Najpierw z telefonu czyli przepraszam za jakość





I jeszcze z aparatu…też takie sobie








Podsumowując: Ryga warta jest by do niej wrócić. Najlepiej w pojedynkę lub z kimś, kto rozumie potrzebę zatrzymania się, popatrzenia, zrobienia kilku ujęć.
Jest tam ogrom rzeczy, które warte są uwagi, choć starówka przy tej tallińskiej wydaje się być niewielka i dzięki temu przytulniejsza.
Też uważam, że warto wrócić. 🙂
PolubieniePolubienie
tak sobie myślę czy nie zrobić sobie latem takiego tripu: Tallin, Ryga, Kowno, Wilno…
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Dobry pomysł.
PolubieniePolubienie
Zaplanuj jeszcze Troki na Litwie 🙂
PolubieniePolubienie
Na Litwę potrzebuję oddzielnego urlopu, rodzina mojego ojca stamtąd pochodzi, chciałabym poszukać śladów
PolubieniePolubienie
Oj, oj zupełnie jak i u mnie. Taty rodzina mieszkała w okolicy Ignalina. To pobliże elektrowni atomowej w Snieczkus. Te cudne lasy i jeziora. Krajobrazy jak z bajki. Te noclegi w drewnianym domu. Łowienie ryb, zbieranie grzybów, opowieści o życiu. Tam byłam bardzo, bardzo dawno. Nikt tam nie został. Starzy powymierali, a młodzi pojechali do Wilna. Ponieważ jest to pogranicze Litewsko Białoruskie to google maps słabo spenetrowane. Słabo się widzi. Brak tych przygranicznych miejscowości. Dopiero pisząc to uzmysłowiłam sobie, że mieszkańcy z Litwy korzystają z kościoła na Białorusi. Właśnie ten twór ZSRR to uczynił. Żadnych granic tam nie było. Pewnie teraz niemożliwe jest poruszanie w tej strefie.
PolubieniePolubienie
Spojrzałam na drugie zdjęcie i prawie czekoladą zapachniało. Laima to taki łotewski Wedel. Czytając Twoje wpisy wiedziałam o Tallinie i nie pomyślałam, że to blisko. Ostatni raz w Rydze byłam w 2016 roku. Bywałam tam o każdej porze roku. Jest tam zawsze urokliwie. Za każdym razem jestem w takiej restauracji LIDO. Restauracja ma kształt odwróconej łodzi. Podobno jest i druga o tej samej nazwie. Ja byłam tylko w tej starszej. Mam tam ulubione mięsko. Bratanica nauczyła mnie robić i w domu nazywamy to: Mięsko po Łotewsku. Pierwszy raz byłam ( w Rydze) jako dziewczynka, która widząc całe ulice zastawione rusztowaniami zasłonięte siatkami nie wiedziała co o tym myśleć. I nagle słyszę : qrwa wiesz co robisz, zastanów się? Stanęłam i się zapatrzyłam w siatki. Język polski nie był popularny w dawnym ZSRR. Wychylił się jakiś mężczyzna. A ja grzeczna dziewczynka powiedziałam: dzień dobry. Jak dawno to było, a ja wciąż to pamiętam i widok twarzy tego mężczyzny:) Potem się dowiedziałam, że przez kilka lat polskie pracownie konserwacji zabytków dokonywały renowacji ryskiej starówki. Może dlatego tak nam się podoba. Jak widzę również Tobie 🙂 pozdrawiam
PolubieniePolubienie
Oooo, takie komentarze to ja lubię!
tak słyszałam, że tę starówkę odnawiali Polscy specjaliści.
Laima to nie wiedziałam, że czekolada. Córka mówiła, że to najstarszy uliczny zegar w Rydze czy coś…
Ale co TY robiłaś w Rydze za czasów ZSRR/PRL?!
PolubieniePolubienie
Od 1972 roku tam jeżdżę. Może nie regularnie, ale bywam. Sprawy rodzinne. Moja mama miała siostrę i brata. Z tego miałam dwoje kuzynów i trzy kuzynki. Za najstarszym z nich Edwardem (elektryk na statkach dalekomorskich) wszyscy jako miejsce zamieszkania wybierali Rygę. Edwarda córcia Lenka zrobiła ze mnie babcią cioteczną w wieku 18 -tu lat. Różnica wieku to spowodowała. Co robiłam? Zwiedzałam, cieszyłam się z kontaktów rodzinnych. Pamiętam z dzieciństwa wycieczki do Jurmały. To taki nadmorski kurort w tamtych czasach, było tam takie wesołe miasteczko jakiego chyba w Polsce nie było. Jeździło się „elektryczką”rano a wracało po południu.Co do LAIMY, fabryki czekolady to cała dzielnica pachniała czekoladą. Byłam w szoku, że zapach może być tak niesamowity. Siedzisz na skwerku na ławeczce i wdychasz czekoladowy zapach. Jak w SPA. Dziś jeszcze mam Black Balsam (produkują to tradycyjnie od 1752 roku) to taki Łotewski ziołowy 45% alkohol. Stosuje się jako lekarstwo. Na wszystko (oprócz alkoholizmu oczywiście) głowa boli, niestrawność, w kościach kręci kieliszeczek. Bardzo ziołowe. Dziś produkują również jakieś smakowe balsamy. Próbowałam śliwkowego uważam, że ziołowa klasyka jest najlepsza.A jeszcze ze wspomnień z dzieciństwa pamiętam takie hale targowe. Stare hangary po sterowcach wykorzystane jako miejsce do handlu. Klimat tam ostry i takie zadaszenie ułatwia handel. W życiu nie widziałam owoców w takich ilościach. W tamtym czasie (w Polsce) arbuzy sklepowe dzieliły na kawałki, żeby starczyło dla większej ilości osób. A tam, kupuj co chcesz: brzoskwinie, winogrona jasne ciemne, morele, granaty, bakłażany. Pierwszy raz w życiu jadłam granaty:) I z tym bazarem wiąże się moja fobia na temat arbuza. Arbuzy leżały w hałdzie na ziemi/klepisku pod halą. Sprzedawali to ciemnoskórzy panowie. I jak na targu wszyscy chodzili dorośli, dzieci, psy i koty. Oczywiście pieski płci męskiej obsikiwały te hałdy z arbuzami. Od tego czasu nie rozkroję arbuza bez porządnego umycia:) A co? W oczach mam te stróżki spływające po owocach. Z tego rodzinnego towarzystwa mam żyjące dwie kuzynki,siostrzeńców, siostrzenice i bratanice z ich dziećmi. Jedna mieszka w Skrivieri (ok. 80 km od Rygi w kierunku Polski), a druga w Rydze. Jak się tak zastanowię to mam mniej rodziny w Polsce niż na Łotwie. Rany znów się rozpisałam. Wyszedł prawie wpis na blogu, a nie komentarz do wpisu. Mam nadzieję, że wybaczysz:) Pozdrawiam Ela
PolubieniePolubienie
co wybaczysz?! DZIĘKUJĘ! Świetna historia. Te hale to chyba widziałam – one są blisko dworca autobusowego skąd jechałyśmy do Tallina. Jakiś alkohol moja córka kupowała – możliwe, że właśnie ten Black Balsam.
PS. Też myję arbuzy przez rozkrojeniem. Teraz będę myła jeszcze staranniej 😀
PolubieniePolubienie
Ja do Rzeszowa, ty do Rygi? 😊
PolubieniePolubienie
dlaczego? mogę i do Rzeszowa 😛 w innym terminie niż do Rygi :D. Na przykład przed, albo po.
PolubieniePolubione przez 1 osoba