88.

Jak ja nienawidzę tych rozliczeń kwartalnych, a większość moich klientów tak ma. Kogo mogę namawiam na miesięczne… W teorii mogliby mi wysyłać dokumenty co miesiąc, w teorii nawet mają zamiar to robić… Jak do tego dodamy moją zdolność do prokarstynacji, moje zjazdy różne oraz wyjazdy i wszelkie sprawy nieoczekiwane – to kończy się tak, że w miesiącu w którym wypada złożyć raporty mam dwa tygodnie wycięte z życiorysu. I stres bo jakbym się nie sprężała to wszystkiego zrobić nie zdołam na czas.
Znów sobie obiecuję, że to ostatni raz, że się sama zbiorę w kupę oraz, że pogonię ociągalskich…

Jutro ostatni dzień, dzis już wymiękam i nie dam rady siedzieć do 19. Trudno. Jakoś to będzie.

Odliczam godziny do spotkania, to już taka nasza tradycja…
Jesli ktoś ma zamiar 14 listopada być w Koszalinie to uprzedzam, że będzie lało. Musi, bo leje za każdym razem gdy się tam spotykamy. Też nasza tradycja.
Odkryłam portal Sellpy – coś jak Vinted – i kupiłam dwie cudowne, białe bluzki. Niestety jedna jest o co najmniej dwa rozmiary za mała, a szkoda, bo cudna. Druga też cudna i o dziwo- dobra i biuście i w ramionach.
Do opery wybieram się w klasyce czyli czarne spodnie garniturowe + owa biała bluzka (gładka, prosta, z rozkloszowanymi mankietami) i może czarny żakiet. A może bez, zobaczę.
Pan W pewnie wystąpi w garniturze.
Jak mi się w tym gajerku pokazał po raz pierwszy, to zaniemówiłam.
Ja wiedziałam, że to całkiem ładny chłopak, ale żeby aż tak?!
Jest cholernik szczupły i ma długie nogi. Tacy to we wszystkim dobrze wyglądają.

Sensor jeszcze nie przyszedł… Ciekawe czy mogę go przewieźć przez granicę w bagażu podręcznym? Pan W by mi założył – inżynier to chyba będzie umiał, nie? Potrafi o żeglarstwie gadać po angielsku to i instrukcję sensora chyba rozkmini?

Za oknami listopad na dobre: światło potrzebne przez cały dzień, słońca ani ani… a w powietrzu ni to jeszcze mgła, ni to już deszczyk…

Futrzaki dobrze, tfu tfu…

87.

Pan W zwany Piłą tak mi wiercił dziurę w brzuchu, że w końcu uległam i wczoraj kupiłam sobie sensor do pomiaru cukru. I żeby nie było: on już klikał w swoja klawiaturę, żeby mi to kupić za własne pieniądze. No to wiadomo, że nie mogłam pozwolić.
Bo dzieje się coś dziwnego.
W piątek cały dzień byłam całkiem bez węglowodanów. Glukometr pokazywał całkiem rozsądne wartości. Wieczorem, dwie godziny po sałatce z majonezem,jajkiem, pomidorem, sałatą, szczypiorem i ogórkiem kiszonym , było 5,9 mmol (czyli jakieś 106,2). A rano, na czczo -7mmol (126!). Skąd? Dlaczego?
I tak walczę już od jakiegoś czasu.
Dziś jest to samo, tylko wczoraj w dzień były dwa małe kartofelki ale z mięsem i wielką michą surówki z sałaty, ogórka i szczypioru. A po kolacji garść orzechów i kilka kawałeczków kandyzowanych owoców (naprawdę, mniej niż łyżeczka do herbaty). Dwie godziny później 5,8 a rano: ponad 7.
Wizja różnych konsekwencji zagląda mi w oczy: dializy, odcięcie nogi i nie chcę wiedzieć co jeszcze…
Dobrze, kupiłam sensor na dwa tygodnie i zobaczę jak to działa. Może coś wyłapię, może się czegoś nauczę. Choć Pan W zrzędzi, że zwlekam z kontaktem z lekarzem.
Ale problem w tym, że ja się w sumie dobrze czuję. Rzadko kiedy miewam napady śpiączki lub telepkę. Tylko głowa, mimo magnezu i tego drugiego – nie odpuszcza.
Teraz mam bardzo stresujący czas, bo do dwunastego raporty kwartalne. I już wiem, że nie ma takiej opcji: nie zdążę ze wszystkim, znowu puszczę z zerami, a potem skoryguję. Potem to znaczy po powrocie z Polski. Mam problem z zasypianiem, kończy się dwiema ziołowymi zazwyczaj, ale wczoraj potrzebny był jeszcze jeden odcinek Gilmorek nim zasnęłam o 24: 30.
Miałam też stresującą dyskusję z klientem. I tu mam temat do przepracowania: chciałabym potrafić nie unosić się, nie tracić głowy, nie poddawać emocjom i zachować kamienny spokój. Bo później czuję się winna, że wybuchłam, jest mi wstyd i usiłuję załagodzić. Po co łagodzić jak można by było nie eskalować?
Tosia ma znowu infekcję w uchu, wczoraj było czyszczenie, aż mruczała przy tym i dociskała głowę do mojej ręki. Dziś już lepiej, ale znowu wpuściłam krople a potem wyczyszczę.
A Basil się bije. Drań jeden. Przychodzi rano „na kawkę”. Czyli ja piję kawę a on leży na mojej lewej ręce i domaga się głaskania. Jak przestaję- najpierw trąca mnie łapą w brodę, a jak to nie przynosi efektu, lub gdy mu tę łapę przytrzymuję to zaczynam walić ogonem i łapie moją rękę pazurami i wbija zęby. Na takie dictum ja łapię go za kark, podnoszę drugą ręką i wyrzucam na kanapę. Ale kilka razy wrócił i ugryzł mnie z ramię, od tyłu!
Ale w pozostałych chwilach nadal jest kochanym kotkiem. Tylko wieczorami urządza galopady, przesmykując tuż przed psim nosem… Tośka się zrywa, a on już siedzi na szafie i patrzy na nią z góry w każdym znaczeniu tego stwierdzenia.
No i w nocy muszę przed nim zamykać sypialnię, bo lata, wyje i drze pazurami fotel – a doskonale wie, że mnie to uruchamia natychmiast.
I tak sobie żyjemy.

86.

Umówiłam się z byłym mężem, że pojedziemy razem do polskiego sklepu. Tym razem moim samochodem, tuż po pracy eMa.
Podjechałam około 15:25. Wysłałam z samochodu fotkę panu W. Ot tak, żeby go ucieszyć*.
Pan W odrabiał zaległe godziny, więc jeszcze był w pracy. eM wsiadł do samochodu, odpaliłam silnik… i wtedy zadzwonił pan W. Odebrałam odruchowo na głośnik, on zaczął coś mówić, przełączyłam na słuchawkę, coś mi uciekło, dosłyszałam tylko, że pyta czy będę o 19 i żebym dała znać. Potwierdziłam, rozłączyłam się.

W drodze do Lilla Edet eM gadał o swoim życiu uczuciowo-towarzyskim, udzielał mi lekcji jazdy czyli jak zawsze ale mniej toksycznie.
Wróciłam do domu zgodnie z obietnicą. Zameldowałam się. Pan W napisał, że zadzwoni…
Ale minęła godz 19. Potem 20 a tu nic… O 20:30 wysłałam wiadomość „Daj mi tylko znać czy wszystko w porządku”.
Siedziałam sobie spokojnie i robiłam na drutach. Tylko Tośka zaczęła dyszeć. I się krzątać niespokojnie. I zaglądać mi w oczy. Pomyślałam, że może chce wyjść. Choć z tyłu głowy miałam, że ona się pewnie niepokoi brakiem telefonu od pana W.
– Spokojnie – powiedziałam do niej – Pewnie synek wpadł i się zagadali. Nic złego się nie dzieje.
Założyłam buty i bluzę…i wtedy zadzwonił pan W.
– Przepraszam, ale synek wpadł i się zagadaliśmy. Ale dlaczego ty jesteś w bluzie???
– Tośka się denerwowała, to pomyślałam, że chce na dwór.
Wróciłam na kanapę. Tosia za mną. Ułożyła się, westchnęła i znieruchomiała.
Przypomniał mi się ten jego dziwny telefon gdy wyjeżdżałam.
– Chyba coś nie dosłyszałam, albo źle zrozumiałam..? O co chodziło?
– O nic. Po prostu chciałem zaznaczyć swoja obecność
Zaczęłam się śmiać.
– Obsikałeś teren?! To znaczy, że dobrze zrozumiałam..!
Wprawił mnie w doskonały humor.

I tak to między nami jest: nie udajemy niczego. Jesteśmy ze sobą szczerzy. I mówimy ze sobą o wszystkim, co nam przyjdzie do głowy.
W kwestii byłych małżonków mamy porozumienie: to rodzina więc czasem się musimy spotykać, na pewno jesteśmy im winni pomoc gdy tego potrzebują, ale nie robimy z tego żadnej tajemnicy przed sobą.

Po latach małżeństwa, w którym z roku na rok coraz mniej i mniej pokazywałam co czuję i co myślę – ten związek jest jak wyjście z dusznego pomieszczenia w chłodny, jesienny poranek. Nabieram powietrza w płuca i czuję, że oddycham pełną piersią.
Mało piszę o związku z panem W, bo nie chcę zapeszyć. Ale mogę powiedzieć, że dostaję uwagę, podziw i miłość bez żadnych warunków. I to samo staram się dawać.

*Pan W tak ładnie się cieszy na moje fotografie, że mnie to wprawia w konsternację, bo z czego tu się cieszyć? Na mój widok??!
Ale z drugiej strony ja też uwielbiam jak on mi wysyła swoje… I dlatego mu wierzę, że go to cieszy, a ja lubię uszczęśliwiać „mojego chłopaka”…

85.

Pan W jest straszną piłą w kwestiach zdrowotnych. Piłuje, wierci dziurę w brzuchu, skrzypi, trzeszczy za uszami i w ogóle robi tzw ryja. I to przez niego poddałam się opiece lekarki od-migrenowej.
———————
Nie wiem czy to efekt placebo czy co, ale już po pierwszym dniu stosowania magnezu i metoprololu, poczułam się lepiej. Ostatni tydzień przeżyłam niemal bez bólu. Gdzieś w środku tygodnia przyszedł ból, na który nie pomogły inne sposoby (najpierw sporo wody, bo zapominam o piciu, potem spacer z głębokim oddychaniem). Więc po godzinie wzięłam ibuprofen, bo czułam, że ból narasta. I przeszło.
W pozostałe dni było spoko. I tak sobie trwałam szczęśliwa aż do soboty. W sobotę zaczęły boleć stawy, kości, cały człowiek. I boli do dziś.
Zastanawiam się czy to efekt odtrucia czy może mam jakąś zarazę typu reumatyzm itp. Na stawach dwóch palców pojawiły się bolące guzki.
Rozważam wprowadzenie diety paleo lub nawet protokołu autoimmunologicznego.
A poza tym nieźle.
Znowu zaczęłam czytać.


84.

Koncert był bardzo ładny choć z powodu zmęczenia pewnie nie doceniłam go jak należy. Było nie było byłam na nogach od 1 w nocy.

Sukienka była ładna. Buty kupiliśmy… A co tam. Sami zobaczcie

Byłam nad morzem z pieskiem.

Ale pięknie..!

83.

Wczoraj miałam spotkanie online z lekarzem od migren.
Pani doktor zasugerowała „odtrucie się” czyli przetrwanie dwóch tygodni bez sumatriptanu…
Poza tym wypisała mi magnez oraz lek na obniżenie ciśnienia, który działa też zapobiegawczo przeciwmigrenowo.
Na sugestię by odstawić sumatriptan żachnęłam się początkowo, no bo jak mam przeżyć te dwa tygodnie bez? Jak pracować i jak żyć?
Zasugerowała zwolnienie lekarskie.
Ych, byłoby fajnie gdyby lekarz choć trochę interesował się sytuacją ekonomiczną pacjenta. Bo nie każdy jednak jest na etacie i nie każdy może sobie po prostu powiedzieć „jestem chory”. Ci, co na własnym rachunku – na pewno nie, zwłaszcza jeśli są jedyną siłą roboczą w firmie.
Ale oczywiście znam problem z drugiej strony i wiem, że to też nie jest takie proste… Lekarzy w Szwecji jest mało, presja czasu ogromna i czasu na empatię naprawdę nie ma za wiele.
No ale potem włączyłam sobie myślenie. I przyszło mi do głowy, że może coś być „na rzeczy”. I że jeśli ten stały ból jest wtórny, to innej rady nie ma… Bo to tak, jak z każdym innym uzależnieniem – nie ma innej rady jak odstawić.
No więc spróbuję zastosować się do sugestii doktor Pernilli. Ale dopiero po weekendzie. W weekend wyjeżdżam do Pana W, będę jechać samochodem w nocy (tam i z powrotem) więc nowego leku nie zacznę brać, bo on może powodować zmęczenie i senność, a to kiepska perspektywa. Ale przynajmniej jakieś plany są a wraz z nimi nadzieja, bo bóle są coraz częstsze i silniejsze, że może jednak da się nad tym panować.
Jak się komuś wydaje, że cóż to takiego, zwykły ból głowy, wystarczy spacer sen czy coś tam…to od razu proponuję: weź sobie metalowy szpikulec, rozgrzej do czerwoności i wbij w oko na wylot, aż wyjdzie z drugiej strony czaszki. A potem wyjmij i wbij w ciemię. I tak dźgaj raz za razem, miejsce obok miejsca po całej lewej stronie. Dodaj do tego nadwrażliwość na światło, dźwięki, zapachy i temperaturę. A teraz jeszcze pracuj, funkcjonuj normalnie.
Nie pomaga śledzenie diety, stresu, bo albo wszystko pasuje, albo nic.
Ale jest nadzieja…

A tymczasem jesień proszę państwa. Bywa zimno, rankami bywają przymrozki, ale dzień potem jest jak z kryształu. Przejrzyste powietrze, słońce na błękitnym niebie, złoto i czerwień na drzewach.
Bywa też i tak jak wczoraj: rano +9stopni, potem mgła lub kapuśniaczek, bez wiatru. Pachnie jesienią: zgnilizną, mokrą ziemią, dymem z komina…



Żyję wsobnie. Okładam się futrami i kocykami. Robię na drutach. Oglądam Teorię podrywu, w przerwach coś innego. Słucham nowego Małeckiego (Jakuba). Przytulam Tosię. Głaszczę Basila. A w trakcie porannych pogawędek z Panem W – rysuję/maluję/babrzę.
O takie:

W sobotę byliśmy całą rodziną (Yankie, Misia, EM, Tola i ja) na festiwalu światła. Pięknie jak zawsze.

Byliśmy trochę ponad godzinę, ale Tosia wyglądała na zmęczoną. Tak to z nią teraz jest. Skraca spacery, sama prowadzi do domu, a nocami śpi obok mnie na łóżku, zwłaszcza jak otworzę okno. Nadal potrafi psocić, więc nie jest źle. Tylko spowolniała i robi się coraz przytulniejsza.

A pan W… dobrze. Czasem czyta mi w myślach. Czasem mnie irytuje. A czasem rozczula do łez. I każdego dnia rozśmiesza.

82. Wydarzenia

Niedziela. Wczesne popołudnie. Odbieram Misię ze stacji.
– A co u ciebie słychać ostatnio? Bo się nie odzywasz i nie wiem czy to dobrze czy źle…
Myślę. Myślę…
– Nic nie słychać – mówię w końcu – I nic to nie znaczy, że milczę Tylko tyle, że się nic nie dzieje.
– A z W. dobrze?
– Tak, no pewnie.
– Jedziesz niedługo?
– Tak, za dwa tygodnie. A potem w listopadzie. A dalej to nie wiem, bo wiesz… grudzień, święta-ceny biletów…
– No tak….
Cisza, milczymy. Myślę o czym by tu jeszcze dziecku powiedzieć. Mam!
– A wiesz… Przestawiłam Basilowi kuwetę! – mówię cała szczęśliwa, że wreszcie coś znalazłam. Cisza. Czuję konsternację i po chwili ostrożne:
– Aaa …dlaczego?
– Bo mi rąbie kupy przed kuwetą…
I zaczynam się śmiać.
– Widzisz dziecko: oto wydarzenie wiekopomne – przestawienie kociej kuwety!

Niech tak zostanie, co?


81. Sobota

Noc była trudna. Sen, który jest odbiciem moich lęków dziennych: odrzucenie i brak własnego miejsca. Nawet wiem skąd ten sen.
Dwóch moich klientów wróciło do Polski i wygaszają firmy, dwóch działa na pół gwizdka, bo choroba, bo coś tam… To się przekłada na mniej pracy i zaczynam mieć problem ze spięciem budżetu.
Znów wrzucam ogłoszenia do sieci, ale wiadomo, że to loteria.
Tym bardziej, że powroty do Polski stają się coraz powszechniejsze wśród 30-40latków, których rodziny dotąd były w Polsce bo praca, studia lub szkoła dzieci.
Muszę się zająć sprawą emerytury w Polsce, bo zdaje się, że już mam do niej prawo. Nawet jak mi Szwedzi zabiorą podatek, to zawsze będzie to jakiś dodatkowy grosz…w razie czego.
Oglądałam wydatki. Zrezygnowałam z programu do sprawozdań rocznych bo mój podstawowy program księgowy wzbogacił się o tę funkcję, ale oczywiście cena mi wzrosła. Ten, który miałam był lepszy, funkcjonalniejszy, ale generował od 500 do 1000kr miesięcznie. Przestawię się.
Niestety są takie koszty, których nie da się zminimalizować. Np. czynsz.
Nawet gdybym poszukała mniejszego mieszkania – jednopokojowego- to czynsz spadnie niewiele, za to jakość życia i komfort pracy – bardzo.
No i samochód… W zasadzie dałabym radę żyć bez niego, nie jest mi przecież niezbędny. Ale wtedy goście czy wyjazd staje się problematyczny i trzeba chodzić w łaskę do byłego męża.
Jednak największą moją skarbonką jest Tosia. Jak jest zdrowa, kosztuje mnie miesięcznie około 2tys. Jak coś się dzieje – więcej. A to tylko wydatki na karmę i jedzenie. A gdzie leki oraz środki na kleszcze?
No dobra, ponarzekałam.
A teraz trzeba brać tyłek w troki i do roboty. Ogłaszać się, nadrobić zaległości, przyłożyć do pracy, bo ostatnio nieco sobie bimbałam. Trochę jak ten konik polny…
Pogoda się zmieniła: wieje i właśnie zaczyna padać.

Na pociechę dialog z panem W
Ja: 10 stopni i słońce w oczy. Ale ładnie i bez wiatru. Powłóczyłabym się, ych…
Pan W: Co Ciebie trzyma? Jak musisz…
Ja: Konieczność zarobienia na dwa futra.
Pan W: FUTRA iju!
Ja: Futra chcą jeść, leczyć się oraz mieć czysty żwir w kuwecie
Pan W: Wróciłem na ziemię

A futra się rządzą…
Na przykład tak chorowałam w ubiegłym tygodniu.

No co? Jedną trzecią łóżka mi szlachetnie zostawiły!

Oraz Basil znalazł sobie doskonałe miejsce do leżenia. Że co? Że mi przeszkadza? Oj tam, oj tam… czasem coś naciśnie i mam obraz w poprzek, czasem zawiesi fil, innym razem przyspieszy, ale przecież telewizora nie zasłania, nie?

A od czasu do czasu -więdnie biedaczek.

80. Rekonwalescencja

Ciało domaga się aktywności.
Ponad godzinę łaziłam wczoraj po mieście, po sklepach, rynku, second handach. Dzień był złoty, ciepły, wręcz upalny. Na mieście tłumy, bo w piątek była wypłata.
Już wracałam, gdy zadzwonił pan W. Usłyszawszy, że się szwędam, ochrzanił mnie, bo on ze starej polskiej szkoły, która mówi, że chory musi leżeć.
Ja hołduję szkole szwedzkiej, która mówi: jeśli masz siłę bądź aktywny, wyjdź na spacer, zwłaszcza w suchy, słoneczny dzień.
Tutaj, na zwolnieniach lekarskich nie ma zaleceń „chory musi leżeć” i nikogo nie zdziwi, że chorego nie ma w domu bo poszedł na spacer.
Ale do domu wróciłam z ulgą, bo już się czułam zmęczona.
Tosia, wyczuwszy, że jestem blisko, rozszczekała się jakby się świat walił.
Na początku tygodnia stała się niespokojna. Chodziła w kółko, dyszała, zaglądała mi w oczy, trącała łokieć. Myślałam: czuje, że jestem napięta po dyskusji z EM. W nocy zaczęła się układać obok mnie, plecki do plecków i spała tak całą noc, choć zwykle ucieka na podłogę, bo jej za gorąco.
I nie przestała nawet jak wylazła choroba, gorączka musiała ją nieźle grzać. Pomyślałam, że mój pies staje się czymś w rodzaju mojej dajmony. Jest moim barometrem, notuje każdą zmianę nastroju czy samopoczucia. Najszczęśliwsza jest gdy siedzę na kanapie, a ona może się wyciągnąć obok, wtuliwszy nos w mój zapach.
Kiedyś myślałam, że to wspaniale być dla kogoś całym światem. Ale nie, nie jest, już to wiem. Nie chcę ani być czyimś światem, ani by ktoś mi ten świat zastępował. Choć moja rodzina się martwi, że tak jest z Panem W. Była nawet mała interwencja i próby przemówienia do rozsądku, no bo czemu to tylko ja latam, a on nie? (Pan W kupił bilety na „Czarodziejski flet” w operze szczecińskiej na 15 listopada, więc ja kupiłam bilety na samolot, to chyba sprawiedliwe?).
Nie wiedzieć kiedy, moja córeczka Misia została kimś w rodzaju głowy rodziny. Martwi się o wszystkich, sprawdza, wspiera, udziela porad. Trzeba z nią pogadać, powiedzieć, żeby puściła te wszystkie sznurki, niech nam nie matkuje, nie zginiemy, najwyżej nabijemy sobie guza i wyciągniemy wnioski. Też taka byłam..?
Czy pisałam, że w Oslo odkryłam, że wszystkie trzy śpimy w podobny sposób? W zimnym pomieszczeniu, z kołdrą prawie na nos i stopami na wierzchu. Na brzuchu, ze stopami zwisającymi z krawędzi łóżka.
Zabawne to było odkrycie. „Gena nie wydłubiesz”.