109.

Wróciłam z podwórka z Tośką.
Owszem, jest mniej parszywie niż się spodziewałam, ale nadal parszywie.
Spadł ten biały syf śnieg, no i mamy co mamy: śliskie chodniki, śliskie jezdnie oraz wilgoć w powietrzu. Więc z realnego ZERA odczuwalna spada do mniej więcej minus pięć. A gdy zawieje, a zawiewa i to z północnego wschodu, to się odczuwalna robi jeszcze mniej przyjemna.
Na szczęście, moja wełniano-alpako-jedwabna czapa zdaje egzamin. Jest ciepła, nie drapie, wiatru też nie wpuszcza. No dobra, jak w piątek wiało tak, że mało łba nie urwało, to i przez czapkę czułam. Ale na taki wicher to by trzeba było czapę z baraniej skóry…
Zuzu była u mnie prawie cały tydzień: Miśka i Mel byli w Barcelonie i raczyli nas zdjęciami porozbieranych ludzi oraz zieleni…
EM uwierzył prognozom i zmienił nam oponki na zimowe, z kolcami.
Dzięki czemu wczoraj nie bałam się pojechać z Zuzu do naszego podmiejskiego gospodarstawa na jarmark świąteczny.
Przypomniało mi się jednak zbyt późno i jak dotarłyśmy wszyscy się powoli zbierali, choć dopiero minęła czternasta, a gospodarstwo czynne do 16.
To gospodarstwo pokazywałam chyba jesienią, w deszczu. Są tam różne zwierzęta: owce, kucyki, kozy, chyba jakieś ptactwo i króliki. Jest ogród, szklarnia. Jest obora i stodoła. Drewutnia. Krótko mówiąc: normalne gospodarstwo rolne, jakich było wiele jeszcze do niedawna. To nasze jest rodzajem żywego muzeum, dotowane przez komunę, zarządzane i oporządzane przez wolontariuszy. Taki rodzaj organizacji non-profit.
Całkiem ciekawe miejsce.
Zdjęć nie robiłam, bo ciemnawo, poza tym walił śnieg. W mieście, między domami było go zdecydowanie mniej. Obeszłyśmy z Zuzu co było, a nie było wiele, i wróciłyśmy do miasta, robić obiad.
Tydzień nam zleciał nie wiadomo kiedy.
W dni powszednie Zuzu wracała ze szkoły około 15. Ja szłam na spacer z Tosią. Potem robiłyśmy jakiś obiad, ogarniałyśmy jakieś zajęcia typu pianino u Stiny czy wymiana spodni kupionych przez internet. Ciemno się robi już około piętnastej, zwłaszcza jak jest pochmurno, więc jakoś tak człowiek zwalnia, no bo ma uczucie, że wieczór.
Walałyśmy się po moim łóżku, coś oglądały… Szybko przychodził czas by iść do łóżka.
W sobotę dziadek zabrał Zuzu i Ellie na duży basen, taki ze zjeżdżalniami itp… I zeszło im do wieczora. Tak więc w sumie miałyśmy tylko tę niedzielę.
Próbowałyśmy zrobić gwiazdę z papieru, ale wyszło nam tak sobie. Rysowałyśmy. Potem uczyłam Zuzu przerabiac oczka na drutach. Nie wiedziałam, że to takie trudne! Mnie się wydaje, że ja od zawsze to umiem, jak to możliwe, że nie pamiętam procesu nauki?
Zuzu pomogła mi obierać ziemniaki na obiad (ona obrała jednego czy dwa, ja w tym czasie resztę, ale ja mam jakieś 40lat doświadczenia, więc nic dziwnego).
W sumie nadal moja wnuczka nadal jest najmniej kłopotliwym dzieckiem na świecie. Sama wstaje rano, sama się ubiera i bierze płatki na śniadanie. Chętnie spędza czas ze mną, ale jak jestem zajęta albo mówię, że potrzebuję chwili dla siebie zajmuję się czymś innym i tez nie ma problemu.
Najbardziej mnie martwi, to… że jest ZA GRZECZNA. Ale i mama i tata twierdzą, że u nich potrafi focha strzelić i drzwiami walnąć. No i dobrze.
Wczoraj jeszcze miałyśmy dzień dokuczania Basilowi.
No bo naprawdę… Co się z tym kotem porobiło to strach. Całymi nocami łazi i miauczy, skacze mi na półkę nad głową, bo wie, że to mnie zawsze podnosi… Próbowałam go zamykać, ale tak wali łapami w drzwi, że nie da się tego nie słyszeć.
No to wczoraj pilnowałyśmy go z Zuzu, żeby nie spał w dzień. Co kilkanaście minut sprawdzałyśmy co robi i wyciągałyśmy ze schowków. W akcie rozpaczy chyba schronił się na szafę u Pańcia. Ale wołany wylazł. Opłacało się! Spał całą noc bez awantur. Muszę go dziś znowu tak poganiać.

I tak to.
A jak u was? Kto ma śnieg, a kto ma co innego?
Pochwalcie się! Zdjęcia mile widziane na trollatrolla@outlook.com

10 myśli w temacie “109.

  1. Zastanawiam się, jaką czapkę włożysz w zimie:)
    Moja najstarsza wnuczka też taka grzeczna, aż nie mogę uwierzyć jej mamie, że w domu bywa inaczej:)
    Poprószyło i u mnie. Pierwszego dnia myślałam, że zamarznę. Po trzech dniach oswoiłam się opiupinke z temperaturą poniżej zera. Byle do marca.

    Polubienie

    1. akurat mój sąsiad tam wczoraj do Was pojechał rolować łajbę, uuuu nie zazdroszczę mu. U nas słoneczko na Pomorzu i trochę poprószyło, sucho i bezwietrznie czyli całkiem sympatycznie. Jeszcze bez czapki biegam. ale w zimowej kurtce zwanej śpiworem 🙂 pozdrawiam

      Polubienie

      1. hohoho… jeśli płynął promem to mu nie zazdroszczę, bo pewnie huśtało.
        Ja mogę biegać w lżejszych rzeczach, zwłaszcza jeśli nie idę na spacer z psem (bo wtedy to się bardziej stoi niż idzie) a tylko sama. Ale w głowę i ręce muszę mieć ciepło.

        Polubienie

    2. jak to JAKĄ? Tę samą. Włókna naturalne mają to do siebie, że dają tyle ciepła ile w danej chwili potrzeba. Poza tym zima przyszła już. W piątek odczuwalna była -10. Termometr pokazywał 1stopień, a wiatr urywał głowę.
      Byle do kwietnia

      Polubienie

  2. No tak u Ciebie zimą a ja w kraju nadal bez czapki. Chociaż przywiozłam. W Italii też noszą ale raczej jako dodatek modny, bo jak wiadomo generalnie nie jest potrzebna. Uściski

    Polubienie

Dodaj komentarz