83. +7 stopni

Prawie bezwietrznie, gęsta mgła przechodząca w mżawkę.

Mikołaj przyniósł mi torbę… na narzędzia. I jeszcze parę innych pierdółek.
Święta minęły. Niby miało być spokojnie, ale jakoś tak zleciało.
W Wigilię urządziłam sobie rundkę po sklepach. W 1 dzień pół dnia przesiedziałam u eMa razem z dziećmi, Zuzu i Tosią. Wczoraj z kolei pół dnia byłam z Heleną i Peterem.
Dziś dzień roboczy, włączyłam telefon. Na szczęście nikt nie dzwoni.
Tosia dostaje leki przeciwbólowe, ale weterynarz po świetach – koniecznie.
Kiepsko śpię. Mam problem z zaśnięciem. A jak zasnę budzę się za wcześnie i znowu nie mogę zasnąć.
Do tego chyba jakiś syf się przyplątał i chyba czeka mnie wizyta u lekarza „dowcipnego”. Napisałam pytanie do pielęgniarki dokąd mam się zwrócić, ale czuję czeka mnie wycieczka do Skovde, do poradni ginekologicznej.
Ych… Żeby ten, co zdecydował o likwidacji takiej w moim mieście, sam musiał jeździć i to często, te 50km do poradni…

Nie mam apetytu. Nic mi nie smakuje i w ogóle złości mnie to, że muszę jeść.
Irytuje mnie eM, który w każdej rozmowie koniecznie chce mi opowiadać co mu powiedziała jedna pani… Panią zna może dwa tygodnie, internetowo oczywiście. I pani jest guru od tysiąca spraw…
Ze mną spędził więcej życia niż beze mnie, ale żeby mnie słuchał choć w 1/10 tak, jak teraz słucha owej pani…

Muszę kupić jakąś pastę do moich turkusowych trzewików.

PS. Zrobiłam sobie skarpetki.




82. Wigilia i sny

Jeszcze tylko policzyć jedną wypłatę, zrobić sałatkę i sprzątnąć.
I święta.
100 pierogów ulepiliśmy z Yankiem w niedzielę. Zamrożone -czekają na jutro.
Ciasta nie zrobiłam żadnego, bo nie chcę sobie dawać pokus. I tak jest ich całe mnóstwo. Takie pierniczki z opłatkiem w Lidlu…
U nas w tym roku nie ma kolacji wigilijnej bo Zuzu jest u swojego taty.
Spotykamy się jutro o 13 u eMa.

Znowu bóle napięciowe. Więc ranki bywają trudne.
Że też nic na to nie pomaga…
Śnię wszystkich moich zmarłych… i wciąż się z nimi kłócę.
Dziś wyprowadzałam matkę/siebie/syna od księdza/ojczyma.
„Byłem ci ojcem” powiedział.
„Nie, byłeś mężem mojej matki, ojcem mi nigdy nie byłeś”
Obrzuciłam go obelgami i najwulgarniejszymi słowami, których w realnym świecie nigdy w życiu bym nie wymówiła, choć przecież klnę jak szewc.
Śniłam tak już i matkę, i siostrę i nawet ojca, który od czasu śmierci przyśnił mi się tylko raz. Śniłam ciotkę i nie wiem kogo jeszcze.
W tym wszystkim co rusz pojawia się On i wtedy jest tak, jakby ktoś wylał olej na wzburzone morze. A gdy mnie obejmuje – czuję taką błogość, ulgę, dopasowanie, spokój i przekonanie, że teraz już wszystko jest jak trzeba. I tak się budzę.

Był też bardzo, ale to bardzo sugestywny sen o koleżanku, który mi usunął wyrostek robaczkowy, ale z lewej strony. Cała obolała czekałam potem, żeby mnie ktoś zabrał do domu, w między czasie wędrując szpitalno-hotelowymi korytarzami krwawiąc przy tym obficie.

Tak jakoś potrzebowałam rozmowy ostatnio, nie żeby jakiejś specjalnej, ale tak zwyczajnie… Zagadnęłam starego kolegę Tomasza. Tomasz jest bezpieczny: ma żonę i od lat twardą decyzję, by z nią się zestarzeć. Jest przy tym inteligentny, z poczuciem humoru i miły dla oka oraz ucha.

Tosia mnie martwi. Że nie lubi kombinacji wiatru i wilgoci to żadna nowość. Ale ostatnio sypia na łóżku całe noce. Często – zwinięta w kłębek, więc zaczęłam ją przykrywać, a ona nie protestuje.
Po nowym roku koniecznie weterynarz.
No i rozważam zakup kurtki dla niej.

I taki to misz-masz.
A co u was? Prezenty zapakowane? Ryba, pierogi oraz barszcz gotowe?
Życzę Wam pięknych świąt. I wszystkiego najlepszego na Nowy Rok.
Miejcie się jak Tola na trawie.



81.

Pełnia się kończy, zerwał się wiatr a temperatura z -1 w ciągu kilku godzin przeskoczyła na +10.
No i tak… wiadomo.
Na noc był tylko ibuprofen, ale spałam źle.
Rano już trzeba było zapodać pełny zestaw.
I chyba pójdę spać znowu.
Godzinka snu i jest szansa, że będę żyć.

A poza tym to święta za pasem.
Pewnie zrobię sobie kapustę z łazankami czyli leniwą wersję pierogów.
I może, jak znajdę śliwki, ugotuję kompot a z wygotowanymi owocami upiekę ciasto prawie bez cukru.
Prezenty kupione. Czekam na ostatni, mam nadzieję, że dojdzie na czas.
Jutro Misia przylatuje z Malagi i Zuzu opuści moje gościnne progi.
Choć prawdę mówią, więcej jej nie ma, niż jest. Wpada właściwie jak do hotelu: umyć się, zmienić ciuchy, czasem przespać, ale też nie za często.
Moja wnuczka stara się sprawiedliwie dzielić czas pomiędzy przyjaciółkami, chłopakiem i rodziną taty. Najbardziej mnie cieszy, że nie spędza całego czasu tylko z chłopakiem albo z jedną przyjaciółką. W razie jakiejś katastrofy nie zostanie sama.

Choinki znowu nie stawiam, bo nie mam gdzie. Zresztą… sztucznych nie lubię, żywa… Trochę mnie serce boli wyrzucać drzewko. No i co z tego, że to z plantacji? Więc po prostu ułamałam sobie w lesie cztery malutkie gałązki, wstawiłam do flakonu, ozdobiłam światełkami i jest. Stoi w przedpokoju i robi atmosferę.
W salono-gabinecie w wielkim słoju przekwitają hiacynty, za dzień dwa trzeba będzie kupić następne.

To chyba tyle.
Dobranoc (?)

80. A tak ładnie żarło…

Żadnych migren, bezsenności. Praca w skupieniu do osiemnastej co najmniej… W weekend zasłużone nic nie robienie… no prawie. Pojechałam w niedzielę do klienta Litwina zmienić olej. No i zaprzęgli mnie trochę do roboty. Ale nie szkodzi. Też było okej.
Aż do wtorku.
Od rana coś po mnie chodziło. Ni stąd- ni zowąd spadał mi na głowę dziwny ucisk, taki przedsmak bólu, ale po chwili puszczało, i znowu wracało. I takie dziwne uczucie ni to rozedrgania ni to kręcenia się w kółko.
Przyszedł Yankie, dałam mu robotę i usiłowałam pracować na drugim (gorszym) stanowisku: mały stoliczek, niewygodne krzesło, klawiatura niby miękka i cicha, ale NIE MOJA. Monitor NIE MÓJ, komputer nie mój. Ni otworzyć czegoś w drugim oknie, ni policzyć w excelu, bo przecież nie pamiętam hasła, cały pakiem mam na moim komputerze…
Nie ma lekko trzeba kupić większe biurko/stolik. I krzesło. A potem zainstalować całą resztę.
Biurko znalazłam nawet szybko: mało używane, dobrej firmy. Problem bo z szafeczką na kółkach… na co mi kolejny mebel, już i tak nie wiem gdzie to biurko wcisnę…
I zaczął się kołowrotek w głowie. Myślotok. Potem jeszcze ofukała mnie Miśka, ale zamiast się zezłościć, to się przejęłam i jeszcze bardziej rozdygotałam.
Noc niespokojna, a gdy wreszcie zasnęłam przyśnił mi się koszmar. Nie mogłam zasnąć na powrót ponad godzinę, wreszcie łyknęłam zieloną i zasnęłam.
Dwie godziny później obudził mnie ból.
Bez złudzeń łyknęłam porządną dawkę sumatripatanu + ibuprofenu.
6 godzin później powtórka i tak do wieczora.
A dziś rano jeszcze szpila po lewej stronie.

I nie, noż kurde. Nie, to nie jedzenie. I nie stres.
Odkrywam, że przed atakiem robię się niespokojna, pobudzona.
Pogoda?
Bo jest słonecznie i mróz, choć bez śniegu. Wyż? Ciśnienie?

No nic. Do roboty. Może się uda osiągnąć stan skupienia.

79.

Zrobiłam sobie prezent na gwiazdkę i kupiłam bilet do Włoch na tydzień w lutym.
Tu jeszcze będzie ciemno, zimno, szaro…
A tam może trochę zieleni i słońca załapię…
Nabiorę oddechu przed najtrudniejszymi tygodniami w roku.

Nie mogę się doczekać.

78.

Coś chciałam napisać, ale już mi wyleciało z głowy, co to było …
Aaa, już wiem.
Wczoraj doszłam do wniosku, że noszenie odblasków w miesiącach zimowych powinno być obowiązkowe.
Wczoraj…
Godzina 16 z minutami. Ciemno zupełnie. Deszcz zacina. Godzina szczytu nawet w takiej dziurze jak moja.
Zuzu przyszła ze szkoły. Powiedziałam, że jej dżinsy są do odbioru w sklepie. No ale ona do Williama się umówiła… To postanowiłyśmy, że podjedziemy do centrum, odbierzemy spodnie i zawiozę ją do Williama na przedmieścia.
Torget i uliczka dookoła niego jest oznaczone znakiem strefa zamieszkania. Czyli można pełzać samochodem. A ja naprawdę nie łamię przepisów. Nie dlatego, że jestem porządna, tylko, że boję się, że kogoś potrącę.
Zatem turlam się po ulicy siłą rozpędu. I nagle ŁUP!!!
Coś walnęłam?! Ewidentnie coś walnęło.
Zmiękłam cała, nie tylko w kolanach. Pierwsza myśl: JEZUS! Potrąciłam kogoś!
– Co to było?! Potrąciłam kogoś?! – rzuciłam w panice, nawet nie myśląc, że ktoś mi odpowie.
Na co Zuzu
– Jakiś dziad ubrany na czarno walnął w samochód pięścią.
Matko kochana, jaki dziad? Skąd?! Przecież nikogo nie było! Tam jest więcej światła niż gdzie indziej! Nie mogłam nie widzieć!
A jednak nie widziałam. Zuzu też go zobaczyła, dopiero jak przywalił w pięścią w samochód z tyłu i się obejrzała.
Z miękkim wszystkim pojechałam dalej, ale jeszcze dziś trzęsą mi się ręce na myśl o tym.
Ludzie.
Ja wiem, że macie bezwzględne pierwszeństwo. Ale na litość boską! Dajcie kierowcom szansę, żeby was zauważyli. Noście odblaski. I nie właźcie na jezdnie jakbyście byli niezniszczalni! Dużo wam przyjdzie z tego, że jakiś sąd orzeknie, że wina była kierowcy, gdy będziecie leżeć 2m pod ziemią. Albo i na łóżku, ale w charakterze warzywa.


77.

Głowo, o co ci chodzi?
Nie masz pilnego terminu za tydzień…
Na kontach bankowych jest wystarczająca ilość kasy… Nie żeby majątek, ale na podatek i czynsz wystarczy przecież.
Nie masz żadnych innych powodów do zmartwień, więc o co ci do cholery chodzi od niedzieli?? Żołądek mówi, że już ma tego dość i zaczyna rozważać emigrację.
Weź się dziewczyno opanuj trochę i wyluzuj.
————-

Obcowanie z Zuzanną na co dzień jest naprawdę zaskakujące.
Takie jedzenie…
– Zuzku, mam mięso mielone. Chcesz kotlety smażone czy gotowane?
– Smażone.
– A chcesz frytki do tego czy zwykłe kartofle.
– Zwykłe kartofle, gotowane.
– I mizerię?
– TAK! I koperek!

Następnego dnia
– Chyba trzeba jakąś zupkę…
– TAK!! Kalafiorkową!

Zupka się skończyła, trzeba kolejną..?
– Pomidorową.
Nadmieniam, że dziecko nie kręci nosem, że coś pływa, że zielone, za gęste, za rzadkie.
U Babci wszystko jest najlepsze.
Kilka lat temu Bonus Mama Kasia zadzwoniła z pytaniem:
– Jak ty robisz tę pomidorową, bo podobno jest najlepsza na świecie…

Albo ubrania
Mam taki sweter. Szary. Bawełniany. Nijaki.
Jest stary, porozciągany. Służy mi za szlafrok. Szlafrok też mam, ale za długi, plącze się… A sweter wygodniejszy. I ten sweter to jest ukochane ubranie mojej wnuczki, gdy jest u mnie. Jak zimno, jak się chce mieć przytulnie, jak nie ma co na siebie narzucić…
– Czemu go tak lubisz? – zapytałam kilka lat temu, bo nie chciała mi oddać gdy wracała do mamy.
– Bo pachnie babcią.

Mam też czapkę. Też szarą, nijaką i starą. Nie umiem się z nią rozstać, choć innych czapek w domu pod dostatkiem. No jakoś tak… najlepsza jest. Zgadnijcie kto teraz tę czapkę nosi? Ale powiedz: to chodź do sklepu kupię ci taką, jaką będziesz chciała… Odpowiedź brzmi: nie, ja mam dużo czapek, ale nie noszę…

A poza tym moja wnuczka jest najnormalniejszą osobą jaką znam.
Jakim cudem to dziecko jest takie normalne, to ja nie wiem.
Ale jest moim ulubionym człowiekiem.

76. Zaczęło się…

Coś dziwnego się dzieje z tym rokiem.
Np. dziś spadł ten biały syf pierwszy śnieg. Normalnie to mnie nawet zwykle cieszy… Ale w tym roku mam dziwne poczucie, że poprzedni śnieg stopniał może tydzień temu.
O tym, że w tym roku było już lato, przypominam sobie jak otworzę album ze zdjęciami i zobaczę zdjęcia z Gotlandii.
Jeszcze chyba nigdy nie miałam takiego dziwnego sklejenia dat.

No ale tak. Zima się zaczęła.
Byłam z Tośką na spacerze ale ona też się zachowuje jakby i jej ten śnieg już radości nie sprawiał. Jakby była nim znudzona.
Jedyne co to znowu gratuluję sobie butów z gwoździami.
Nadal zachwyca mnie, że można zrobić buty lekkie, ciepłe, wygodne, stabilne i nieprzemakalne. Cud techniki.