Właściwie to ja nie jestem kobietą luksusową. Latem, jak ciepło to jeszcze… Czasem pomyślę wtedy o elegancji, o tym co wciągam na grzbiet, w porywach głębokiej pogardy dla własnej abnegacji wyciągam nawet z szafki jedyną spódnicę, depiluję dokładnie całe nogi, a jak mnie najdzie to nawet i całą biżuterię w postaci jedynego złotego łańcuszka na siebie założę. A co! Szaleć to szaleć – jak mawiał mój wielbiciel Fred- kupując wodę mineralną i trzy słomki. Ba…wiadomo : lato budzi w człowieku różne instynkta…
Na co dzień z upodobaniem noszę spodnie, buty na płaskim obcasie oraz różne, byle luźne bluzki i swetry…Fryzura też raczej z gatunku tych wygodnych- ostatnio nawet dość dawno nie farbowana bo zachciało mi się sprawdzić jak mocno posiwiałam na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat.
Matka moja na szczeście już zrezygnowała z walki o to by uczynić ze mnie wzór stuprocentowej kobiety i przestała na mnie warczeć, że buty typu łapeć, rozciągnięte swetrzyska oraz kołtun na głowie to nie jest najlepsza wersja mnie samej. Baaa..tyle to i ja wiem, ale co, jak stwórca nie obdarzył mnie urokiem Merlin Monroe czy też mojej imienniczki Katrin Deneuve? W takiej sytuacji pozostaje mi jedynie pogodzenie sie ze smutną rzeczywistością. Toteż godzę się. Jednakowoż razu pewnego, bawiąc w pewnym przepięknym i prastarym grodzie zapatrzyłam się na jedną z blogowiczek, zachwyciłam nią i zapragnełam choćby odrobinę zbliżyć do ideału…W tym celu zapragnęłam posiadać kurtkę taką, jaką nosiło owo dziewczęce zjawisko. Kurtkę wypatrzyłam Województwie. Zobaczyłam i …zakochałam się jak kilka miesięcy temu w czerwonej bluzce. Przechodząc koło sklepu zaglądałam czy "moja" kurtka wisi. Wisiała. Cóż…Piękna była, ale cena…Przeczekałam listopad. Przeczekałam połowę grudnia. Wtedy coś drgnęło…Cena spadła o całe 70 złotych.
– Nooo, gdyby nie święta to już bym cię miała, malutka – wyszeptałam do niej czule. Uśmiechnęła się śliwkowymi guzikami, błysnęła pomarańczową podszewką.
– Musisz tu na mnie poczekać. Wrócę – obiecałam. Nic nie odpowiedziała.
Dziś zajrzałam do niej. Bez zastanowienie poleciałam do kącika w którym wisiała…Nerwowo przesuwałam wieszaki…Nie ma!
– Nie ma- rzekłam do stojącego za moimi plecami męża. Usiłowałam nadać mojemu głosowi lekkie brzmienie. – No i dobrze, że nie ma. Widać nie była dla mnie…Idziemy…- pociągnęłam go do wyjścia.
I naraz coś mnie popchnęło w drugi róg. Nigdy tam nie zaglądałam… Była, a jakże. Tylko się nieco przebrała. Z wierzchu była brunatno-czerwona, a w środku- turkusowa. Ale była. I znów tańsza niż poprzednio o 50 złotych. W sumie staniała o 53,66%. Odeszłam z wielkim ociąganiem. Obeszłam kilka sklepów no bo miałam sobie kupić bluzkę.
Wszystko było brzydkie. Albo fason nie taki, albo kolor nie mój, a jak już w końcu coś było takie to w ostatniej chwili okazało się, że na środku ma makabreskę w postaci kombinacji czarnych piór z cekinami…
Kurtka cierpliwie na mnie poczekała. Ona wiedziała, że teraz już jej nie zostawię.