69.

Ziuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu!
– Co to było? Coś przeleciało?
– Tak. Wrzesień.

Ten czas zgłupiał czy co?
Września prawie nie zauważyłam. Był lipiec… a teraz październik. Październik? Ale jak to? Wrzesień przeleciał, no dobra, ale powinien być jeszcze sierpień…
Był, wpadł na chwilę tak krótką, że nie zdążyłam zauważyć.

No i mamy jesień na całego. Żółto, zielono, łysawo.
W sumie to nic więcej się nie dzieje.
Pracy jest dużo i choć to nieco stresujące to lepiej, gdy jest jej dużo niż mało.
Wciągnęłam syna do pomocy i tym sposobem stałam się wyzyskiwaczką, która żeruje na cudzej pracy. Ale wiecie co? To wcale nie jest łatwy kawałek chleba. Zawsze wiedziałam, że bycie pracodawcą to nie dla mnie. Bo weź powściągnij swą potrzebę kontroli. Czy naprawdę ma aż tak wielkie znaczenie czy konto 1930 będzie pierwsze czy ostatnie na …(jak to się nazywa po polsku?!) weryfikacji? No nie ma, jeśli zapis jest poprawny to co z tego, że inaczej? Ale moja stara dusza księgowej się upiera. BO TAK JEST ŁADNIEJ.
A po drugiej stronie jest człowiek, który jest zainteresowany pracą średnio. Choć mówi, że jest. Według mnie powinien mieć więcej zapału, być bardziej samodzielny i więcej myśleć.
Czy byłam taka sama?
No i irytuje mnie sama obecność drugiej osoby. Siedzi przy moim biurku, przy moim komputerze. Oddycha moim powietrzem.
Tośka w tym czasie lata jak opętana, bo co to jest, że dodatkowa osoba w domu, a głaskać to nikt nie chce.
Ja w tym czasie siedzę na kanapie, na starym lapku robię swoje. Wczoraj mnie wreszcie zeźliło ślepienie się w malutki monitor – kupiłam klawiaturę i mysz bezprzewodowe. Laptop, który ma już jakieś 10lat, a nadal mi dobrze służy, jest na stałe podpięty do telewizora. Telewizor nie młodszy, ale też w dobrej formie. Ale od września platforma na N przestała wspierać ten model. Nie wiem dlaczego, ale teraz oglądam przez komputer.
Uznałam, że w takim razie mogę wykorzystać telewizor jako monitor do pracy. I tak zrobiłam.
Aaaale wygodnie to nie jest…
A na drugie, porządne stanowisko do pracy brak miejsca. I środków płatniczych. Poza tym nie wiem czy ta współpraca będzie na stałe, więc nie ma sensu inwestować. Pożyjemy – zobaczymy.
Misia w listopadzie leci do Malagi. Wynajęli mieszkanie na 4 miesiące. Ale nie będą tam przez cały czas. Więc jeśli chcę, to mogę wpaść.
Myślę.
Zagadnęłam Izkę czy by reflektowała. Mówi, że chętnie.
Myślę. Bo jak Malaga to nie Włochy…
No nic, zobaczymy co przyniesie czas: czy Misia będzie na miejscu wtedy kiedy ja będę mogła polecieć. Czy będę miała kasę w ogóle na jakiekolwiek wakacje?

I tak sobie ten czas płynie.

68. Weekend

Taka była pogoda w piątek, że żal mi było siedzieć w domu. Wydzwoniłam kolegę eM, zapakowaliśmy Tośkę do samochodu i pojechaliśmy oglądać zachód słońca w Svallnäs.
Na miejscu okazało się, że nie jesteśmy oryginalni, bo razem z nami wpadło na ten pomysł pół miasta jakieś 20osób. Ale na szczęście plaża jest dość długa, więc dało się psa ze smyczy spuścić. Tośka korzystała więc z wody. Właziła aż po brzuch, piła, aż jej się potem odbijało.
Szczęśliwa była tak, że brykała jak młoda i nie wiadomo było czy to pies merda ogonem czy ogon psem.

Na koniec piesek się upanierował w piaseczku, żeby pańci kochanej, troszkę plaży przynieść do domku…

Zostaliśmy, aż słońce się całkiem utopiło w wodzie. Światło było takie, że…

A potem jeszcze wylazł, lekko nadgryziony, ale wciąż ogromny księżyc.

Sobota, była równie miła, ale cały dzień spędziłam na bieganiu, a to po zakupy, a to po rynku połazić (oo, Body Shop zniknął). Potem trochę popracowalismy z Yankiem.
Znowu planowaliśmy wieczorny spacerek z Tosią, ale spadła mgła i zrobiło się zimno. Pojechaliśmy pooglądać nasz nowy park przy plaży.
Muszę przyznać, że po raz pierwszy projekt przeprowadzony w moim mieście naprawdę mi się podoba. Jezioro w tym miejscu jest płytkie, niestety przy brzegu było bagniste, ale parę metrów dalej zaczynało się czyste, piaszczyste dno.
W bagnie i rosnących w nim zaroślach gnieździło się ptactwo. Dookoła rosły dość wysokie drzewa głównie brzozy i buki.
Projektanci i wykonawcy przestali walczyć z naturą, a zaczęli z nią współpracować. Bagienko zostawiono, nad nim zbudowano betonowy falochron, który stał się też ścieżką spacerową. Nad bagienkiem tu i ówdzie postawiono drewniane kładki. Za falochronem dosypano miękkiego piasku i zrobiono wygodne zejścia do wody, wprost na czyste, piaszczyste dno.
Prace przeprowadzono tak, że większość drzew ocalała, dosadzono też sporo nowych. Pomiędzy drzewami znalazło się miejsce na grilla.
Postawiono też porządną toaletę.
Od wiosny nie miałam czasu specjalnie pooglądać całości.
Wczoraj też się nie dało, z powodu mgły, ech.
Ale trzeba przyznać, że malownicza była…


67. Jajecznica

Ilekroć robię jajecznicę, z pamięci wyłania mi się takie jedne wspomnienie…
Musiał to być rok 1982 jesienią późną chyba.
Wieczorem do drzwi mojego i Baśki mieszkania zastukał „brat”. Tak naprawdę był to syn naszego ojczyma.
Facet był dorosły, pracował w wojsku, a na jego weselu po raz pierwszy się upiłam. W sumie widziałyśmy go może ze trzy razy w życiu, ale wciąż to była „rodzina”.
Tego wieczoru uciekł mu ostatni autobus do Olsztyna, nie miał gdzie się podziać więc wpadł do nas.
Przenocowałyśmy go, nawet bez jakiejś niechęci.
Rano nasz gość się odezwał do mnie:
– Zrób mi jajecznicę.
Właśnie w taki sposób. Rozkaz, a nie prośba.
A ja pokornie zrobiłam. Jadł, a ja czekałam na jakąś pochwałę, czy coś… I nie mogłam się doczekać, więc sama zapytałam:
– Dobra?
– Moja żona robi lepszą – usłyszałam.
Tu przypominam, że był rok 1982. Miałam 17 lat. Złakniona byłam akceptacji, zainteresowania i czegokolwiek jeszcze.
Dziś bym mu tę jajecznicę zabrała… STOP. Nie, dziś bym w ogóle mu tej jajecznicy nie zrobiła. Dziś na taki rozkaz bym powiedziała:
– Sam se zrób. A, i dołóż ze dwa jajka. Dla mnie…
Na prośbę może bym i zrobiła, ale na tekst o żonie – powiedziałabym: to zostaw i idź do żony… A kto wie, jakby to był mój „lepszy dzień” czy bym mu talerza sprzed nosa nie zabrała…
Wtedy chyba tylko głupio zachichotałam.

Taka się zrobiłam… Szkoda, że tak późno.
Ych.
Ale lepiej późno niż wcale.

66. Dobry dzień

Wczoraj miałam wyjątkowo dobry dzień.
Jeden mój klient, jeden z nowszych, podziękował mi za moją pracę, że mu pomogłam i dobrze doradziłam.
Drugi mój klient, którego oskarżono o przestępstwo ekonomiczne i postawiono przed sądem wybronił się karą finansową. A groziło mu 6 lat więzienia. Przestępstwo polegało na tym, że nie prowadził księgowości swojej firmy. A nie prowadził, bo nie potrafił. Na skutek nieuczciwych zagrywek zleceniodawcy stracił płynność finansową, więc cwaniackie biuro natychmiast go wykopało, co skutkowało tym, że nikt inny nie chciał firmy wziąć.
Long story. Skończyło się dobrze. Między innymi troszkę dzięki mnie. Tak ociupinkę, ale zawsze. Oczywiście klient zadzwonił do mnie cały szczęśliwy, z podziękowaniami. A to taki człowiek, któremu naprawdę warto pomagać.
A na koniec zobaczyłam zorzę! Słabiutko, bo z okna w kuchni, ale widziałam na własne oczy.
Może dziś będę miała siłę podjechać nad jezioro i uda mi się zobaczyć lepiej, bo znowu była spektakularna…

nie wiem czy widać te zielonkawe mazy na niebie…

65.

Wstałam poobijana na całym ciele. I duszy. I oczywiście z migreną.
Nic dziwnego, bo noc miałam ciężką.
Najpierw uciekałam ze Szwecji do Włoch. Musiałam wszystko przygotować, ale tak, żeby nikt się nie zorientował. Uciekałam, choć nie musiałam. I było mi strasznie żal, bo zostawiałam swoją firmą, która jest dla mnie synonimem niezależności., a wiedziałam, że jestem już za stara by nauczyć się nowego języka i nowych przepisów podatkowych w tym języku.
Potem znalazłam się w Polsce.
Matka żądała ode mnie pieniędzy. A Szefica odebrała mi mieszkanie, w którym wcześniej pozwoliła mi zamieszkać. Odebrała podstępnie, gdy byłam u matki, wyrzuciła prawie wszystkie moje rzeczy na śmietnik i kazała kłamać pracownikom, że się zniszczyły. Wykrzyczałam jej swój gniew i żal, pizgłam kluczami, potem drzwiami i poszłam do matki. Po drodze spotkałam Notariuszke, która tez miała biuro księgowe i powiedziałam, że jak chce, to od 1 maja będę u niej pracować. Szefica stała obok i się kpiąco uśmiechała, bo nie ma dobrego mniemania o Notariuszce i jej wiedzy. Olałam, poszłam do matki.
A tam znowu żądanie pieniędzy, oraz lokator, który udawał kochanka mojej matki, żeby nie płacić za wikt i opierunek. Wkurzyłam się. Wykrzyczałam matce, że nie mam kasy, bo nie dostałam wypłaty, lokatora spoliczkowałam, bo okazał się o 40lat młodszy o mojej matki i wiedziałam, że nie o miłość mu chodzi tylko wygodne życie. W efekcie się z nim pobiłam, a potem ciągnąc za włosy usiłowałam wywalić go z domu matki.

Obudziłam się. Bolały mnie stawy, plecy, pół głowy, szyja i szczęki.

Za oknem pochmurno, na termometrze 19 stopni. O 6 rano.
Jeszcze dziś ma być ponad 20, a od jutra już tylko 15-17.
Lato … zaczekaj chwilę!

——–
Wczoraj wieczorem, gdy wyszłam z Tosią na wieczorne siku, spotkałam Camillę – sąsiadkę z góry.
Tydzień temu, gdy gościłam Włochów, sąsiadka przysłałam sms, że pies ciągle szczeka, i poprzedniego wieczoru też ciągle szczekał, i że ona pracuje z domu i trochę jej przeszkadza.
Byliśmy z Włochami przy Porcie Małych Łodzi, zarządziłam powrót.
Raz bo nie chcę by Tosia płakała że ja porzuciłam.
Dwa bo z sąsiadami lepiej być w zgodzie.
Trzy bo wiem jak denerwujące jest ustawiczne szczekanie psa, zwłaszcza gdy się trzeba skupić.
Odpisałam z przeprosinami i podziękowaniem i poleciałam do domu.
Ona mi też podziękowała.
Teraz uśmiechała się z daleka a ja powiedziałam głośno do Tośki:
– A teraz przepraszaj!
Sąsiadka się zaśmiała, powiedziała, że nie trzeba, że bardzo dziękuje za zrozumienie, pozwoliła Toście wsadzić nos między nogi, klepała ją i głaskała.
Lubi psy – powiedziała. I rozumie, że czasem szczekają. Ale jak dłużej, to przeszkadza w pracy. Potwierdziłam. Powiedziałam, że też pracuję w domu i czasem to mi nawet krzyki dzieci ze szkoły przeszkadzają. I sama nie lubię jak Tośka czy inny pies ciągle szczeka. I wytłumaczyłam dlaczego Tośka szczekała. Konieczność odebrania gości z lotniska była dobrym usprawiedliwieniem.
– Ja często pracuję w domu, więc jakbyś czasem potrzebowała pomocy z psem, to daj znać – powiedziała Camilla.
Ucieszyłam się. Na spacer Tośką z nią nie pójdzie, ale jakbym musiała wybyć na dłużej, to warto dać jej klucz, żeby w razie czego zajrzała i uspokoiła psa. Albo z nim posiedziała.
– Też będę miała psa – dodała Camilla – Kto wie? Może ty też będziesz kiedyś musiała mi wysłać sms.
Tylko się zaśmiałam, zapytałam czy wie jakiego, powiedziała że coś średniego: może labrador, może corgi. Namawiałam na berneńczyka, oczywiście, ale stwierdziła, że musi mieć średniego, żeby go móc brać do pracy.
– Pracujesz w Radio Treby? – zapytałam. Potwierdziła.
– Lubię to radio, chyba jedyne szwedzkie radio jakiego słucham – troszkę się podlizałam, bo jest jeszcze jedno: Rock Klassiker. Oraz nie dodałam, że słucham tylko w samochodzie na dłuższych dystansach.
– A co lubisz w tym radiu?
– Muzykę
– Jaką muzykę?
Tu było trudno, no bo jak jej w kilku słowach opowiedzieć o wszystkim co lubię…
– Dobrą… No wiesz. Lata 80, ale i wcześniejsze. Ze współczesnych też, ale nie Lady Gaga itp z tym stękaniem, co wszystkie brzmią tak samo.
Potem się pożegnałam, żeby nie zajmować kobiecie czasu.
Pomyślałam, że następnym razem zapytam czym ona się zajmuje. Wiem, że jest dziennikarką i teatrologiem (dzięki fejsbuk – pomocniku stalkerów), ale ciekawa jestem jakie programy prowadzi… Albo ją dalej postalkuję i sama zobaczę, żeby jej powiedzieć, że podobała mi się albo nie jej audycja 😀

—–
Idzie na deszcz.
Czuję się jakbym wyszła spod prysznica. Ale przynajmniej wszystkie boleści zniknęły.

64.

Od jakiegoś czasu, średnio raz na tydzień, śnię awantury.
Co dziwne: to JA się awanturuję. Wrzeszczę na matkę, na ojca, na Baśkę.
Na ciotki i wujków.
Dziś wrzeszczałam na teściową.
Co ciekawe: wrzeszczę tylko na zmarłych, którzy w moich snach są nadal żywi. Wrzeszczę tak, że aż się dławię krzykiem i tak się budzę. A potem cały ranek jestem zła i niecierpliwa.
Coś mi się zdaje, że przestałam nad sobą płakać, a zaczęłam czuć gniew. Dotąd nigdy go nie czułam w stosunku do moich rodziców czy siostry. Tylko żal.
Dostałam ebooka o rodzinie dysfunkcyjnej, ale z powodu emocji nie jestem w stanie czytać więcej niż kilka akapitów na raz.

Poza tym za dwa tygodnie moja firma będzie obchodzić dziewięciolecie. Noooo… to jest coś.

A od Izy, na urodziny, dostałam boską ściereczkę do okien.
To jest absolutne cudo: moczysz w zwykłej czystej wodzie i myjesz okno. Nie pucujesz, nie używasz sprayu ani żadnej innej chemii. Zbierasz brud, płuczesz ściereczkę dokładnie, przecierasz raz jeszcze dla pewności. I okno czyste.
Ściereczkę dokładnie płuczesz w czystej wodzie, rozwieszasz do wyschnięcia i odkładasz do następnego razu.
Nie wiem czy nie ma smug, o to mnie nie pytajcie. U mnie smugi są zawsze, choćbym nie wiem jak się starała, więc jeśli po minucie mycia okna nadal są, to niech se będą.

Mówię wam: jest to wynalazek na miarę pralki i zmywarki.

Poza tym jesień się rozsiada. Choć prognoza mówi, że w tym tygodniu wróci lato, to noce chłodne. Powoli chowam wentylatory, a nawilżacz powietrza przestawiłam, by był bardziej pod ręką.
No i coś pyli. Budzę się z zatkanym nosem, chodzę z nosem cieknącym. Kestine nie działa.
Teraz testuję Allegra …

I o.

63. Jak goście to absolutnie nie z Włoch!

W ramach wychodzenia ze skorupy zaprosiłam sobie gości z Włoch.
No niby wiem, że kudy tam Szwecji do Italii, ale miałam jeden atut: temperaturę.
U nich wciąż i stale jakieś 30stopni+ u mnie 18 w porywach do 20 stopni.
Pomyślałam, że skoro nie pochwalę się zabytkami i widokami, to może choć temperatury im się spodobają.
Przyjechali. Ona z Onym.
I od razu wstyd na całą wioskę, bo z walizką żarcia.
Nie, no ja wiem, że żarcie szwedzkie to nie jest jakieś tam mistrzostwo świata, ale jednak jak się zaprasza gości to człek chciałby zabłysnąć choćby sałatką polską i pieczonym kurczakiem.
Więc ja na stół z sałatką, a oni z serami. Ja z kurczakiem – a oni pomidorami. Ja im wodę gazowaną … a oni kawę. Tak, przywieźli własną kawę. Ale złapałam ich! Ha! Dzbanuszka nie mieli, musieli korzystać z mojego, choć za duży był…
A potem było już tylko gorzej.
Pojechali do sklepu i zrobili mi zakupy.
A mieliśmy razem, pod kątem tego co Ony będzie jadł, bo Włoch jak wiadomo byle czego jeść nie będzie.
Potem to już bałam się ich choćby na chwilę zostawiać, bo albo gary pozmywali, albo obiad ugotowali i kazali jeść ZDROWO. Obiektywnie rzecz biorąc w szkodę włazili za każdym razem.  
Honor rodziny oraz Szwecji uratowała córeczka Misia szwedzką kolacją z własnoręcznie podgrzanymi köttbullarami. Choć tyle.  Jedli, bo nie mogli inaczej. Przynajmniej w towarzystwie musieli się zachowywać.
W dodatku strasznie konfliktowi…
Ja mówię, że gorąco, a oni tylko się śmieją.
Ja proszę: włączmy klimę,  a oni, że przy 20 stopniach to się klimy nie włącza, tylko okno otwiera.
Ja mówię: że nareszcie fajnie cieplutko… a oni zamykają nawiewy, wkładają kurtki i kombinują jakby tu ogrzewanie włączyć.


Tak że ten… Jak chcesz się poczuć we własnym domu jak najchujowsza pani domu to polecam tych gości.
Na koniec Włoch zajumał mi plecak. Oraz UWAGA:  PSA! Czaicie? Ukraść Tośkę to chyba tylko Italieniec potrafi. Taki podstępny.

A teraz zapraszają mnie do siebie.
Pojechałabym. Ale tam po kottbullary to do Ikei trzeba jechać, więc co ja im tam ugotuję? Psów nie zajumię, bo nie mam takich mocy. A sprzątać nie potrafię. No to nie wiem jak im odpłacę pięknym za nadobne.

62. Ano tak…

Lato się chyba już definitywnie skończyło.
Więcej pada, nocami bywa poniżej 10stopni, za miastem coraz więcej zaoranych pól. Klucze gęsi latają po niebie. I coraz więcej żółtych barw…
Wieczorami muszę zapalać lampę. Dłubię bluzkę lnianą na przyszły rok. Bo w tym to już pewnie nie będzie pogody.
Przy dłubaniu oglądałam do wczoraj Mr. Sunshine – koreański serial.
24 odcinki, każdy ponad godzinę. Wczoraj skończyłam. Ale głową wciąż jestem przy bohaterach. Mimo, że zaczyna się jak typowa koreańska drama, serial nie ustępuje w niczym tym wielkim epopejom typu Przeminęło z wiatrem. Jest piękna muzyka, jeszcze piękniejsze zdjęcia, gra aktorska, że klękajcie narody. I bohaterowie tacy ludzcy, wielowymiarowi, nieoczywiści… W każdym z nich mieszka i zło i dobro.
I zawsze, ale to zawsze, gdy człek sądzi, że przewidział, co będzie dalej okazuje się, że wcale nie… I tak aż do samego końca.
A w śmiechu głównego bohatera nie sposób się nie zakochać.

Więc siedzę i słucham piosenek zamiast się wziąć za sprzątanie…

Bo jutro przylatują do mnie goście, więc będę miała coś w rodzaju urlopu. Co mi dobrze zrobi na głowę. A w domu bałagan, bo najpierw gnałam z robotą, żeby wysłać raporty na czas, potem po prostu padłam i nie miałam siły na nic.
Mam kilku nowych klientów. I tak ziarnko do ziarnka się uzbierało roboty.

I martwię się o syna.