64.


Misia poprosiła, żebym do niej przyjechała. Wyczułam, że potrzebuje pogadać. Dobrze wyczułam.
Opowiedziała o ich wypadzie w góry norweskie – prezencie dla ojca z okazji sześćdziesiątki.
Wypad trwał trzy dni. Z czego jeden spędzili wędrując w nieustającym deszczu przy 3stopniach. Warunki były ekstremalnie trudne, ale to był pikuś w porównaniu do nieustającej interakcji Misi z ojcem.
Dotąd na wyprawach rozkładało się to po połowie na nią i na mnie. Albo i więcej na mnie niż na nią.
A teraz … no cóż. Mnie nie było. I córcia dopiero naprawdę zrozumiała jak trudnym człowiekiem jest jej ojciec.
No, ale na szczęście wrócili cali i zdrowi i nie pokłóceni.
Misia musiała się wygadać, a ja to przyjęłam.
A potem woziłam synka tu i tam, gadaliśmy też o wyprawie, bo i on brał udział i jestem z niego dumna, że się ruszył.
I tak całe prawie popołudnie spędziłam z moimi dziećmi.
A na koniec zostałam z poczuciem zaskoczenia… niedowierzania… satysfakcji. Jakim cudem mam takie fajne dzieci?
A w czasie spaceru z Tosią zwiedziłam ogródek sąsiadki. Niesamowite miejsce. Pod koniec tygodnia jestem zaproszona na kawę i ciasto z porzeczkami. Jak będzie dobra pogoda to wezmę aparat, bo miejsce jest przepiękne.
Sąsiadka jest Polką, już na emeryturze.
A dziś przychodzi Olga.
Się dzieje.
Nie mam czasu na seriale, nie mam czasu na czytanie, na druty i szydełko. Ale i tak jest fajnie.



4 myśli w temacie “64.

Dodaj komentarz