Zrobili w mieścinie skatepark.
Ja, jako urodzona malkontentka, marudzę, że zbudowanie dwóch betonowych ramp z pochylniami nie tworzy jeszcze parku… Oraz, że może przydałoby się w związku z tym przywrócić dyżury chirurga w naszej izbie przyjęć.
Któregoś dnia, w ubiegłym tygodniu odwiedził mnie synek dumnie dzierżący w nowiutką deskorolkę w garści. Bo on właśnie idzie potestować.
W weekend jak już nieco odparowałam po bieganinie ostatnich dni, przyszło mi do głowy, żeby smarkaczowi dziecku nakazać zabezpieczanie łba kaskiem, bo skater z niego żaden, a walnąć łbem o beton to nie żarty.
Zaraz potem zgromiłam samą siebie, że dziecko przecież bardzo już dorosłe, samo mogłoby być rodzicem i to nawet całkiem sporego potomka, więc chyba rozum ma i wie…
W poniedziałek dziecko weszło do mnie i bez ceregieli zapytało czy mam taką opaskę zaciskową na rękę. Myślałam, że chodzi o zatamowanie krwotoku, ale nie, pytał o te opaski jakich używam na nadgarstki gdy deszczy i ból stawów nie daje spać.
Miałam.
– A co? Rączka boli od myszy?
– Nie, chyba coś sobie naciągnąłem na desce, bo się mało nie wywaliłem i się podparłem…
Zapięłam mu tę opaskę.
Podparł się… mówi. Hm…
Jakoś tak w 1978 a może 1979, późną jesienią, chyba w listopadzie, pojechałyśmy z Baśką na weekend na Mazury, do babci. Do babci, acha… Baśka miała lat piętnaście lub szesnaście, ja o dwa mniej i doprawdy w tym wieku babcia jest zawsze tylko pretekstem.
Oczywiście jak tylko moja siostra pojawiła się we wsi to wszystkie chłopaki, nasi wakacyjni kumple natychmiast się o tym dowiedzieli. No i wieczorem się po prostu karnie zjawili.
Andrzej G, oficjalny chłopak, Andrzej B – najlepszy kumpel tego pierwszego, beznadziejnie zakochany w mojej siostrze od co najmniej dwóch lat. Pewnie też Jasiek K bo on zawsze był z Andrzejami i ten na odmianę podrywał mnie, pewnie dlatego, że od Baśki był niestety młodszy o rok czy dwa, więc nie uchodziło.
Andrzej B zadał szyku i przyjechał Komarkiem.
Młodzieży. Komarek to był taki motorower. Kto go miał, to robił lepsze wrażenie niż gdyby dziś rozbijał się najnowszym modelem BMW.
Baśka umiała jeździć komarkiem, bo ojciec ją nauczył, na swoim służbowym.
Pamiętam, że było ciemno, ale nie tak zupełnie czarno. Możliwe, że świecił księżyc. Powietrze było mroźne, bo wtedy na Mazurach zima i przymrozki przychodziły już w listopadzie.
Baśka się pochwaliła, że umie jeździć na Komarku, Andrzej B zapytał czy chce się przejechać, wietrząc w tym okazję do romantycznego sam na sam z obiektem westchnień. Wsiedli i pojechali w noc polną, wiejską drogę pełną zamarzniętych kolein.
Chwilę ich nie było, potem wrócili. Andrzej B z przodu Baśka z tyłu jakaś niemrawa. Szybko też zakończyła wieczór, bo jak Baśka mówiła, że idziemy spać, to się szło i koniec. Gdyśmy się układały spać okazało się, że Baśka ma spuchniętą rękę. I że ją dość boli i dlatego była niemrawa. No bo jej Komarek jakoś tak „ujechał” na koleinie, no i ona się podparła, żeby się nie wywalili.
Nazajutrz wracałyśmy do domu. Najpierw autobusem do Wydmin, potem pociągiem do Olszyna, potem, znów autobusem, do Miasteczka.
W pociągu Baśka zapytała mnie czy mam jakieś tabletki. Już wtedy cierpiałam na notoryczne bóle głowy i tabletki z krzyżykiem czy jakąś inną pabialginę lub pyralginę zawsze miałam w kieszeni. Dałam Baśce tabletkę, ale nie miałyśmy nic do picia. Baśka powiedziała, że zagryzie kanapką. Bo kanapki miałyśmy. Baśka zrobiła, jak zawsze.
Dałam jej więc tę tabletkę i wróciłam do lektury. W którym momencie podniosłam głowę i zobaczyłam, że siedząca na przeciw mnie Baśka gryzie te kanapkę, a po twarzy płyną jej łzy. Ona nie płakała. Po prostu leciały jej łzy…
Wtedy do mnie dotarło, że chyba ją ta ręka boli. Baśka owszem przytaknęła, ale od razu wymusiła na mnie przysięgę, że nic starym nie powiem.
Dojechałyśmy do domu, starzy się nieco zdziwili, że w sobotę a nie w niedzielę, ale nie dociekali. Matka miała za wiele na głowie, a ojciec nie lubił jak tam jeździmy, bo kiedyś zobaczył zdjęcia z wakacji a na nich swą córeczkę w objęciach Andrzeja G., więc się raczej ucieszył.
Na pytanie jak było odpowiedziałyśmy zgodnym dwugłosem, że fajnie, ale na wszelki wypadek za wiele nie mówiłyśmy. Ja mogłam wsadzić nos w książkę i nikt nie zauważył nic podejrzanego.
Jednak wieczorem, gdyśmy się szykowały do snu, zobaczyłam, że ręka Baśki nie tylko jest nadal spuchnięta jak balon, to jeszcze sina i czerwono nakrapiana. Nie wyglądało to dobrze.
Stoczyłam bitwę pomiędzy lojalnością wobec kumpeli siostry a obawą o nią. Uznałam, że nie ma co się wygłupiać, trzeba któremuś ze starych powiedzieć. Padło na matkę bo z nią miałam jakąś tam relację, podczas gdy z ojcem nie za bardzo.
Matka weszła do łazienki, obejrzała rękę… I się zaczęło.
Baśka na mnie z mordą, że jestem świnia i kablara i nigdy więcej nigdzie mnie ze sobą nie zabierze.
Ojciec, którego matka oczywiście powiadomiła, do matki, że proszę bardzo oto efekty wyjazdu na tę głupią wiochę, i że nie ma mowy, więcej tam nie pojadą.
Matka do ojca z mordą, że to przez jego głupie pomysły, bo kto ją nauczył jeździć komarkiem?! Ale to za jakiś czas dopiero, bo teraz nie powiedziałyśmy starym o tym jak się to stało. Oficjalna wersja głosiła, że się wygłupiałyśmy i Baśka spadła z łóżka.
Więc oczywiście i ojciec i matka z mordą na mnie, że to moja wina, bo siostrę zepchnęłam i patrz co narobiłaś… Możliwe, że dlatego wywaliłam, że to wcale nie ja, tylko Komarek itd…
Ręka okazała się być złamaną w łokciu.
A ona się tylko podparła…
Jak teraz jej chrześniak, synek mój.
Dziecko stwierdziło, że nic mu nie jest i on idzie do domu.
Poszedł a ja dopiero wtedy sobie przypomniałam, że jednak powinnam mu o tym kasku powiedzieć.
Przyszedł wieczór. Ułożyłam się do spania i właśnie zaczynałam zasypiać gdy zadzwonił mój telefon.
Spojrzałam na zegar: 22:00
Na wyświetlaczu: synek dzwoni.
Zaklęłam, bo już wiedziałam.
– Co? Musisz jechać na akut (ostry dyżur)? – odezwałam się od razu.
– Noooo… Do Skövde…
– Dasz radę sam? Czy cię zawieźć?
– Raczej nie dam
– Gdzie jesteś?
– Na akucie, u nas.
– Dobra, będę za 10 minut, bo muszę się ubrać.
Podjechałam, był na zewnątrz. Czekał jeszcze na pielęgniarkę, która mu miała jakiś papier dać. Stanęłam obok i czekaliśmy razem.
Naprzeciw nas, na parkingu stało jakoś tak znajomo wyglądające auto.
Przyjrzałam się. A, opel astra. Zaraz: XWE…? to MOJA astra!
Stały sobie tak obok siebie: Wypierdek i Astra. Awwwww…
Papierkiem na jaki czekaliśmy była zielona, samoprzylepna karteczka… z czort wie czym.
Droga była prawie pusta. Nauczyłam się włączać światła drogowe w Wypierdku, bo w lesie było już ciemnawo, choć tam gdzie pola można było spokojnie jechać na światłach do dziennej jazdy.
Yankie miotał się na siedzeniu obok na przemian klnąc i sycząc z bólu, ale przez miasto nawigował bezbłędnie.
W Skovde byliśmy mniej więcej o 23:30.
Yanki poszedł do środka, ja zostałam w samochodzie, bo od czasów pandemii do środka, na izbę przyjęć wchodzą tylko pacjenci, no chyba, że dziecko, to wtedy jeden rodzic może wejść. Zapłaciłam za 1 godzinę parkowania. Włączyłam audiobooka. Chyba przysnęłam.
Ocknęłam się, niebo nad szpitalem było jasne, ale dookoła ciemne.
Kupiłam kolejną godzinę. Znowu słuchałam audiobooka i drzemałam.
Jasność nad szpitalem najpierw się zmniejszyła a potem zaczęła powiększać.
Kupiłam kolejną godzinę.
Właśnie się szykowałam by zapłacić za czwartą godzinę, gdy synek zadzwonił, że już idzie.
Dostał gustowny gipsik w czerwonej osłonce na 4 tygodnie.
Małe pęknięcie kości kciuka.
– Jakby ci pół rączki urwało to pewnie ból byłby mniejszy – stwierdziłam.
O 2:45 wyjechaliśmy.
Na polach snuła się mgła, w tej mgle pasły się zwierzęta, słońce wschodziło różowo, aż żałowałam, że nie wzięłam aparatu.
Z drugiej strony w głowie mi się kolebało ze zmęczenia, więc skupiałam się na tym by trzymać się własnego pasa.
O 4 byłam w swoim łóżku.
Dzień potem był całkowicie do niczego.
Troszkę kopiujesz swoich rodziców
PolubieniePolubienie
doprawdy?
PolubieniePolubienie
Uff. Po chrzestnych też mamy w genach, to i owo.
Kolejna historyjka rodzinna. I już fajnie zapisana. Uściski.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Tez bym sie martwila takim duzym chlopem. Nosi kask teraz?
PolubieniePolubienie
teraz nie jeździ, ale będzie nosił ochraniacze i kask – obiecał mi.
PolubieniePolubienie
Ja Ciebie bardzo dobrze rozumiem. Wyobraź sobie że masz dwóch synów jeżdżących na motorach przy tutejszym ruchu drogowym. Za każdym razem jak wyjeżdżają modlę się żeby cało wrócili. I co im mogę powiedzieć? Tylko: uważajcie na siebie.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
No właśnie.
PolubieniePolubienie