75.

Z okazji sześćdziesiątych urodzin dostałam niesamowite wręcz poczucia bycia ważną dla wielu ludzi.
Bardzo to było miłe, zaskakujące i wzruszające. Bo gdzieś tam na dnie wciąż mieszka we mnie mała dziewczynka i nastolatka, o której matka mówiła, że „nigdy jak ludzie” i że „z nikim w zgodzie”.
Namacalnymi dowodami tej obecności były kwiaty, kartki, życzenia elektroniczne. Prócz tego prezenty:
google hub – od Pana W
mikser do smootje – od EMa
karta podarunkowa na lunch – od Izy
Pani Walewska i „dorosła” torebka od Kasi z Klippan
Dalslandzkie specjały i rękodzieło od Adasia
oraz prezent specjalny: wycieczka do Oslo od Misi, Yankiego, Mela i Zuzu – wraz z nimi.
Dostałam też coś specjalnego: uścisk od syna. A nawet dwa. Ale żeby nie było za słodko, powiedział, żebym się nie przyzwyczajała, bo następny na kolejne sześćdziesięciolecie.
Pan W został zaprezentowany rodzinie i przyjęto go z życzliwością.
Koleżanek też zatwierdził wybór.
Pierwszy tydzień spędzaliśmy miło na szwędaniu się på Havårud, Lysekil i Trollhättan. Tosia była u EMa, Basil u Misi. W domu rządziła Dorka. Pan W był nawet nieco zazdrosny, bo Dorka dawał mi się głaskać, zjadała smaczki z mojej ręki, a na spacerach latała jak jojo bo sprawdzała czy się nie zgubiłam. Robiła to po swojemu czyli leciała za plecy Pana W dobiegała do moich nóg i wracała na przód stada. Na wąskich ścieżkach notorycznie skrobała mi marchewki.
1 września Yankie otrzymał klucz od własnego mieszkania. No i ze względu na pracę EMa musiałam zabrać Tosię do siebie. Następne dni były więc nieco stresujące, bo panny, spotkawszy się w ciasnym przejściu nie szczędziły sobie wyrazów nieżyczliwości. Kilka razy doszło do paszczo-czynów, na szczęście bezkrwawych.
Pan W co wieczór zażywał kąpieli z zimnym jeziorze i nie było, że zimno, wieje, deszczy. Choć pogoda nam w zasadzie sprzyjała.
Ogólnie całe 12 dni upłynęło nam miło, choć było kilka zgrzytów, które musieliśmy omówić. Nic nadzwyczajnego- takie docieranie się, różnice pomiędzy wyobrażeniami a wdrukowanymi schematami.
Objawiły się różnice:
Ja nadal jestem skowronek, a on jest sową.
Ja wstaję rano i już bym coś, gdzieś, a on śpi. Godz 7, 8, 9… Ludzie, ile można spać?!
On na śniadanie jajecznicę na boczku, a ja najchętniej coś lekkiego…
Ja usiłuję się skupić (musiałam choć trochę pracować), a ten właśnie wstaje i ma chęć na konwersacje.
Ja bym gdzieś pojechała, coś pooglądała, gdzieś połaziła, on – da się wyciągnąć na chwilę, ale nie żeby iść 45min na punkt widokowy i przez 15minut się gapić na widok jeziora. Za to w muzeum odczytywał każdą, jedną cholerną tabliczkę!
A najgorzej oglądać z nim film, który on już zna. Uprzedza fakty, ostrzega, że tu w tym miejscu należy się śmiać, spoileruje. Wszystko inne zniosę, ale za spoilerowanie mogę zabić.

Nie ukrywam, że choć przy pożegnaniu oczy mi lekko wilgotniały, to sobotę spędziłam rozkoszując się samotnością. I niedzielę też.
A Pan W przeprosił mnie, bo cieszył się na powrót do domu. Więc choć w jednym jesteśmy zgodni.

Więc od dziś powrót do rzeczywistości. On w pracy, ja też.
Za oknem szaro, coraz więcej liści na trawie, coraz zimniejsze poranki.
Jesień przyszła.

Dodaj komentarz