Niedziela. Wczesne popołudnie. Odbieram Misię ze stacji.
– A co u ciebie słychać ostatnio? Bo się nie odzywasz i nie wiem czy to dobrze czy źle…
Myślę. Myślę…
– Nic nie słychać – mówię w końcu – I nic to nie znaczy, że milczę Tylko tyle, że się nic nie dzieje.
– A z W. dobrze?
– Tak, no pewnie.
– Jedziesz niedługo?
– Tak, za dwa tygodnie. A potem w listopadzie. A dalej to nie wiem, bo wiesz… grudzień, święta-ceny biletów…
– No tak….
Cisza, milczymy. Myślę o czym by tu jeszcze dziecku powiedzieć. Mam!
– A wiesz… Przestawiłam Basilowi kuwetę! – mówię cała szczęśliwa, że wreszcie coś znalazłam. Cisza. Czuję konsternację i po chwili ostrożne:
– Aaa …dlaczego?
– Bo mi rąbie kupy przed kuwetą…
I zaczynam się śmiać.
– Widzisz dziecko: oto wydarzenie wiekopomne – przestawienie kociej kuwety!
Niech tak zostanie, co?
Autor: trollatrolla
81. Sobota
Noc była trudna. Sen, który jest odbiciem moich lęków dziennych: odrzucenie i brak własnego miejsca. Nawet wiem skąd ten sen.
Dwóch moich klientów wróciło do Polski i wygaszają firmy, dwóch działa na pół gwizdka, bo choroba, bo coś tam… To się przekłada na mniej pracy i zaczynam mieć problem ze spięciem budżetu.
Znów wrzucam ogłoszenia do sieci, ale wiadomo, że to loteria.
Tym bardziej, że powroty do Polski stają się coraz powszechniejsze wśród 30-40latków, których rodziny dotąd były w Polsce bo praca, studia lub szkoła dzieci.
Muszę się zająć sprawą emerytury w Polsce, bo zdaje się, że już mam do niej prawo. Nawet jak mi Szwedzi zabiorą podatek, to zawsze będzie to jakiś dodatkowy grosz…w razie czego.
Oglądałam wydatki. Zrezygnowałam z programu do sprawozdań rocznych bo mój podstawowy program księgowy wzbogacił się o tę funkcję, ale oczywiście cena mi wzrosła. Ten, który miałam był lepszy, funkcjonalniejszy, ale generował od 500 do 1000kr miesięcznie. Przestawię się.
Niestety są takie koszty, których nie da się zminimalizować. Np. czynsz.
Nawet gdybym poszukała mniejszego mieszkania – jednopokojowego- to czynsz spadnie niewiele, za to jakość życia i komfort pracy – bardzo.
No i samochód… W zasadzie dałabym radę żyć bez niego, nie jest mi przecież niezbędny. Ale wtedy goście czy wyjazd staje się problematyczny i trzeba chodzić w łaskę do byłego męża.
Jednak największą moją skarbonką jest Tosia. Jak jest zdrowa, kosztuje mnie miesięcznie około 2tys. Jak coś się dzieje – więcej. A to tylko wydatki na karmę i jedzenie. A gdzie leki oraz środki na kleszcze?
No dobra, ponarzekałam.
A teraz trzeba brać tyłek w troki i do roboty. Ogłaszać się, nadrobić zaległości, przyłożyć do pracy, bo ostatnio nieco sobie bimbałam. Trochę jak ten konik polny…
Pogoda się zmieniła: wieje i właśnie zaczyna padać.
Na pociechę dialog z panem W
Ja: 10 stopni i słońce w oczy. Ale ładnie i bez wiatru. Powłóczyłabym się, ych…
Pan W: Co Ciebie trzyma? Jak musisz…
Ja: Konieczność zarobienia na dwa futra.
Pan W: FUTRA iju!
Ja: Futra chcą jeść, leczyć się oraz mieć czysty żwir w kuwecie
Pan W: Wróciłem na ziemię
A futra się rządzą…
Na przykład tak chorowałam w ubiegłym tygodniu.

No co? Jedną trzecią łóżka mi szlachetnie zostawiły!
Oraz Basil znalazł sobie doskonałe miejsce do leżenia. Że co? Że mi przeszkadza? Oj tam, oj tam… czasem coś naciśnie i mam obraz w poprzek, czasem zawiesi fil, innym razem przyspieszy, ale przecież telewizora nie zasłania, nie?


A od czasu do czasu -więdnie biedaczek.

Zabezpieczony: .
80. Rekonwalescencja
Ciało domaga się aktywności.
Ponad godzinę łaziłam wczoraj po mieście, po sklepach, rynku, second handach. Dzień był złoty, ciepły, wręcz upalny. Na mieście tłumy, bo w piątek była wypłata.
Już wracałam, gdy zadzwonił pan W. Usłyszawszy, że się szwędam, ochrzanił mnie, bo on ze starej polskiej szkoły, która mówi, że chory musi leżeć.
Ja hołduję szkole szwedzkiej, która mówi: jeśli masz siłę bądź aktywny, wyjdź na spacer, zwłaszcza w suchy, słoneczny dzień.
Tutaj, na zwolnieniach lekarskich nie ma zaleceń „chory musi leżeć” i nikogo nie zdziwi, że chorego nie ma w domu bo poszedł na spacer.
Ale do domu wróciłam z ulgą, bo już się czułam zmęczona.
Tosia, wyczuwszy, że jestem blisko, rozszczekała się jakby się świat walił.
Na początku tygodnia stała się niespokojna. Chodziła w kółko, dyszała, zaglądała mi w oczy, trącała łokieć. Myślałam: czuje, że jestem napięta po dyskusji z EM. W nocy zaczęła się układać obok mnie, plecki do plecków i spała tak całą noc, choć zwykle ucieka na podłogę, bo jej za gorąco.
I nie przestała nawet jak wylazła choroba, gorączka musiała ją nieźle grzać. Pomyślałam, że mój pies staje się czymś w rodzaju mojej dajmony. Jest moim barometrem, notuje każdą zmianę nastroju czy samopoczucia. Najszczęśliwsza jest gdy siedzę na kanapie, a ona może się wyciągnąć obok, wtuliwszy nos w mój zapach.
Kiedyś myślałam, że to wspaniale być dla kogoś całym światem. Ale nie, nie jest, już to wiem. Nie chcę ani być czyimś światem, ani by ktoś mi ten świat zastępował. Choć moja rodzina się martwi, że tak jest z Panem W. Była nawet mała interwencja i próby przemówienia do rozsądku, no bo czemu to tylko ja latam, a on nie? (Pan W kupił bilety na „Czarodziejski flet” w operze szczecińskiej na 15 listopada, więc ja kupiłam bilety na samolot, to chyba sprawiedliwe?).
Nie wiedzieć kiedy, moja córeczka Misia została kimś w rodzaju głowy rodziny. Martwi się o wszystkich, sprawdza, wspiera, udziela porad. Trzeba z nią pogadać, powiedzieć, żeby puściła te wszystkie sznurki, niech nam nie matkuje, nie zginiemy, najwyżej nabijemy sobie guza i wyciągniemy wnioski. Też taka byłam..?
Czy pisałam, że w Oslo odkryłam, że wszystkie trzy śpimy w podobny sposób? W zimnym pomieszczeniu, z kołdrą prawie na nos i stopami na wierzchu. Na brzuchu, ze stopami zwisającymi z krawędzi łóżka.
Zabawne to było odkrycie. „Gena nie wydłubiesz”.
79.
Zaraza przylazła bez uprzedzenia we wtorek wieczór.
Jeszcze wczesnym popołudniem robiłam sobie pyszny falafel z surówką w stylu colesław, jeszcze zjadłam ze smakiem, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wobec własnego ciała. Jeszcze poszłam z Tosią na spacer… Ale gdy wracałam czułam, że ten falafel coś mnie gniecie.
Może za dużo? Może przyprawy? Może za krótko pieczony?
A potem się zaczęło.
Myślałam, że zwrócę nie tylko to, co zjadłam, ale i to, czego nie zjadłam. Np własne flaki…
W środowy ranek żołądek się przestał buntować, przyjął odrobinę kisielu. Choć nadal bolał i przyszła gorączka.
Noż jak nic zaraza, największy postrach Wikinga: MAGSJUKA (czytaj: mogsziuka).
Tylko, że magsjuka jak nagle przychodzi tak nagle odchodzi. A zaraza rozsiadła się i siedzi. W gardle drapie, nos przytkany, ale lekko. Gorączka w pierwszy dzień całkiem spora (jestem z tych co umierają przy 37,1) w dniach kolejnych zatrzymała się na około 37,5.
Smak mi się zmienił. Wszystko stało się gorzkie lub słone. Kwaśny smak zniknął. Albo słodkie nad miarę, ale podszyte goryczą. Fuj…
A prawda… w poniedziałek bolał mnie cały człowiek, złożyłam na karb zmęczenia mięśni po stresie i kilkudniowej migrenie.
Może covid…
Jak zwał, tak zwał.
Uciekł mi tydzień, bo nie mogłam ani pracować, ani czytać, ani słuchać. Są jednak minusy dodatnie: zgubiłam 2kg.
Nadal nie mogę jeść. Na nic nie mam ochoty i wszystko smakuje jak rzygi.
Dziś uparłam się, że wracam do zdrowia, zobaczymy jak to dalej pójdzie. Wstałam o 4, bo głowa. Ogarnęłam bałagan w rachunkach, czas był najwyższy.
Na spacerze z Tosią zmarzłam w uszy, nos, dłonie i stopy! A ja znowu nie mam czapki jesiennej…
Ale kupiłam sobie kiecunię do filharmonii. Taką w moim stylu „spokojna, nobliwa elegancja w stonowanych kolorach”. (Kasia z Klippan, proszę się nie śmiać tak głośno). O, tę. Tylko na żywo kolorki są bardziej soczyste.

Wiskoza 100%. Oczywiście na zdjęciu nie ja, mnie jest 2x tyle. Ale co tam, kiecunia jest śliczna i nikt się nie dowie czy naprawdę jestem taka duża objętościowo czy to tylko kieca jest taka luźna.
A teraz chyba pójdę spać.
78.
Idę do domu i już z daleka widzę, że mój mąż ma ten swój rozanielony wzrok i minę pełną dumy. To taki sam rodzaj zadowolenia z siebie jak u trzylatka, który niesie matce śniadanie, nie zdając sobie sprawy z tego, że kuchnia w zasadzie wymaga remontu.
Wchodzę i widzę w jego dłoni nowy ogromny pilot do telewizora. Oraz nowy telewizor na ścianie. Typowy dialog:
– Miałeś kupić garnitur!
– Kupiłem – pokazuje mi coś obciachowego
– Ile wydałeś na telewizor?
– 50 tysięcy, ale …
– 50? Zgłupiałeś? Ile my to będziemy spłacać?
Kończy się tym, że słyszę, że ja to zawsze jestem niezadowolona, a potem trzask drzwi i zostaję sama.
Mam chęć zerwać telewizor ze ściany i rzucić o ziemię, ale rozsądek mi nie daje. Zdejmuję go zatem ostrożnie, biegnę za mężem i wciskam mu to w ręce.
– Masz i nie wracaj! Zabieraj go sobie i idź ode mnie…
Mówię coś w tym stylu. A może wrzeszczę…
Moje sny odzwierciedlają emocje 1:1.
Znowu szarpanka o opiekę nad psem.
A poza tym jesień się rozsiadła. W nocy, z kuchennego okna oglądam Wielki Wóz. Kaloryfery grzeją. Dziś w nocy były tylko 3 stopnie. Oj, o wschodzie słońca może być przymrozek.
Kilka dni temu, na trawniku nieopodal domu, ale z dala od ulicy, znalazłam 7 borowików. 6 zabrałam do domu, ususzyłam – zawiozę panu W.
77. Migawki z Oslo
Oslo jest nudne! Poza słynną operą nie ma tam nic ciekawego, zresztą opera to też żaden tam cud…
Skąd miałam taką opinię w głowie? Od starego znajomego, który tam mieszka? Z internetu? Nie mam pojęcia.
Na szczęście nikt mnie nie spytał o zdanie i pojechaliśmy, bo darowanemu konikowi się w zęby nie zagląda.
Pogoda zapowiadała się stabilna: miało padać przez cały czas. Nie wzięłam więc Nikona, bo przecież nie będę go nosić w deszczu.
Na szczęście ani Oslo nie okazało się nudne, anni pogoda nie była aż tak zła.
Po trzynastej, gdy już zostawiliśmy tobołki w hotelu, poszliśmy zwiedzać i powiem szczerze, że to naprawdę jest ciekawe miasto. Niesamowite połączenie starego z nowym oraz przyrody z cywilizacją. Miasto kontrastów. Na jednej ulicy nowoczesne budynki, eleganckie wieżowce, a na drugiej – śmieci, zabite deskami okna i posprajowane ściany.
Bardzo mi się podobała, czułam się zaopiekowana przez Misię i Mela i bardzo mi się to podobało. Była też Zuzu… Zuzu, która nadal jest najfajniejszym dzieciakiem, jakie znam. Słuchałam jak mówiła o swoich koleżankach i serce mi rosło od tego jak Zuzu ma poukładane w głowie. Co nie znaczy, że nie było dąsów, fochów i marudzenia :D.
Zdjęcia z telefonu Huawei PRO30 – nie jest to jakość jak z aparatu, ale ujdą.












Poza tym wszystko okej.
Za miesiąc jadę do Pana W. Tęsknię, ale z wzajemnością. To miłe uczucie, choć czasem boli. W tej relacji najbardziej podoba mi się to, że mogę otwarcie mówić o wszystkim i jeszcze ani razu nie zostało to użyte przeciwko mnie. Pan W sprawia, że staję się lepszym człowiekiem, bardziej uważnym, mniej oceniającym i bardziej otwartym na nieznane.
Co ciekawe: lepiej mi się pracuje, łatwiej osiągam skupienie, już prawie wygrzebałam się z zaległości. Choć wczoraj mój niepoprawny klient przywiózł dokumenty za 2 kwartał, który powinien być rozliczony co najmniej miesiąc temu.
Niestety męczą bóle głowy – ale znalazłam poradnię online dla migreników. Wczoraj miałam pierwsze spotkanie z pielęgniarką. Muszę prowadzić dziennik bólu, a za 6-8 tygodni będę miała rozmowę z lekarzem. Jeśli on nie pomoże mi uporać się z bólem, to skieruje mnie do neurologa.
Chyba też znowu popsuł mi się wzrok, muszę pomyśleć o nowych okularach.
Może dlatego nie czytam prawie wcale? Tylko słucham.
Synek urządza się w swoim mieszkanku. Mówi, że wprawdzie jeszcze nie czuje, że to jego DOM, ale lubi to miejsce. Pomagam mu urządzać, kupiłam mu patelnię i czajnik.
76.
Ludzie! Pomocy!
Pan W zaprosił mnie na koncert do Filharmonii w połowie października. Zapowiedział, że on wystąpi w granatowym garniturze, pod krawatem. Sami rozumiecie, że w tej sytuacji nie mogę pójść w byle kiecce oraz łapciach.
Sukienek posiadam kilka, ale mam problem z butami. Szpilek, koturn itp nie mogę nosić także ze względu na kontuzję stopy ale przede wszystkim dlatego, że jestem kaleką i mogłabym się zabić. A na pewno wywinąć spektakularnego orła na oczach wszystkich. Zatem buty płaskie czy coś w tym stylu.
Jest niestety jeszcze jeden problem: stopę mam szczupłą. W butach sznurowanych noszę rozmiar 38, bo lubię jak palce mają luz. Ale buty w tym rozmiarze bez sznurówek spadają mi ze stóp. Natomiast każdy rozmiar 37 jest za krótki.
Jakieś pomysły? Może nazwy sklepów? No i fason…
75.
Z okazji sześćdziesiątych urodzin dostałam niesamowite wręcz poczucia bycia ważną dla wielu ludzi.
Bardzo to było miłe, zaskakujące i wzruszające. Bo gdzieś tam na dnie wciąż mieszka we mnie mała dziewczynka i nastolatka, o której matka mówiła, że „nigdy jak ludzie” i że „z nikim w zgodzie”.
Namacalnymi dowodami tej obecności były kwiaty, kartki, życzenia elektroniczne. Prócz tego prezenty:
google hub – od Pana W
mikser do smootje – od EMa
karta podarunkowa na lunch – od Izy
Pani Walewska i „dorosła” torebka od Kasi z Klippan
Dalslandzkie specjały i rękodzieło od Adasia
oraz prezent specjalny: wycieczka do Oslo od Misi, Yankiego, Mela i Zuzu – wraz z nimi.
Dostałam też coś specjalnego: uścisk od syna. A nawet dwa. Ale żeby nie było za słodko, powiedział, żebym się nie przyzwyczajała, bo następny na kolejne sześćdziesięciolecie.
Pan W został zaprezentowany rodzinie i przyjęto go z życzliwością.
Koleżanek też zatwierdził wybór.
Pierwszy tydzień spędzaliśmy miło na szwędaniu się på Havårud, Lysekil i Trollhättan. Tosia była u EMa, Basil u Misi. W domu rządziła Dorka. Pan W był nawet nieco zazdrosny, bo Dorka dawał mi się głaskać, zjadała smaczki z mojej ręki, a na spacerach latała jak jojo bo sprawdzała czy się nie zgubiłam. Robiła to po swojemu czyli leciała za plecy Pana W dobiegała do moich nóg i wracała na przód stada. Na wąskich ścieżkach notorycznie skrobała mi marchewki.
1 września Yankie otrzymał klucz od własnego mieszkania. No i ze względu na pracę EMa musiałam zabrać Tosię do siebie. Następne dni były więc nieco stresujące, bo panny, spotkawszy się w ciasnym przejściu nie szczędziły sobie wyrazów nieżyczliwości. Kilka razy doszło do paszczo-czynów, na szczęście bezkrwawych.
Pan W co wieczór zażywał kąpieli z zimnym jeziorze i nie było, że zimno, wieje, deszczy. Choć pogoda nam w zasadzie sprzyjała.
Ogólnie całe 12 dni upłynęło nam miło, choć było kilka zgrzytów, które musieliśmy omówić. Nic nadzwyczajnego- takie docieranie się, różnice pomiędzy wyobrażeniami a wdrukowanymi schematami.
Objawiły się różnice:
Ja nadal jestem skowronek, a on jest sową.
Ja wstaję rano i już bym coś, gdzieś, a on śpi. Godz 7, 8, 9… Ludzie, ile można spać?!
On na śniadanie jajecznicę na boczku, a ja najchętniej coś lekkiego…
Ja usiłuję się skupić (musiałam choć trochę pracować), a ten właśnie wstaje i ma chęć na konwersacje.
Ja bym gdzieś pojechała, coś pooglądała, gdzieś połaziła, on – da się wyciągnąć na chwilę, ale nie żeby iść 45min na punkt widokowy i przez 15minut się gapić na widok jeziora. Za to w muzeum odczytywał każdą, jedną cholerną tabliczkę!
A najgorzej oglądać z nim film, który on już zna. Uprzedza fakty, ostrzega, że tu w tym miejscu należy się śmiać, spoileruje. Wszystko inne zniosę, ale za spoilerowanie mogę zabić.
Nie ukrywam, że choć przy pożegnaniu oczy mi lekko wilgotniały, to sobotę spędziłam rozkoszując się samotnością. I niedzielę też.
A Pan W przeprosił mnie, bo cieszył się na powrót do domu. Więc choć w jednym jesteśmy zgodni.
Więc od dziś powrót do rzeczywistości. On w pracy, ja też.
Za oknem szaro, coraz więcej liści na trawie, coraz zimniejsze poranki.
Jesień przyszła.
74. Doturlałam się
do sześćdziesiątej jesieni.
To dziwne, bo w duszy mam maksymalnie 35lat.