Pan W zwany Piłą tak mi wiercił dziurę w brzuchu, że w końcu uległam i wczoraj kupiłam sobie sensor do pomiaru cukru. I żeby nie było: on już klikał w swoja klawiaturę, żeby mi to kupić za własne pieniądze. No to wiadomo, że nie mogłam pozwolić.
Bo dzieje się coś dziwnego.
W piątek cały dzień byłam całkiem bez węglowodanów. Glukometr pokazywał całkiem rozsądne wartości. Wieczorem, dwie godziny po sałatce z majonezem,jajkiem, pomidorem, sałatą, szczypiorem i ogórkiem kiszonym , było 5,9 mmol (czyli jakieś 106,2). A rano, na czczo -7mmol (126!). Skąd? Dlaczego?
I tak walczę już od jakiegoś czasu.
Dziś jest to samo, tylko wczoraj w dzień były dwa małe kartofelki ale z mięsem i wielką michą surówki z sałaty, ogórka i szczypioru. A po kolacji garść orzechów i kilka kawałeczków kandyzowanych owoców (naprawdę, mniej niż łyżeczka do herbaty). Dwie godziny później 5,8 a rano: ponad 7.
Wizja różnych konsekwencji zagląda mi w oczy: dializy, odcięcie nogi i nie chcę wiedzieć co jeszcze…
Dobrze, kupiłam sensor na dwa tygodnie i zobaczę jak to działa. Może coś wyłapię, może się czegoś nauczę. Choć Pan W zrzędzi, że zwlekam z kontaktem z lekarzem.
Ale problem w tym, że ja się w sumie dobrze czuję. Rzadko kiedy miewam napady śpiączki lub telepkę. Tylko głowa, mimo magnezu i tego drugiego – nie odpuszcza.
Teraz mam bardzo stresujący czas, bo do dwunastego raporty kwartalne. I już wiem, że nie ma takiej opcji: nie zdążę ze wszystkim, znowu puszczę z zerami, a potem skoryguję. Potem to znaczy po powrocie z Polski. Mam problem z zasypianiem, kończy się dwiema ziołowymi zazwyczaj, ale wczoraj potrzebny był jeszcze jeden odcinek Gilmorek nim zasnęłam o 24: 30.
Miałam też stresującą dyskusję z klientem. I tu mam temat do przepracowania: chciałabym potrafić nie unosić się, nie tracić głowy, nie poddawać emocjom i zachować kamienny spokój. Bo później czuję się winna, że wybuchłam, jest mi wstyd i usiłuję załagodzić. Po co łagodzić jak można by było nie eskalować?
Tosia ma znowu infekcję w uchu, wczoraj było czyszczenie, aż mruczała przy tym i dociskała głowę do mojej ręki. Dziś już lepiej, ale znowu wpuściłam krople a potem wyczyszczę.
A Basil się bije. Drań jeden. Przychodzi rano „na kawkę”. Czyli ja piję kawę a on leży na mojej lewej ręce i domaga się głaskania. Jak przestaję- najpierw trąca mnie łapą w brodę, a jak to nie przynosi efektu, lub gdy mu tę łapę przytrzymuję to zaczynam walić ogonem i łapie moją rękę pazurami i wbija zęby. Na takie dictum ja łapię go za kark, podnoszę drugą ręką i wyrzucam na kanapę. Ale kilka razy wrócił i ugryzł mnie z ramię, od tyłu!
Ale w pozostałych chwilach nadal jest kochanym kotkiem. Tylko wieczorami urządza galopady, przesmykując tuż przed psim nosem… Tośka się zrywa, a on już siedzi na szafie i patrzy na nią z góry w każdym znaczeniu tego stwierdzenia.
No i w nocy muszę przed nim zamykać sypialnię, bo lata, wyje i drze pazurami fotel – a doskonale wie, że mnie to uruchamia natychmiast.
I tak sobie żyjemy.
Blogerka agajoz mogłaby Ci podpowiedzieć, co z tym cukrem… Ma ogromną wiedzę i doświadczenie. Choć ostatnio zamilkła na blogu…
Dobrze, że masz kogoś, kto o Ciebie tak dba i się troszczy 🙂 Oby nie zagłaskał kotka 😉 To miłe, że zauważa i pomaga Ci w walce z problemami.
PolubieniePolubienie
Zobaczymy, co pokaże sensor. No i dam sobie jeszcze odrobinę czasu. Muszę w końcu uderzyć do znajomej w sprawie dietetycznego menu
PolubieniePolubione przez 1 osoba
nie wdawać się w słowne przepychanki jest bardzo trudno, zwłaszcza, jak druga osoba może nawet nieświadomie, ale CHCE się z tobą pokłócić. To można ćwiczyć, ale nie jest to łatwe, nas ćwiczą i ćwiczą i ćwiczą… Bo jak wdasz się w przepychankę z klientem jako terapeuta to koniec, straciłeś go. Ale to jest jak mięśnie-można wytrenować.
PolubieniePolubienie
Kurde, pocieszasz mnie, może się wytrenuję. Wymyśliłam, że najłatwiej sprowokować mnie do kłótni, gdy sama czuję się winna. Obrona przez atak.
PolubieniePolubienie