Od kilku dni jest inne światło. Bardziej żółte, nawet w całkiem bezchmurny dzień, nawet w środku dnia. Oczywiście mrok zapada wcześniej, a noc znowu jest nocna czyli ciemna.
Nie wiem jak wstaje świt, ale na pewno później.
Jarzębiny czerwienieją na potęgę.
No i ucichły ptaki. Na niebie panuje cisza, no chyba że jaskółki przelatują, wtedy słychać to takie „iiiiii”.
A do domu pchają się owady i trzeba było założyć siatkę na drzwi balkonowe. No i ranki chłodniejsze. Jeszcze tydzień, dwa temu było rano, cieniu 15-16 teraz jest 10-13 stopni.
I tak to lato minęło.
Zapracowana okrutnie, przegapiłam jego najlepszą część: czerwiec.
Ani razu nie byłam na porannych zdjęciach. Na zdjęciach dla samych zdjęć w oógle nie byłam. Jakoś …chyba się rozleniwiłam.
A może to właśnie to, że tak dużo pracuję?
Rano: piątek czy świątek, siadam z kawą do biurka, otwieram maila…i wciąga mnie praca. Aż Tosia zaczyna się kręcić, trącać łokieć nosem, wtedy pojmuję, że jest ósma, albo się zbliża i trzeba pieska zabrać na spacer.
Tosia się też rozleniwiła.
Od kilku dni walczę z tym: gdy eM wraca z pracy wsadzamy ją do samochodu i wieziemy do najbliższego lasku. Lasek lichutki, ale są tam ścieżki po których nikt prawie nie chodzi, więc można puścić psa bez smyczy. A wtedy ja sobie idę swoim tempem, a ona- chce czy nie- musi się dopasować. Nie są to żadne tam sprinty, ot taki tam normalny chód.
Ale Tosia się rusza. A że czasem coś ją zwabi zapachem i się zatrzyma to musi potem nadganiać i dobiegać.
Tak walczę z jej rozleniwieniem oraz zdecydowaną nadwagą. Muszę ją odchudzić, bo jest małym grubaskiem. A to nie dobrze dla jej stawów.
Inna rzecz, że gdy wyjadę na te 4-5 dni to pies pewnie schudnie… Ale wolałabym, żeby chudła stopniowo i nie z powodu stresu.
Wyjazd już jest w całości (no, prawie) obstukany.
17. wieczorem wypływamy z Karlskrony. Do Gdyni dobijamy 18 rano i od razu jedziemy na południe, na Roztocze, pod Tomaszów Lubelski. Ponad 7 godzin jazdy. Będziemy na wieczór. I zapewne padnięci, bo na promie zwyczajowo słabo sypiamy: za duszno, za głośno, kołysze…
Więc pewnie padniemy.
19 jest ślub i wesele.
Namawiałam wprawdzie na wieczór kawalerski, ale nie oszukujmy się: po jednej lampce wina padłabym i nie wstała do dnia następnego.
Po weselu eM zapwne będzie musiał odespać. Na co daję mu czas 20.
A 21 w niedzielę, rano wyjeżdżamy do Gdańska. Tam eM mnie zostawi w hotelu i pojedzie na Warmię.
22 sierpnia, lekko po godzinie 10 mam samolot do Goeteborga. Z hotelu do lotniska mam jakieś pół kilometra więc na spokojnie zjem śniadanie i pójdę.
No, a potem zostanie znalezienie połączenia z lotniska do Goeteborga. Cała reszta to rzecz prosta :D.
A 25 sierpnia jadę znowu na lotnisko. SAMA! SAMOCHODEM! Bo namówiłam koleżankę na przylot. I namawiam jeszcze jedną. I może zrobimy sobie zlot koła gospodyń wiejskich :D.
Ale zanim te wszystkie przyjemności to najpierw trzeba potyrać, bo 17 sierpnia termin raportów kwartalnych – czyli trzy razy więcej roboty niż normalnie.
Na szczęście synek mi nieco pomaga. Dzięki czemu on dorabia a ja się wyrabiam.
I tak te dni płyną… i płyną…
77. Lysekil
Oj jak dawno nas tam nie było! Nie wiem czy byliśmy tam kiedykolwiek z Tosią, a Tosia ma wszak lat 7.
Zapomniałam jakie w miasteczku są latem tłumy.
Wybraliśmy się wczoraj, z Vladkiem i Timem – „naszymi” Ukraińcami.
Olga pracowała, starsi chłopcy jakiś czas temu wyjechali za pracą do Sztokholmu, a Larysa stwierdziła, że woli zostać w domu.
Młodego zafascynował prom, który nas przewoził przez fiord. GPS pokazywał nam alternatywną trasę, cały czas lądem i kusił krótszym czasem przejazdu, ale właśnie z powodu promu chcieliśmy tę.
Bo zgadywaliśmy, że przeprawa promowa może być dla chłopaków ciekawostką. I była.
Było lekko po południu gdy przyjechaliśmy. Pochmurno i dość chłodno, bo w okolicach 20stopni. Wzięliśmy kurtki.
Wokół nas kłębił się tłum, bo Lyskekil to wielki port małych i większych łodzi.



Vladek z Timem poszli do muzeum morskiego, ja poszłam po kanapkę do restauracji.
O i tu mam dowód białym na czarnym, że w szwedzkich restauracjach dla takich jak ja NAPRAWDĘ nie ma niczego zachęcającego.

Tak. To jest całe menu! Nie ma jakichś tam książeczek z listą… W menu są krewetki, anschois, szynka oraz ser, jajka lub kurczak. Wszystko w formie kanapek. Dla dzieci makaron, hamburger lub naleśniki…
Powiedzmy, że ten lokal to nie była typowa restauracja tylko taki lunchbar. Ale w restauracjach jest podobnie. Tyle, że jedzenie zamiast w formie kanapki, będzie podane jak normalne danie: na talerzu, gdzie wszystko będzie osobno. Ale skład zasadniczo będzie podobny + wołowina smażona lub grillowana, podobnie łosoś. Do tego frytki lub pure ziemniaczane Z TOREBKI!. Rolę surówki spełni rukola z pomidorkami koktajlowymi, czasem jeszcze z ogórkiem. Bez jakiegokolwiek dressingu.
Szwecja ma wiele zalet. Jedzenie nie jest jedną z nich, niestety.
No nic.
eM posilił się dziecięcym hamburgerem.
W tym czasie Vladek z Timem wyszli z muzeum. No to wysłalismy ich na pobliską górę-wysepkę, tę widoczną po prawej stronie patrzącego na zdjęciu poniżej.

eM poszedł przeparkować samochód, który zostawiliśmy daleko od portu, w obawie przed brakiem miejsc. Tymczasem w porcie było miejsc pod dostatkiem.
Tak więc goście poszli zdobywać górę, a ja zostałam z Tosią.
Przysiadła się do mnie starsza pani z papierosem. I zaczęła zagadywać o Tosię. Czy może się przywitać.
Powiedziałam, że to pytanie raczej do Tosi. Bo Tosia czasem z kimś chce a z niektórymi nie chce się witać. I nie, to nie zależy od tego czy ktoś ma w domu psy czy nie. Nie wiem od czego…
Tę panią ignorowała, zajęta była wypatrywaniem „tatusia”.
Do pani przysiadła druga pani. Nie wiem: koleżanka, przyjaciółka, siostra? A potem podeszła jeszcze jedna…
Gdy eM przyszedł i zapytał czy długo go nie było odrzekłam zgodnie z prawdą, że nie, wcale. Tylko tyle, ile trzeba na zawarcie przyjaźni na całe życie 😉
Vladek z Timem też dotarli. W tym czasie wyszło słońce i zrobiło się gorąco, więc mieliśmy gdzie zostawić kurtki.
I poszliśmy na skały, obrzeżem miasteczka.
Lysekil to dawna osada rybacka. Tu wielkie nadmorskie wille sąsiadują ze starymi rybackimi chatkami. Latem tętni tu życie. Zimą zamiera.














Tak sobie połazikowaliśmy z godzinkę po skałach. A potem czas był wracać.
Zdjęcie poniżej z promu, w drodze powrotnej.


A wracaliśmy w takich okolicznościach przyrody. Lato się przesila, żółto już na polach i zmierzch nadciąga coraz szybciej. Żegnajcie długie dnie…


76.
Zrobili w mieścinie skatepark.
Ja, jako urodzona malkontentka, marudzę, że zbudowanie dwóch betonowych ramp z pochylniami nie tworzy jeszcze parku… Oraz, że może przydałoby się w związku z tym przywrócić dyżury chirurga w naszej izbie przyjęć.
Któregoś dnia, w ubiegłym tygodniu odwiedził mnie synek dumnie dzierżący w nowiutką deskorolkę w garści. Bo on właśnie idzie potestować.
W weekend jak już nieco odparowałam po bieganinie ostatnich dni, przyszło mi do głowy, żeby smarkaczowi dziecku nakazać zabezpieczanie łba kaskiem, bo skater z niego żaden, a walnąć łbem o beton to nie żarty.
Zaraz potem zgromiłam samą siebie, że dziecko przecież bardzo już dorosłe, samo mogłoby być rodzicem i to nawet całkiem sporego potomka, więc chyba rozum ma i wie…
W poniedziałek dziecko weszło do mnie i bez ceregieli zapytało czy mam taką opaskę zaciskową na rękę. Myślałam, że chodzi o zatamowanie krwotoku, ale nie, pytał o te opaski jakich używam na nadgarstki gdy deszczy i ból stawów nie daje spać.
Miałam.
– A co? Rączka boli od myszy?
– Nie, chyba coś sobie naciągnąłem na desce, bo się mało nie wywaliłem i się podparłem…
Zapięłam mu tę opaskę.
Podparł się… mówi. Hm…
Jakoś tak w 1978 a może 1979, późną jesienią, chyba w listopadzie, pojechałyśmy z Baśką na weekend na Mazury, do babci. Do babci, acha… Baśka miała lat piętnaście lub szesnaście, ja o dwa mniej i doprawdy w tym wieku babcia jest zawsze tylko pretekstem.
Oczywiście jak tylko moja siostra pojawiła się we wsi to wszystkie chłopaki, nasi wakacyjni kumple natychmiast się o tym dowiedzieli. No i wieczorem się po prostu karnie zjawili.
Andrzej G, oficjalny chłopak, Andrzej B – najlepszy kumpel tego pierwszego, beznadziejnie zakochany w mojej siostrze od co najmniej dwóch lat. Pewnie też Jasiek K bo on zawsze był z Andrzejami i ten na odmianę podrywał mnie, pewnie dlatego, że od Baśki był niestety młodszy o rok czy dwa, więc nie uchodziło.
Andrzej B zadał szyku i przyjechał Komarkiem.
Młodzieży. Komarek to był taki motorower. Kto go miał, to robił lepsze wrażenie niż gdyby dziś rozbijał się najnowszym modelem BMW.
Baśka umiała jeździć komarkiem, bo ojciec ją nauczył, na swoim służbowym.
Pamiętam, że było ciemno, ale nie tak zupełnie czarno. Możliwe, że świecił księżyc. Powietrze było mroźne, bo wtedy na Mazurach zima i przymrozki przychodziły już w listopadzie.
Baśka się pochwaliła, że umie jeździć na Komarku, Andrzej B zapytał czy chce się przejechać, wietrząc w tym okazję do romantycznego sam na sam z obiektem westchnień. Wsiedli i pojechali w noc polną, wiejską drogę pełną zamarzniętych kolein.
Chwilę ich nie było, potem wrócili. Andrzej B z przodu Baśka z tyłu jakaś niemrawa. Szybko też zakończyła wieczór, bo jak Baśka mówiła, że idziemy spać, to się szło i koniec. Gdyśmy się układały spać okazało się, że Baśka ma spuchniętą rękę. I że ją dość boli i dlatego była niemrawa. No bo jej Komarek jakoś tak „ujechał” na koleinie, no i ona się podparła, żeby się nie wywalili.
Nazajutrz wracałyśmy do domu. Najpierw autobusem do Wydmin, potem pociągiem do Olszyna, potem, znów autobusem, do Miasteczka.
W pociągu Baśka zapytała mnie czy mam jakieś tabletki. Już wtedy cierpiałam na notoryczne bóle głowy i tabletki z krzyżykiem czy jakąś inną pabialginę lub pyralginę zawsze miałam w kieszeni. Dałam Baśce tabletkę, ale nie miałyśmy nic do picia. Baśka powiedziała, że zagryzie kanapką. Bo kanapki miałyśmy. Baśka zrobiła, jak zawsze.
Dałam jej więc tę tabletkę i wróciłam do lektury. W którym momencie podniosłam głowę i zobaczyłam, że siedząca na przeciw mnie Baśka gryzie te kanapkę, a po twarzy płyną jej łzy. Ona nie płakała. Po prostu leciały jej łzy…
Wtedy do mnie dotarło, że chyba ją ta ręka boli. Baśka owszem przytaknęła, ale od razu wymusiła na mnie przysięgę, że nic starym nie powiem.
Dojechałyśmy do domu, starzy się nieco zdziwili, że w sobotę a nie w niedzielę, ale nie dociekali. Matka miała za wiele na głowie, a ojciec nie lubił jak tam jeździmy, bo kiedyś zobaczył zdjęcia z wakacji a na nich swą córeczkę w objęciach Andrzeja G., więc się raczej ucieszył.
Na pytanie jak było odpowiedziałyśmy zgodnym dwugłosem, że fajnie, ale na wszelki wypadek za wiele nie mówiłyśmy. Ja mogłam wsadzić nos w książkę i nikt nie zauważył nic podejrzanego.
Jednak wieczorem, gdyśmy się szykowały do snu, zobaczyłam, że ręka Baśki nie tylko jest nadal spuchnięta jak balon, to jeszcze sina i czerwono nakrapiana. Nie wyglądało to dobrze.
Stoczyłam bitwę pomiędzy lojalnością wobec kumpeli siostry a obawą o nią. Uznałam, że nie ma co się wygłupiać, trzeba któremuś ze starych powiedzieć. Padło na matkę bo z nią miałam jakąś tam relację, podczas gdy z ojcem nie za bardzo.
Matka weszła do łazienki, obejrzała rękę… I się zaczęło.
Baśka na mnie z mordą, że jestem świnia i kablara i nigdy więcej nigdzie mnie ze sobą nie zabierze.
Ojciec, którego matka oczywiście powiadomiła, do matki, że proszę bardzo oto efekty wyjazdu na tę głupią wiochę, i że nie ma mowy, więcej tam nie pojadą.
Matka do ojca z mordą, że to przez jego głupie pomysły, bo kto ją nauczył jeździć komarkiem?! Ale to za jakiś czas dopiero, bo teraz nie powiedziałyśmy starym o tym jak się to stało. Oficjalna wersja głosiła, że się wygłupiałyśmy i Baśka spadła z łóżka.
Więc oczywiście i ojciec i matka z mordą na mnie, że to moja wina, bo siostrę zepchnęłam i patrz co narobiłaś… Możliwe, że dlatego wywaliłam, że to wcale nie ja, tylko Komarek itd…
Ręka okazała się być złamaną w łokciu.
A ona się tylko podparła…
Jak teraz jej chrześniak, synek mój.
Dziecko stwierdziło, że nic mu nie jest i on idzie do domu.
Poszedł a ja dopiero wtedy sobie przypomniałam, że jednak powinnam mu o tym kasku powiedzieć.
Przyszedł wieczór. Ułożyłam się do spania i właśnie zaczynałam zasypiać gdy zadzwonił mój telefon.
Spojrzałam na zegar: 22:00
Na wyświetlaczu: synek dzwoni.
Zaklęłam, bo już wiedziałam.
– Co? Musisz jechać na akut (ostry dyżur)? – odezwałam się od razu.
– Noooo… Do Skövde…
– Dasz radę sam? Czy cię zawieźć?
– Raczej nie dam
– Gdzie jesteś?
– Na akucie, u nas.
– Dobra, będę za 10 minut, bo muszę się ubrać.
Podjechałam, był na zewnątrz. Czekał jeszcze na pielęgniarkę, która mu miała jakiś papier dać. Stanęłam obok i czekaliśmy razem.
Naprzeciw nas, na parkingu stało jakoś tak znajomo wyglądające auto.
Przyjrzałam się. A, opel astra. Zaraz: XWE…? to MOJA astra!
Stały sobie tak obok siebie: Wypierdek i Astra. Awwwww…
Papierkiem na jaki czekaliśmy była zielona, samoprzylepna karteczka… z czort wie czym.
Droga była prawie pusta. Nauczyłam się włączać światła drogowe w Wypierdku, bo w lesie było już ciemnawo, choć tam gdzie pola można było spokojnie jechać na światłach do dziennej jazdy.
Yankie miotał się na siedzeniu obok na przemian klnąc i sycząc z bólu, ale przez miasto nawigował bezbłędnie.
W Skovde byliśmy mniej więcej o 23:30.
Yanki poszedł do środka, ja zostałam w samochodzie, bo od czasów pandemii do środka, na izbę przyjęć wchodzą tylko pacjenci, no chyba, że dziecko, to wtedy jeden rodzic może wejść. Zapłaciłam za 1 godzinę parkowania. Włączyłam audiobooka. Chyba przysnęłam.
Ocknęłam się, niebo nad szpitalem było jasne, ale dookoła ciemne.
Kupiłam kolejną godzinę. Znowu słuchałam audiobooka i drzemałam.
Jasność nad szpitalem najpierw się zmniejszyła a potem zaczęła powiększać.
Kupiłam kolejną godzinę.
Właśnie się szykowałam by zapłacić za czwartą godzinę, gdy synek zadzwonił, że już idzie.
Dostał gustowny gipsik w czerwonej osłonce na 4 tygodnie.
Małe pęknięcie kości kciuka.
– Jakby ci pół rączki urwało to pewnie ból byłby mniejszy – stwierdziłam.
O 2:45 wyjechaliśmy.
Na polach snuła się mgła, w tej mgle pasły się zwierzęta, słońce wschodziło różowo, aż żałowałam, że nie wzięłam aparatu.
Z drugiej strony w głowie mi się kolebało ze zmęczenia, więc skupiałam się na tym by trzymać się własnego pasa.
O 4 byłam w swoim łóżku.
Dzień potem był całkowicie do niczego.
75. Årnäs
Postarzałyśmy się z Tosią. Od spacerów wolimy wygodę własnego domu: miękkie łóżko (ona) wygodny fotel (ja), wiatrak, który w razie potrzeby można włączyć, a nawet mini klimatyzator gdzie rolę schładzacza pełni zwykła woda. Nabyty w celach eksperymentalnych za śmieszną sumę 200koron. Ona drzemie, czasem zachrapie głośniej. Ja się zajmuję nitkami i szmatkami…
Rankami chodzimy dłużej. Pół godziny czasem nawet czterdzieści minut. Popołudniami, gdy ciepło, Tola ciągnie tylko w cień, na trawę, tam gdzie wieje, tam się kładzie i skupia na obserwacji otoczenia. I nie siły która by ją zmusiła…to znaczy jest, ale boję się, że może to ponad jej możliwości, więc ulegam.
Nie próbowałam jej wsadzić do Wypierdka, bo raczej wiem jak się to skończy. Ale może powinnam? Może mnie zaskoczy? Gdyby zechciała wsadzić tyłek do mojego samochodu przesunęłabym godzinę spacerów na siedemnastą i woziła ją do lasu. Tam mogłaby mogłbyśmy chodzić bez smyczy. Ona potrzebuje ruchu, dzięki temu schudnie i może wróci jej kondycja.
Tak sobie myślałam wczoraj. Namówiłam eMa na spacer na Kinnekulle. Ale gdy już byliśmy prawie, prawie na miejscu, poczułam, że albo kogoś pogryzę, albo będę wyć jak jeszcze raz będę musiała przejść tę samą drogę tam i z powrotem. Drogę, na której NIC NIE MA.
I tak wylądowaliśmy w Årnäs, na które już od dawna się czaiłam.
Jeśli oglądaliście film ARN to właśnie tu mogła być siedziba jego rodu.
Wikipedia mówi tak:
„Starożytna warownia Aranæs ( 58°40′N 13°35′E ) znajdowała się w pobliżu Skary na brzegu jeziora Vänern , w Västergötland .
Na początku XIV wieku był własnością marszałka i szwedzkiego regenta Torkela Knutssona . W tym zamku król Birger Magnusson podpisał traktat pojednawczy ze swoimi braćmi, książętami Erykiem i Waldemarem Magnussonami . Po tym, jak dwaj książęta zatruli umysł króla przeciwko jego wiernemu marszałkowi, Torkel został schwytany i przewieziony do Sztokholmu , gdzie został ścięty. Wspaniała niegdyś warownia została zburzona, a ziemia została przekazana klasztorowi Gudhem , pod warunkiem, że zakonnice w ciągu roku przeniosą się do Aranæs. Wygląda na to, że ruch został opóźniony, a zamiast tego przenieśli się do Rackeby, w 1349, kiedy otrzymali majątek od króla Szwecji Magnusa II . Król odnowił nadanie zakonnicom Aranæs ojca, a dwa lata później założono tam klasztor. Zakonnice mieszkały w Aranæs przez dziesięć lat, aż majątek przeszedł w ręce króla.
Król Albert meklemburski w 1366 r. podarował majątek Gerhardowi Snakenborgowi w zamian za zamek Axevall . W 1371 r. został przekazany przez króla Magnusa biskupowi Nilsowi ze Skary . Do czasu reformacji był własnością diecezji Skara . W 1683 r. Årnäs przeszło od króla do prywatnych właścicieli. Zamek był obiektem kilku ostatnich wykopalisk archeologicznych, które wykazały, że zamek był znacznie większy niż wcześniej oczekiwano. Jego wielkość wciąż nie jest znana.”
A na miejscu było o tak:

Znów śpiewałam (w duchu) razem z Marianem Opanią o Burżujach…












Następna dla mnie zagadka: jaką atrakcją jest zaparkować na klepisku, w pełnym słońcu, w miejscu gdzie nie ma dosłownie nic, bo nawet łagodnego zejścia do wody nie ma.

Po zimnej nocy (12stopni!) i chłodnym poranku naraz zrobiło się gorąco i bezwietrznie. Tosia dyszała i szukała cienia. Ale możliwe, że tylko nie chciała wracać do samochodu…
W każdym razie trzeba było wracać.
Jeszcze jakiś zagubione wśród pól schronisko czy inny hostel

Jeszcze złapana przez szybę kunsztowna weranda…

i Kinnekulle od drugiej strony


74.
Dziś dzień raportowania Vatu.
A ja w lesie…
Żeby było weselej to na koncie mam mniej więcej połowę tego, co powinnam dziś wpłacić. Wkurza mnie to strasznie, że zawsze tak muszę ścibolić: od 1 do 12 na vat i skatt, od 13 do 25 na opłaty, od 25 do pierwszego na wszystko inne.
Ostatnio pracuję uczciwie, dzień w dzień, po 8 godzin. I skrupulatnie liczę czas a cen nie mogę już podnosić, bo ludzie nie wyrobią, a są tacy co robią za mniej niż ja i to coraz ich więcej. A ciągle mam wrażenie, że te pieniądze to tylko tak się mielą…
Paradoksalnie: inflacja zmusza do obniżania cen zamiast do podnoszenia.
I ciekawą rzecz zauważyłąm księgując wczoraj jedną firmę.
Otóż bankowe kursy mówią, że 1PLN = 2,23SEK. Tak średnio. Czasem dochodzi do 2,25 czasem jest 2,22… Natomiast w sklepach w Polsce, w każdym, przeliczniki są takie, że można zemdleć.
Rekordzista miał kurs 1: 2,80!
Znowu będziemy jeździć z gotówką i wymieniać ją kantorach. Odwykłam, ale co robić…
Na biurku mam taki bałagan, że z trudem znajduję miejsce do pracy. Nie wiem jak to ogarnąć, co uporządkuję to papier, przybory same się rozłażą…
Wczoraj dostałam dokumenty od jednej klientki. Wczoraj. Po raz kolejny, jak co miesiąc dostaję papiery w ostatnim dniu. Nadmieniam, że w Szwecji na rozliczenie vatu ma się 42 dni. Czyli dziś raportuję maj.
A pani przez 42dni nie dała rady ogarnąć 10dokumentów.
Ostrzegałam wiele razy, że gdy dostaję dokumenty w dniu ostatnim mogę nie zdążyć ich zrobić… a wtedy nie złożę raportu, bo składanie zerowego gdy wiem, że w firmie coś się działo, to fałszerstwo i można dostać za to mandat. No i właśnie dziś postanowiłam, że nie będę się szarpać, żeby obliczyć. Nie złożę tego raportu, a pani dostanie karę 650kr. Choć po namyśle stwierdzam, że może jednak zrobię inaczej: doliczę 50% za ekspresową usługę. I wyszczególnię to na fakturze.
Oooo, to chyba nawet lepiej…
Poza tym …
e, już chyba nic takiego…
To wracam do roboty.
73. Biwak na Hindens Rev
Było ciepło, choć nie upalnie, bo dość wietrznie. Ale w mieście duchota, tłum ludzi i smrodliwych starych samochodów. A perspektywa nocy criusnigiem w mieście średnio nam się podobał.
Zabraliśmy sprzęt, a okazuje się że do biwakowania mamy wszystko a nawet więcej niż trzeba. Tyle, że jak zabieramy Tosię to musimy wziąć i jej trapek czyli taką pochylnię po której wsiada do samochodu. A trapek zajmuje miejsce, i ten co siedzi z tyłu ma nie tylko niewygodnie, ale istnieje też obawa, że razie gwałtownego manewru trapek może pasażera z tyłu uszkodzić, bo to jednak kawał kloca…
Wtedy rzuciłam lekkomyślnie, że przecież możemy jechać w dwa samochody… Tacy jesteśmy rozpustni, tak się nam w tyłkach przewraca, że na wspólny biwak jedziemy każdy swoim samochodem …
EM patrzył na mnie z powątpiewaniem.
– Ale tam tak wąsko, a jak będzie się trzeba minąć z kamperem..?
– To rozłożę bezradnie ręce, że ja nie umiem, że umiem tylko do przodu- odpowiedziałam bo byłam przekonana, że o 18 po południu nikt na Hindens Rev jechać nie będzie.
Zamknęłam Basila samego w domu z pewnymi wyrzutami sumienia i pojechałam po Zuzu.
Przebiłam się przez pozamykane uliczki, bo przecież ten cholerny cruisning.
eM czekał na ostatniej krzyżówce przed domem dzieci. Zuzu była cała szczęśliwa, perspektywa biwaku bardzo się jej podobała.
Żeby nie wracać do ronda na którym krążył ten cholerny criusning pojechaliśmy bocznymi dróżkami. Ja przodem, Zuzu obok mnie jako nawigator, za nami eM.
Tak gadałam z Zuzu, że nie zauważyłam nawet, że na wąskiej dróżce mijam szybko jadące dużo większe samochody i że to jest ten moment, gdy powinnam się bać. A może tylko pamiętałam o tym, że jeszcze
niedawno bałam się i ściskałam wtedy kierownicę z całej siły.
Ostatni odcinek, gdy w zasadzie już się wjeżdża na cypel jest naprawdę wąski, tylko na jeden samochód. Gdy jedzie coś z naprzeciwka ktoś musi się zatrzymać przy najbliższym znaku M – jest tam zatoczka, która ułatwia mijankę. Rzecz w tym, że te zatoczki są szerokości może na pół samochodu i mniej więcej tak samo długie. To jest naprawdę hardcore. A tą dróżką, latem jeżdżą nie tylko auta osobowe, ale i kampery.
Moje nadzieje się jednak spełniły i nie było mi dane mijać się z kimkolwiek.
Potem jeszcze tylko kilka rundek z parkingu na plażę z tobołkami: namiot, trzy śpiwory, trzy materace, grill, żarcie+picie, jakieś bluzy czy kocyk dla Tosi… I można było zacząć biwakowanie.
Słońce skryło się za chmurami, woda pluskała, szumiała, szumiał wiatr.




Misia i Mel przyjechali posiedzieć z nami, około 22 zebrali się do domu.
Tosia nie była pewna czy chce wejść do tego dziwnego szeleszczącego pokoju, wsadzała głowę, jedną łapę, wychodziła, wchodziła… Gdy wreszcie zasunęłam suwak i odkryła, że nie może zobaczyć mamusi, to stwierdziła, że ona jednak wejdzie. Zwaliła się między mnie a Zuzu i nie drgnęła przez całą noc.
Jak zawsze prawie nie spałam. Drzemałam, szukałam wygodnej pozycji, bo jednak twardo. O piątej wstałam na dobre, a Zuzu chwilę po mnie.
eM wstał ze dwie godziny po nas.








W domu byliśmy przed 10 rano.
Tosia nie chciała wracać, a po schodach się w zasadzie wczołgała, przez resztę dnia leżała plackiem. Miała tyle wrażeń, co nigdy.
Ja zresztą najpierw padłam na dwie godziny do południa, a potem o 19 odjechałam na amen. Wstałam o 5 rano, posiedziałam dwie godziny nad pracą, poszłam z Tosią, a potem znowu zasnęłam na dwie godziny.
Ostatnio źle bardzo sypiałam, więc odespałam.
Uznaliśmy, że skoro już mamy taki sprzęt biwakowy to trzeba by jednak częściej biwakować. A już na bank na następny Big Power Meet trzeba.
Zdjęć trochę tylko bo nadal natchnienia brak…
72. Wsi spokojna, wsi wesoła…

Ale cóż to było za zakończenie tygodnia..!
Przede wszystkim „nasi” Ukraińcy przeprowadzili się do miasta.
Dotąd mieszkali w domu na wsi, domu, który właściciele używają raczej jako domek letniskowy. Mieli tam wszystko co trzeba, bo jak ktoś sądzi, że szwedzki domek letniskowy to chatka na kurzej łapce z wychodkiem za drzwiami z serduszkiem…to się myli.
Ale do miasta musieli się przeprowadzić, choćby dlatego, że dzięki temu Olga i chłopaki łatwiej będą mogli znaleźć pracę oraz chodzić do szkoły na naukę szwedzkiego.
Ale myślę też, że i właściciele domu chcieliby zapewne odzyskać swoją letnią bazę. I tak cześć i chwała im za to, że rodzina mogła tam mieszkać trzy miesiące bez ponoszenia kosztów za prąd, wodę czy internet.
Teraz urządzają się w mieszkaniu, w zacisznej (niegdyś) uliczce, nieopodal centrum. Piszę NIEGDYŚ bo w tej chwili tuż obok domu, w którym mieszkają, budują inny dom.
I tu przechodzimy do narzekań na patodeweloperkę.
Jeśli myślicie, że tylko w Polsce się buduje na każdym skraweczku wolnej przestrzeni to się mylicie… W Szwecji jest dokładnie tak samo.
Domy wielorodzinne stają tuż obok istniejącej zabudowy, w odległości kilku metrów zaledwie, ludzie tam mieszkający będą sobie nawzajem mogli w garnki zaglądać.
Z trwogą patrzę na nasze wielkie podwórka i zastanawiam się kiedy ktoś wpadnie na pomysł, że taki plac nie może się marnować.
No i oczywiście wycina się drzewa oraz asfaltuje co się da. Nawet nie betonuje. Asfalt chyba tańszy…
Biorąc pod uwagę politykę dotyczącą motoryzacji szybciorem, ale to ekspresowym szybciorem, jedziemy w stronę czasów, gdzie natura i zieleń będą dla bogatych. Tych, których będzie stać na dom za miastem i samochód. Biedota i klasa średnia będzie upchana w miastach, a jedyna zieleń jaka im będzie dana to kwiatki w doniczkach.
Ponura wizja…
Wszystko w imię pieniądza.
Świat zwariował z chciwości.
No, a my tymczasem usiłujemy rozwiązywać kolejne rebusy związane z elektronicznym wykluczeniem.
Niby udało się nam „załatwić” internet dla Ukraińców, ale zeszło mi na to prawie pół dnia. Skończyło się na podróży do oddalonego o prawie 60km butiku Telii w Skovde. Wyszliśmy stamtąd z routerem, ale co z tego, jak internet w nim nie pojawił się do wczoraj. dzisiaj.
Dodzwonić się do Telii bez personnummeru to naprawdę wyczyn. Ale po dodzwonieniu się okazuje się, że adres na nic się nie przyda, musimy mieć kod dostępu oraz numer klienta. A ten był na kwitku/paragonie jaki Vladek dostał wraz routerem…i wyrzucił bez zagłębiania się w treść. Nie przyszło mi do głowy, żeby mu powiedzieć, że ma to zatrzymać!
Mam nadzieję, że dziś internet się u nich pojawi bo inaczej… czeka nas znowu podróż do Skovde. Ja ich rozumiem: nie mają książek, nie mają telewizji ani po szwedzku, ani po ukraińsku, co mają robić popołudniami?
Olga dostała na tydzień pracę w hotelu, mówi że ciężko… Ale cieszy się, że ma. No i pracuje w parze z jakąś Polką, więc ma łatwiej.
W tym tygodniu zaczyna się w mieście Big Power Meet (kolejna akcja, której nienawidzę, za którą rajców miejskich posłałabym na wyjątkowo wyrafinowane tortury) czyli zlot tych wszystkich starych złomów zwanych szumnie amerykańskimi old mobile.
Zjedzie się tego tałatajstwa kilka setek. Obeszczają ulice, zasmrodzą je spalinami, zasyfią śmieciami, dodatkowo kilka nocy z rzędu będą krążyć wokół miasta, rycząc głośnikami oraz własnymi zapijaczonymi mordami.
Kuriozalne w tym jest jeszcze i to, że te stare trupy są wyłączone z opodatkowania. NIE PŁACĄ podatków! Podczas gdy np. te najnowsze samochody mają często podatek roczny rzędu 7000koron.
A podatek jest opisany jako „bazujący na wyrzucie CO2”.
To powie mi ktoś, że taki amerykański samochód z lat pięćdziesiątych XX wieku wydala mniej CO2 niż nowy, hybrydowy?
Prócz skandalicznego moim zdaniem zwolnienia z opodatkowania te old mobile są chyba także zwolnione z przepisów wszelakich. Jeżdżą bez pasów (przecież jeżdżą wolno), często w więcej osób niż to dozwolone, zatrzymują się gdzie chcą i jak chcą, wjeżdżają w ulice, które teoretycznie są dla nich zamknięte…
I znowu ci co ich stać na domy za miastem mówią „ale to przecież to tylko kilka dni w roku, a jak fajna rozrywka i zarobek dla miasta”
To może się zmienimy na ten czas, co?
Ja zamieszkam w waszej wypasionej willi nad jeziorem, ponudzę się w tej nudnej ciszy i z tą nudną zielenią, wy pomieszkajcie w moim mieszkaniu…
Grrrrrr
Wiem, wiem… nie po raz pierwszy mnie wkurwia.
Może by naprawdę w piątek zwiać z miasta pod namiot?
Tydzień temu zniechęciła nas możliwość burz i deszczu, ale co mi tam burza w porównaniu do tego bydła…
No dobra, Kasia… ZEN… ZENNNNN… Jesteś kwiatem lotosu na gładkiej tafli jeziora…
Jesteś piórkiem na wodzie…

Tydzień ubiegły finiszował jednak takim ukropem, że deszcz i ochłodzenie zostało powitane jako prawdziwe dobrodziejstwo.
W niedzielę wieczorem, po całym dniu kiszenia się w domu z powodu deszczu, wyszłam wreszcie na spacer. Zabrałam aparat, pierwszy raz od niepamiętnych czasów, ale chyba wyszłam z wprawy, bo zupełnie nie miałam pomysłu na fotografowanie.




Według prognoz upały już nam nie grożą, nie w najbliższej przyszłości. Zapowiadają się raczej takie temperatury w granicach do 21 stopni. Ale ma być dość słonecznie, więc nie ma powodu do narzekań.
A tymczasem wczoraj na instagramie zobaczyłam buty robione szydełkiem. Podeszwa taka jak do espadryli.
No to szukam podeszw do espadryli. Jakbyście wiedzieli gdzie, to dajcie znać, bo internety odsyłają mnie do aliexpres…
71. Nadal albo może ZNOWU upał
Nie narzekam na te upały jakoś specjalnie.
Lato jest, to ma być ciepło. Póki siedzę w domu, przy wiatraku, daję radę. Ale oczywiście dla mojego męża, który musi się ruszać, w dusznej hali, przy spawaniu to już nie jest taka mięta…
W nocy nie sypiam. Napięcie + upał.
Napięcie bo praca. A dodatkowo masa spraw.
No bo Ukraińcy się przeprowadzają. W związku z tym potrzeba by V. miał konto bankowe staje się paląca. A banki jak to banki… Mają czas, co ich obchodzi, że ktoś tam będzie miał problem z opłaceniem rachunków…
Dopiero teraz dociera do mnie, że elektroniczne wykluczenie jest faktem. I skurwysyństwem.
Niemal w każdej instytucji, do której dzwonię, na dzień dobry każą się zidentyfikować przy pomocy mobil-ID. A jak dzwonię w sprawie nie swojej, to po co mam się identyfikować jako ja? A jak się nie zidentyfikuję to system uparcie żąda identyfikacji albo rozłącza.
Nie mówiąc już o tym, że w ogóle porozmawiać z żywym człowiekiem to jakaś niemożliwość jest. Nic tylko automat i tematy z listy, które oczywiście w sytuacji gdy np. chcę kupić abonament na internet dla Ukraińców, są od czapy.
Prócz Ukraińców mam jeszcze na głowie wdowę po Tomku. Nie jest to może wiele, ale kolejny punkt na liście zadań. W ubiegłym tygodniu byłam z nią w Trollhattan po szwedzki dowód osobisty.
Dygresja
W Szwecji w zasadzie można podzielić ludzi na trzy kategorie:
1. Ludzie z obywatelstwem – ci paszport oraz ID czyli dowód osobisty załatwią w każdej placówce policji.
2. Ludzie bez obywatelstwa ale ze szwedzkim peselem czyli personnummerem – ci mogą dostać szwedzkie ID, ale muszą się udać do specjalnego oddziału Skatteverket i tam złożyć wniosek oraz odebrać dokument
2. Ludzie bez obywatelstwa oraz bez szwedzkiego peselu, z tzw samordningsnummer czyli numerem koordynacyjnym – to oni są właśnie tą grupą elektronicznie wykluczoną. Nie ma dla nich opcji podpisu elektronicznego, nie ma dla nich też możliwości posiadania jakiegokolwiek dokumentu tożsamości, praktycznie nie istnieją w systemie i nawet jeśli są zatrudnieni, a ich pracodawca płaci za nich dokładnie takie same podatki oraz opłaty socjalne jak za każdego innego pracownika- ci ludzie nie mają szans by z tych pieniędzy skorzystać. Tacy ludzie np. nie mogą nawet kupić w Szwecji samochodu, bo go na siebie nie zarejestrują.
Koniec dygresji
No więc Wdowa dostała ten personnummer w końcu. Więc można byłoby wreszcie dać jej dostęp do usług elektroniucznych, żeby wreszcie mogła sama sobie rachunki płacić.
No tak, nie napisałam: odkąd weszła aplikacja mobil ID banki przestały wydawać tokeny, a tym samym odcięły wielu ludziom dostęp do bankowości internetowej. Przy czym tokeny (po szwedzku DOSA) nadal są wydawane… ale tylko dla tych co mają personnummer.
Zatem jak się nie ma szwedzkiego peselu czyli personnummer to można mieć konto w banku, ale ono służy tylko temu, by pracodawca miał gdzie wpłacać wynagrodzenie, które potem delikwent wypłaci sobie z bankomatu w postaci gotówki.
Jak ma taki ktoś zrobić opłaty, skoro nikt już w takich instytucjach gotówki nie przyjmuje? Iść z gotówką z bankomatu do banku i tam w kasie wpłacić ją z powrotem – tylko na konto dostawcy prądu czy mieszkania. Lub poprosić kogoś z PN by został pełnomocnikiem i co chwila zawracać mu głowę: ty weź mi zapłać czynsz, ty weź mi zapłać prąd…
Tego naprawdę to by nawet Bareja nie wymyślił.
No więc Wdowa, mając ten personnummer (PN) mogłaby wreszcie zacząć sama te rachunki ogarniać.
Ale nie. Bank, żeby ją podłączyć do usług elektronicznych i dać jej mobil ID musi się upewnić, że ona, to ona. Czyli musi ją wylegitymować.
Ale nie… nie, nie przy pomocy np. paszportu z Polski. No i co z tego, że z UE, paszport nie jest ważny. Ma być zalaminowany kartonik ze szwedzkiego urzędu podatkowego. On jest ważniejszy niż te wasze, pożali się boże, paszporty, nawet te najbardziej wypasione.
No to pojechałam z nią żeby złożyła wniosek o to ichnie ID.
W poniedziałek ma odbiór. Potem jeszcze trzeba do banku by te elektroniczne ID uzyskać.
A nadmieniam, że mamy lipiec. A w lipcu to cała Szwecja ma urlopy i nikt nigdzie nie zajmuje się skomplikowanymi sprawami, bo wszędzie jest personel letni, czyli młodzież…
I tak każda sprawa, jaką chcę załatwić dla moich podopiecznych pochłania mi masę czasu i jeszcze więcej energii. Choć niby miało być tak prosto, bo w domku, przez telefon.
Dupa tam. Te wszystkie wielkie instytucje zaczynają być tworem samym dla siebie, zamkniętymi twierdzami, do których, jeśli jesteś jakoś tam atypowy, nie masz szans by się dobić.
Ja nie wiem jak ten świat jeszcze działa, ale to kiedyś pierdolnie, mówię wam. Ludzie się wkurzą, zrobią rewolucję i powywieszają te ichnie automaty na latarniach. Razem z tymi, co za tymi automatami się chowają.
Ten świat coraz bardziej robi się nie dla ludzi.
Zabezpieczony: .
70. Upał
Upał był wczoraj taki, że miałam wrażenie, że mi się mózg rozpuszcza.
Uznałam, że spacer z Tosią w takich warunkach to byłaby tortura i dla niej i dla nas. No i obawiałam się, że sobie poparzy łapy na rozgrzanych asfaltowych ścieżkach.
Pojedziemy nad jezioro, zdecydowałam. Na jedną z dwóch psich plaż w mieście. Od wody będzie ciągnęła przyjemna bryza, a w cieniu, pod brzózką, na chłodnej trawie Tosia odetchnie. A i łapki będzie mogła zamoczyć i wody popić.
Na miejscu okazało się, że air condition czyli bryza od wody uległa awarii. Cieć zaspał i nie wcisnął guziczka… czy coś. Niebo zasnuło się chmurami, ale w powietrzu wciąż było jakieś 30stopni. W związku z tym brzozy cienia nie dawały. A chłodna trawa … cóż. Nie padało od jakichś dwóch tygodni, więc trawnik powoli zmienia się w klepisko.
Zejście do wody strome, wchodzi się po kamieniach małych i większych od razu po kolona. Parę kroków dalej dno się unosi i znowu jest tylko po kostki. Ale przebrnięcie przez brzeg jest trudne, zwłaszcza gdy się nie wzięło wodnych butów. (Mam takie, specjalnie na tę plażę kupione, ze sztywną podeszwą).
Mimo nie sprzyjających warunków weszłam do wody.
Bo Tośka zamieniła się w kamień i odmówiła moczenia łapek. Nie. I koniec. Pół plaży miało uciechę obserwując jak namawiamy psa do wejścia do wody. A im bardziej namawialiśmy tym bardziej pies mówił, że nie.
W końcu weszłam do tej wody, licząc, że miłość do mamusi wygra z uporem. Ale gdzie tam!
Wróciliśmy posłusznie na trawkę. EM poszedł do wody sam, mając nadzieję na popływanie. Ale wrócił szybciej niż poszedł, bo okazało się, że temperatura wody zmienia się drastycznie i odwrotnie proporcjonalnie do głębokości. O ile na płyciźnie miała jakieś 20stopni (internety mówiły o 16, ale to pewnie uśredniona) to im głębiej było coraz zimniej…
Tak więc plażowanie nie spełniło naszych oczekiwań w najmniejszym stopniu.
Tylko Tosia jako jedyna nie sprawiła nam zawodu i na hasło „do domu” jak zawsze odmówiła współpracy.
Powiedziałam mężowi, że będzie padać.
Powiedział, że nie będzie.
Powiedziałam, że będzie. Chyba niewiele, ale coś spadnie.
Zapytał skąd wiem.
Powiedziałam, że moje nogi mówią.
Powiedział, że moje nogi się mylą. Jego aplikacja pogodowa mówi, że nie będzie padać.
Trzy godziny potem przeleciał deszcz. Nie zauważyłam go, bo siedziałam w sypialni, przy zamkniętym oknie.
Wyszłam się przejść, mając nadzieję, na łyk świeżego powietrza, ale z tym nadal było kiepsko.
Zdjęcia robiłam telefonem.

