Z kronikarskiego obowiązku spieszę donieść, że w dniu 11 lutego 2025roku sąd powiatu Skaraborg zdecydował się zwrócić mi wolność.
Zatem byłam mężatką równe 34lata (bez 12dni).
Nie wiem co czuję.
Ale wiem czego na pewno NIE CZUJĘ: wątpliwości co do słuszności decyzji.
Autor: trollatrolla
19. W punkt!



(źródło facebook)
PS. Kupiłam sobie puder i szminkę.
18. Biegiem
10 firm do zaksięgowania w całości, 3 do doksięgowania resztek. Z tych dziesięciu- trzech nie dostarczyło dokumentów do dziś. A dwunasty już jutro. Może i dobrze, że nie dostarczyli, bo i tak nie mam szansy się wyrobić…
Pełnia. Mróz. I słońce.
W duszy już pakuję walizkę.
Do Italii 4 dni.
17.
Kolejny kandydat.
56lat, a więc młodszy.
Ponieważ ma jakiś problem z pisaniem, przenieśliśmy konwersację na komunikator.
Okazało się, że zdjęcie profilowe ma jakieś 20lat.
Powiedziałam z uśmiechem, że widzisz, wy panowie dajecie stare zdjęcia, ale jak kobieta użyje filtru to krzyczycie, że oszukujemy. Jakbym ja wrzuciła zdjęcie sprzed lat 20, to zaraz by się pewnie kolejka chętnych ustawiła.
Pan na wieść, że mam psa, zasypał mnie poradami jak utrzymać tego psa w zdrowiu.
Gdy usłyszał o cukrzycy – znowu otrzymałam listę porad.
Przy czym nie wiedział czym się zajmuję zawodowo, a przecież mogłam być lekarzem ludzkim lub zwierzęcym, on uznał, że wie lepiej.
Nie słuchał co mówię, przerywał, żeby powiedzieć swoje.
Uznałam, że może po prostu chciał zrobić dobre wrażenie i bardzo się starał zabłysnąć. Postanowiłam dać mu drugą szansę.
Ale.
Na obiadek jadł pierożki. Taki delikatny.
Posłał mi zdjęcie małego kota a potem rzekł „No taka jesteś znawczyni zwierząt, a nie widzisz, że to nie jest zwykły kot?” (Ale ja wcale się nie uważam za znawczynię wszystkich i nie przypominam sobie by w ogóle padło coś, co mogłoby o tym świadczyć. Ja znam MOJE zwierzęta).
Ogólnie cały czas miałam skojarzenia z JM, bo on też wszystko wie lepiej…
Zakończyłam rozmowę grzecznym że do usłyszenia.
Ale już wiem, że nie będę tego ciągnęła.
Skasowałam konto.
Już mi się nie chce w to bawić.
Obserwując siebie odkryłam ciekawe rzeczy:
1. Ja wcale się nie starałam robić dobrego wrażenia. Zero stresu, zero presji.
2. W myślach usiłowałam sobie wyobrazić, że ktoś pomieszkuje u mnie… I nie. No nie, nie potrafię znaleźć miejsca w moim życiu i małym mieszkaniu. Może jakbym się zakochała… ale chyba za trzeźwo myślę.
Tak więc kończę przygodę z randkami.
Aaaale zastrzegam sobie prawo do podjęcia kolejnych prób, w razie gdyby mi przyszło to głowy raz jeszcze.
I to by było na tyle.
Do Italii 7 dni i 17 raportów.
16.
Do 12 lutego muszę rozliczyć 26 firm.
Mam plan i staram się go trzymać.
Nie mam czasu na załamania psychiczne.
I nie mam na nie siły.
Więc muszę się trzymać.
Odliczam dni do Italii. 10.
15. I od nowa…
20lat minęło i znowu psychoterapia.
Wtedy kompletnie nie wiedziałam co mnie czeka.
Dziś wiem. Mniej więcej. Pewnie dlatego mam myśli, że e po co mi to na stare lata…
Dziś było pierwsze spotkanie zapoznawcze.
Kolejne za trzy tygodnie, bo muszę się skupić na robocie, a potem urlop…
Cały dzień byłam rozwalona.
A teraz myślę tylko, żeby zasnąć.
Ale jeszcze wieczorne rytuały…
14.
W poniedziałek mam spotkanie online z terapeutką. I zobaczymy co dalej.
Póki co po prostu unikam spędzania czasu z JM.
Dziś wykręciłam się z wyjazdu do polskiego sklepu. Po prostu … czułam, że nie dam rady siedzieć z nim w samochodzie przez dwie godziny. Wyszłabym z tego poobijana bez względu na to czy w ciszy i bez komentarza zniosłabym różne teksty, czy zdobyłabym się na odpyskowanie.
JM nie ma najmniejszej refleksji nad tym co mówi i że jego słowa mogą ranić. Nie ma sensu mu o tym mówić, bo albo w ogóle nie posłucha albo będzie odwracał kota ogonem i udowadniał, że jego słowa nie mają prawa boleć… w obu wypadkach i tak to ja obrywam podwójnie.
W randkach…
Jeden czterdziestolatek z uporem maniaka wysyłał emotki, aż w końcu napisałam wprost: „mam 60 lat, a ty 40 więc to nie mnie szukasz.” Odesłał kolejną emotkę i zamilkł.
Mario – na zdjęciu pan szczupły, w normalnych okularach, rówieśnik. Jedno zdjęcie z wodospadem było bardzo ładne. Zapytałam gdzie to.
Odpisał, ale po trzech wiadomościach napisał, że dzieli nas zbyt duża odległość i nic z tego nie będzie. Podziękowałam za uczciwość.
Posłałam kilka obszerniejszych wiadomości do jeszcze dwóch… ale żaden nie odpisał.
Dostałam kilka emotek od kilku panów, ale żaden nie napisał, choć po kilku emotkach wysłałam alternatywny adres email.
I tyle.
Zamykam konto 7lutego. To bez sensu.
Choć w końcówce książki „Najgorsze randki świata” autorka zachęca do nie poddawania się.
Ale chyba wolę myśleć, że nie jest mi już to pisane, niż czekać z jakąś nadzieją. I bez mężczyzny mam dobre życie, a że czasem brakuje czułości… Nie jest to przecież stan nowy, dałam radę przez większość życia, dam i przez resztę, nie?
13. Peany
W ramach unikania Jeszcze-Męża pojechałam w niedzielę do znajomych. 25km ode mnie, wąską boczną dróżką, z górki, pod górkę, zakręty.
Ale droga pusta, żaden kretyn nie uznał, że moje 70km (taka jest prędkość dopuszczalna na większości takich dróżek) to prowokacja i cios w męskie ego.
Spędziłam kilka godzin w przytulnym domku, z ludźmi, którzy traktowali mnie jak najmilszego i bardzo oczekiwanego gościa.
I mają dwa cudne koty oraz fajnego psa.
Tego mi było trzeba. Tego poczucia czy nawet dowodu na to, że nie, nie jestem taka ostatnia, najgorsza i w ogóle do niczego, skoro wciąż są ludzie, którzy znają mnie od lat a cieszą się z mojej wizyty.
Teraz jest mi to bardzo potrzebne, bo są chwile, gdy moje poczucie wartości spada poniżej poziomu mułu.
Na pożegnanie zostałam obdarowana dwoma pomidorami malinowymi.
Wróciłam inną drogą, na czuja, bo zapomniałam ustawić nawigację, nazwy mijane nic mi nie mówiły i aż do drogi głównej właściwie nie wiedziałam czy dobrze jadę, czy nie wyląduję w Mariestad.
A mój śliczny samochodek prowadził mnie pewnie, trzymał się drogi, ostrzegał i korygował, gdy najeżdżałam na linię. W którymś momencie zaczął mi pokazywać żaglówkę a poziom zużycia paliwa spadł do 5l/100km.
No dobra, nie jest to przesadnie imponujący wynik, ale nie jest też zły.
Tośkę i jej spacer zrzuciłam na głowę JeszczeMeżowi (JM). Gdy wróciłam pies był z powrotem w domu, a ja miałam całe popołudnie tylko dla siebie.
Dzień wcześniej, w sobotę byłam u Olgi- Ukrainki, której nie widziałam ponad rok, choć przecież mieszkamy w tym samym mieście. Przeprosiłam ją, że tak się odsunęłam, ale rozumiała chorobę. Timi urósł i zapowiada się na przystojnego chłopaka. A uśmiech ma szelmowski… Z tymi błękitnymi oczami, za ciemnymi firankami rzęs – wszystkie panny będą mu ich zazdrościć, bo gęste i długie- oj będzie łamał serca…
Olga się znowu przeprowadziła. Wynajmuje teraz piękne mieszkanie w nowiutkim budynku. Absolutne cudo. Jasne, przestronne, z wielkim balkonem. I ciepłe. Niestety – budynek stoi w takiej bliskości do innych, że sąsiedzi sobie w okna zaglądają.
A wieczorem, też w sobotę, była u mnie inna koleżanka – moja imienniczka. Gadałyśmy o nawiązaniu współpracy.
Ona teraz robi co innego, ale w Polsce pracowała w korporacyjnych księgowościach. Teraz chciałaby wrócić do zawodu. Zaproponowała mi spółkę, ale TADAM! Brawa proszę! ODMÓWIŁAM.
Spółki rzadko kończą się dobrze. Możemy współpracować, niech ona otworzy sobie swoją własną firmę, mogę jej zlecać robotę, której nie dam rady zrobić, możemy na spółkę kupić sobie jakieś kursy, możemy siebie zastępować w razie urlopu czy choroby – ale każda ma mieć własne rozliczenia, bo tak jest zdrowiej.
Uznała, że to ma większy sens bo ona też zbyt sobie ceni naszą relację, by ryzykować.
A teraz gonię z robotą, bo 12 lutego blisko, a rozliczam teraz ostatni kwartał, więc roboty jest dużo.
Posłusznie piję siemię lniane rano i wieczorem. I DZIAŁA!
Skończyły się bóle brzucha, a cukier ranny zastygł na poziomie 5,9mmol.
Zaczęłam jeść mięso bardziej systematycznie. Czyli co najmniej raz-dwa razy w tygodniu. Ułatwia to przygotowywanie posiłków, ale waga znowu idzie w górę.
Pewnie skończę to, co mam w domu i znowu odstawię.
W temacie randkowym cisza.
Jakieś pojedyncze zaczepki, ale bez nawiązywania kontaktu, mimo wysyłanych wiadomości z adresem email.
Mówiłam, że mam na czole „Nie prosić do tańca”?
Z sądu jeszcze nic nie przyszło.
Rozważam powrót do panieńskiego nazwiska…
Ale firma jest na nazwisko „po mężu”. Czy to ma znaczenie?
No i … zniknie moja 35letnia historia. W ten sposób nie odnajdzie się ktoś, kogo zgubiłam dawno temu… Za to mogą się znaleźć ludzie z zamierzchłych czasów, których nie mam chęci znać.
Pomyślę o tym kiedy indziej… Bo podejrzewam, że za tą chęcią stoi brzydka potrzeba dokopania JM.
12. Scena rodzajowa
Osoby:
JeszczeŻona
JeszczeMąż
Przyjaciele
JeszczeMąż rzuca w przestrzeń pytanie.
JeszczeŻona odpowiada.
Przyjaciele, którzy pracuja w branży powiązanej z tematem pytania, milczą.
JeszczeMąż ponawia pytanie.
JeszczeŻona podaje tę samą odpowiedź.
Przyjaciele -milczą.
JeszczeMąż pyta po raz trzeci.
JeszczeŻona odpowiada.
Przyjaciele- nadal milczą.
JeszczeMąż mówi:
– To ja sprawdzę w internecie.
Kurtyna.
11. Jak zmieniałam samochód
Malutek w kwietniu ubiegłego roku przeszedł drobną kolizję, jesli pamiętacie. Poza tym nic mu nie było. Od trzech lałam paliwo, raz w roku zmieniałam olej i filtry i nic się nie działo.
A nie, w zeszłym roku odmówił mi współpracy gdy na mrozie zdechł mu akumulator. Jedna noc w ciepłym garażu, porządne naładowanie akumulatora i do końca zimy już nie było problemu, a była mroźna i długa.
Potem wiosną eM zmienił samochód na takie fullwypas. Gdy pod koniec lata wracałam z lotniska po odwiezieniu Italieńców odkryłam jako to cudnie mieć taki tempomat, albo np. to coś co pilnuje linii na drodze.
I odkryłam w sobie potrzebę posiadania takich na stanie.
No, ale Malutek wciąż miał odrapany nos, a warsztat zwlekał.
Całą jesień i początek zimy krążyłam myślami wokół zmiany i ciągle przechodziłam od „a nie, a po co mi” do „ale ten się starzeje i za rok będzie już dużo mniej wart”.
Wreszcie na początku stycznia Malutek trafił do warsztatu. Odebrałam go po trzech dniach, nos miał jak nowy. I znowu było: ale po co?
Ale poprzedni właściciele byli niechlujami. Malutek miał kilka starych, i bardzo głębokich rys, bardzo podrapaną przednią szybę, oraz zajechany lakier przy klamkach. No i był CZARNY. Nim z myjni przyjechałam do domu już wyglądał jakby nigdy na niej nie był.
Zaczęłam codziennie przeszukiwać ogłoszenia.
Chciałam I10, ale nowszy (max 3-5 letni), z czujnikami parkowania, tylną kamerą, tempomatem i tym stróżem linii. I NIE CZARNY. Nie chciałam całkiem nowego, bo podatek drogowy na takie auta zabija, a do tego dochodzi jeszcze koszt serwisu w autoryzowanym warsztacie.
Owszem bywały, ale w okolicy Sztokholmu. Nie będę po samochód jechała do Sztokholmu, a nie odważę się kupić bez oglądania, bo na zdjęciach nie widać wszystkiego. No i chciałam od sprawdzonego sprzedawcy, najlepiej takiego co ma autoryzację, bo wtedy auto jest porządnie sprawdzone przed wystawieniem.
eM twierdził, że powinnam też oglądać i20. Bo one tylko trochę większe… Ale za to droższe, niestety.
Któregoś dnia, gdy mróz sobie wesolutko przekroczył -5 i dalej rósł, zawiozłam Zuzu do jej domu, żeby zabrała parę rzeczy. Ona się pakowała, ja stałam na mrozie. Wyłączyłam silnik, bo co będę środowisko truć, nie zamarznę przez pięć minut. A gdy Zuzu przyszła, Malutek nawet nie zakaszlał.
Potem wiadomo: telefon do eM, kable, rozruch… Uff. Jednak akumulator, bo bałam się, że coś innego. Musiałam kupić nowy akumulator, jeśli miałam przetrwać zimę. Kupiłam, no bo co innego miałam zrobić? Nie chciałam mieć okazji do awaryjnego wołania eks-męża co chwilę, bo mnie to boli w honor.
Odkryłam, że w moim mieście jest autoryzowany sprzedawca Hyundaia i w sobotę, dwa tygodnie temu, podjechałam tam.
Był wczesny ranek. Sprzedawca nie miał nikogo innego, więc całą uwagę poświęcił mnie. Ledwie bąknęłam, że chciałabym zamienić samochód pociągnął mnie do drugiej hali ze słowami
– I 10 nie mam, ale mam fajny I20, może się skusisz?-
Poszłam za nim.
Samochód stał kącie, wszystkie drzwi otwarte, łącznie z tylnymi.
Wydawał mi się duży. Z drugiej strony: skoro ma kamerę i sensory, to czy wielkość ma znaczenie? I z trzeciej: może Tośka dałaby się namówić na wsiadanie?
Wsiadłam, położyłam dłonie na kierownicy, spojrzałam do tyłu… nie, aż tak wielki nie jest. Ale cenę ma wyższą o jakieś 30tysięcy. No ba. Niespełna trzylatek… Kurde, podatek… i serwis.
Sprzedawca zrobił mi kilka wariacji kalkulacji raty. Każda wydawała się ZA DUŻA. A cena Malutka – za niska.
Poprosiłam o czas namysłu do poniedziałku, żeby wyjść z twarzą, bo już wiedziałam, że sorry, ale nie.
W poniedziałek zadzwoniłam i podziękowałam.
Znów grzebałam po różnych stronach. Pogadałam z Koleżankiem. (A jakbyś tak na firmę?) Pogadałam z Koleżanką. (No, jak nie czujesz, to nic na siłę, przecież nic cię nie goni). Pogadałam z eM (ja bym brał, ale jak chcesz, to twoja kasa i twój problem – w domyśle: tylko potem nie przychodź do mnie z problemem, że coś się dzieje, zrobię, ale będę mógł mówić A nie mówiłem? ).
Postanowiłam rozszerzyć zakres na Kię Picanto. Jacek – klient mechanik powiedział, że Kie są jeszcze lepsze niż Hyundaie. A za tę samą cenę bardziej wypasione na pewno.
Ale im bardziej zaglądałam do internetu tym bardziej ani Kii ani Hyundai nie było.
A na stronie mojego lokalnego sprzedawcy cena tego, którego oglądałam spadła o 10 tys.
Jakby mi jeszcze dał troszkę więcej za Malutka…
W sobotę rano, na spacerze z Tośką, włączyło mi się myślenie:
a może faktycznie na firmę? Wprawdzie musiałabym zapłacić podatek za to że go używam do celów prywatnych, ale jak to się ma do ewentualnych kosztów? Bo kosztów mi zawsze brakuje. A tu bym sobie VAT i od paliwa i od przeglądów, opon itd… odliczała?
W domu wykonałam obliczenia.
Dochód z użytkowania prywatnego wyniósłby jakieś 57 000
Czyli podatek dochodowy podniósłby się o jakieś 28tys rocznie.
Koszt samochodu: amortyzacja 38 000
Koszt paliwa: 6000 -1200VAT = 4800
Podatek drogowy w tym roku pewnie około 2000
Ubezpieczenie 5000 rocznie
Serwis 4500rocznie -900VAT=3600
Więc w sumie zapłaciłabym o jakieś 1500-2000podatku dochodowego więcej… To nie jest dużo. To jest tyle, ile bym odliczyła VATu…
Czyli co? Mogę sobie pozwolić?
Weszłam na stronę. Bo ja tu się napalam, a może już go nie ma?
Jeśli będzie – to znaczy, że przeznaczenie, że na mnie czeka.
Był. Salon otwierano od 9.
Z nawyku zapytałam eM czy pojedzie ze mną popatrzeć na samochód.
Zgodził się.
Salon znowu był pusty. Był tam tylko jeden sprzedawca, ale inny niż w ubiegłym tygodniu. Młodszy, bardziej komunikatywny i lepiej go rozumiałam.
– Biorę – wskazałam palcem. Dałam mu klucz od Malutka, żeby mógł się przejechać. Wrócił. Powiedział, że faktycznie to dobry samochód.
Poszliśmy do biura. Znowu robił kalkulację.
– Wiesz… a nie dałbyś mi troszkę więcej za Malutka? No bo patrz: dziś w internecie widziałam dokładnie taki sam jak mój, z takim samym przebiegiem… Cena 124 tysięcy. Więc w najgorszym razie sprzedasz go za podobną kwotę. No, może 10 tysięcy mniej… – zaczęłam targi.
– Noooo może mógłbym… – powiedział ostrożnie – Zależy ile więcej chcesz
– 5 tysięcy?
– Tyle mogę ci dać odparł bez wahania – (ty frajerko! było zacząć od 10 000 – zganiłam się).
Dalej były kalkulacje… i dałam się namówić za spłatę 50% w trzy lata. A za trzy lata: albo wymienię znowu, albo rozłożę resztę na kolejne trzy lata. W ten sposób rata spadła o 500kr.
Postanowiłam liczyć koszty w skali miesięcznej, a nie całościowej, skoro to nie ja będę płacić tylko moja firma.
– Chcesz go dziś zabrać? – zapytał mnie domyślnie sprzedawca.
– No pewnie! Ale wiesz co, mój… eee… mój mąż (jeszcze -dodałam w duchu) pojedzie po opony letnie i drugi klucz.
Machnął ręką.
– Nie pali się, możesz to przywieźć po weekendzie.
30 minut i dwa podpisy elektroniczne później wyjeżdżałam z parkingu nowym samochodem.
Ale zanim – poszłam zabrać rzeczy z Malutka. Cmoknęłam go w kierownicę i szepnęłam „Byłeś dobrym samochodzikiem. Dziękuję ci. Niech następni też o ciebie dbają”
A potem sprawdziłam, że przychód z tytułu użytkowania samochodu prywatnie obliczony jest na kwotę 42 000. A kosztów będzie więcej, więc zapłacę dzięki temu mniej podatku. Niewiele, ale mniej.
No to chyba jednak dobrze zrobiłam.