88. Koniec wakacji

Wczoraj koleżanka odleciała, ale zanim to pojechałyśmy nad morze do Grundsund.
Miasteczko znane z serialu szwedzkiej telewizji, jest niewielkie, ścisłe, urokliwe – jak wszystkie szwedzkie miasteczka nadmorskie.

Koleżanka była zachwycona.
– Dziękuję, że mnie tu przywiozłaś! – mówiła co chwila.
W zasadzie to sama się przywiozła, ja robiłam za nawigatora, bo nie czułam się na siłach jechać po autostradzie.
Choć nie, po autostradzie to spoko, ale potem miałyśmy w planach Goteborg. No, a po takim wielkim mieście, na rozjazdach, gdzie nawet mój mąż potrafi się zgubić (a on jest wg mnie mistrzem kierownicy i naprawdę mówię to szczerze).
Pojechałyśmy, ale ponieważ w Grundsund spędziłyśmy dużo czasu, to na Gbg już nie było za wiele… Utknęłyśmy zaraz na wjeździe, w porcie przy operze.

No a potem pojechałyśmy na lotnisko Landvetter.
Pożegnałyśmy się na parkingu. Koleżanka lot miała dopiero za ponad 3 godziny, ale ja się bałam wracać w nocy, po ciemku, przez dziwną drogę, której nie znam.
E20 – jedna z najważniejszych dróg w Szwecji jest właśnie w przebudowie na odcinku pomiędzy Alingsås a Vara. Jedzie się naprawdę kiepsko, w tłumie innych samochodów, w tym wielkich ciężarówek, wśród bramek, zmian pasów oraz trwających mimo nocy robót.
Jest droga alternatywna, GPS ją proponuje, ale jest wąska i kręta…no i jej nie znam kompletnie, a na takich dróżkach łatwo się pogubić, bo są po prostu albo w lesie albo w szczerym polu…
Tak więc koleżanka- prawdziwa włoska mamma, matkująca każdej sierocie życiowej – uznała, że ona woli posiedzieć dłużej na lotnisku niż żebym ja miała po nocy się błąkać po świecie.
A ja, egoistycznie, nie oponowałam.
Doświadczenie z nocy, gdym ją z tego lotniska odebrała, szczerze mnie zniechęcało.
Tak więc uściskałam koleżankę i pojechałam.
I zaraz za lotnikiem zgłupiałam i choć GPS nic nie mówił, zjechałam na rondzie pierwszym zjazdem…I od razu zrozumiałam, że to był błąd.
Pchało mnie na drogę szybkiego ruchu, a powinnam jechać wąską dróżką przez las!
Jeszcze miałam nadzieję, że może jadę na Borås, ale podskórnie czułam, że oto spełnia się mój najgorszy sen: jadę na Göteborg!
Mijałam oczywiście jakieś zjazdy na Landvetter, ale nie wiedziałam czy a. to jest na lotnisko czy do miejscowości,
b. nawet gdybym wiedziała, to jak dla mnie te zjazdy pojawiały się znienacka, GPS o nich nie mówił, bo miał kierunek DOM, więc nie zdążałam w nie wjechać.
Innymi słowy: pchałam się w wielkie miasto, bo nie umiałam zawrócić.
Zaciskałam ręce na kierownicy i pocieszałam siebie, że jest wieczór, więc ruch będzie mniejszy, a drogę z Goteborga znam dobrze, umiem nawet zjechać z E6 do Oslo, bo pewnie GPS/google map będzie mnie pchało tamtędy aż do Uddevala. Telefon mówił, że w domu mam być o 21:01.
Uparcie trzymałam się skrajnego pasa, rozbieżnym zezem usiłując widzieć i GPSa i tablice-drogowskazy, żeby nie przegapić jakiegoś zjazdu.
Kombinowałam, że wolałabym jednak nie musieć jechać E6 aż do mostu Angered. I dobrze byłoby znaleźć zjazd na Karlstad – bo wtedy zaraz wyjadę z koszmarnej drogi przez miasta, a pojadę nową E45 na Trollhättan.
Wypierdek, boski samochodzik, chyba prowadził się moimi myślami, bo ledwie zobaczyłam rozwidlenie na E6 na Oslo/E45Karlstad natychmiast zjechał na prawo. I potem jakby sam wybierał drogę.
Raz się tylko zgubił, musieliśmy nawrócić, ale sprawnie nam to poszło, i już za chwilę widziałam na ekranie telefonu, że mam Gotę po lewej stronie, czyli jadę dobrze w kierunku na Surte/Lilla Edet/Trollhättan.
Przejechałam pod mostem Angered (zwanym przeze mnie Cienkim Mostem) i już mogłam odetchnąć. Ufff.
PRZEJECHAŁAM PRZEZ GOTEBORG!!!
Pomyślałam tylko, że dobrze, że nie wiem ile „błogosławieństw” po drodze zebrałam…
Słońce było nisko, a przede mną, na czerwieniącym się od zachodu niebie, pojawiła się biała kula, która wkrótce okazała się być balonem.
Balon sunął sobie nad Gotą, nad górkami, aż żałowałam, że nie mogę go sfotografować.
Ronda i światła w Trollhättan mijałam już w dobrym półmroku, ale to nic, bo to prosta droga, którą znam.
No a potem już ostatni kawałek. Coraz ciemniej, zwłaszcza w lesie. Skupiałam się na drodze, żeby nikomu nie walić długimi po oczach, żeby nie przegapić jakiegoś zwierza, bo zwłoki leżały na każdym kroku. A to wiewiórka, a to borsuk czy kot…
No i prędkość… Raz, że z ilością kilometrów noga robiła się coraz cięższa, a ja wiem, że moje doświadczenie jest mizerne, więc w razie czego przy zbytniej prędkości mogę nie zdążyć, nie zapanować…
A dwa, że co rusz stoją radary, a ich selfiki są nie dość, że mało gustowne to kosztowne.
Gdzieś około Grästorp poczułam, że muszę do toalety, bo dłużej nie dam rady. Oraz chcę jeść i pić. Zatrzymałam się na parkingu pod samolotem.
Do garażu wjechałam o 21:20.
I dopiero wtedy pozwoliłam sobie na obłędną satysfakcję.

No i koniec wakacji.
Od dziś już do roboty, do obowiązków.
A nad mój świat powoli nadciąga jesień.

87.Gadu, gadu, gadu nocą…

Baju, baju, baju w dzień.

Przyjechały do mnie Włochy.
Jem same dobre rzeczy. I gadam do bólu gardła.
Szkoda, że się zaciągnęło i deszczy. Zdążyłam pokazać tylko kawałek Kinnekulle i Stenbrott. No i moją pipidówkę.


Wczoraj kawałek Katedrę w Skarze i kawałek miasta (lało! buuu). Koleżanka zgodziła się ze mną, że Skara jest piękna i jest niej co podziwiać w przeciwieństwie do mojego miasta, które jest…cóż… takie sobie.
Dziś w planach Muzeum Porcelany, no bo pogoda bardziej taka muzealna.
No, ale dobrze, skoro nie da się zwiedzać, to pójdziemy jeszcze na grzyby. Gdzieś w przerwie między deszczem może się uda. Jest ciepło, bardzo ciepło, wilgotno, bezwietrznie.
Tylko dlaczego ta Tosia nie chce wsiadać do Wypierdka?
Też by sobie po lesie połaziła.
Ogólnie Tosia bardzo lubi nową ciocię i to pomimo tego, że ciocia nie daje cukierków. Basil, cholerny zdrajca, nawet sypia u cioci.


86. Powrót

Rano, zupełnie przypadkiem ta sama, kolacyjna ekipa zebrała się na śniadaniu.
Uwieczniłam nas rodzinną fotką, bo tak się właśnie poczułam: jak w rodzinie.
A potem to już w drogę.
Do Gdańska.
Jeszcze ostatnie zdjęcia z samochodu.

I pożegnaliśmy gościnne Roztocze.
eM, który z początku kręcił nosem, teraz zaczął snuć pomysły, że może by tak kiedyś… kiedy już będzie mógł sam planować swoje urlopy…
Ja nie planuję. Ja po prostu obiecuję sobie, że wrócę tak szybko jak będę mogła. Zgłębię tajemnicę tej ziemi i jej historię.
A tymczasem Gdańsk coraz bliżej, a im bliżej tym coraz pochmurniej.
Hotel zabukowałam sobie jak najbliżej lotniska.
EM mnie pod nim wysadził i pojechał na Warmię do swojej matki.
Zameldowanie w Sleep&Fly było szybkie, zwłaszcza, że pobyt miałam już opłacony. Niestety od razu przykra niespodzianka: na stronie hotelu widnieje informacja, że posiadają restaurację, a tu się okazało, że to bar i jedyne co mogę dostać to przekąski.
Tego się nie spodziewałam.
Zapytałam recepcjonistkę o to gdzie w pobliżu można coś zjeść lub choć kupić. Nie podnosząc głowy znad kontuaru mruknęła niechętnie:
– Nie wiem, pewnie na lotnisku. Albo w Żabce, tu gdzieś musi być…
Za oknem padał gęsty deszcz, miałam wprawdzie kurtkę, ale buty się na deszcz nie nadawały. Lotnisko miałam o jakieś 5 minut drogi, ale na lotnisku jedzenie jest nie dość, że wyjątkowo paskudne: sucha kanapka, odgrzewana pizza lub jakiś croissant to na dodatek drogie.
A ja się na tym Roztoczu rozbisurmaniłam i chciałam, żeby było smaczne.
Zaczęłam kopać w internecie w nadziei, że znajdę jakąś pizzerię, co mi pizzę dowiezie. Nawet znalazłam, ale co z tego jak każda z nich miałam minimalne zamówienie od 50 lub 80pln.
50 złotych?! Toż to musi być jakaś góra żarcia, kto to zje?
Stwierdziłam, że zejdę do recepcji i zapytam. Skoro nie mają restauracji to powinni wiedzieć gdzie można zamówić jedzenie. Nie jestem pierwszą którą oszukała informacja o restauracji.
W recepcji siedział dwie młode panie. Obie z nosami wbitymi w jakieś listy, obie unikały jak ognia kontaktu wzrokowego, obie wyduszały z siebie jedynie niechętne
-Nie wiem –
Wkurzyły mnie na maksa, bo kurde, lalunie, pracujecie w branży turystycznej. Ja wiem, że w Polsce niemal każdy zachowuje się tak, jakby w pracy był za karę, na robotach przymusowych. Ale jednak branża hotelarska i turystyczna jest specyficzna. To nie poczta, gdzie wystarczy przybić stempelek na znaczku.
Dodatkowo, jako się rzekło: rozpasana byłam po tym Roztoczu.
Warknęłam:
– Pomocne to wy nie jesteście
i wyszłam. Tylko dlatego nie pizgłam drzwiami, że były na sprężynie.
Odpaliłam google map i ruszyłam na poszukiwanie owej mitycznej Żabki. Przypominam, że była już niedziela i późne popołudnie.
Deszcz sobie padał niefrasobliwie. Ale nie wiało i było dość ciepło.
Pod kolejnym hotelem zaparkowała taksówka. Podeszłam.
Taksówkarz chwilkę mierzył mnie wzrokiem, ale wreszcie opuścił szybę.
– Pan jest wolny może? – zapytałam
– A co?
– Może mnie pan podwieźć do jakiejś pizzerii?
– Eeeee, ale to tu niedaleko jest jedna, dobra… Niecały kilometr. Można się przejść.
Naprawdę, Polska to bogaty kraj. Tu się ludziom chyba nie opłaca pracować!
– Wie pan, leje, a ja nie mam ubrania na deszcz. Kilometr w tych warunkach to dużo.
Westchnął ciężko, rozejrzał się jakby szukając ucieczki.
– No dobra, niech pani wsiada. Zawiozę – powiedział tak, jakby mi robił przysługę.
Zawiózł. Rzeczywiście nie było daleko. Po drodze pochwalił się:
– No wie pani, mógłbym być taki cwany i zawieźć panią na drugi koniec miasta, że niby tam najlepsza pizza
– Oczywiście, że pan mógłby – zgodziłam się.
Zapłaciłam, wysiadłam, poszłam na pizzę do pizzerii Magnifica.
Nie mam pojęcia dlaczego obsługa wyglądała na zdziwioną tym, że przyszłam.
Pizza była bez smaku. Ani soli, ani pieprzu, ani kwasu od sosu pomidorowego. Poprosiłam o jakieś przyprawy, bo na stole ich nie było. Zaproponowano mi oliwę smakową, a potem jakiś tam sos. Kucharz rzucał jakimiś cyframi typu milion, co mi nic nie mówiło i
nie mógł zrozumieć, że mi nie chodzi o to by było OSTRE, a to by miało jakikolwiek smak. A oboje mówiliśmy po polsku.
Wreszcie wzięłam ten sos, kapnęłam na talerz, resztę oddałam. Delikatnie rozsmarowałam odrobinę na pizzy. Ugryzłam…
Milion szpilek wbiło mi się w jamę ustną oraz nos. Oczy zaszły łzami.
No tak, po jednym kęsie mogłabym zjeść nawet kapeć i nie zauważyłabym różnicy. Kawałek z sosem zostawiłam, resztę zjadłam mając nadzieję, że jedzenie zbierze tez żar z moich ust. Odrobinę zadziałało, niestety, odkryłam to pijąc czarną herbatę. Smakowała, jakby ktoś wcześniej w tej samej wodzie gotował ścierkę.
Dlaczego coraz trudniej w polskich restauracjach o dobrą herbatę? Co oni do licha robią z tą wodą??
Wróciłam do hotelu i usiłowałam zasnąć.
Rano poszłam na lotnisko, zjadłam jakąś byle jaką jajecznicę i wypiłam kolejną herbatę o smaku ścierki. Chyba jestem tępa dzida, że wciąż tę herbatę zamawiam w takich miejscach.
Poleciałam. Doleciałam.
W autobusie na dworzec odkryłam, że mi anulowali pociąg. Oraz spotkałam znajomego.
Anulowany pociąg zastąpili autobusem. Tylko zamiast dwóch, jechaliśmy prawie trzy godziny.
Misia i Mel przywieźli Basila.
Yankie przyprowadził Tosię.
Zuzu przyszła sama.
I tak zupełnym przypadkiem wszyscy w jednej chwili znaleźliśmy się u mnie w domu.
Basil chodził za mną krok w krok. A Tosia…Tosia nie chciała się ze mną przywitać. Nawet nie patrzyła na mnie. I nie merdała ogonem. I nie chciała wejść na łóżko.
Było mi smutno.
Byłam zmęczona.
Zasnęłam o 19. Spałam kilka godzin. Potem wstałam. Potem znów kilka godzin snu… i tak cały dzień. Tosia wreszcie zaczęła się do mnie uśmiechać ogonkiem. A wieczorem leżała na łóżku i patrzyła o tak:


Wczoraj już doszłam do siebie. Ale zaczęło mnie boleć gardło.
Mimo to urządziłam wielkie sprzątanie, bo dziś przylatuje do mnie gość.
Gardłu rzekłam: nie bądź świnia, nie teraz. Wypłukałam kilka razy płynem antybakteryjnym. I teraz już prawie okej.
Za oknem jesienne słońce, ale stawy mi mówią, że idzie na deszcz.

85. Dzień 4. Kolacja.

W zasadzie o kolacji nie da się nic więcej powiedzieć poza tym, że było bardzo miło.
Oczywiście mogłabym się rozpisywać o Jubilacie, że w wieku 86 lat ma wciąż żywy umysł, a dowcip jak brzytwa.
Mogłabym mówić o mojej koleżance Zosi, żonie Jubilata, jak się cudownie z nią rozmawia…
Mogłabym mówić o tym, że zadziwiające jest to, że jakieś 12 osób przy stole może nie robić hałasu, zamętu i da się usłyszeć każdy głos oraz ma się wrażenie, że każdy głos ma prawo nie tylko wybrzmieć, ale i zostać wysłuchanym.
Mogłabym wiele powiedzieć, ale…
Pan Młody to czyta. Nie wiem czy nie pokazuje Pani Młodej. Więc nie chcę wyjść na lizusa.
Było naprawdę miło. I wystarczy.
Natomiast to, co absolutnie muszę powiedzieć dotyczy pensjonatu i obsługi.
To że ładnie, że wnętrza przemyślane, że czysto, że łóżka wygodne(!)- to raczej standard. Tak samo jak WiFi w pokojach. No, ale klimatyzacja to już nieco powyżej zwykłego standardu, a w tych temperaturach naprawdę błogosławieństwo.
Prócz tego ogród – rozległy- z dużym stawem na skraju, z miejscem do kąpieli i rowerami wodnymi, z placem zabaw dla dzieci. Dla dorosłych stoliki pod parasolami, oraz tu i tam porozstawiane leżaki, gdyby ktoś chciał się opalać. A dookoła kwiaty owadolubne.

Jedzenie – boskie. Wszystko, czego próbowałam było doskonale przyprawione. Odpowiednio słone, odpowiednio pikantne.
Na weselu jadłam dania wegetariańskie i wreszcie mam dowód na to, że można zrobić bardzo dobre, pożywne i ładnie wyglądające danie wegetariańskie bez uciekania się do podróbek mięsa.
Na początek, gdy inni delektowali się tradycyjnym rosołem, wegetarianie (lub nie jedzący mięsa) mogli się cieszyć pikantnym kremem z pomidorów. Gęsta, czerwona, gorąca i ostra zupa rozgrzałaby nawet po wpadnięciu zimą do przerębla.
Potem mięsożercy jedli jakieś nudne mięso z kartoflami, a my – szczęściarze- dostaliśmy kluski śląskie z sosem kurkowym.
Ja- niejedząca grzybów, nawet pieczarek – jadłam aż mi się uszy trzęsły!
Potem, w nocy, mięsożercy jedli jakiś barszczyk z uszkami, a my: zupę krem kartoflany.
Potem jeszcze na stół wjechały pierogi: ruskie (do dziś za nimi tęsknię) z kaszą gryczaną oraz z mięsem.
Prócz tego na stołach była masa jedzenia, w tym także różnej maści sałatek, których nawet nie spróbowałam, bo chyba bym pękła.
I tak przez cały pobyt.
Nie dość że wybór dań powalał, to porcje syciły nawet największych obżartuchów. Fakt: czasem na jedzenie trzeba było dłużej poczekać, ale to dlatego, że wszystko było robione na świeżo. Warto było, wierzcie mi.
Jako bonusik do tego wszystkiego była miła obsługa.
A to w Polsce niestety nie jest taka oczywista oczywistość.
Panie były zawsze uśmiechnięte i kontaktowe. I nie to nie było służbowe skrzywienie, one były naprawdę miłe.
Więc gdyby was kiedyś wiatry zawiały na Roztocze i szukalibyście miejsca odpoczynku lub tylko dobrego jedzenia koniecznie zajrzyjcie do Dąbrowy Tomaszowskiej do pensjonatu Dworek Dąbrowa.
Warto. Naprawdę.

84. Dzień 4 czyli The day after.

Dziwnie ten pensjonat jest zbudowany.
Na dole goście się bawili na całego: grała muzyka, ludzie rozmawiali, zapewne i śpiewali, wychodzili na zewnątrz, tam też cicho nie byli…
A u mnie w pokoju panowała kompletna cisza.
No dobrze: pokój był na drugim piętrze, na poddaszu i od przeciwnej strony, ale jednak. Jakim cudem?!

Ponieważ pierwsza się położyłam to i pierwsza wstałam.
Byłam pewna, że na śniadaniu, o godzinie 9 będę jedyna.
Wzięłam ze sobą tablet, żeby poczytać.
Nałożyłam sobie na talerz, wzięłam kawę i się rozsiadłam do czytania.
I wtedy weszła Ola. Siostra Pana Młodego. Nałożyła sobie jedzenie i podeszła do stołu.
Odłożyłam tablet.
A wtedy ona powiedziała
– Proszę sobie czytać, mnie to nie przeszkadza. Przecież to całkiem naturalne, że się czyta przy jedzeniu.
Ooooo, kochana… chyba trafił swój na swego pomyślałam. I całkiem odłożyłam czytanie.
Dwie godziny później, gdy na śniadanie zeszła Zosia z mężem oraz jakaś młodzież, my byłyśmy już całkiem zakumplowane.
Jaka świetna dziewczyna!
Jaka to ulga rozmawiać z kimś nieznanym i się nie bać bycia niezrozumianym.
eM musiał odparować po zabawie, więc na poranek nie mieliśmy planów. Po południu chcieliśmy jechać do Zamościa, ale zaprosiny na kolację nam ten plany anulowały. Pojechaliśmy więc tylko do Tomaszowa i poszwędali się po uliczkach. Upał zmalał choć wciąż było gorąco, ale dzięki powiewom wiatru i kryciu się w cieniu dało się żyć.

83. Ach, co to był za ślub!

Śluby oczywiście zawsze są wzruszające, nawet dla takiego cynika jak ja.

Boże jacy oni byli piękni!
Ona w białej, koronkowej sukni, do kostek. Sukni w stylu „Nocy i dni”
z burzą ciemnych loków, bez welonu, ale za to z kwiatami we włosach, które nawiązywały do ślubnego bukietu. A bukiet naprawdę był niezwykły bo ze zwykłych ogrodowych kwiatów: cynie, astry, jeżówka, kłosy zbóż, traw. I parasolka do tego. Biała, koronkowa…
Głos się jej łamał wiele razy tego wieczoru.
On w jasnym garniturze. Z podobnymi kwiatami w butonierce. Tak samo przejęty.


Mam takie piękne zdjęcie, tuż po założeniu obrączki. Jak on się do tej obrączki uśmiecha…
Nie pokażę zdjęć. Nie chcę naruszać ich prywatności. Ale uwierzcie: jak taki cynik jak ja mówi, że było pięknie. To było.
A potem było wesele.
Miałam zaszczyt siedzieć obok mamy pana młodego. Tak na oko dama lat około siedemdziesięciu.
Rzekła do mnie „Pani Kasiu”. Na co ja, że proszę po prostu: Kasiu.
-Skoro tak, to ja jestem Zosia!
-Ależ nie śmiałabym…
-No ale proszę nie robić ze mnie staruchy!
Cóż robić na takie dictum?
Zosia okazała się fajną rozmówczynią. Gadałyśmy jedna przez drugą przez niemal cały czas. Gdy późnym wieczorem poczuła się zmęczona i odeszła od stołu zrobiło się jakoś pusto.
Poczułam się i ja znużona. Jedzeniem. Głośnością. Natłokiem wrażeń.
Uciekłam do pokoju.
Po półgodzinie wróciłam świeżutka i gotowa do dalszej integracji.
Młodzi tak przemyślnie usadzili gości, że ci co lubili gadać siedzieli przy jednym stole, ci co lubili wypić i pośpiewać przy innym, a młodzież przy jeszcze jednym.
Tym sposobem nikt nikomu nie mędził „ale wypij” „ze mną nie wypijesz?”.

Nie było też oczepin, chwała na niebiosach!
Oczepiny to wg mnie druga, najbardziej żenująca ceremonia na weselach. Pierwsza to teatrzyk z błogosławieństwem.
Młodzi orzekli, że są za starzy na takie głupoty i niech im bozia w pięknych wnukach to wynagrodzi!
Uciekłam koło północy.
Małżonek mój podobno gasił światło wraz z panem młodym.

A rano odkryłam w telefonie wiadomość od Pana Młodego: twoja nowa koleżanka zaprasza was dziś wieczorem na urodziny swojego męża.
O kurczę..!



Roztoczaskie klimaty. 1/2 dnia drugiego.

Piątek.
Obudziłam się jak zawsze. Najwcześniej.
Pokręciłam trochę, wstawiłam wodę na kawę – właściciel pensjonatu w swej łaskawości i zrozumieniu potrzeb dał do pokoju czajnik, filiżanki oraz kawę w saszetkach 3w1. Nie było to wprawdzie to, co lubimy najbardziej, ale zawsze lepszy rydz jak nic.
Czajnik szumiał głośno, eM zachrapał nerwowo.
Chwilę później mogłam wypić kawę.
Poczytałam przy tym, ale pora nadal była wczesna. Jakaś szósta z groszami.
Wciągnęłam na siebie wczorajszą kieckę…
Dygresja.
Upały jakie panowały tego lata skłoniły mnie do zkupu dwóch sukienkek a la koszula męska tudzież fartuch woźnej, tyle że w ładniejszych kolorach, ale za to bez kieszeni. Na drogę zabrałam je obie plus ta, w którą chciałam się ustroić na ślub. Prócz tego wzięłam też jedne cienkie długie spodnie dresowe oraz jeden t-shirt. Oraz jeden cieniutki sweter i sofshellową kurtke na wypadek deszczu.
Teraz się zawahałam, bo miałam wrażenie, że ranek jest chłodny.
Jednak stwierdziłam, że jakby co mogę się przecież „doubrać”, wzięłam aparat i poszłam.

Poszwędałam się godzinkę. Odkryłam stadninę za płotem, spotkałam psa podkradającego chleb koniom, oraz kucyka, który poszedł na spacer. Obejrzałam przecudne hortensje, lawendę i jeżówkę. Trochę pstrykałam, ale jakoś bez zapału.
Upał się robił coraz większy. Godzina dobijała do ósmej, więc stwierdziłam, że pójdę na śniadanie i napiję się porządnej kawy. eM dołączył do mnie i zaczął się domagać bym sprawdziła listę miejscowych atrakcji przesłaną nam przez Pana Młodego.
Sprawdziłam, choć doskonale wiedziałam, dokąd chcę jechać. Na Tanew. Ale eM wypatrzył niestety Muzeum Obozu Zagłady w Bełżcu.
Pojechaliśmy, bo to dosłownie rzut beretem. Po drodze zatrzymaliśmy się w Tomaszowie by uzupełnić to, czego nam zabrakło. Słuchawki bezprzewodowe dla mnie, power bank z ładowaniem indukcyjnym dla eMa bo zapomniał ładowarki do zegarka.
Ponadto żel pod prysznic dla mnie, bo ten w pensjonacie przesadnie pachniał kokosem.
W Bełżcu wylądowaliśmy równo w południe.
Co będę opowiadać. Kto był w takim miejscu ten wie czego się spodziewać. Wyszłam w połowie wystawy, bo było to dla mnie za wiele. A i tak wyszłam jak histeryczka jakaś zalana łzami.

Poczekałam na męża, a potem pojechaliśmy nad rzekę.
Jechaliśmy jakąś boczną dróżką. Podziwiałam piękne, nowe i zadbane domy tonące w ogrodach. Najprawdziwszych ogrodach jakich od lat nie widziałam. Nie żadne tam iglaczki na trawniku przyciętym pod linijkę. Ogrody z warzywami, z masą sezonowych kwiatów, z drzewami i krzewami owocowymi. Piękne to było.
Nad Tanwią mieliśmy zamiar spędzić krótką chwilę. Ale ledwie z mostu zeszliśmy jakaś pani powiedziała, że warto pójść dalej bo tam dopiero jest pięknie. Jej wnuczka właśnie brodziła w płytkiej, krystalicznej wodzie na piaszczystym dnie.
Poszliśmy.
No, rzeka jak rzeka… nie?
Noooo… no nie!
Nie wiem czy zdjęcia oddadzą wszystko, co ja zobaczyłam.
Miałam wrażenie, że cofnęłam się do dzieciństwa, do rzeki Ełk płynącej przez Wronki koło Olecka. Coś te widoki we mnie budziły chyba, bo uznałam, że to co widzę jest po prostu piękne tak, że dech zapiera.
Może gra światła sączącego się przez listowie? Może ten złoty piasek na dnie. Może ta cisza i spokój choć ludzi było wielu. Może ten złoto-zielony cień dający wytchnienie od upału.
Zamarzyło mi się zobaczenie tych miejsc zimą, w śniegu, lekkim mrozie…

I tak sobie szliśmy, obiecując że już, już, zaraz tylko zobaczymy co za tym zakolem. I na każdym kroku sądziliśmy, że nie, nie, piękniej to już nie będzie, nie może być, a potem mijaliśmy kolejne zakole które mówiło „Może, może”.
Dotarliśmy do punktu, gdzie w wodzie siedziało wiele osób a ponieważ zaczynało się robić późnawo, to zarządziliśmy przejście na drugą stronę i powrót. Dziarsko zdjęłam sandały, weszłam do wody i …

Ajjjj! tego się nie spodziewałam. Nie wiem ile ta woda miała stopni. Miałam uczucie, że blisko zera. Ale rozsądek mi podpowiedział, że pewnie około dziesięciu.
Stałam i nie wiedziałam co robić. Wychodzić? Iść dolej? Nim zdecydowałam nogi mi zdrętwiały z zimna i przestałam czuć.
Poszłam dalej.
Wróciliśmy do mostu, jeszcze tylko fotki odbudowanych budek strażniczych bo tu przebiegała granica między zaborem rosyjskim a Austro-Węgrami.

W samochodzie dopadłam kupionych wcześniej drożdżówek.
Jedne były z jagodami. Drugie, mniejsze, puszyste, posypane makiem w środku kryły… hreczkę czyli kasze gryczaną.
Dziwne to było…Ale zjadłam.
Biegusiem potem do „domu”, prysznic, mycie nóg, bo na 17 00 przewidziana była ceremonia ślubna.

81.Roztoczańskie klimaty dzień 0 i 1

Wyjechaliśmy we 17 sierpnia, we czwartek o 14.
Ale zanim. Okazało się, że Zuzu już jest w Szwecji. Wróciła po całym miesiącu.
Dowiedziałam się tego wieczorem i zaczęłam kombinować czy by jednak nie pojechać i przytulić dzieciaka. A może nawet zabrać do siebie dzięki czemu Mel nie będzie musiał.
Jej bonus-mama powiedziała, że czemu nie, ale musiałabym być najpóźniej o 8:45.
To pojechałam i zabrałam dzieciaka jak własnego. Najchętniej nie wypuszczałabym jej z ramion, ale trzeba było się spakować, zrobić jakieś kanapki na drogę no i rozprowadzić futrzate towarzystwo wraz z utensyliami po domach tymczasowych.
Basil płakał w kontenerku przez całą drogę. Bał się. I nie pomogło, że była z nim Zuzu.
Tosia nie płakała. Ale gdy tylko ruszyłam do wyjścia, ona natychmiast ruszyła za mną. Musiałam jej powiedzieć „Pies nie”. Nie rozumiała, albo nie wierzyła.
To było straszne.
No a potem w drogę do promu. Noc na promie była ciężka. Klimatyzacja nie działała, w efekcie prawie nie spaliśmy, bo było za gorąco. Gdzieś około 2 w nocy, zmęczona gorącem kabiny wyszłam na pokład żeby się ochłodzić. Wyszłam w piżamie: bluzka na krótki rękaw i krótkie spodenki. Na pokładzie hulał wiatr, ale nie było wcale chłodniej niż w kabinie. Choć dzięki wiatrowi dużo przyjemniej.
Po półgodzinie wróciłam do kabiny, zmęczona zasnęłam na jakieś 3-4 godziny.
Wreszcie dobiliśmy do Polski.
Siódma rano, niebo zaciągnięte mgłą i upał.

Zaraz za rogatkami Gdańska usiadłam za kierownicą.
Paaaanieeee… tak to można jeździć!
Szeroko, prosto, szosa prawie pusta. Jak się trafił jakiś TIR to go mijałam lewym pasem bez stresu. Mimo, że nie przekraczałam dozwolonej prędkości o więcej niż 10km/h.
Przed Ostródą poczułam się zmęczona i zamieniliśmy się z eM.
I do końca już on prowadził.
Nie pchaliśmy się na autostradę, tylko jechaliśmy przez Elbląg i Płońsk.
W Warszawie nieco się pogubiliśmy, ale szybko udało się nam wrócić na trasę.
Droga na Lublin już nie była taka fajna. Masa TIRów, wiele z rejestracją ukraińską. Ci ostatni dość nonszalancko traktowali przepisy i ograniczenia prędkości.
eM przypomniał sobie, że zapomniał gatków do spania, postanowiliśmy więc zrobić sobie ostatni przystanek w Lublinie. GPS/google map zgłupiał i prowadził nas jakimiś dziwnymi, wąskimi, jednokierunkowymi uliczkami, co chwila zmieniając zdanie i obiecując dotarcie do centrum handlowego a to za 2minuty a to za 12. Poddaliśmy się, wycofaliśmy na z góry upatrzone pozycje by na wyjeździe na Zamość odkryć ogromną galerię.
eM nabył gatki, na chwilę odpoczęliśmy od upału, który mimo klimatyzacji na full, dawał się odczuwać i w samochodzie.
Cel naszej drogi był bliski, chyba już byłam zmęczona, rozpraszało mnie też gadanie przez messenger z koleżanką Panem Młodym. Drugi telefon też chyba miał jakiś problem, bo się zawiesił …i w ten sposób wylądowaliśmy na zamojskich bezdróżkach. Jakieś 30minut jechaliśmy drogą pamiętającą chyba czasy wczesnego socrealizmu oraz elektryfikację wsi… W samochodzie tylko wszystko jęczało, eM zacisnął szczęki, bo przecież nie ma nic gorszego niż się zgubić gdzieś po drodze…
No, ale w końcu osiągnęliśmy Zamość. Minęliśmy bez zatrzymywania się. Zaraz potem droga zrobiła się jednopasmowa, zatłoczona w większości TIRami.
eM jechał, a ja patrzyłam w okno i się zachwycałam.
Jakie piękne pagórki i przestrzeń!
Dojechaliśmy lekko tylko spóźnieni i natychmiast wpadliśmy w otwarte ramiona Pana Młodego. Gdy jedliśmy kolację dojechali kolejni goście i atmosfera robiła się coraz bardziej rodzinna.
Wygłodniała po dwóch dniach na suchym prowiancie zamówiłam sobie żurek i pierogi ruskie oczywiście. Jak wychłeptałam miseczkę gorącej, gęstej zupy z jajkiem, suto okraszonej boczkiem to poczułam, że na te pierogi nie za bardzo mam miejsce. A tu już lądował przede mną talerz, z jakimiś nieprawdopodobnymi ilościami pierogów.
Matko jakie to było dobre! Przyprawione odpowiednio, smakujące tak, jak powinno. Z łakomstwa pochłonęłam niemal całą porcję, ale ostatnim trzem sztukom już nie dałam rady.
Tymczasem przyszedł wieczór, Pani Młoda stwierdziła, że musi się wyspać przed wielkim dniem. Pożegnaliśmy się i grzecznie rozeszli do klimatyzowanych pokoi.

80. Damą być

Ile to trzeba się nagimnastykować, żeby wyglądać schludnie. Ech, nie, nie jak dama, nie jak elegancka dama, bo na to trzeba nie tylko wyglądać, ale i być. No i jeszcze kasę mieć, żeby ten styl, ten szyk, ten sznyt, uzyskać.
Zatem nie, nie dążę do bycia damą, ale dobrze byłoby jakby koleżanka nie odczuł zażenowania, gdy przyjdzie mu zaprezentować „a to mój kumpel Kasia” rodzicom… albo co gorzej: teściom.
Helena wczuła się w rolę mojej przyjaciółki.
Mówi do mnie któregoś dnia
– Kasia, może ja ci zrobię taki ładny manicure tuż przed wyjazdem? –
– A długo to wytrzyma? Bo wiesz… Ja będę dwa dni w drodze…
– Wytrzyma tydzień.
– Tydzień… A potem co? Trzeba zmyć? I od nowa?
– No jak chcesz mieć ładne paznokcie to tak…
– Yyyyy…to chyba nie. Dziękuję ci bardzo. Jakby tak miesiąc można było, ale żeby tak co chwila …a to pomaluj, a to zmyj, a opiłuj… Tyle czasu to wymaga! Nieeee…
No bo doprawdy wystarczy, że nogi trzeba ogolić co kilka dni. I pachy. Żeby nie śmierdzieć i nie wstydzić się.
No i dobrze choć co drugi dzień jakiś balsam w skórę wetrzeć, żeby tak nie ciągnęła i nie swędziała. Nie mówiąc już o wyglądzie starej babci.
A tu mi Helena z manicurem wyjeżdża…I co jeszcze?! Może pedicure? A od czego kryte buty?!
…ale te pięty kurde mus, no mus pielęgnować, bo inaczej robi się skorupa, która potem pęka i boli.
No, ale wesele zbliża się wielkimi krokami. Oż kurde! Ubrać się jakoś trzeba. Najlepiej nie w dres. Mogłyby być spodnie ołówkowe, na kant i bluzka ładna. Ale jest upalnie. I ma być upalnie. Du… Znaczy TYŁEK mi się w poliestrach odparzy. Poza tym jak w czarnym garniturze na ślub?
No i drobiażdżek taki: spodnie gdzieś zginęły. Były i nie ma. Pewnie w wywaliłam w czasie, gdy mój rozmiar sięgał 50. Teraz znowu oscyluje między 42-46, pasowałby.
Przegrzebane sklepy, zarówno internetowe jak i miejscowe, spodni ołówkowych nie mają. No, gdybym chciała rozmiar 36, to spoko…
Dobra, w kiecce pójdę. Se kupiłam lnianą, w kwiatki podobne do chabrów, będzie na ludowo. Nawet pantofle beżowe mam. LAKIERKI! Sztywne jak dyby, ale na wejście się nadadzą. Potem zmienię na sandały. Sportowe. Lub beżowe snikersy.
Helena nie dała za wygraną. Ona jest elegancka kobieta. Zawsze ma starannie pomalowane paznokcie, szminkę na ustach i dobrze obcięte włosy.
– Kasia, pójdziemy do Karin i ona ci rzęsy zrobi. Będziesz wyglądała ładniej, zobaczysz. Karin ci zrobi gratis, za tę pomoc z zakończeniem roku.
Ale jakie rzęsy, te liszki mi do powieki przyklei, to futerko zwierzątek, fujjjj…?
– Kasia, ona ci nic nie przyklei. Zrobi ci liszlift.
Matko święta, co one wymyśliły? Co za liszlift? Nie chciałam wyjść na niewdzięczną zgodziłam się, myśląc że potem się wykręcę.
Acha, akurat.
Nie dała mi się wykręcić.
W umówionym dniu spotkałyśmy się pod domem.
– No, dziś będziemy piękne – ucieszyła się Helena.
– Tak oczywiście. Jak w tym dowcipie:
„- Mamo co robisz?
– Makijaż
– A po co?
– Żeby ładniej wyglądać
– A kiedy to zacznie działać?”
Helena się grzecznie roześmiała. Suchar, wiem. Mnie śmieszy.
45minut! Leżysz 45minut, w dodatku z zamkniętymi oczami, więc kompletnie nie masz kontroli nad tym co się wokół dzieje. A całkiem obca osoba jest w bezpośrednim kontakcie. W STREFIE KOMFORTU! Dotyka cię tam, gdzie nikt nigdy… No, poza okulistą jak mi się pyłek wbił w oko.
Podobno od razu wypiękniałam, i oko mi się stało wyrazistsze.
Hm… Skoro tak mówią.
Po dwóch dniach, przez zapomnienie, weszłam do łazienki w okularach i się zobaczyłam w lustrze. Oż kurde! One nie mówiły, że mi zrobią trwałą ondulację na rzęsach! Bo okazało się, że mam rzęsy. Jakim cudem przeżyłam prawie 60 lat nie wiedząc, że je mam?
I, kurna jego olek, dlaczego tego nie było czterdzieści lat temu?! Dlaczego maltretowałam moje biedne oczy jakimiś tuszami, kredkami, od których natychmiast zalewałam się łzami i cały wysiłek szlag trafiał w pięć minut?
Teraz się zastanawiam, czy jak mam oczy i rzęsy to może mam też i wargi? Zaczęłam na poważnie rozważać zakup szminki.
Przeglądając internet w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: jaki kolor i jaka marka, żeby nie wysuszała ust, natknęłam się na reklamę odkurzaczy samobieżnych. Zrobiło sssssssssssss i mnie zassało. Jak wypluło – okazało się, że zamiast szminki kupiłam Xiaomi Mi Robot Vacuum Mop. Ma dojść jutro.
Hm… mam wrażenie, że szminka wyszłaby taniej.
No, ale szminka nie poodkurza w chałupie.
Usta ostatecznie można zabarwić burakiem.