Wczoraj koleżanka odleciała, ale zanim to pojechałyśmy nad morze do Grundsund.
Miasteczko znane z serialu szwedzkiej telewizji, jest niewielkie, ścisłe, urokliwe – jak wszystkie szwedzkie miasteczka nadmorskie.








Koleżanka była zachwycona.
– Dziękuję, że mnie tu przywiozłaś! – mówiła co chwila.
W zasadzie to sama się przywiozła, ja robiłam za nawigatora, bo nie czułam się na siłach jechać po autostradzie.
Choć nie, po autostradzie to spoko, ale potem miałyśmy w planach Goteborg. No, a po takim wielkim mieście, na rozjazdach, gdzie nawet mój mąż potrafi się zgubić (a on jest wg mnie mistrzem kierownicy i naprawdę mówię to szczerze).
Pojechałyśmy, ale ponieważ w Grundsund spędziłyśmy dużo czasu, to na Gbg już nie było za wiele… Utknęłyśmy zaraz na wjeździe, w porcie przy operze.

No a potem pojechałyśmy na lotnisko Landvetter.
Pożegnałyśmy się na parkingu. Koleżanka lot miała dopiero za ponad 3 godziny, ale ja się bałam wracać w nocy, po ciemku, przez dziwną drogę, której nie znam.
E20 – jedna z najważniejszych dróg w Szwecji jest właśnie w przebudowie na odcinku pomiędzy Alingsås a Vara. Jedzie się naprawdę kiepsko, w tłumie innych samochodów, w tym wielkich ciężarówek, wśród bramek, zmian pasów oraz trwających mimo nocy robót.
Jest droga alternatywna, GPS ją proponuje, ale jest wąska i kręta…no i jej nie znam kompletnie, a na takich dróżkach łatwo się pogubić, bo są po prostu albo w lesie albo w szczerym polu…
Tak więc koleżanka- prawdziwa włoska mamma, matkująca każdej sierocie życiowej – uznała, że ona woli posiedzieć dłużej na lotnisku niż żebym ja miała po nocy się błąkać po świecie.
A ja, egoistycznie, nie oponowałam.
Doświadczenie z nocy, gdym ją z tego lotniska odebrała, szczerze mnie zniechęcało.
Tak więc uściskałam koleżankę i pojechałam.
I zaraz za lotnikiem zgłupiałam i choć GPS nic nie mówił, zjechałam na rondzie pierwszym zjazdem…I od razu zrozumiałam, że to był błąd.
Pchało mnie na drogę szybkiego ruchu, a powinnam jechać wąską dróżką przez las!
Jeszcze miałam nadzieję, że może jadę na Borås, ale podskórnie czułam, że oto spełnia się mój najgorszy sen: jadę na Göteborg!
Mijałam oczywiście jakieś zjazdy na Landvetter, ale nie wiedziałam czy a. to jest na lotnisko czy do miejscowości,
b. nawet gdybym wiedziała, to jak dla mnie te zjazdy pojawiały się znienacka, GPS o nich nie mówił, bo miał kierunek DOM, więc nie zdążałam w nie wjechać.
Innymi słowy: pchałam się w wielkie miasto, bo nie umiałam zawrócić.
Zaciskałam ręce na kierownicy i pocieszałam siebie, że jest wieczór, więc ruch będzie mniejszy, a drogę z Goteborga znam dobrze, umiem nawet zjechać z E6 do Oslo, bo pewnie GPS/google map będzie mnie pchało tamtędy aż do Uddevala. Telefon mówił, że w domu mam być o 21:01.
Uparcie trzymałam się skrajnego pasa, rozbieżnym zezem usiłując widzieć i GPSa i tablice-drogowskazy, żeby nie przegapić jakiegoś zjazdu.
Kombinowałam, że wolałabym jednak nie musieć jechać E6 aż do mostu Angered. I dobrze byłoby znaleźć zjazd na Karlstad – bo wtedy zaraz wyjadę z koszmarnej drogi przez miasta, a pojadę nową E45 na Trollhättan.
Wypierdek, boski samochodzik, chyba prowadził się moimi myślami, bo ledwie zobaczyłam rozwidlenie na E6 na Oslo/E45Karlstad natychmiast zjechał na prawo. I potem jakby sam wybierał drogę.
Raz się tylko zgubił, musieliśmy nawrócić, ale sprawnie nam to poszło, i już za chwilę widziałam na ekranie telefonu, że mam Gotę po lewej stronie, czyli jadę dobrze w kierunku na Surte/Lilla Edet/Trollhättan.
Przejechałam pod mostem Angered (zwanym przeze mnie Cienkim Mostem) i już mogłam odetchnąć. Ufff.
PRZEJECHAŁAM PRZEZ GOTEBORG!!!
Pomyślałam tylko, że dobrze, że nie wiem ile „błogosławieństw” po drodze zebrałam…
Słońce było nisko, a przede mną, na czerwieniącym się od zachodu niebie, pojawiła się biała kula, która wkrótce okazała się być balonem.
Balon sunął sobie nad Gotą, nad górkami, aż żałowałam, że nie mogę go sfotografować.
Ronda i światła w Trollhättan mijałam już w dobrym półmroku, ale to nic, bo to prosta droga, którą znam.
No a potem już ostatni kawałek. Coraz ciemniej, zwłaszcza w lesie. Skupiałam się na drodze, żeby nikomu nie walić długimi po oczach, żeby nie przegapić jakiegoś zwierza, bo zwłoki leżały na każdym kroku. A to wiewiórka, a to borsuk czy kot…
No i prędkość… Raz, że z ilością kilometrów noga robiła się coraz cięższa, a ja wiem, że moje doświadczenie jest mizerne, więc w razie czego przy zbytniej prędkości mogę nie zdążyć, nie zapanować…
A dwa, że co rusz stoją radary, a ich selfiki są nie dość, że mało gustowne to kosztowne.
Gdzieś około Grästorp poczułam, że muszę do toalety, bo dłużej nie dam rady. Oraz chcę jeść i pić. Zatrzymałam się na parkingu pod samolotem.
Do garażu wjechałam o 21:20.
I dopiero wtedy pozwoliłam sobie na obłędną satysfakcję.
No i koniec wakacji.
Od dziś już do roboty, do obowiązków.
A nad mój świat powoli nadciąga jesień.



































