75.

Listopad jest w tym roku łaskawy. Mało wieje, mało leje a i słońce pokazuje się dość systematycznie. Prawda, że blade jest i słabo grzeje, ale za to złotą godzinę mam przez prawie cały dzień. Czyli przez jakieś 6 godzin.
Kot mi się zrobił strasznie przytulny. Chwila nieuwagi i już leży na biurku, na lewej ręce i złości się, że mu przeszkadzam. I nie, Basil nie rozumie co znaczy słowo NIE! Biedy kotek przecież nie włada ludzkim językiem, skąd ma znać to słowo.
Oczywiście każde inne, w tym „Basil, chodź jeść” zna doskonale. I nawet nie trzeba dzwonić miską,. Ba! nie trzeba nawet iść do kuchni.
Tośka natomiast staje się coraz gorzej wychowana. Ostatnio posuwa się nawet do tego, że drze paszczę na mamusię, bo jak śmie przytulać kogokolwiek innego? Taką Zuzu na przykład… Nie mówiąc o kocie. Kot to w ogóle wszak parszywy jest i każdy kto go dotyka parszywieje od razu i żeby nie było, że nie ostrzegała. Bo ostrzega głośno, wyraźnie i każdego, kto wejdzie w nasze progi.

Ukisiłam brukselkę i nie mam odwagi spróbować. Co zrobić?
A wczoraj umyłam Malutka przed zimą.
Zderzak wciąż nie naprawiony. Warsztat ubezpieczyciela się nie spieszy…

74.

W sumie to niby nic się nie dzieje, funkcjonuję normalnie. Tylko gdy ogarnę okiem moje stanowisko pracy i resztę mieszkania – widzę, że nie jest dobrze.
Dokumenty porozrzucane po biurku, regale, podłodze. Na biurku coraz mniej miejsca.
W domu kłęby sierści, porozstawiane stoliczki, chusteczka tu, chusteczka tam. Zapomniana łyżeczka, szklanka, stary kapeć…
Wszystko dlatego, że ten czas tak gna.
Ten rok przemknął mi w oka mgnieniu. Prawie go nie zauważyłam.
Ledwie wstanę, a już jest wieczór.
Dlatego nie piszę.
I może jeszcze dlatego, że nie czuję potrzeby. Gdyby ten czas tak nie leciał mogłabym rzec, że jest tak dobrze, jak jeszcze nigdy w życiu.
eM i ja przenieśliśmy naszą separację na wyższy poziom i już wiadomo, że nikt nie oczekuje, że do siebie wrócimy. eM się rozgląda za kimś innym.
Kolejny kamyczek spadł mi z serca.
Tośka ma się dobrze.
Basil też.
Córcia jedzie na miesiąc do Hiszpanii, Zuzu już się nie może doczekać, żeby zamieszkać u babci.
Będzie trzeba gotować zupkę co kilka dni, oraz jakiś obiadek z mięskiem na niedzielę :D.
Poza tym Misia stwierdziła, że pomoże bratu w kontakcie ze służbą zdrowia i wpadła w młyn. Ale jednocześnie chyba odkryła w czym leży problem i może to da jakiś lepszy efekt.
Mój córka jest energiczną kobietą, zdecydowaną i pewną siebie. Coraz częściej gadamy ot tak, o wszystkim i niczym. I strasznie to jest fajne. I Zuzu powiedziała, że lubi swoją mamę.
A synek, mimo całego zagubienia coraz więcej mi pomaga w pracy. I jak dam mu jeszcze trochę czasu, to naprawdę będą z niego ludzie.
I tak to…
Gdybyż ten czas choć odrobinę zwolnił…

73. Plany

Spojrzawszy w piątkowe popołudnie na konto bankowe oraz listę rachunków do zapłacenia KasiaP podjęła stanowczą decyzję iż weekend poświęci na skończenie zaległej roboty.
Sobota zaczęła się od tego, że o 4:30 Kot imieniem Basil przegalopował po śpiącej KasiP czym ją obudził. Człowiek wyrwany ze snu nie myśli racjonalnie, tylko kombinuje jakby tu jak najszybciej wrócić tam, gdzie był przed chwilą. KasiaP była właśnie na lotnisku załatwiając jednocześnie paszport i bilet na samolot do Szwecji. Pani w okienku się grzebała, obsługiwała wszystkie inne osoby, a KasiaP miotała się przy okienku i nerwowo sprawdzała stan majętności, bo istniała obawa, że środków płatniczych, które były w portfelu będzie za mało. Gdy nerwowo zapytała Panienkę z Okienka o swoją kolej poczuła, że ktoś jej grzebie w kieszeni i w plecaku, i w portfelu.
Chwilę potem siedziała okrakiem na jakimś jegomościu i ściskając jego szyję syczała „oddawaj co moje, złodzieju”. I ten moment wybrał sobie Kot na dyskretne powiadomienie, że jest głodny.
Nic dziwnego, że w tej sytuacji KasiaP chciała jak najszybciej wrócić do snu, bo jak inaczej miała odzyskać swoją własność?
Kilka galopów oraz jedno rzucenie kapciem i jedno trzaśnięcie drzwiami od sypialni później, KasiaP wróciła po swoją własność, odebrała ją, odebrała bilet i paszport i udała się do baru.
W barze znowu była jakaś niemrawa pani, a KasiaP miała straszną ochotę na bitą śmietanę z owocami i czekoladą, a jednocześnie bała się, że na samolot nie zdąży.
Otworzyła oczy. Była 7:10. Późno. W dodatku czuła się zmęczona jak koń po westernie.
Wypiła kawę, odpoczywając przy tym. Poszła z Psem na spacer. A w głowie cały czas miała plan „wykończyć Thora”. Nie, to nie znaczyło, że chce komuś zrobić coś złego. To znaczyło, że plan powzięty poprzedniego wieczoru nadal jest aktualny. Dalszy ciąg planu brzmiał:
„zaraz jak tylko zjem śniadanie”.
Wróciwszy do domu nasypała psu chrupek. Pies popatrzył z wyrzutem, że nie takie. Dołożyła kotu pół saszetki. Kot się obraził, że tak mało.
Zajrzała do lodówki, w nadziei, że przez noc się coś zmieniło, ale niestety im bardziej zaglądała tym bardziej do jedzenia był tylko jogurt.
Zjadła jogurt. Poszła do sypialni odsłonić okna i pościelić łóżka. I zobaczyła brudne prześcieradło. Zdjęła kołdrę i poduszki, zdjęła prześcieradło i zaniosła do łazienki. Miała od razu iść po świeże, ale zauważyła, że mata antypoślizgowa jest żółta, więc ją zaczęła myć.
Gdy umyła, szukała haczyka by matę rozwiesić i wtedy zauważyła, że z kuwety dobywa się woń, więc ją sprzątnęła. Na koniec dosypała świeżego żwirku. Żwirek stoi przy szafce, a na szafce skrzydłokwiat, który już od dawna błaga o uporządkowanie.
KasiaP wzięła doniczkę, poszła do kuchni, poobcinała suche liście. Odniosła kwiat do łazienki. W łazience przypomniała sobie, że trzeba wyprać prześcieradło więc już się rzuciła do kosza by poszukać czy da się razem z nim uprać coś jeszcze. I wtedy sobie przypomniała, że nie położyła świeżego prześcieradła na łóżku. Poszła do sypialni, na szczęście szafa była po drodze, wyjęła czyste prześcieradło i mamrocząc „wykończyć Thora, wykończyć Thora” zaścieliła łóżko.
Jeszcze tylko zgarnęła zużytą chusteczkę, ale na wszelki wypadek uznała, że wyrzuci ją do kosza przy biurku.
Usiadła. Sięgnęła po segregator, gdy jej wzrok napotkał charakterystyczne W na pulpicie.
Gdy KasiaP pisała tę notkę, w głowie miała wciąż to samo.
Ale wtedy brzęknął telefon i KasiaP przypomniała sobie, że na dziesiątą umówiła się z kolegą małżonkiem.
cdn…

72. Jesień na Kinnekulle

Tak się plecie: jednej nocy -1, następnej deszcz i +12.
Tosia ostatnio odmówiła spacerowania,. Powiedziała, że ona lubi wodę z dołu, a nie z góry. Usiadła pod ścianą i patrzyła wyczekująco, że wyłączę ten prysznic.
I tak sobie siedziała prawie pół godziny.

Przypominam, że ta dama ma prawie dyszkę na karku. Myśli ktoś, że spoważniała? Że się zrobiła stateczna i dystyngowana? Porzućcie nadzieję! Nadal psoci jak psociła, tylko teraz coraz bardziej bezkarnie. No bo jak złościć się na psa, który może już niedługo zniknie..?
Helenie w tym tygodniu umarła Isis – kotka. Umarła nagle.
Helena w rozpaczy. Pocieszam jak umiem. Taka śmierć pupila to najlepszy prezent. Nie ma trudnych decyzji, bicia się z myślami czy na pewno, czy to już, poczucia winy…
W takim kontekście – jak tu się złościć na psicę, że znowu ukradła bluzę i zakopała pod chodnikiem w przedpokoju? Albo nosi w paszczy motek wełny i jest przy tym taka szczęśliwa, jakby skarb znalazła. Bo matka rzuca wszystko i rusza w pogoń za złodziejem. Jakby się taka nieużyta nie zrobiła, to by piesulek nosił buty, ale nie… pudełka kupiła i chciwuska zamyka. To się kradnie wełnę. Jak schowa wełnę to się zawsze znajdzie coś innego, żeby tylko odciągnąć uwagę od obcego faceta co przylazł…
Krem do rączek lub stópek. Albo o: takie kropelki do nosa – wtedy gania jeszcze szybciej i jeszcze skwapliwiej…
I tak sobie żyjemy. Co 15minut ja obiecuję jej, że ją zabiję, oddam do domu dziecka, oddam na wieś do budy na łańcuch… A wtedy ona patrzy mi w oczy… i mówię, że głupia jestem, niech mnie nie słucha.
No i nie słucha. No więc nie słucha, więc nie mam powodu narzekać, że pies nie jest posłuszny, nie?

Wczoraj w lesie było cudnie…


Ach ten dzień w kolorze śliwkowym…

W pogodne popołudnia mój salono-gabinet wypełnia złote światło. Za oknami orgia kolorów, a w środku jakby kto złotem posypał. Salon normalnie utrzymany jest w ciepłych kolorach: żółty dywan, meble w kolorze drzewa, sporo kwiatów i kwiecista kanapa. Popołudniowe światło otula, sprawia, że nawet się nie chce w ekran gapić tylko tkwiłby człek przy oknie…
Od 13 miesięcy mieszkam sama i tak mi dobrze, że…

Dziś w nocy miałam gorączkę a nad ranem przyszła migrena gigant. Jeszcze mnie trzyma franca jedna.
Jest opcja, że migrena idzie w parze z zatokami.
Nakupiłam leków i wydałam połowę tygodniowego budżetu. Trzeba się jakoś kurować.
Znowu usłyszałam bardzo dobrą opinię o mojej pracy. Od byłej (prawie) klientki.
Za to ja powiedziałam jednemu klientowi, że pretenduje do miana ulubionego klienta.
Naprawdę: bardzo spokojny facet. Myślący! Pracownikom płaci porządnie. I do żony mówi „skarbie”. W dodatku szybko się uczy, ma porządek w dokumentach i dosyła je nawet przed czasem.
Jak takiego nie lubić?
Choć po zastanowieniu ja lubię wszystkich moich klientów. Albo prawie wszystkich.
Ale dobrze czasem usłyszeć, że wykonuję moją pracę całkiem dobrze.

A wczoraj skończyłam robić rękawiczki. Włóczkę dostałam od córci na urodziny. Dziś je uprałam, żeby się sfilcowały. Bałam się, że wyjdą za duże, ale nie, są w sam raz na przeciętną damką łapkę.
Jak wyschną pojadą w świat jako prezent dla jednej fajnej babeczki.

A teraz kończę sweter dla kolegi eM.

70. Dynia

Zrobiłam dynię. Nawet udana wyszła jak na pierwszy raz.

A poza tym to wędrowaliśmy wczoraj w lesie, który miał być bukowy, ale był jak każdy szwedzki las: czyli mieszany z brzozami i drzewami iglastymi. Było słonecznie, ciepło i kolorowo. Wędrowaliśmy jakieś dwie godziny.

Tak w ogóle to było tak:

A w szczególe to tak:

Las jesienny takim bardziej pięknym jest.
Po powrocie wykąpałam się, bo jak zwykłe miałam uczucie, że coś po mnie łazi. Potem zjadłam. A potem padłam.
Obudziłam się po dwóch godzinach. Poszłam z psem na siku. Dałam kotu jeść. Pogadałam z koleżankiem. Obejrzałam 1 odcinek Mad Men, ale chyba ni dokończyłam, bo oczy mi się kleiły.
O 23 spałam.

69.

Ziuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu!
– Co to było? Coś przeleciało?
– Tak. Wrzesień.

Ten czas zgłupiał czy co?
Września prawie nie zauważyłam. Był lipiec… a teraz październik. Październik? Ale jak to? Wrzesień przeleciał, no dobra, ale powinien być jeszcze sierpień…
Był, wpadł na chwilę tak krótką, że nie zdążyłam zauważyć.

No i mamy jesień na całego. Żółto, zielono, łysawo.
W sumie to nic więcej się nie dzieje.
Pracy jest dużo i choć to nieco stresujące to lepiej, gdy jest jej dużo niż mało.
Wciągnęłam syna do pomocy i tym sposobem stałam się wyzyskiwaczką, która żeruje na cudzej pracy. Ale wiecie co? To wcale nie jest łatwy kawałek chleba. Zawsze wiedziałam, że bycie pracodawcą to nie dla mnie. Bo weź powściągnij swą potrzebę kontroli. Czy naprawdę ma aż tak wielkie znaczenie czy konto 1930 będzie pierwsze czy ostatnie na …(jak to się nazywa po polsku?!) weryfikacji? No nie ma, jeśli zapis jest poprawny to co z tego, że inaczej? Ale moja stara dusza księgowej się upiera. BO TAK JEST ŁADNIEJ.
A po drugiej stronie jest człowiek, który jest zainteresowany pracą średnio. Choć mówi, że jest. Według mnie powinien mieć więcej zapału, być bardziej samodzielny i więcej myśleć.
Czy byłam taka sama?
No i irytuje mnie sama obecność drugiej osoby. Siedzi przy moim biurku, przy moim komputerze. Oddycha moim powietrzem.
Tośka w tym czasie lata jak opętana, bo co to jest, że dodatkowa osoba w domu, a głaskać to nikt nie chce.
Ja w tym czasie siedzę na kanapie, na starym lapku robię swoje. Wczoraj mnie wreszcie zeźliło ślepienie się w malutki monitor – kupiłam klawiaturę i mysz bezprzewodowe. Laptop, który ma już jakieś 10lat, a nadal mi dobrze służy, jest na stałe podpięty do telewizora. Telewizor nie młodszy, ale też w dobrej formie. Ale od września platforma na N przestała wspierać ten model. Nie wiem dlaczego, ale teraz oglądam przez komputer.
Uznałam, że w takim razie mogę wykorzystać telewizor jako monitor do pracy. I tak zrobiłam.
Aaaale wygodnie to nie jest…
A na drugie, porządne stanowisko do pracy brak miejsca. I środków płatniczych. Poza tym nie wiem czy ta współpraca będzie na stałe, więc nie ma sensu inwestować. Pożyjemy – zobaczymy.
Misia w listopadzie leci do Malagi. Wynajęli mieszkanie na 4 miesiące. Ale nie będą tam przez cały czas. Więc jeśli chcę, to mogę wpaść.
Myślę.
Zagadnęłam Izkę czy by reflektowała. Mówi, że chętnie.
Myślę. Bo jak Malaga to nie Włochy…
No nic, zobaczymy co przyniesie czas: czy Misia będzie na miejscu wtedy kiedy ja będę mogła polecieć. Czy będę miała kasę w ogóle na jakiekolwiek wakacje?

I tak sobie ten czas płynie.

68. Weekend

Taka była pogoda w piątek, że żal mi było siedzieć w domu. Wydzwoniłam kolegę eM, zapakowaliśmy Tośkę do samochodu i pojechaliśmy oglądać zachód słońca w Svallnäs.
Na miejscu okazało się, że nie jesteśmy oryginalni, bo razem z nami wpadło na ten pomysł pół miasta jakieś 20osób. Ale na szczęście plaża jest dość długa, więc dało się psa ze smyczy spuścić. Tośka korzystała więc z wody. Właziła aż po brzuch, piła, aż jej się potem odbijało.
Szczęśliwa była tak, że brykała jak młoda i nie wiadomo było czy to pies merda ogonem czy ogon psem.

Na koniec piesek się upanierował w piaseczku, żeby pańci kochanej, troszkę plaży przynieść do domku…

Zostaliśmy, aż słońce się całkiem utopiło w wodzie. Światło było takie, że…

A potem jeszcze wylazł, lekko nadgryziony, ale wciąż ogromny księżyc.

Sobota, była równie miła, ale cały dzień spędziłam na bieganiu, a to po zakupy, a to po rynku połazić (oo, Body Shop zniknął). Potem trochę popracowalismy z Yankiem.
Znowu planowaliśmy wieczorny spacerek z Tosią, ale spadła mgła i zrobiło się zimno. Pojechaliśmy pooglądać nasz nowy park przy plaży.
Muszę przyznać, że po raz pierwszy projekt przeprowadzony w moim mieście naprawdę mi się podoba. Jezioro w tym miejscu jest płytkie, niestety przy brzegu było bagniste, ale parę metrów dalej zaczynało się czyste, piaszczyste dno.
W bagnie i rosnących w nim zaroślach gnieździło się ptactwo. Dookoła rosły dość wysokie drzewa głównie brzozy i buki.
Projektanci i wykonawcy przestali walczyć z naturą, a zaczęli z nią współpracować. Bagienko zostawiono, nad nim zbudowano betonowy falochron, który stał się też ścieżką spacerową. Nad bagienkiem tu i ówdzie postawiono drewniane kładki. Za falochronem dosypano miękkiego piasku i zrobiono wygodne zejścia do wody, wprost na czyste, piaszczyste dno.
Prace przeprowadzono tak, że większość drzew ocalała, dosadzono też sporo nowych. Pomiędzy drzewami znalazło się miejsce na grilla.
Postawiono też porządną toaletę.
Od wiosny nie miałam czasu specjalnie pooglądać całości.
Wczoraj też się nie dało, z powodu mgły, ech.
Ale trzeba przyznać, że malownicza była…


67. Jajecznica

Ilekroć robię jajecznicę, z pamięci wyłania mi się takie jedne wspomnienie…
Musiał to być rok 1982 jesienią późną chyba.
Wieczorem do drzwi mojego i Baśki mieszkania zastukał „brat”. Tak naprawdę był to syn naszego ojczyma.
Facet był dorosły, pracował w wojsku, a na jego weselu po raz pierwszy się upiłam. W sumie widziałyśmy go może ze trzy razy w życiu, ale wciąż to była „rodzina”.
Tego wieczoru uciekł mu ostatni autobus do Olsztyna, nie miał gdzie się podziać więc wpadł do nas.
Przenocowałyśmy go, nawet bez jakiejś niechęci.
Rano nasz gość się odezwał do mnie:
– Zrób mi jajecznicę.
Właśnie w taki sposób. Rozkaz, a nie prośba.
A ja pokornie zrobiłam. Jadł, a ja czekałam na jakąś pochwałę, czy coś… I nie mogłam się doczekać, więc sama zapytałam:
– Dobra?
– Moja żona robi lepszą – usłyszałam.
Tu przypominam, że był rok 1982. Miałam 17 lat. Złakniona byłam akceptacji, zainteresowania i czegokolwiek jeszcze.
Dziś bym mu tę jajecznicę zabrała… STOP. Nie, dziś bym w ogóle mu tej jajecznicy nie zrobiła. Dziś na taki rozkaz bym powiedziała:
– Sam se zrób. A, i dołóż ze dwa jajka. Dla mnie…
Na prośbę może bym i zrobiła, ale na tekst o żonie – powiedziałabym: to zostaw i idź do żony… A kto wie, jakby to był mój „lepszy dzień” czy bym mu talerza sprzed nosa nie zabrała…
Wtedy chyba tylko głupio zachichotałam.

Taka się zrobiłam… Szkoda, że tak późno.
Ych.
Ale lepiej późno niż wcale.

66. Dobry dzień

Wczoraj miałam wyjątkowo dobry dzień.
Jeden mój klient, jeden z nowszych, podziękował mi za moją pracę, że mu pomogłam i dobrze doradziłam.
Drugi mój klient, którego oskarżono o przestępstwo ekonomiczne i postawiono przed sądem wybronił się karą finansową. A groziło mu 6 lat więzienia. Przestępstwo polegało na tym, że nie prowadził księgowości swojej firmy. A nie prowadził, bo nie potrafił. Na skutek nieuczciwych zagrywek zleceniodawcy stracił płynność finansową, więc cwaniackie biuro natychmiast go wykopało, co skutkowało tym, że nikt inny nie chciał firmy wziąć.
Long story. Skończyło się dobrze. Między innymi troszkę dzięki mnie. Tak ociupinkę, ale zawsze. Oczywiście klient zadzwonił do mnie cały szczęśliwy, z podziękowaniami. A to taki człowiek, któremu naprawdę warto pomagać.
A na koniec zobaczyłam zorzę! Słabiutko, bo z okna w kuchni, ale widziałam na własne oczy.
Może dziś będę miała siłę podjechać nad jezioro i uda mi się zobaczyć lepiej, bo znowu była spektakularna…

nie wiem czy widać te zielonkawe mazy na niebie…