57.

W niedzielę przed południem pojechałam do kolegi-klienta na przegląd Hyundaya. Chodziło mi o podłączenie auta pod komputer, żebym zobaczyła czy nie pokaże mi jakichś błędów. Wiecie: handlarze mają swoje sposoby by jakieś alarmujące czujniki powyłączać, człowiek kupuje samochód przekonany, że robi dobry zakup, a potem się budzi z ręką w nocniku.
Wszystkiego sprawdzić się nie da, wiadomo, ale choć tę podstawę warto, zwłaszcza jak się ma gwarancję od sprzedającego na kilka miesięcy.
P. podłączył ustrojstwo i się zaśmiał, że takie rzeczy to on rzadko widuje i podsunął mi ekranik pod nos. Nie wiedziałam na co patrzę, więc mi wyjaśnił, że to kolejne punkty jakie sprawdza komputer a przy każdym jak byk: nie znaleziono błędów.
Na koniec poklepał Wypierdka po masce i powiedział, że to dobry samochodzik.
Jeszcze chwilę pogadaliśmy o jego firmie, tłumaczyłam mu różnice między zwykłą firmą a spółką z o.o., pokazywałam jak to się przekłada na podatki i pojechałam do domu.
Ale.
Do domu to nie było blisko. P mieszka na wsi, do mnie ma jakieś 30km i żeby do niego dojechać ode mnie to trzeba się wbić z wiejskiej drogi na przelotową, dość uczęszczaną drogę, w dodatku ze skrętem w lewo.
Normalnie bym umierała ze strachu, ale teraz myślałam o zostawionej w domu chorej Tośce. Plan był taki, że eM ze mną pojedzie, ale bałam się chorego psa zostawiać samego w domu, więc zaryzykowałam, choć nie do końca wiedziałam, gdzie ten P mieszka. A jak już dojechałam bez problemu, to powrót był jak bułka z masłem.
Pogoda była wyjątkowa, ciepło, ale nie upalnie. Pod jednolicie błękitnym niebem żółciły się pola rzepaku. Podłączyłam USB i radio mi grało Dire Straits.

Zdjęcia z telefonu (bleeee)

Jechałam sobie wiejską drogą, ruch był mały, bo niedziela przed świętem 6 czerwca. Na drodze prawie cały czas znaki ograniczające prędkość do 80km/godz, więc się nie stresowałam, że jadę za wolno, a przysięgam, że 80-90km na godzinę to jest naprawdę doskonałe tempo jazdy. Większość trasy znam dość dobrze, bo tą samą drogą jeździłam do Litwinów, więc wiem że są tam dwa radary i dwa ograniczenia prędkości.
Aż tu naraz, za jadącym za mną od dłuższego czasu autem mignęło mi coś jaskrawo żółtego i niebieskiego. Policja? Kurde… policja. Jak ja jechałam? Czy aby nigdzie się nie zagapiłam i nie przekroczyłam zbytnio tej osiemdziesiątki? Jak wiadomo: na złodzieju czapka gore…
Zrobiłam rachunek sumienia, wyszło mi, że raczej nie mam się czego bać, odetchnęłam i jechałam dalej, nareszcie rozumiejąc dlaczego ten z tyłu mnie nie wyprzedza.
Wreszcie z tym drugim ograniczeniem chyba i policjantom się znudziło, bo depnęli, wyprzedzili nas i pomknęli. Hehehe… na pewno jechali dużo szybciej niż 80km/godz. No ale na pewno mieli dobry powód… Dobra, nie czepiam się. Szwedzka policja też nie jest czepliwa, choć może powinni być.
Dojechałam do domu i byłam z siebie cała dumna.
Oczywiście pierwsze pytanie po wejściu do domu było o Tosię.
Pies się ze mną przywitał, choć zaraz znowu się położyła. eM zameldował, że byli na podwórku, ale już bez wypróżnień.
Jeszcze złapałam whisky, kilka ciuchów Zuzu i pojechałam do Misi i Mela.
Mel właśnie skończył swoje studia i z tej okazji urządzali ogrodowe party z grillem i piwem. Mieliśmy zamiar być, ale ze względu na Tosię zrezygnowaliśmy. Samej nie chcieliśmy jej zostawiać, a zabrać ze sobą baliśmy się, bo jeśli to jakiś wirus, to jeszcze by się Maja i Helmer zarazili. (Nie wiem czy to możliwe, ale wolałam uważać).
A potem był spokój. Tosia drzemała, co dwie godziny sypałam jej odrobinę karmy do miski, posypywałam to takim proszkiem z mikroelementami. eM z kolei podawał taką pastę o wyglądzie mewiej kupy. I wstrzymywaliśmy oddech w nadziei…
Około 18 zapakowałam do plecaka kocyk, książkę i okulary, i zabrałam Tosię na spacerek, z planem, że pójdziemy na boisko i poleżymy na trawie. Przy blokowym grillu urzędowali sąsiedzi, Tośka zwietrzyła żarcie, a głodna była okrutnie, i zdecydowała, że ona nigdzie nie idzie. Więc rozłożyłam się z kocykiem na trawie pod blokiem. Tośka obok.
Sąsiedzi (imigranci z jakiegoś arabskiego kraju) zagadywali, gotowi byli nawet psa poczęstować, ale odmówiłam, tłumacząc że chora i ma dietę.
Dobra, miłe to było, ale strasznie mi się nie chciało z nimi gadać.
Wreszcie upiekli co mieli i poszli do domu.
Tośka poleżała chwilę a potem wstała i pociągnęła mnie do grilla. Obwąchała wszystko, sprawdziła, czy nic nie zostało i powiedziała, że ona chce do domu.
Noc minęła spokojnie.
W poniedziałek, choć to święto czyli Nationaldagen, popracowałam 5 godzin, a potem pojechaliśmy na Stenbrott.
Ludzi były całe masy. Arabski mieszał się z ukraińskim… Po krzakach parkowały kampery. Obeszliśmy cały kamieniołom. Tosia szła dość niemrawo. Zmęczona wyraźnie i osłabiona, ale od ponad 24 godzin bez biegunki.
Nadal było ciepło, ale pochmurno.
Świat majowo-czerwcowy to takim bardziej pięknym jest.

Na koniec… chyba odwiedziła mnie Kalina. Bo w co wcieliłby się duch tej wielbicielki jamników?

6 myśli w temacie “57.

Dodaj komentarz