nie jest dobrze
eM mówi, żeby jeszcze poczekać
ja bym leciała do szpitala już
na mój gust złapała jakiegoś wirusa, najszybciej parwowiroza (ale przecież była szczepiona?)
56.chaotycznie
Powoli znowu zaczynam oddychać normalnie. Jeszcze tylko przeżyć obowiązkową migrenę i wszystko wróci do normy.
Lżejsza jestem o 6tys, wyciągnięte z konta firmowego. Nie ma co się pieścić, trzeba się brać do roboty, żeby zarobić (odrobić) na podatki i jakiś chlebek.
Trzy dni i trzy noce wsłuchiwania się w psa, latania na dwór, błagania psa by wrócił do domu, bo po każdym wyjściu coraz mocniej odmawiała powrotu do domu.
Musieliśmy zlikwidować wykładzinę w przedpokoju, bo jak poszłam ze znajomą do banku, to Tosia nie wytrzymała.
Ale i tak miałam w planach tę wykładzinę wywalić, nawet mam zamówiony chodnik 4m na zamianę (muszę mieć maty, dywany ze względu na Tosine stawy).
(A i takie kuriozum z dni ostatnich. Choć nie, po namyśle stwierdzam, że to nie kuriozum. To jest po prostu: Witamy w Szwecji.
Zadzwoniłam do jednego banku, żeby zapytać o otwarcie konta dla naszego Ukraińca. A pani na centrali powiedziała mi:
– Wiesz, ale nasz bank jest mały i my nie mamy takich usług jak te duże, może lepiej jak pójdziesz do innego banku…
Od jakiegoś czasu obserwuję jak szwedzkie banki robią wszystko by nie mieć nowych klientów.)
Wczoraj wreszcie pojechaliśmy do weterynarza. Trafiliśmy na znanego już nam doktora Krystiana, co szczerze mnie ucieszyło. Byłam tak wykończona, że możliwość rozmawiania po polsku była naprawdę wielką ulgą.
Możliwe, że Tosia już nie potrzebowała pomocy, możliwe, że i tak wyszłaby z tej zarazy. Ale możliwe też, że wcale nie, a wtedy musiałabym szukać pomocy w weekend.
Została zbadana należycie, nawet prześwietlona rentgenem. Niczego niepokojącego nie znaleziono. Ogólnie w całkiem dobrym stanie, biorąc pod uwagę wiek i to, że dopiero co miała cieczkę, a zaraz po niej tę koszmarną biegunkę.
Zastosowano leczenie objawowe. Kroplówkę by nawodnić, tak na wszelki wypadek, jakąś pastę chroniącą układ pokarmowy, coś rozkurczowego, coś przeciwbólowego, bo nie dostawała swoich tabletek od bólu i strasznie utyka, coś na pobudzenie apetytu bo nie jadła. No i obserwujemy czy pomaga, bo jak nie, to szpital…
Po powrocie dałam jej odrobinę rosołku, specjalnie dla niej ugotowanego: ryż, kurczak, marchewka. Potem odrobinę karmy.
Noc minęła spokojnie.
Wzięłam ją na krótki spacer, żeby się wysikała, bo po kroplówce i tym co sama wypiła, pewnie jej się chce… Otóż nie, siku chciało jej się tak sobie, ale za to do domu nie chciała z całej siły. Znowu wracałyśmy metodą szantażu „to sobie zostań, papa, ja idę”.
Dobrze, że wcześnie rano nie ma wielu samochodów na naszej ulicy ani innych psiarzy.
Jak znam życie to jutro piesek będzie jak nowy, a pańcia nadal jak wyżęta ścierka.
Dzieci wróciły z Polski, z Krakowa. Mel zakochany w Tatrach i polskim jedzeniu. Po raz pierwszy powitałam z ulgą to, że Zuzu wraca do mamy.
Kocham ją mocno, ale za dużo mam ostatnio na głowie.
No i stwierdziłam z całą mocą, że Tola i Basil to ostatnie moje zwierzęta. Jak one odejdą to nie chcę już żadnego więcej. Nie chcę się już nikim więcej opiekować. Po prostu: nie mam siły.
I nie mogę się pozbyć jednej głupiej klientki. Jest jak bumerang. Co ją wyrzucę to wraca… Właściwie to nie wiem za co jej tak nie lubię, bo nie ona jedna nie grzeszy nadmiarem rozumu…
55. Noc…
O 12 obudził mnie suwak kurtki eMa. Tośka go właśnie wyprowadziła na spacer. Spodziewaliśmy się tego: coś jej zaszkodziło no i biegunka…
Poszli, nie było ich z pół godziny, drzemałam, ale nie mogłam zasnąć.
Wrócili.
EM się położył, Tośka zaległa w przedpokoju.
Zaczęłam przysypiać, ale usłyszałam, że się kręci.
Dyszała pod drzwiami do eMa bo jakoś ostatnio sobie zakodowała, że to „tatuś” jest od latania po nocy.
Zabrałam ją znowu na dwór i spacerowałyśmy jakieś 30minut.
Zawiewało chłodnym wiatrem, na zachodzie niebo było jeszcze jasne, na północy całkiem ciemne. Na wschodzie: już jasne. Nie, że biało, ale wyraźnie jaśniejsze reszty.
Ten czas. Jeszcze trzy tygodnie… a potem będzie się skracać dzień.
Wróciłyśmy do domu. Do łóżka. Nie mogłam zasnąć, poczytałam.
Zaczęłam się układać do spania. Było nieco po 2.
Tosia stwierdziła, że ona się chce przytulić, więc to zrobiła. Chwilę potem chrapała, z głową na poduszce, rozwalona w poprzek. Mimo to zaczęłam przysypiać i właśnie wtedy Basil stwierdził, że on się już wyspał i w zasadzie to ma chęć na nieco aktywności fizycznej. Nic wielkiego, takie tam: a to kulkę poturlam, a to pobiegam, a to na coś wskoczę, np. na drzwi… Wywaliłam diabła, zamknęłam drzwi mając nadzieję, że nie pójdzie galopować po Zuzi.
Znowu ułożyłam się do spania.
Zrobiło się gorąco i ciasno, bo Tośka oczywiście w poprzek, a wymęczona biegunką i bieganiem po schodach padła.
Przeniosłam się z poduszką w nogi łóżka. Było po trzeciej. Za oknem jaśniało. Zaczęłam przysypiać… i właśnie wtedy rozdarły się mewy. A jak mewy się drą to to jest tak, jakby stado bab stało pod oknem i jazgotało…
Zamknęłam okno.
Znowu się ułożyłam…
Tosia stwierdziła, że jej gorąco i poszła na dywanik w przedpokoju, bo w między czasie otworzyłam drzwi.
Zasnęłam.
Obudziło mnie dyszenie. Było nieco po piątej.
Naciągnęłam spodnie, skarpety, kurtkę i poszłam z Tosią.
Spacerowałyśmy jakieś 30 minut na jednym kawałku trawnika, wokół jednego drzewa. Wreszcie, gdy usłyszałam, że zegar na Torget wybija szóstą stwierdziłam, że jak dotąd nic nie zrobiła, to już raczej nie ma nic co da się wydalić i wracamy do domu.
Tosia owszem, kierunek chętnie zmieniła, ale jak tylko załapała, że idziemy do domu natychmiast wyraziła zdecydowany protest.
Czyli położyła się jak kamień na środku chodnika i nawet zwyczajowe „to ja idę, papa” jej nie ruszyło. Nie ruszyło jej nawet to, że poszłam za winkiel i się schowałam.
Nawet się jej nie dziwię. Po schodach schodziła na drżących łapkach – osłabiona biegunką. A tu płasko, toaleta dookoła bez proszenia i czekania…
Po 15 minutach próśb, gróźb i przemocy udało mi się psa zaprowadzić do domu metodą „a gdzie tatuś, zobacz, tam jest…!” I tylko modliłam się, żeby eM jeszcze do pracy nie poszedł, bo Tośka doskonale mi zapamięta, że ją oszukałam.
Teraz czekam aż Zozo pójdzie do szkoły i sama pójdę spać.
54. Havstensklippan
albo Hafstensklippan, bo spotkałam się i z taką pisownią na szyldach.
U nas, czyli w powiecie Skaraborg, miało padać. Czyli nie pojedziemy zoabczyć Kinnekulle z innego miejsca, odpada wyjazd nad zachodni, czyli ten po „naszej” stronie, brzeg Vetter, na który się czaję już od jakiegoś czasu.
Trzeba znaleźć coś innego.
EM chciał nad morze, najchętniej do Lysekil.
O matkoooo… <<facepalm>> ZNOWUUUU?
Zostanę w domu, uszyję sobie spodnie z tej jodełki com ją kupiła dwa miesiące temu…
Książkę poczytam… A nie, skończyłam. Łukasz Orbitowski „Chodź ze mną”. Dobra rzecz, naprawdę dobra. Jak ktoś lubi pomieszanie gatunków. I język który nie jest tym, co zwykliśmy uznawać za język literacki. (Szanuję język literacki, ale sądzę, że język powinien odzwierciedlać to, jak mówimy na co dzień. Zwłaszcza w dialogach. Pan Narrator może mówić literacko. Pan Bohater powinien mieć własny język.
Do końca życia będę pamiętać ten zgrzyt gdy w Jeziorze Osobliwości, matka wołała córkę „Marto”. W filmie było to samo i było jeszcze gorsze).
No dobra, to nie poczytam. Ale dokończę magiczny film „Paryż Texas”.
Porysuję, ciasto z rabarbarem zrobię…
Ale znowu w domu? Na tyłku? Rusz ten tłusty zad, ty leniu!
Wcale nie mam tłustego zadka. Akurat zadek mam całkiem szczupły, i może nawet nieco spłaszczony…
I tak sobie marudząc grzebałam w necie w poszukiwaniu czegoś blisko, nad morzem i żeby był jakiś niezbyt wymagający cel.
Znalazłam to:

Opis mówił, że można wejść na punkt widokowy, 114m npm, skąd rozciąga się widok na fiordy: Havstensfjorden, Nordströmmarna oraz Gullmarsfjorden. Nasze, szwedzkie, fiordy to oczywiście nie to samo co te słynne norweskie, ale też są warte uwagi.
Pojechaliśmy.
Cały obszar jest zagospodarowany przez jakiś ośrodek wypoczynkowo-rozrywkowy, ale sądziłam, że wszystko będzie zamknięte na głucho bo jeszcze nie sezon.
Nie było.

Myliłam się bardzo, jak widać.
Na szczęście mapkę w recepcji dostałam bez problemu i nigdzie nie broniono nam wstępu, bo „tylko dla gości”.
Od wody zawiewało z dwóch różnych stron, w dodatku sypnęło gęstym deszczem, którego przecież nie mieliśmy w planach. Założyłam na siebie bluzę oraz kurtkę z softsellu, by po 10minutach rozebrać się z bluzy. A po kolejnych – z kurtki.
Mapka mówiła, że na ów punkt prowadzą dwa szlaki. Jeden średni, drugi trochę trudniejszy, bo częściowo trzeba się wspinać.
No to poszliśmy na ten średni. Szeroka droga szybko zamieniła się w ścieżkę, która zresztą też zaraz znikła. Ostro do góry, dyszałam jak miech, Tośka skakała po głazach i wyglądała na szczęśliwą. eM parł do przodu. A ja walczyłam z oddechem i narastającym lękiem przestrzeni, który mam zawsze w czasie takich wypraw.

Niebo było szare, zachmurzone, przestrzenie poszarzałe od deszczu. W oddali wisiały dwa mosty, a tego trzeciego, najważniejszego wciąż nie było widać.
Wreszcie dotarliśmy.
Nogi już miałam jak z waty.
Wyciągnęłam kanapkę, Tośka natychmiast zaczęła zaglądać mi w oczy, choć to mnie bateria migała na czerwona, a nie jej.
Niedaleko nas, pomiędzy skałami siedziała rodzinka z trojgiem maluchów. Zastanowiłam się jakim cudem ta matka na zawał nie padła? Toż to cztery osoby na raz do pilnowania, by żadne nigdzie nie zleciało.
Po drodze mijał nas dwa razy jeden biegający pan, teraz dogonił nas po raz trzeci! Pstryknął zdjęcie kopczyka kamieni, przyjął ode mnie gratulacje dla jego formy…i poleciał pobiegł w dół.




Popaśliśmy chwilę, a potem zaczęliśmy wracać.
Ale zanim wrócimy, chcę wam coś pokazać.
Ostatnio rozmawiałam z inną bloggerką i lekko się spierałyśmy o edycję zdjęć. Ona twierdziła, że obróbka zdjęć to fałszowanie obrazu. Ja że wręcz przeciwnie: jest to poprawiania ułomności „maszynki” w porównaniu do doskonałości ludzkiego oka. A że jest to dyskusja, którą prowadziłam już wielokrotnie z różnymi osobami, to chciałabym wam pokazać na czym zwykle polega edycja zdjęcia w moim wykonaniu.
Od razu się przyznam: owszem sprzęt mam całkiem dobry, ale jestem gapa…i np. często zapominam o zmianie ustawiań co jest konieczne gdy się fotografuje w zmiennych warunkach pogodowych (czyt: w zmiennym świetle). Może też być i tak, że dupa ze mnie nie fotograf i zwyczajnie nie umiem dobrać odpowiednich ustawień.
Czasem też jest pośpiech, zmęczenie… różne inne rzeczy sprawiają, że to, co jest na fotografii, odbiega nieco od tego, co chcę pokazać. I wtedy posiłkuję się photoshopem.
Tak, jak tu.

Co mi się nie podoba? Nie podoba mi się niebo, bo ma wygląd spranej ścierki oraz Tośka, która jest czarną plamą.
Moje oko natomiast zapamiętało taki mniej więcej obraz:



No dobrze.
Zatem wracamy z góry.
Plan był taki, że idziemy szlakiem jasnoniebieskim, a wracamy ciemno niebieskim. Zatem poszliśmy tym ciemnym…i od razu odkryliśmy, że Tosia nie pokona stromego zejścia po skale.
Wróciliśmy na jasny, z zamiarem, że na następnym punkcie stycznym, znowu sprawdzimy możliwość zmiany trasy. Owszem, na kolejnym podejściu Tosia dała sobie radę, wskoczyła po prostu na skałę. Ze mną było gorzej. Bo pochyło i gładko, bo dość wysoko by sobie tak po prostu postawić nogę. Chwilę się zastanawiałam, aż dogoniła nas ta rodzinka z dzieciakami. Panieneczka lat na oko 7, z lizaczkiem w buzi raźno przeszła tam, gdzie ja utknęłam jak ostatnia sierota.
Potem już był luzik: ścieżka pełna korzeni, dość ostro w dół, ale bez dodatkowych atrakcji.
Ale w którymś momencie zatrzymaliśmy się, by od dołu sprawdzić czy Tosia rzeczywiście nie dałaby rady na tych stromych kamieniach, gdzie trzeba się wspinać.
No i przy okazji pokażę różnicę w zdjęciu edytowanym i nie.

No rozjaśnijmy.



Już na dole, parkingu posililiśmy się pączkami z Lidla, napili wody i zebrali do powrotu. Jeszcze Tosia odstawiła swój zwykły cyrk pod tytułem „Do domu?! Jak to: do domu?! Ja nie jadę!”.
W domu byliśmy nieco po 18.
Pożarłam kawał ciasta z rabarbarem, które zdążyłam upiec przy wyjazdem, z poczuciem, że mi się należy jak Tosi kość.
O 21 spałam jak zabita.
O 12 obudziła mnie Tośka: „mamusia, Basil się rozwalił na moim miejscu i gdzie ja mam spać”. Podsunęłam się, dziecko piesek położył się obok mnie, z głową na poduszce. Nakryłam kocykiem, bo chłód ciągnął przez okno.
O 2 przyszedł Basil „ale ja też się chcę przytulić” i się uwalił na moich nogach.
O 4 stwierdziłam, że nie mam w ogóle miejsca na siebie i swoje nogi, Tośka z łbem na poduszce spała w poprzek, Basil na kołdrze między nami, też w poprzek. Przeniosłam się w nogi i tak dospałam do 6.
Jak wstałam Tośka tylko zachrapała, a Basil wystrzelił jak procy „Wstałaś? Pobawimy się?”.
Za oknem niebo jak z rysunku dziecka. Słaby północny wiatr. EM się wybiera na ryby. A ja …może ruszę tę jodełkę na spodnie…
53. Kalina
Poznałam Kalinę na pierwszym zjeździe bloxa.
Blox, to była taka platforma blogowa przy Gazecie Wyborczej, przy Agorze.
Blox był szczególny i mówią o tym wszyscy, lub prawie wszyscy starzy blogerzy. Platformę blogową miał onet, miał też któraś z kobiecych gazet. To było wtedy bardzo popularne medium.
Był początek XXI wieku.
Blox był szczególny, bo prócz udostępniania serwera tworzył społeczność. Blox miał swoją stronę, na której pojawiały się linki do polecanych przez administratorów wpisów. Można też było sobie wyszukać bloga o interesującej tematyce. Pojawiały się zajawki właśnie opublikowanych tekstów. To sprawiało, że znaliśmy się. Nie z imion, nazwisk. Nie z twarzy. Znaliśmy swoje nicki i wiedzieliśmy czego po którym się spodziewać.
Kiedy w 2005 zaczynałam blogowanie, miałam 40 lat i byłam na zakręcie. Na bloxie było wtedy jakieś kilka tysięcy użytkowników. Jakieś dwa tysiące, może 3.
Ten pierwszy zjazd bloxa… Czy może to już drugi był? W każdym razie dla mnie był to pierwszy.
Który to mógł być rok? 2006? 2007? Pewnie tak 2007, bo w 2008, w czerwcu chyba, był zlot nad morzem, a w listopadzie wyjechałam do Szwecji.
Zaproszono nas do Agory, łaziliśmy po pomieszczeniach znanych jako redakcja Judyty w Nigdy w życiu. Mieliśmy jakąś prelekcję w dużej sali, a potem był przemarsz przez Warszawę do jakiegoś klubu nocnego.
Ludzie się łączyli w grupki, ja szłam z Elą D, którą właśnie poznałam.
Ponieważ byłam na zakręcie, uczyłam się budować siebie, patrzeć na świat własnymi oczami, byłam nawiedzona i pełna zachwytu nad światem. Wszystko mnie zachwycało i dawałam temu wyraz głośno.
Kalina szła gdzieś obok i gasiła każdy mój zachwyt.
Ja że jaki cudny gołąb. Ona, że okropny sraluch. Ja że ojej, Uniwersytet. Ona, że okropne miejsce. Ja, że piękny kotek, podobny do mojego Mrusia, ona, że nienawidzi kotów i dzięki bogu, że ten którego miała już sobie poszedł.
Noż co za irytujące babsko! Myślałam sobie. A ta szła niby nie z nami, ale w sumie z nami …
A jednak zaciekawiła mnie.
Po powrocie zaczęłam zaglądać na jej blog.
Chyba nie komentowałam, zaglądałam z rzadka, bardziej by sprawdzić czy wciąż pisze. W statystykach widziałam, że ona odwiedza mnie.
Minęły lata.
Już tutaj, pod tym adresem, gdy blox dokonał swego żywota, odnalazłam w statystykach adres Kaliningradzbloxa.
Zaczęłam podczytywać i odkryłam, że to jest chyba fajna babka. Wprawdzie twardo stąpająca po ziemi, rzeczowa, ale chyba miła i niegłupia. Czyta mądrości, ogląda mądrości. No i druciarka.
Gdzieś z pomiędzy recenzji książek, a zdjęć udziergów, z pojedynczych, oszczędnych zdań na tematy osobiste wyłania się postać nietuzinkwa.
Zaczęłam czytać regularnie… I wtedy Kalina napisała ten pamiętny wpis, wpis, który dźwięczy mi w głowie do dzisiaj „ale nie przypuszczałam, że nie będzie co zbierać”.
Chciałam uciec. Bo ja chciałam budować relację, a jak budować z wiedzą, że ktoś właśnie pakuje walizki?
Nie wiem co mnie zatrzymało.
Jakaś magia świata Kaliny. Oraz raczej nadzieja, że może jej się uda.
Jestem pełna podziwu dla jej hartu i godności z jakimi znosiła swoją chorobę. Krok po kroku przygotowywała swoje odejście. Porządkowała i zamykała kolejne sprawy. I pisała. A nawet dziergała, póki mogła.
Gdzieś w tym wszystkim nawiązałyśmy dialog. Ona pisywała u mnie, ja u niej…
Na jej ostatni wpis nie odpowiedziałam. Czułam, że odchodzi, nie umiałam znaleźć słów, bo zapędzona strasznie, nie miałam czasu pomyśleć.
Wczoraj dowiedziałam się, że umarła.
Dziękuję Kalina, że byłaś. Dziękuję, że nie dałaś się przegapić.
52.
Kalina zmarła.
51.
Deszcz niebo przyszywa do ziemi
tysiącem ściegów i dreszczów…
(Maria Pawlikowska-Jasnorzewska)
Zrobiło się ciepło… a teraz się rozpadało. Pada pionowo: płynie, cieknie, pluszcze, puka, bębni, szemrze. Powietrze pachnie, deszcz zmył kurz i wszechobecną wiosną woń gnojówki.
Lubię deszcz, świat zlany deszczem, zwłaszcza jak temperatura powyżej 10 stopni, zwłaszcza jak nie wieje.
Basil wybudził mnie o czwartej, wywaliłam go za drzwi… ale sen już nie wrócił. I tak sobie siedzę. W spokoju.
Telefon nie dzwoni. Maile nie przychodzą. Zuzia nie przychodzi co chwila ze swoim „Babciu…?”.
To prawie jak być w podróży, gdy jest się „nigdzie”. Człowiek jest, ale wyłączony ze świata, ze spraw wszelakich.
Tosia chrapie za plecami. Basil zwinięty w kłębek śpi na krześle obok.
A deszcz w parapet „puk, puk, puk”.
Jeszcze przez chwilę… Trwaj chwilo.
O siódmej wstanie zaspana Zuzanka i przyjdzie się przytulić. A potem zwykła galopka codzienno-weekendowa. EDIT: już wstała.
Czas mi ucieka, dzień po dniu odhaczam zadania, a spraw na liście przybywa szybciej niż znikają.
Nadal nie rozgryzłam funkcji samochodu. Ba! Nadal nie miałam czasu zająć się świecącą kontrolką od ciśnienia w kołach.
Nie mam czasu na czytanie, filmy oglądam tylko jakieś odmóżdżające, bo po całych dniach na wysokich obrotach nie mam siły na nic innego.
Ostatni sezon Frankie i Grace nudził mnie przez większość odcinków.
Miałam wrażenie, że twórcom skończyły się pomysły i powtarzają te same znane gagi…
Próbowałam czytać Marqueza „Miłość w czasach zarazy” ale nie mam do tego głowy, piękna proza, ale to trzeba smakować język a ja gonię za kolejną opowieścią, która zaspokoi mój głód bajek.
I tak się toczy…
Gdzie te czasy gdy sobie odpalałam YT żeby poszukać jednej piosenki, a kończyłam po dwóch godzinach w jakich czeluściach youtuba, słuchając coraz dziwniejszych „wykopalisk”…
50. Ålleberg wiosennie
Pogoda była niesamowita. Niebo bez jednej chmurki, lekki wiaterek, temperatura 15 stopni. Bosko!
Pojechaliśmy na Ålleberg (czyt: Olleberi). Tosia zaliczyła długi spacerek oraz leżenie w trawie. My napatrzyliśmy się na różne fruwaczki oraz cudne widoki.





Oraz TADAM! Odkryliśmy, że z Ålleberg widać Kinnekulle! Chociaż odległość w linii prostej wynosi lekko ponad 50km!
Nie jesteśmy do końca pewni, ale… wszystkie znaki na ziemi wskazują, że góra, której się przyglądaliśmy, to Kinnekulle.















Nasze widoki też nie takie najgorsze, choć my twardo nogami na ziemi.
A potem pojechaliśmy do domu, ale w ostatniej chwili skręciliśmy do ruin klasztoru Gudhem. Właściwe tylko po to bym mogła „pomacać” czy warto. Warto, najlepiej wcześnie rano, żeby się załapać na złotą godzinę. Namówię kiedyś Misię…





49. majowy świat
24 kwietnia wszystko w mojej najbliższej okolicy wyglądało tak, jak na zdjęciach ze Stenbrott.
Pojechaliśmy tam żeby pogrillować w towarzystwie Vlada – eMa ukraińskiego kolegi z pracy – i jego rodziny.



A wczoraj w ramach odchudzania grubasa Toli poszliśmy na spacer w lasku porastającego brzegi Wener. Lasek jest podmokły, w bardziej wilgotne i cieplejsze dni jest tam masa skrytożerców, ale wczoraj było pięknie. Choć wietrznie. Ale tu zawsze jest wietrznie…










48. nadal maj
Wreszcie zaczęło padać. Ale i niestety wiać. Od dwóch czy trzech dni pogoda jest stabilnie zmienna czyli: świeci słońce, za chwilę niebo zaciąga się chmurami i zaczyna padać a nawet lać, a po półgodzinie znowu słońce i suche ulice, bo wiatr suszy natychmiast. I nawet nie jest zimno (aż tak).
W taką pogodę chodzenie z Tośką na spacer bywa problematyczne.
Przychodzi pora, ubieramy się, schodzimy… a tu pada.
No nic, idziemy. Idziemy. Tośka ciągnie mnie w sobie wiadomym kierunku, a ja wreszcie załapałam, że chodzi o to by iść jak najbliżej ścian budynku. Bo zawsze wystaje kawałek dachu i przy samej ścianie pada mniej. No i ściana pewnie oddaje odrobinę ciepła.
No ale przychodzi moment gdy ściana się kończy. I wtedy Tosia zamiera. Stoi jak wryta i ani drgnie.
– Tosia, idziemy – mówię.
A ta nic.
– Chcesz iść tam? – pokazuję kierunek palcem i robię dwa kroki
Tosia ani drgnie. Patrzy we mnie intensywnie.
– To może tam? – idę w bok. Nic.
– A tam? – odwracam się w stronę tosinego ogona. Tylko prychnięcie.
Ona naprawdę prycha w odpowiednich momentach!
– To co chcesz? – pytam. Milczy. Patrzy na mnie. Potem na niebo. I na mnie.
– Chcesz do domu?
Wzdycha. Znowu patrzy na mnie. I na niebo.
Wyłącz to.
– No pada, nic nie poradzę. Jak nie chcesz, to idziemy domu.
Chcę na spacerek. Wstaje.
– No to idziemy.
Ale pada. Wyłącz to pójdę. Patrzy na mnie i na niebo. Siada.
I tak się targujemy przez kilka minut.
Tosia się nauczyła, że mamusia jest wszechmocna, choć czasem lekko przygłupia i prostych rzeczy nie pojmuje. Na przykład tego, że stado ma być w komplecie, a najmniejszych w stadzie, nawet jeśli nie lubiane, trzeba pilnować. I o nie dbać.
Skoro mamusia potrafi wyłączyć wiatr i gorąco lub zimno, to deszcz też, nie? Że co? Że tylko w domu? Tosia prycha tylko na takie argumenty. Chcieć, to móc. Ot co.
Jakiś czas temu, siedziałam sobie w fotelu w sypialni i oglądałam coś. W ręku druty. Pora wieczorna.
Na łóżku, pleckami do siebie spały Tosia i Basil. Tosia chrapała jak trąba jerychońska. Basil się rozlewał, jak to tylko koty potrafią, aż wreszcie ułożył się w pozie wojownika: na grzbiecie, z szeroko rozstawionymi łapami. I tak sobie spał.
Zainteresowało mnie podejrzane mlaskanie i zerknęłam zza ekranu komputera.
Tośka wylizywała Basila. A ten się rozwalał jeszcze mocniej i tylko pomrukiwał.
Nie wierzyłam własnym oczom. Zatrzymałam film, zdjęłam okulary, przesunęłam się lekko.
Tośka znieruchomiała. Zerknęła w moją stronę i zobaczyła, że się przyglądam. Odwróciła głowę i zaczęła się przyglądać ścianie. Po sekundzie znowu łyp oczkiem na mnie.
Acha, nadal się gapi… i dalej kontemplować ścianę.
Znaczy przyłapałam na czymś tajemnym. Zjeść go raczej nie usiłowała, bo pomruki jakie z siebie wydawał świadczyły o tym, że mu się podoba.
Chwilę później Basil uciekał, a ta go goniła.
Już sama nie wiem czy jak Tośka goni za Basilem to to jest „berek!” czy bardziej „nu pogadi!”.
Wczoraj obiecałam sobie leniwy dzień, znaczy żadnej pracy umysłowej, a więcej czasu dla domu. Zrobiłam zakupy, połaziłam po kilku sklepach. Byłam też u weterynarza z Tośką bo znowu ma infekcję w uszach.
I spałam. Spałam przed weterynarzem, spałam po. A i tak o 21 byłam nieprzytomna.
Przez to siedzenie na tyłku chyba mi cukier wariuje… albo brak witamin…
Obiecałam sobie, że poruszam się więcej w ciągu najbliższego miesiąca, pobiorę jakieś suplementy, ale jak się śpiączka będzie otrzymywać, trzeba będzie iść do lekarza.