Nic

Jutro do pracy…Nic mi …

Jutro do pracy…Nic mi się nie chce. Zrobiłam obiad i lenię się. Czekają książki nie przeczytanie, niedoczytana gazeta, nieobejrzane filmy i spacer, którego nie było choć słońce i i pobielałe korony drzew wołały. 
Może jutro..?
Idę się dalej lenić na kanapie.

Ostatni dzień urlopu

Poranek leniwy. Sterta …

Poranek leniwy. Sterta garnków w kuchni, w łazience nie rozwieszone i nie wstawione pranie, w pokoju nie posłane łóżka. Ostatni dzień wolności. Jutro dom pełen ludzi od rana, gwar, jazgot telewizora bądź radia. w niedziele tak samo, a w poniedziałek znów do pray. Cóż- cieszmy sie tym, że na razie jeszcze jest.
Tymaczasem  spokojne latanie po bloxie- bez planów, bez komentów..ot tak: trochę jak podglądanie przez okno…Zazgrzytał kluc z w zamu i w progu stanął mój mąż. Z  niewiadomych przyczyn poczułam się jak winowajca, jakbym robiła coś bardzo nagannego. Pewnie to sumienie podglądacza się odezwało. Albo co…
Ubrałam się zatem szybko, ablucje poranne potrktowawszy marginalnie pobiegłam z P-Sunią na dwór, a że po drodze napatoczyła się Ciapa to zgarnęłam i ją. Na podwórku odwilż, śnieg mokry, Ciapa drżała na całym ciałku gdy ją na nim postawiłam. Jej pierwsze wyjście z domu…Rozgladała się dookoła nieufnie , z cichuśkim piskiem w gardełku. Polizała brudny śnieg, obejrzała się na mnie, obejrzała na Mamunię, dopadła do jej brzucha, ale psica wredna umknęła.Żal mi się smarkacza zrobiło.
– Ciapulka, chodź – zawołałam ją. Przypadła do moich kolan, łapami ładując się na nie, gotowa znów lizać i gryźć mnie w czubek nosa.Zabrałam ją do domu- kilka minut to dość na pierwszy spacer, żeby się tylko nie przeziębiła. już wkrótce pojedzie do swojego domu.
Mąz pojechał w swoich sprawach, znów pusto w domu. Zrobiłam sobie drugą kawę, włączyłam Andreasa Vollenweidera. Dziś się lenię. Nie ma obiadu. Nie ma sprzatania. Mogę wstwić pranie i zmywanie. Reszta- poczeka do jutra.

Przed południem

Ranek obudził  mnie …

Ranek obudził  mnie niezwykłą ciszą. Leżałam z zamkniętymi oczami i nasłuchiwałam usiłując dojść czego mi brak…No tak- Ciapa nie piszczała, nie wrzeszczał telefon Misi codzinną pobudką "Wstawaj k…wa! Wstawaj! Która godzina?!", nie szumiał komputer…
Nim otworzyłam oczy miałam niejasne wrażenie, że jest już późno, wszyscy poszli do fabryk, do szkół, a w domu jestem tylko ja…
Otwarcie oczu rozproszyło moje nadzieje. Ci co do fabryk faktycznie wyszli, ale młodzież szkolna smacznie spała. Zaraz potem zapiszczał budzik Kajtka. I czar – mar prysł.
Na dodatek Misia oświadczyła, że jakoś źle się czuje i nie idzie do szkoły. I spała dalej.
Zatem kolejny dzień mojego urlopu upływa, a ja nadal nie miałam czasu na pocieszenie się samotnością.
Ech…
Tymczasem postanowiłam zadbać o siebie, o własny wyglad i ufarbowałam włosy. Od razu tez zachciało mi się ubrać w cos innego niż wyciągniety sweter i dresowe spodnie. Po południu wizyta u MądrejPani…Znów będzie kopanie w rozumku.
Z płyty gra mi Mirosław Czyżykiewicz "Wigilia w domu wariatów", w trójkątnym kubku Trójki stygnie kawa…Zimowo i nostalgicznie się zrobiło.

Z Synem

Kajtek ma chyba …

Kajtek ma chyba depresję szkolno-zimową. Kiedy dziś rano maszerowalismy razem, bo przed lekcjami chciałam go zaprowadzić na pobranie krwi , marudził, że jeśc mu się nie chce, do szkoły mu się nie chce, a do TEJ klasy szczególnie…Ten sam problem co w podstawówce: nieumiejetność zintegrowania się z rówieśnikami. Tam nauka trwała sześć lat, po trzech latach znalazł sobie jakieś miejsce w grupie. Czy teraz też będzie potrzebował tyle samo?
Szedł ze mną, troche narzekał, trochę się pocieszał:
– Dziewczyny są fajne, lubią mnie.A reszta…
– Niech spada?- powiedziałam domyślnie.
Przytaknął.
– Wiesz kto to jest outsider?- zapytałam.
– Ktoś, kto zawsze stoi z boku? 
– Właśnie…Też zawsze taka byłam: z boku, na marginesie.
Spojrzał na mnie z zainteresowaniem.
– Wiesz, dziś myślę, że bycie outsiderem ma swoje dobre strony- dodałam.
– Jakie?
– Nie gonisz za stadem…
– Dlatego się nie męczę?
– To też. I masz czas na spojrzenie z boku i zastanowienie się, czy chcesz robić jak wszyscy.
– No…nie musze być taki jak wszyscy. Skończę gimnazjum, zagram w serialu albo zostanę muzykiem… A maturę zdam w wieku czterdziestu lat jak Begerowa.
– Jeszcze mógłbyś zostać politykiem- podpowiedziałam z uciechą.
– Eeee- skrzywił się- Nie potrafię kraść…
– Hm…Mógłbyś być uczciwym politykiem. Dorabiałbyś sobie pokazując się z tabliczką: Tak wyglada uczciwy polityk.
– Ha! I zostałbym prezydentem – zakończył radośnie, popychajac drzwi do przychodni.    
Lubię gadać z moim synem. Dlaczego robię to tak rzadko?

Ranne łapanie myśli

Poranek …

Poranek nad kawą z netem na osłodę. Nim dom się na dobre rozgwarzy głosami moich bliskich, piskiem Szczeniaków i jazgotem radia czy telewizora znów mogę pocieszyć się spokojem, swego rodzaju samotnością, którą zakłóca tylko miarowe chrapanie Męża.
Nic z tego…ledwie jedno zdanie spłynęło z palców, a tu już syn stoi za plecmi:
– Nie wiesz gdzie moje okulary?
Szuka ich mozolnie, nieco po omacku.
– A gdzie położyłeś?- pytam.
– Na podłodze przy łóżku. Pewnie mi Szczeniaki pociągnęły.
– Szukaj- mówię nieco zniecierpliwiona, bo mi tu wątek się tnie – Zajrzyj pod miśki.
Znajduje w końcu te okulary, wsadza na nos. Znów mam go za plecami, głaszcze mnie po ramieniu.
– A za godzinę mnie puścisz?- pyta. Kiwam głową…Córka podnosi zaspaną głowę z poduszki.
– Mamo…-zaczyna.
– Po mamie ja! – krzyczy (szeptem, szeptem) jej brat. Acha. Załatwił sprawę, zatem mogę nie reagować.
– Mamo..!- ponaglajace wołanie oczywiście nadal szeptem. Udaję, że nie słyszę,  szlag trafia mój święty spokój, ranek się rozłazi jak stara szmata.
– Mamo!
– Co?- warczę niechętnie. Już się nie da, już teraz natychmiast trzeba znów stawać na baczność w domowym szeregu.
– Powiedz tacie, żeby nie chrapał.
Wzruszam ramionami. Sama powiedz- mruczę . Powiedz komuś żeby nie chrapał, też ma pomysły.
Za chwilę Syn.
– Mamo…
– Co?!- wrzeszczę już prawie głośno, no bo naprawdę, chwili spokoju, a myśl widzę jak się oddala w tempie błyskawicznym.
I co mi z tego, że Syn sie wycofuje z obrażoną miną, że znów wraca teoretyczny spokój? Na ramionach znów ten ciężar, a w duszy wyrzut sumienia.
Czy jakbyśmy mieli wiecej przestrzeni życiowej to by było lepeiej?

 

Houston? Mamy problem…

Zostałam pilnie wezwana …

Zostałam pilnie wezwana do szkoły bo Syn miał krwotok z nosa. Przybyłam, ujrzałam Syna mojego, bladego jak ściana, siedzącego w gabinecie pielęgniarki i kurczowo przyciskjącego do nosa kwałek  papieru toaletowego czy ligniny.
Pielegniarka popatrzyła na mnie i powiedziała:
– On mówi, że dość często ma takie krwotoki…
– No, zdarzyło mu się ostatnio kilka razy…Pytałam lekarza- powiedział, że to nic takiego…
Popatrzyła na mnie dziwnie. Potem przeniosła wzrok na niego. Pod spojrzeniem czworga oczu Kajtek się ugiął i przyznał zakłopotany:
– Powiedziałem, że nic ci nie mówiłem…
Zrobiło mi się głupio…Kiedy już w końcu wróciliśmy do domu, kiedy udało nam się cudem zarejestrowac do ulubionej lekarki-pediatry w drodze do przychodni zapytałam syna dlaczego skłamał?
– A bo tak…-odparł niechętnie.
– Słuchaj…Nie rób tak więcej, nie kłam w takich sytuacjach. Potem robi się głupio…
Dlaczego skłamał? Mam wrażenie, że chciał mnie chronić. Przed czym? Przed wymówkami, że nie dość o niego dbam? Skoro kłamie to czy nie oznacza to, że w głębi duszy się z tym zgadza?
Chyba mam problem…

Lubię wyprzedaże

Właściwie to ja nie …

Właściwie to ja nie jestem kobietą luksusową. Latem, jak ciepło to jeszcze… Czasem pomyślę wtedy o elegancji, o tym co wciągam na grzbiet, w porywach głębokiej pogardy dla własnej abnegacji wyciągam nawet z szafki jedyną spódnicę, depiluję dokładnie całe nogi, a jak mnie najdzie to nawet i całą biżuterię w postaci jedynego złotego łańcuszka na siebie założę. A co! Szaleć to szaleć – jak mawiał mój wielbiciel Fred- kupując wodę mineralną i trzy słomki. Ba…wiadomo : lato budzi w człowieku różne instynkta…
Na co dzień z upodobaniem noszę spodnie, buty na płaskim obcasie oraz różne, byle luźne bluzki i swetry…Fryzura też raczej z gatunku tych wygodnych- ostatnio nawet dość dawno nie farbowana bo zachciało mi się sprawdzić jak mocno posiwiałam na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat.
Matka moja na szczeście już zrezygnowała z walki o to by uczynić ze mnie wzór stuprocentowej kobiety i przestała na mnie warczeć, że buty typu łapeć, rozciągnięte swetrzyska oraz kołtun na głowie to nie jest najlepsza wersja mnie samej. Baaa..tyle to i ja wiem, ale co, jak stwórca nie obdarzył mnie urokiem Merlin Monroe czy też  mojej imienniczki  Katrin Deneuve? W takiej sytuacji pozostaje mi jedynie pogodzenie sie ze smutną rzeczywistością. Toteż godzę się. Jednakowoż razu pewnego, bawiąc w pewnym przepięknym i prastarym grodzie zapatrzyłam się na jedną z blogowiczek, zachwyciłam nią i zapragnełam choćby odrobinę zbliżyć do ideału…W tym celu zapragnęłam posiadać kurtkę taką, jaką nosiło owo dziewczęce zjawisko. Kurtkę wypatrzyłam Województwie. Zobaczyłam i …zakochałam się jak kilka miesięcy temu w czerwonej bluzce. Przechodząc koło sklepu zaglądałam czy "moja" kurtka wisi. Wisiała. Cóż…Piękna była, ale cena…Przeczekałam listopad. Przeczekałam połowę grudnia. Wtedy coś drgnęło…Cena spadła o całe 70 złotych.
– Nooo, gdyby nie święta to już bym cię miała, malutka wyszeptałam do niej czule. Uśmiechnęła się śliwkowymi guzikami, błysnęła pomarańczową podszewką.
– Musisz tu na mnie poczekać. Wrócę – obiecałam. Nic nie odpowiedziała.
Dziś zajrzałam do niej. Bez zastanowienie poleciałam do kącika w którym wisiała…Nerwowo przesuwałam wieszaki…Nie ma!
– Nie ma- rzekłam do stojącego za moimi plecami męża. Usiłowałam nadać mojemu głosowi lekkie brzmienie. – No i dobrze, że nie ma. Widać nie była dla mnie…Idziemy…- pociągnęłam go do wyjścia.
I naraz coś mnie popchnęło w drugi róg. Nigdy tam nie zaglądałam… Była, a jakże. Tylko się nieco przebrała. Z wierzchu była brunatno-czerwona, a w środku- turkusowa. Ale była. I znów tańsza niż poprzednio o 50 złotych. W sumie staniała o 53,66%. Odeszłam z wielkim ociąganiem. Obeszłam kilka sklepów no bo miałam sobie kupić bluzkę.
Wszystko było brzydkie. Albo fason nie taki, albo kolor nie mój, a jak już w końcu coś było takie to w ostatniej chwili okazało się, że  na środku ma makabreskę w postaci kombinacji czarnych piór z cekinami…
Kurtka cierpliwie na mnie poczekała. Ona wiedziała, że teraz już jej nie zostawię.