Synek przysłał mi zdjęcie Tośki na trawie. Szczęśliwej.
Zadzwoniłam.
A czy je?
Je.
A tabletki?
Dostaje.
A jak ze spacerami?
Bez problemu, woli windę niż schody.
Może ją zabiorę… we czwartek?
Zabierz w piątek, bo we czwartek ojciec gdzieś z nią jedzie.
Da się? Da się!
A my sobie z Basilem spokojniutko cieszymy się sobą. Pomacham mu wędką i nikt go nie gania. Pogadam z nim i nikt nie jest zazdrosny.
Byłam w mieście przez godzinę. I na spacerze. I chyba znowu się przejdę. Trzeba korzystać
Autor: trollatrolla
45.
Dziwne uczucie.
Wstać bez poczucia obowiązku. Pić kawę bez pośpiechu. Pić ziarenka. Umyć głowę. Powoli i bez przymusu wchodzić w dzień. Zastanawiać się czy na spacer pójść teraz czy jak głowa wyschnie.
Dziwne uczucie ulgi.
Nic nie trzeba.
Zmusiłam wczoraj eM do zabrania Tośki. Powiedziałam, że na razie na tydzień.
Byłam wykończona. Huśtawką nastrojów, pracą, stresem. Szarpaniem się z Tośką, żeby przestała tkwić 10 minut z nosem przy jednej trawce, żeby szła dalej mimo innego psa po drugiej stronie, żeby wstała z trawy i poszła do domu. Zmęczona jej szczekaniem. Zmęczona tym, że nawet wyniesienie śmieci muszę planować. Oraz tym, że jestem uwiązana do domu jak, nomen omen, pies do budy. I nie mogę sobie ot tak, wsiąść w samochód i pojechać dokądkolwiek na kilka godzin…
A wszystko to w chwilach, gdy nie mam siły żyć, albo gdy czuję, że się duszę w domu, że muszę wyjść na powietrze, do jakiegoś człowieka albo do przyrody, zrobić cokolwiek byle oderwać głowę od smutku i bólu.
Mam oczywiście wyrzuty sumienia. Bo ona tęskni i nie rozumie.
Bo on BĘDZIE MUSIAŁ brać ją na spacery rano, przed pracą i to pewnie będzie niewygodne. Bo pewnie część, znaczną część, spacerów będzie musiał odbyć Yankie.
A tak, bo Yankie tymczasowo mieszka u ojca. Szuka własnego mieszkania, ale jak ma się niski budżet to mieszkanie nie znajduje się tak od razu.
I oczywiście mam chęć, wbrew sobie, zabrać ją wieczorem. Ale nie – zacisnę zęby i wytrzymam do soboty. Bo powiedziałam: na razie na tydzień. Przez ten tydzień muszę wymóc na eM konkretne zobowiązanie na opiekę. Niech to będzie choćby jeden dzień w tygodniu, ale po prostu ja też muszę mieć możliwość odetchnięcia od psa.
A poza tym wielką uciechę sprawiła mi wiadomość, że coś z naszej kłótni go ruszyło na tyle, że rzekł do naszej córki coś o spalonych mostach. Acha, znaczy, że choć raz trafiłam celnie, zabolało go. I dobrze. Mnie bolało przez tak wiele lat.
Choć oczywiście, mój cel nadal jest taki, żeby nie czuć już potrzeby odegrania się, dokopania i czucia satysfakcji z tego, że mu źle. No ale na to trzeba czasu. Wierzę, że ten przyjdzie, na razie pozwalam sobie czuć i złość, i żal, i żałobę. Choć najbardziej podoba mi się złość, bo daje mi siłę.
Zabezpieczony: .
44.
Pojechałam do Koleżanka w niedzielę.
Bo…
Jak nie teraz to kiedy?
Bo… jakoś tak pusto
Bo… rzadko sama pokonuję tak dalekie trasy i trzeba to zmienić.
Pojechałam.
Ustawiłam 80km na tempomacie, żeby się nie stresować radarami. Na ekspresowej podniosłam do 90-95.
Samochodek jechał i mruczał. On lubi takie 80-90. Pilnował mi linii, więc kolejny stres mniej. Z USB grał mi na przemian Kortez z Pietruchą.
A na miejscu okazało się, że będzie nas więcej, bo przychodzi córka Koleżankowej wraz z rodziną.
A ta rodzina to mąż Filipińczyk oraz dwójka dzieciaczków. Chłopiec 4,5roku i dziewusia nieco ponad rok.
Ludzieee, jakie te małe są słodkie. Fakt, że dobrze wychowane, ale też i zaopiekowane przez tatę, przez dziadka (koleżanek jest ukochanym dziadkiem chłopca) i przez mamę.
Spędziłam fajny dzień, w gromadce fajnych ludzi.
Tośkę oddałam pod opiekę Eksowi. Robił wrażenie nadąsanego, ale postanowiłam nie przejmować się jego humorami.
– Bo ja cały czas pracuję – powiedział
(A ja nie, ja przecież nic robię, leżę odwłokiem do góry, nie?).
Wyjechałam od nich trochę później niż planowałam. W dodatku posłuchałam GPSa i skręciłam, choć intuicja mówiła mi, że nie powinnam. W efekcie pół godziny jechałam jakąś boczną, wąską dróżką. No, piękna była – jakbym siedziała z boku to bym podziwiała. Ale jak się samemu kieruje to zakręty i górki są średnią atrakcją. Zapadał zmierzch, szybciej niż było przewidziane, bo było pochmurno.
Udało mi się NIE PRZEJECHAĆ jakiegoś szybkiego, długoogoniastego zwierzątka, które mi przemknęło przez drogę. Chyba kuna albo łasica bo na lisa było za małe. Uff.
Wreszcie dojechałam do Lilla Edet i wyjechałam na moją drogę.
Tosia już na mnie czekała w domu.
Zameldowałam się przyjaciołom i padłam.
Całe wczoraj bolały mnie ramiona. Napięcie, chyba muszę popracować nad ustawieniem fotela. No i spałam prawie cały dzień. Ale zrobiłam sobie uczciwy obiad: z kurczakiem, ziemniakami i sałatą.
A miałam pracować.
Byłam przekonana, że w nocy nie będę spać… przespałam bez problemów do 4.
Teraz dopijam kawę i planuję pracę.
A wam jak minęły święta?
43.
Przespałam/przedrzemałam wczoraj prawie cały dzień. To skutek „młotka” czyli chemicznej tabletki na uspokojenie. Mózg nareszcie zrobił sobie odpoczynek.
W nocy też spałam.
Śniły mi się mi się ruiny dworca w Olsztynie, ruiny pociągów, gasnące światło, światło palące się tylko na co drugim piętrze.
Śniła mi się praca, że wracam do niej z urlopu, z daleka. Zdjęcie wszystkich znajomych ludzi, które ożywa.
Na koniec śniłam stołówkę pełną żółto ubranych osób i żółtego jedzenia. Taki najprawdziwszy żółty – jak dojrzała cytryna, jak słonecznik.
Obudziłam się o 6. Jeszcze skołowana.
Za oknem szarość. +9. Deszcz i zero wiatru.
Padaj deszczu padaj, jesteś potrzebny.
Bzy za chwilę zakwitną. Wiśnia pod moim balkonem w jedną noc zmieniła się białą kulę.
Wiosna jest wcześniej o jakieś 3 tygodnie.
Basil wykopał mi kaktusy, które wczoraj rozsadziłam. Zabiję drania!
Dziś jest pierwszy dzień reszty mojego życia. I to będzie dobre życie.
42.
Ciało błaga o wytchnienie, a mózg nie zwalnia ani na chwilę w produkcji nowych wizji…
Po dwugodzinnym płytkim śnie, wybudził mnie pomysł zemsty tak perfidnej, że trafiłaby od razu trzy pionki naraz. Otworzyłam oczy i poczułam, że się uśmiecham. To nie był dobry uśmiech. Mózg jeszcze przez chwilę dopracowywał szczegóły, aż wreszcie coś we mnie pojęło co tu się planuje. Zerwałam się, usiadłam.
Nie chcę tego!
Chcę, bardzo chcę. Och uderzyć tak, by zabolało…
„zobaczysz noc w środku dnia
czarne niebo zamiast gwiazd
zobaczysz wszystko to samo – co ja
zobaczysz obcą własną twarz
jakie wielkie oczy ma strach
zobaczysz to samo co ja”
Wszystkie alarmy w mojej duszy dzwonią jak dzwonki na ostrym dyżurze „tracimy go, tracimy go, odchodzi”.
Ale przecież tego chciałam, tak?
Od tylu lat tego pragnęłam.
A tu nagle syndrom psa ogrodnika.
Nie pracuję prawie wcale, bo nie mogę.
Nie śpię, bo nie mogę.
Nie jem, bo nie mogę.
Osuwam się w jakieś szaleństwo i nie umiem się zatrzymać.
Proszę. Niech ktoś wyłączy mi głowę.
Turn my head off
Jak w tej piosence.
41.
przestałam spać
40.
teraz trzeba tylko przebaczyć
tylko tyle
aż tyle