39. Nagle lato

Temperatury zrobiły się bardziej letnie. 17 stopni, bez wiatru to u mnie mniej więcej tak się odczuwa jak jakieś 21 w Polsce.
Wczoraj byłam na rynku w samej niebieskiej sukience, bez rajstop czy innych ocieplaczy.
A zamiast spaceru, posiedziałam z Tosią na trawie. Ona w cieniu i wiaterku, ja na słoneczku.
Wszystko kwitnie. I jest cudnie.
A w pracy pożar za pożarem.
Co z tego, że planuję, jak potem dzwoni telefon, po nim kolejny i kolejny… Miałam rozplanowaną pracę tak, że miałam mieć wolny weekend, a wyszło jak zawsze. I nawet się nie opierniczałam, bo nie było na to warunków. We czwartek ostatnią rozmowę telefoniczną skończyłam o 19. O 20 byłam w łóżku. O 21 spałam. A o 24 obudziła mnie migrena, której nie uspokoiła podwójna dawka prochów.
Piątek był ciężki…
Sobota spokojniejsza.
Dziś znowu będę przykuta do biurka przez wiele godzin.
W życiu prywatnym zastój jeśli chodzi o aspekt realno-fizyczny. Nawet na druty brak czasu. Rozmowę z Kasią skróciłam, bo mnie gnało do biurka.
W duszy przeżywam żałobę. Teraz jestem na etapie złości.
Co jest jakimś tam postępem, bo dotąd czułam tylko rozżalenie. Nie, nie z powodu końca małżeństwa, lecz z powodu tego, jakie było. Teraz, wreszcie coś drgnęło. Wreszcie czuję złość ale… i chęć odegrania się, niestety. To jest takie kuszące, że oglądam tę możliwość z każdej strony.
Mam nadzieję, że zdrowy rozsądek nie przegra walki z potrzebą odwetu.
Do jutra muszę zaksięgować 5 firm.
Do 2 maja muszę zrobić jakieś 42 zakończenia roku.
Do 12 maja muszę zaksięgować 40 firm i zrobić im raporty VAT.
Do 30 maja muszę zrobić dwa zamknięcia roku w spółkach.

Nudno nie będzie. Pracy po kokardkę. Aż do lipca. Wtedy nieco zwolnię…

38. Wieczorna przechadzka

Pamiętam jak w grudniu 2008 roku wędrowałam ulicami tego miasta i te ulice wydawały mi się puste. Owszem tu ładna kamienica, tam zaciszna uliczka, ale mijałam to bez uczuć.
Wczoraj…
Zmierzch, niebo ciemniało, zapalały się lampy, a na zachodzie świeciła ostatnia jasna smuga.
Takie było niebo, gdy wracałam do domu, gdy pierwszy raz zostawiłam eMa w szpitalu… Też była wczesna wiosna.
O, ładnie te bloki z nowym tynkiem. A ta nowa szkoła wygląda trochę ponuro. Nasze stare mieszkanie. I tamto, które lubiłam, bo sama je wybrałam. O, a tu jakiś nowy szyld. A nad rzeką znowu kwitnie cebulica… Cebulica-czyli Toruński świętej pamięci. Już zawsze będzie mi się z nim kojarzyć.
Tak sobie szłam i myślałam, że nawet jak narzekam na to miasto, krytykuję i mówię, że nie lubię… to to jest moje miasto, bo w każdej uliczce, każdym zaułku, mieszkają moje wspomnienia.
Tam dom, w którym mieszka Ellie – przyjaciółka Zuzu. To jest ten dom, który tak bardzo mnie zachwycał na początku. A tu park i zbocze nad rzeką, gdzie za chwilę zakwitną narcyzy. W tym parku maleńka Zuzu wystraszyła się kaczek. A tam mi zwiała młoda Tośka. Za rzeką, w oddali – cmentarz, na którym pochowany jest V.
A tu szkoła muzyczna do której chodziła Zuzu…
I tak się wspomnienia plotą…

36. Wiosna, ach to ty!

Od jakiegoś czasu social media podsuwają mi treści o trybie przetrwania. Są różne objawy tego trybu:
Np. pozycja spania na alpinistę + rączki dinozaura.
Jest też hibernowanie uczuć.
Oraz ograniczenie aktywności wszelakiej do absolutnego minimum.
Odkryłam, że musiałam w tym stanie trwać co najmniej od 5 lat.
A teraz wychodzę.
Nadal zasypiam w pozycji alpinisty, to fakt, ale popołudniami coraz krócej siedzę na kanapie. Bo gdy kończę pracę, to chce mi się sprzątnąć, odkurzyć, wyczesać psa, wstawić pranie…
Odkryłam, że uwielbiam urządzać moje mieszkanie. I że potrzebuję w nim roślin, naturalnych materiałów, jasnych barw w kolorach ziemi.
I tylko wciąż nie mogę się zmusić do regularnej aktywności fizycznej.
Ale robię co mogę.

Wiosna pomaga. Nawet jeśli wietrzna i kapryśna.

34. Rodzinnie

Mel miał urodziny na początku tygodnia, ale świętowaliśmy wczoraj.
Była taka pogoda, że nikt nie protestował przeciwko siedzeniu na tarasie, choć mocno wiało. Oni mają balustradę obłożona panelami z pleksy, więc jak się usiadło, to wiatr nie był odczuwalny. Za to słońce- tak. Chyba opaliłam sobie twarz.
Jak zawsze cieszyłam się niewymuszoną atmosferą, zażyłością z rodzicami i babcią Mela.
Zuzu i William też z nami byli. Chichrali się między sobą, ale jednocześnie brali udział w rozmowach. William jest kontaktowy i z poczuciem humoru. Zaczynam go lubić. I podoba mi się jak go czasem Zuzu stawia do pionu. Z niech dwojga to Zuzu jest doroślejsza, ale to normalne u dziewczyn, zwłaszcza tych, które są starszymi siostrami.

33.

Kupiłam sukienkę w intensywnie niebieskim kolorze.
Spokojnie: żadne tam wielkodekoltowe zwiewności. Prosta, dresowa kieca. W dodatku w składzie ma głównie plastik… Ale ten kolor!
No nie mogłam się jej oprzeć. Na żywo jest i wiele bardziej intensywny.
Już tak dawno nie kupowałam sobie nic nowego – nawet majtek i skarpetek nie.
A jutro świętujemy urodziny Mela. Będzie okazja by się ustroić.
Córcia obiecała, że aby nie popsuć matce show, wystąpi w worku na kartofle, najchętniej poplamionym.
Synek, który był ze mną w sklepie, pokiwał głową z uznaniem.

A teraz dokupiłam koleżankę – o połowę tańszą, za to z samej bawełny, w kolorze jasnej, limonkowej zieleni. (Tak, też dresowa. Proszę nie wymagać za dużo na raz.) Wiem, zielony to trudny kolor, ale jak użyję szminki i jakiegoś szala, to chyba dam radę.

Wiosno. Jestem gotowa. Wpadaj!

31. Pitoleniem wiosna się zaczyna

czyli pora rozliczeń rocznych. Kilka telefonów dziennie, kilka maili i smsów ” Pani Kasiu, a kiedy..?” Prócz tego telefony od nie-klientów:
„eee, pani to jest księgową? Bo ja bym chciał zapytać”
Pewnie jestem boomerem i dziadersem ale jak ktoś zaczyna rozmowę od „Dzień dobry, nazywam się…” to mu cena od razu zjeżdża, bo nastawiam się życzliwie.

A przy okazji boomerów.
Kto był w Szwecji ten widział oszklone balkony, takie jak na tym zdjęciu (z internetu). Podobno mówi się na nie Boomers Inkubator

Ja niestety takiego nie mam. I nie wiem czy bym chciała. Nigdy nie miałam, więc nie wiem czy to zmora czy wręcz przeciwnie.
W każdym razie wiosna idzie, wszystko się łączy w pary, kwiatki kwitną, wiatr głowę urywa, a te ptaszki, panie, to tak na…lają…!
Niebo jest niebieskie i świat jest pełen słońca.
Poza tym wczoraj usłyszałam od jednego Krasnoluda, że jestem niesamowita, bo użyłam swojej wiedzy i jednego kontaktu by gościowi pomóc.
Nazwałam faceta Krasnolud, bo go naprawdę przypomina. Wysoki, masywny facet, z brodą i długimi włosami. Z głosem mogącym kruszyć głazy. Do tego pso i koto-lubny.
Pomogłam, bo facet przylgnął mi do serca. A bo ja wiem czemu?
Ych… żeby nie miał tych dwóch zasadniczych wad…
Żartuję oczywiście.

Tak więc wiosna.
Tosia za tydzień ma przegląd.
Mój przegląd wyszedł nie najgorzej podobno. Nie ma dodatkowych prochów, mam robić tak, jak robię.

Konsekwentnie unikam kontaktów z eksem. Choć czasem osobista interakcja jest nieunikniona, to skracam ją do minimum i poza moim domem.
Terapia lekko pomaga. Ale też rozmowa z Koleżankiem, który potrafi pokazać całkiem inny punkt widzenia, też dużo daje.

30. A tymczasem…

12 marca Panna Tina Tola Tosia skończyła lat 10.
Był tort.

Było też odśpiewane Sto Lat i nawet mam na to dowód, ale z troski o (moje) dobre samopoczucie nie podzielę się.
Jubilatka oświadczyła, że wiek to tylko liczba i ona nie zamierza przestać ganiać kota, kraść wszystkiego co się da, szczekać na Dupka i Głupka oraz wszelkich innych działań, które sprawiają, że matka natychmiast się zrywa i leci mało nóg nie pogubi. Matce ruch się przyda…
———-
Poza tym wieje. I jest zimno.
Śnieg jeszcze leży tu i tam.
No i zaistniał taki pomysł: a może by tak rzucić wszystko i wynieść się do Smalandii?