113.

Wczoraj napadało śniegu.
W nocy, tak około drugiej, gdy Basil znowu zaczął swoje nocne życie, wyjrzałam przez okno w kuchni i zobaczyłam jak białe płatki sypią cichutko, równym ściegiem, z góry na dół.
Godzinę później już nie sypało.
Spać nie mogłam, budziłam się co chwilę, bolała głowa…
O czwartej przypomniałam sobie o walerianie, łyknęłam i wreszcie po kilkunastu minutach odpłynęłam.
Gdy się obudziłam zegar pokazywał 7:45, migrena łupała pod kopułą, a Tosia z mlaskaniem i stękaniem właśnie zmieniała pozycję.
– Dlaczego mnie nie budzisz? – zapytałam ją z wyrzutem. Odkleiła martwą powiekę, mlasnęła i zachrapała.
Poszłam do kuchni po kawę, bo sorry, ale zimą, bez kawy to ja nie wyjdę z domu. Choćby się pieseczkowi nie wiem jak sikać chciało.
W kuchni pachniało kawą mojego męża. Pyknęłam w czajnik i dopiero wtedy spojrzałam w okno i zobaczyłam sporą warstewkę śniegu na gałązkach głogu.
Wypiłam tę kawę nieco szybciej, dołożyłam pół tabletki sumatriptanu i pogoniłam psa.
– Chodź, nacieszymy się magią, nim pługi a potem odwilż wszystko popsują.
Ładnie było. Mrok jeszcze całkiem nie pierzchł, przysypane śniegiem uliczne ozdoby wyglądały malowniczo. Pługi poodśniażały tylko ulice, na chodniki wjeżdżały dopiero małe traktorki.
Tosia ostatnio nie chodzi a biega, więc musiałam ją hamować.
Wiatru wcale.
Nie ma to jak śnieg w grudniu.
Śnieg w grudniu cieszy, naprawdę i nawet lód na chodnikach daje się jakoś znieść. W przeciwieństwie do tego samego w marcu, albo co gorzej w kwietniu.
Dzień mi potem upływał na niczym i wszystkim.
W mojej pracy najbardziej nie lubię tego tysiąca i jeden drobiazgów, którymi trzeba się zajmować. Odpowiadać na maile, na telefonu. Po raz tysięczny odpowiadać na te same pytania choć stawiane przez coraz to inne osoby.
Czasem myślę: napiszę książkę „jak prowadzić firmę w Szwecji” i zamiast odpowiadać będę wysyłać książkę. A potem się reflektuję, że po co? I tak nikt nie przeczyta, a nawet jak przeczyta to i tak zadzwoni, bo może jednak, gdzieś tam jest napisane małym druczkiem, że Jaś Kowalski jest na specjalnych prawach i jego obowiązują inne …
Zadzwonił domofon, pomyślałam, że może mi paczkę przynieśli.
Dwa tygodnie temu zamówiłam na Kokonki.pl włóczkę i do dziś dnia jej nie mam. Od Kokonów wyszła nawet szybko, dość szybko dotarła do Niemiec, a potem do Szwecji…i utknęła. Szwedzi jak wiadomo szanują pracę żeby im się za szybko nie zużyła. Od poniedziałku widzę pod linkiem informację, że właśnie dotarła do mojego miasta i jest w doręczaniu…
No to pomyślałam, że wreszcie… ale nie. To tylko klient. No ile razy i ja mam dać gościowi do zrozumienia, że nie życzę sobie nachodzenia bez uzgodnienia. Weźże chłopie umów się ze mną, to się przygotuję: założę stanik, uczeszę włosy, ubiorę się w coś innego niż dres i łapcie.
Nie, zaskakuje mnie zawsze.
Zostawił co trzeba, poszedł sobie, bom go nawet do klatki nie wpuściła (niech se postoi na chłodzie może pójdzie po rozum do głowy).
No to odwalałam tę najgorszą robotę, coraz bardziej sfrustrowana, bo znowu nie dostałam papierów na czas, a termin raportowania w poniedziałek.
Trzeci dzień z rzędu poczta w ogóle nie przyszła. Nie wierzę, że w okresie przedświątecznym ani jedna osoba w bloku przez trzy dni nie dostała ani jednego listu… Szwedzka poczta funkcjonuje coraz gorzej.
Potem odezwała się Helena, że źle się czuje i czy nie idę przypadkiem do sklepu. Poszłam, bo i tak nie miałam za wiele do roboty. Opis dolegliwości Heleny nasunął mi jednak podejrzenie, że zapadła na jedną z najstraszliwszych chorób: na vinternmagsjuka czyli na zimową grypę żołądkową. Zatem kupiłam jej o co prosiła, zaniosłam pod drzwi, ale wiadomość o dostarczeniu wysłałam dopiero gdy wyszłam na podwórko.
Ja nie mam czasu na chorobę, a ta w dodatku jest naprawdę STRASZNA!
Jednego razu dostałam od koleżanki dramatyczną wiadomość, że nie zdążyła siąść kibelek, bo w tym samym czasie wymiotowała… Dodajcie do chlustających wymiotów i ostrej, gwałtownej, nie do powstrzymania, biegunki
wysoką gorączkę oraz potworny ból brzucha to macie obraz.
Tak dotrwałam do 14:30. Stwierdziwszy, że listonosza nadal nie było, zaklęłam i zaczęłam się zbierać na spacer z Tośką… I nagle strzlił mnie grom z jasnego nieba!
STINA!!! Umówiłam się z mamą Mela na dzisiaj. (TZN na wczoraj, na środę). Mówiła, że będzie chwilę po 15 a 15 tuż tuż…
I co teraz?
Oszukałam psa i obeszłyśmy tylko blok dookoła, Stinie napisałam wiadomość, żeby zadzwoniła jak dotrze bo jesteśmy na spacerze.
Gdy weszłam do mieszkania zobaczyłam walające si e kłaki, rozsypany koci żwir, pełno naczyń na blacie w kuchni i czort wie co jeszcze.
Jak na złość: okrągły odkurzacz uznał, że to najlepszy moment by się odciąć. I się odciął od sieci i odmawiał ponownego przyłączenia. Normalny zaś okazał się mieć zapchany worek.
Latałam jak z pieprzem, żeby przynajmniej udawać, że nie jest aż tak brudno. A na sam koniec odkryłam, że przecież nawet nie mam nic do kawy. Tylko jakieś podeschnięte ciasteczka od Olgi i pierniczki z Lidla też dość chyba suche.
Stina przyszła z tulipanami.
Tośka uwaliła się na nią jak nigdy na nikogo poza Pańciem, bo Stinę zna ze spędów rodzinnych i lubi. A
Jak się udało spacyfikować Tośkę to przyszedł Basil i uwalił się przed Stiną tak samo jak Tośka: brzuszkiem do góry czyli „Ciocia, tu lubię, głaskaj”
Z tym, że Basil widział Stinę po raz pierwszy. Nie wiem, Tośka mu powiedziała, że to fajna ciotka?
I tak minął dzień. Noc minęłą jak poprzednia, tylko, że ranek był bez migreny.
W pracy znowu jakieś drobiazgi, papierów nadal brak. Zostały mi trzy spore firmy.
Śnieg nadal leży. O ósmej było -7, więc hohoho! Miasto wygląda ładnie.
Ryan wyciął mi brzydki numer bo kupiłam córcę tę kartę prezentową i miałam ją dostać w ciągu 30 minut. A tymczasem po ponad godzinie nadal nie miałam nic. Poza pieniędzmi, które zeszły z konta.
Zaczęłam szukać gdzie mam się zgłosić z reklamacją… a tu się okazuje, że na ich stronie nie ma opcji reklamacji czegokolwiek co nie jest związane z lotem.
Czat, co niby ma działać 24/24 w ogóle się nie włącza, adresu mailowego nie uświadczysz. Wreszcie udało mi znaleźć numer telefonu na infolinię. Wprowadzenie trwało chyba ze 20 minut! Na szczęście na samym końcu padła informacja „jeśli dzwonisz w innej sprawie wciśnij 9”
Kobieta poprosiła mnie o kod zakupu. Jak to dobrze, że mnie tknęło i go sobie spisałam z ekranu. Bo na moim koncie nie ma żadnego potwierdzenia,kompletnie nic co pokazałoby, że cokolwiek kupiłam.
Dowiedziałam się, że za kilka godzin powinnam dostać i potwierdzenie i kartę.
Oburzyłam się, bo przecież obiecują 30 minut.
Masakra… NIGDY WIĘCEJ!
A jutro o 15 wyjeżdżamy do Kilonii … i sama nie wiem czy się cieszę.
Muszę zorganizować opiekę dla Tosi.
Najbardziej to bym chciała wynająć sobie małe lokum gdzieś w Polsce, w małym miasteczku i tam się zaszyć na czas jakiś.
Strasznie, ale to okropnie chce mi się do Polski.

12 myśli w temacie “113.

  1. Nie jest u nas źle, jak sobie człek wyrobi odpowiednie podejście i nie przejmuje się byle czym. U nas InPost pracuje całkiem ok. Gdyby była tylko poczta to tez pewnie na przesyłki by się czekało…

    Polubienie

  2. Z pocztą polską mam właśnie świeże doświadczenie – wczoraj listonosz dostarczył mi list polecony z policji z wezwaniem na 25 listopada… Wysłany 20 listopada, z miejsca odległego o jakieś 3 kilometry, w tym samym mieście. Dobrze, że dostarczono mi go, zanim dostałam mandat 3 tysiące albo zanim zostałam przymusowo doprowadzona na przesłuchanie w sprawie, w której jestem świadkiem… W moim mieście taka obsługa pocztowa to raczej standard, niż wyjątek, w pracy przeszliśmy na faktury elektroniczne, bo nie dało się inaczej funkcjonować.
    Masz rację, że śnieg w grudniu cieszy najbardziej 🙂
    Udanego wyjazdu .

    Polubienie

  3. To jest ten wyjazd promem z firmą męża, tak?
    Wiem, że przed wyjazdem (szczególnie zimą i jak jest 1000 spraw do załatwienia), to się wydaje bezsensowny pomysł, ale myślę, że jak już wsiądziesz na prom, to będziesz się dobrze bawiła. No i do tego jarmark świąteczny…. Tylko nie zapomnij aparatu, czekamy na zdjęcia.
    Udanej wycieczki!

    Polubienie

    1. tak, to ten. Z Jarmarkiem niestety nie wiem jak będzie, bo odjazd do Szwecji mamy o 17:30. czyli w sumie najładniejszy czas -czas wieczornych świateł – nas ominie bo na promie musimy się stawić o 17.
      Aparat wezmę, bo jakbym nie wzięła to wszędzie bym widziała coś wartego uwiecznienia, i bym się złościła, że nie mam. Ale co z tego wyniknie… kto to wie

      Polubienie

  4. Opis dramatyczny. Napięcie przy czytaniu mnie nie opuszczało. A teraz baw się dobrze i relaksuj się od przyziemnych spraw. Śnieg w grudniu ma niepowtarzalny urok. Ja dopiero co wróciłam, a gotowa jestem na kolejną podróż. Tak mi się chce tej Polski na dłużej. Uściski

    Polubienie

      1. i u nas ta choroba sraczkowo-rzyganiowa szaleje, to się kiedyś nazywało trzydniowa, grypa żołądkowa, głównie roznosiły przedszkolaki…dziś chyba zmodyfikowała. Okropność. Dzieje się u ciebie Trollo. W kraju tutejszym na razie dpd i inne działają jakoś w normie, przed samymi świętami będą osuwy. to pewne.
        Tęsknota za polską mówisz, no to ci zazdroszczę ja na etapie, gdzie by tu uciec z tej polski.

        Polubienie

Dodaj komentarz