128.

Wieje. Na termometrze +6.
Czy to dlatego wybudziłam się i nie mogłam usnąć?
Ostatnio wybudzam się zanim rozboli się głowa. Dziś też. Niewiele to daje, bo ta głowa i tak się rozboli i nie da spać.
Wstałam.
A, że zasnęłam około północy to będę za chwilę śnięta, a tu trzeba psa przegonić.
A właśnie.
Poszłam wczoraj z Tośką do Yankiego w ramach spaceru popołudniowego. Zaniosłam dziecku dokumenty jednego klienta z którym mi pomaga, a przy okazji pokazałam Tosi gdzie on teraz mieszka. Pomyślałam, że gdyby tak się zdarzyło, że z jakiegoś powodu będziemy oboje musieli wyjechać, dobrze, żeby pies znał mieszkanie Yankiego.
W sumie ode mnie do jego mieszkania to jest 5, no może 10minut takiego spokojnego marszu. Byłoby mniej, ale rzeka, więc trzeba skręcić na most.
Żeby mi się pies nie narowił po drodze napuszczałam ją na szukanie Yankiego
– Tosia, idziemy do Yankiego? Chodź, pójdziemy do Yankiego! Gdzie Yankie? No gdzie? – mówiłam tonem pełnym entuzjazmu. Pies strzygł uszami, kręcił głową na wszystkie strony bo szukał gdzie ten obiecany człowiek.
Na Torget okazało się…ślisko! Plac wyłożony jest kostką brukową i kamiennymi płytami, a to jak wiadomo trzyma temperaturę. W dodatku wilgoci tam więcej, bo rzeka blisko. Poślizgnąwszy się dwa razy, zawróciłam na zwykły chodnik pod lipami. Zaczynam się robić specjalistką od powierzchni gładkich.
Tośka na widok mojego syna ucieszyła się przeogromnie, natychmiast zaczęła się mizdrzyć do niego. I z tej radości nawet weszła po tych pięciu schodach. Bo Tosia przecież nie wchodzi do obcych pomieszczeń a już na pewno nie tam, gdzie są schody. Nie i już.
Teraz weszła, wpadła do mieszkania, obwęszyła kąty i poleciała do drzwi wyjściowych, że idziemy.
To poszłyśmy. Szła grzecznie, bo jej pozwoliłam węszyć tam, gdzie wcześniej nie dałam. Doszłyśmy do skwerku przed mostem, do fontanny i naraz pies się zreflektował.
– NIE IDĘ – orzekła całą sobą i dla podkreślenia wagi wypowiedzi położyła się na betonowym obramowaniu fontanny.
– Ale co ” nie idę”, o co ci chodzi ty uparciuchu?- dopytywałam a jednocześnie używałam argumentów ręcznych by oporne zwierze nakłonić do podjęcia współpracy. Udało mi się uzyskać tyle, że zlazła z kamiennego murku i położyła się na żwirowanej ścieżce.
Ona nie idzie. Sorry mamusia, ale taki mamy klimat, że ja nie idę. TAM nie idę.
Acha. TAM nie. To gdzie? No to pokaż gdzie idziesz?
Wstała, zawróciła …i pociągnęła mnie w kierunku z którego przyszłyśmy.
AAAAAA! Yankie się zgubił, tak? Wracamy żeby go zabrać do domu, tak?
Uratowały mnie cukierki psie. Jakie to szczęście, że Tosia jest łakomczuchem! Tylko dzięki temu jeszcze jej nie zabiłam……………………………………………………………………..

Gadam głupoty, oczywiście. Kocham ją i wybaczam fochy i nieracjonalne (według mnie) zachowania. Tosia na pewno ma swoje wytłumaczenia na wiele rzeczy. Czemu nie lubi obcych miejsc. Czemu nie wchodzi po nieznanych schodach. Czemu nie lubi wiatru nawet jak jest w domu. Dlaczego nagle przychodzi i chce do mamusi, na kolanka najchętniej. Dlaczego jednym ludziom daje się głaskać a przed innymi chowa się za moje nogi. Itd…
Ostatnio był u mnie klient, Serb. Spoko facet, ale nie lubi psów. No nie lubi. Usiłowałam Tosię zostawić w przedpokoju, za bramką. Rozszczekała się oburzona. Musiałam ją wpuścić. A ta wlazła na kanapę i usiadła obok Serba.
Normalnie jak ktoś przychodzi to Tośka się przywita, zbierze należne hołdy i głaski a potem się układa pod biurkiem.
A tu nie. Facet się przesuwał na kanapie, a ona za znim. I z uporem maniaka prezentowała postawę:
– Ale jak mnie nie lubisz? Mnie nie lubisz? MNIE? ALe zobacz jaka jestem fajna. Mam fajne futerko. O, wiesz co? dam ci buzi. Tu w ucho. Fajnie, nie? Nie? To w kolano… Też nie? Dobra, to tylko cię przytulę i za rączkę potrzymam. No zobacz jaka jestem fajna, jak możesz mnie nie lubić.
Szkoda mi było chłopa, ściągałam psa do siebie, usiłowałam czochraniem przekupić, żeby siedziała przy mnie, ale jak tylko na chwilę przestawałam – właziła na kanapę i zaczynała od nowa. I tak przez pół godziny.
Ewidentnie mam niewychowanego psa. Na szczęście większość moich klientów, którzy bywają u mnie w domu nie ma nic przeciwko a są tacy co wręcz lubią.
Mam w sumie chyba tylko dwóch takich co nie lubią, więc staram się z nimi spotykać na podwórku przed domem.

Gdy wróciłyśmy do domu, zrobiłam mężowi kopytka, bo poprosił. Tosia swoim zwyczajem położyła się w przejściu pomiędzy kuchnią, a przedpokojem i czujnie obserwowała moje poczynania.
Gdy tak leży w pozycji WARUJ (tylne łapy pod brzuchem, brzuch na ziemi, przednie łapy wyciągnięte w przód a pomiędzy nimi – głowa) wygląda jak gigantyczna maskotka.
Klnę potykając się o nią, a chwilę potem się uśmiecham. Niech leży. Niech przeszkadza. Niech sobie będzie łakomym uparciuchem. Niewychowanym, namolnym futrzakiem. Niech sobie szczeka. I niech mi kradnie i obślinia nawet najulubieńsze ciuchy. Tylko niech będzie.
Bo właśnie się dowiedziałam, że znajomych pies, też berneński pies pasterski, ma tak rozwalone stawy przez dysplazję, że nie ma co leczyć.
Mimo, że gotowi byli wydać pieniądze na operację i rehabilitację, byle tylko psa ratować. Po ostatnim rentgenie padła sugestia by już psa nie wybudzać.
Nie dali rady. Pies jest z nimi od maja, nie ma jeszcze nawet roku. Stwierdzili, że będą walczyć o każdy dzień jego życia, tak długo dopóki będą widzieć, że pies ma jakąkolwiek radość.
Przykro strasznie. To ja namówiłam ich na tę właśnie rasę, ale hodowlę wybrali sobie sami. Pies po czempionach, hodowla wydawałoby się rzetelna – mają tylko berny i jeszcze jedną rasę.
Ale szczeniętom nie zrobili prześwietleń mimo zaleceń. Bo nie ma obowiązku.
Bardzo wygodnie…
I znowu mam mieszane uczucia co do tych uznanych hodowców.
Już nawet takim nie można zaufać.
Więc patrzę na Tosię i dziękuję za każdą jej psotę.
Niech psoci. Bo skoro psoci – to znaczy, że ma jeszcze siłę.



2 myśli w temacie “128.

  1. Lubię opowieści o Tosi. Wydaje mi się, że to zaprzyjaźniona mi kobietka. A charakterek , prawie jak u mojego Funia. Jednych skubie, innych lubi, innych lekceważy. Też duży pies około 40 kilogramów. Dobrze, że nie wpada w stupor spacerowy. Faktycznie ciężko by było. Wyobrażam sobie co przeżywasz. Jak mój był szczeniakiem nie chciał wychodzić poza furtkę. Tylko swoje terytorium dom i ogród. Spacerowałam dookoła domu. Nawet nie zbliżał się do furtki. Miał prawie rok jak wyszedł na pierwszy spacer za furtkę. Pamiętam ja w klapkach (jeszcze śnieg leżał) kiełbasa i smaczki w kieszeni zimowej kurtki i nauka chodzenia na smyczy. Jakoś rozpędem wyszedł za furtkę. Chciałam zrobić takie okrążenie dookoła kilku domów. Brakowało mi 200metrów do domu jak Funio się przestraszył przejeżdżającego samochodu dostawczego. Położył się na chodniku i koniec spaceru. Ani kiełbasa, ani smaczki nic nie pomogło. Do dziś nie wiem jak to uczyniłam, że Funia wzięłam na ręce i niosłam do domu. Po pomoc nie miałam jak zadzwonić telefonu nie było. Jak opadłam z sił psa znów położyłam. Coś mu się w głowie przełożyło i poszliśmy. Dobrze się skończyło 🙂 Następne spacery bez problemu. Pies znaleziony w rowie i bał się wchodzić do samochodu, bał się właściwie wszystkiego, nawet spaceru. Teraz to odważny duży chłopak. Spacerujemy codziennie.
    Co do hodowli, to nie zawsze rozumiem co kieruje hodowcą ? Koleżanka ma psa małego wyżła z atakami padaczki. Właściwie w każdym miocie, z tej hodowli, jest taki wadliwy. Jak właściciele chcą to się odnajdą. A hodowca dalej rozmnaża i oferuje do sprzedaży. Znów znajoma Hodowczyni Ania (sznaucery olbrzymy) zrobiła badania genetyczne sukom i gdy wyszła możliwa wada serca. Możliwa (podkreślam) nie rozmnaża. Owszem to dwie sunie medalistki wystawowe, ale bez dzieci. Kocha je, chwali się nimi na wystawach, ale nie rozmnaża. Przecież to nieludzkie. Człowiek przyzwyczai się do swojego towarzysza i co? Właśnie co, leczyć? A jak się nie da? Smutne to, że nie każdy myśli o innych, tylko zlicza swoje konto.
    Pozdrawiam

    Polubienie

    1. oj, biedny Funio! ktoś go musiał z samochodu wyrzucić, nic dziwnego, że potem się bał wychodzić z domu, gdzie mu dobrze, że bał się samochodu, bo może znowu wyrzucą.
      Dobrze, że się odważył zaufać.

      Polubienie

Dodaj komentarz