytaniami czy coś im trzeba, przywożą jedzenie i różne rzeczy.
Facet nie umiał nawet samochodu zatankować na stacji bezobsługowej.
(Pamiętam, jak my nie potrafiliśmy).
Dziwne, bo jego ukraińska karta wciąż działa… Dobrze.
Dziwne zachowania szwedzkiego rządu jak dla mnie. Chciałam znaleźć im naukę języka. Żeby choć trochę się poduczyli. Ale nie – na SFI (Svenska för invandrare – Szwedzki dla imigrantów) trzeba mieć szwedzki pesel. Tak mi powiedzieli w Campusie, gdzie SFI się mieści.
I że może za chwilę coś rząd zorganizuje, ale teraz na razie nie ma nic dla Ukraińców. I znowu nasuwa się dziwna analogia, bo dla imigrantów z Bliskiego Wschodu wszystko jest od ręki. No nie da się nie porównywać.
Zadzwoniłam do Litwinki czy zna kogoś kto mówi po Ukraińsku, żeby w razie czego posłużył za tłumacza.
Nie rozumiem czemu… Była pełna złości, kompletnie nie chciała słyszeć co mówię, przekręcała moje słowa, wmawiała mi, że jest inaczej niż jest a summa summarum zakończyła stwierdzeniem „z nami też się nikt nie pieścił”. Tylko, że my nie uciekaliśmy przed wojną, wyjechaliśmy w wybranym przez siebie terminie, na własnych zasadach.
Może bym i machnęła ręką, ale to druga nasza rozmowa na temat wojny…i drugi raz takie podejście.
Wkurzyła mnie i chyba odpuszczę już sobie tę relację. Zaczyna być coraz bardziej jednostronna, a czasem wręcz mam wrażenie, że ona mnie zwyczajnie nie lubi. No to nie…
Znowu podobna sytuacja jak z inną znajomą, która najpierw strasznie się napalała i namolnie wręcz zapraszała do kontaktu, a potem na ulicy udawała, że mnie nie widzi.
Cholera, może jestem nieciekawa, może nie każdy musi mnie lubić, może tracę przy osobistym kontakcie, ale na litość boską, zachowuj się jak osoba dorosła.
Porąbani ci ludzie, albo to ja jestem porąbana, że nie rozumiem takich zachowań.
Pracuję wściekle. Oczywiście wkurzam się na klientów. No bo…
Dzwoni taki jeden czy bym go nie rozliczyła, bo rok temu rozliczyłam.
Odmawiam, bo nie mam czasu na nic poza tym co już mam. Jęczy, prosi…no dobra, ostatecznie, niech będzie.
Po czym dostaję maila, że czy bym go mogła jak najszybciej, bo coś tam, bo stopy procentowe rosną (co ma piernik do wiatraka?).
Po czym otwieram maila gdzie niby miało być wszystko, a tam tylko część danych. O gdzie reszta? – wysyłam maila, bo o numer telefonu to pan nie zadbał.
Dosyła, kolejną część.
A gdzie jeszcze to i tamto?
To on w poniedziałek zadzwoni i poprosi o dokumenty.
No w poniedziałek mu napiszę, że dzięki temu, że wysyłał mi dane po kawałku, w różnym czasie zabierałam się do jego rozliczenia trzy razy i zamiast zająć mi to godzinę, zajęło mi dwie.
I tak z każdym po kolei.
To dlatego nie chcę tych prywatnych robić, bo zawsze się to tak kończy.
To samo z Polakami pracującymi w Szwecji na własnej działalności.
Mieli podosyłać komplety- napisałam maila do każdego z dokładną instrukcją.
Nie, otwieram pierwszego, a tam faktur sprzedaży brak, podróże rozpisane… ale bez kilometrów, biletów na przejazdy brak… A jak się upominam to słyszę, że przecież on nie ma tych biletów i co mu zrobisz? O kant tyłka takie dane. Co zrobię? Nic nie zrobię, przecież JA mu biletów nie wyczaruję. Po prostu nie odliczę mu kosztów, więc zapłaci podatek od całej zarobionej sumy. W tym roku zachowa sobie bilety i skrupulatnie zapisze każdy przejechany kilometr.
Mam dość tych wszystkich…
Na podwórku zimno. Śnieg leży. Temperatura w nocy w okolicach zera, w dzień +4.
Nigdzie się nie wybieram. EM zabiera Tośkę na spacer. Mnie się nie chce z domu wychodzić. Wystarczy, że cały tydzień latam i rano i po południu.
Rytm dobowy znowu się znormalizował. Zasypiam o 22. Budzę się o 3:30 -4.
Tylko Basil wiecznie po nocach wyje.
40.
Ku pamięci.

Kasia przysłała mi kolejną paczkę. A w niej, między tysiącem innych rzeczy panel bawełniany z zajączkami.
Spojrzałam: o zajączki wielkanocne.
Ale nie przyglądałam się za bardzo, bo na klienta czekałam.
Wieczorem rozwijam, a tam owszem zajączki. Ale pod choinką.
Czy Kasia trafiła w punkt. Dokładnie na tę Wielkanoc.
Pracuję. Pracuję. I pracuję.
A jak przestaję to panikuję.
Że nie zdążę. I jakie to ma znaczenie? Skoro i tak za chwile zdmuchnie nas atomowy oddech Putina.
39. ubi thesaurus tuus, ubi cor tuum
Gdy się tak wpada do Polski na chwilę, to jest łatwo się zapomnieć.
Ktoś podjedzie, odbierze z lotniska, zapewni nocleg, transport do urzędu, służy za przewodnika, żebyś nie musiał cudzoziemcze po obcym mieście z rozwianym włosem biegać. Dowiezie, zawiezie, odwiezie… Nakarmi, przenocuje, zabawi rozmową lub nawet wysłucha.
Polecisz więc człowieku załatwiać swoją sprawę z poczuciem, że obok ciebie, jak cień, cichutko przycupnął opiekun, który w razie problemów, pomoże znaleźć inne rozwiązanie.
A gdy się okaże, że to, co się zdawało ogromnym problemem, załatwiasz w niecałą godzinę, to wtedy naprawdę w sercu wybucha ci gejzer myśli.
CO JA ROBIĘ W TEJ SZWECJI?
PO CO ZMAGAM SIĘ CODZIENNIE Z NIEPRZYJAZNĄ MATERIĄ JAKIM JEST OBCY JĘZYK? DLACZEGO NIE BY NIE WRÓCIĆ? DLACZEGO BY NIE MIEĆ WRESZCIE LEKKO, ŁATWO I PROSTO?
Stoi sobie człowiek potem na ostatnim w Polsce przystanku, czeka na autobus na lotnisko, na przystanku obok siedzą panowie lumpy i patrzysz człowieku na nich życzliwie, bo to POLSKIE LUMPY! Czyli twoje własne.
Wiatr wieje, ale to polski wiatr, więc niech se wieje. Śnieg pada, ale to znowu śnieg w Polsce, to co mi szkodzi?
I nawet powietrze ci pachnie, choć ludzie mówią, że zawiewa z wysypiska czy skądś tam…
Co oni tam wiedzą ci ludzie…
A potem lądujesz w Szwecji, pies płacze na twój widok, kot obwąchuje nieufnie, a wnuczka przysyła snapa z serduszkiem. I myślisz: acha, to dlatego.
38. 10 dowodów na to, że jestem facetem.
1. Umieram na katar! 37 stopni gorączki i walczę o życie.
2. Nie mam podzielnej uwagi. Nie żądaj ode mnie bym mówiła i myślała jednocześnie. Albo gotowała i niańczyła dziecko.
3. Mam dwie pary butów. No dobra: trzy. Na duże zimno, na średnie ciepło i na upał.
4. Ubranie noszone wczoraj może być świetne także jutro. I pojutrze.
EDIT: nie: „to samo ubranie” ale „takie samo” 😀
5. Jak ci obiecam, że coś zrobię, to zrobię. Nie musisz mi przypominać co pół roku.
6. Strzygę się tak samo od prawie zawsze. Ale nie mam problemu, że nikt nie zauważa mojej fryzury.
7. Możesz mnie nie zapraszać swoje imprezy, a i tak będziemy kumplami. Może nawet lepszymi.
8. Uważam, że w dresach i z plecakiem można iść wszędzie.
9. Nie depiluję, nie maluję, nie dopinam, nie doklejam. I tak jestem zajebista.
10. Co to jest ten „cellulitis”?