Prawie bezwietrznie, gęsta mgła przechodząca w mżawkę.
Mikołaj przyniósł mi torbę… na narzędzia. I jeszcze parę innych pierdółek.
Święta minęły. Niby miało być spokojnie, ale jakoś tak zleciało.
W Wigilię urządziłam sobie rundkę po sklepach. W 1 dzień pół dnia przesiedziałam u eMa razem z dziećmi, Zuzu i Tosią. Wczoraj z kolei pół dnia byłam z Heleną i Peterem.
Dziś dzień roboczy, włączyłam telefon. Na szczęście nikt nie dzwoni.
Tosia dostaje leki przeciwbólowe, ale weterynarz po świetach – koniecznie.
Kiepsko śpię. Mam problem z zaśnięciem. A jak zasnę budzę się za wcześnie i znowu nie mogę zasnąć.
Do tego chyba jakiś syf się przyplątał i chyba czeka mnie wizyta u lekarza „dowcipnego”. Napisałam pytanie do pielęgniarki dokąd mam się zwrócić, ale czuję czeka mnie wycieczka do Skovde, do poradni ginekologicznej.
Ych… Żeby ten, co zdecydował o likwidacji takiej w moim mieście, sam musiał jeździć i to często, te 50km do poradni…
Nie mam apetytu. Nic mi nie smakuje i w ogóle złości mnie to, że muszę jeść.
Irytuje mnie eM, który w każdej rozmowie koniecznie chce mi opowiadać co mu powiedziała jedna pani… Panią zna może dwa tygodnie, internetowo oczywiście. I pani jest guru od tysiąca spraw…
Ze mną spędził więcej życia niż beze mnie, ale żeby mnie słuchał choć w 1/10 tak, jak teraz słucha owej pani…
Muszę kupić jakąś pastę do moich turkusowych trzewików.
PS. Zrobiłam sobie skarpetki.

