Oj, niefartowny był ten wyjazd Ryga-Tallin jak nigdy.
Zuzu przyjechała sama od Taty autobusem i była to jej pierwsza samodzielna podróż.
Niby nic: bonus mama wsadziła ją do autobusu a 25 minut później babcia ją przyjęła na dworcu. Ale stres był dla wszystkich, chyba nawet dla taty, który wysłał smsa, że jest dumny i kocha. Zuzu też była dumna z siebie. I z tego tatowego smsa, pokazywała go potem każdemu…
Poza tym, że była dumna… była też lekko podziębiona. Niby nic: lekkie zakatarzenie, odrobinę szkliste oczy. Ale istniała obawa czy jej na lotnisku nikt nie zatrzyma.
Nie zatrzymał. I lot trwał gładko przez pierwszą część czyli jakieś 50minut. Ostatnie 20minut to był koszmar, bo gdy zaczęło się obniżanie zatoki Zuzu zareagowały ogromnym bólem.
Łzy jej leciały jak groch, nie pomogły cukierki, dmuchanie itd… Jeszcze chwilę po wylądowaniu była nieswoja i obolała.
Odebrała nas Misia i pojechałyśmy do hotelu.
Nasz hotel mieścił się na starówce, w wąskiej uliczce z widokiem na wieżę jakiegoś kościoła. Była 22. Więc tylko się lekko obmywszy poszłyśmy spać. A rano ruszyłyśmy połazić po mieście.
W Rydze jest teraz lockdown, więc miasto było opustoszałe. Do tego padała taka drobna, ale gęsta mżawka. Zaliczyłyśmy jednak najważniejsze punktu, w tym dom z czarnym kotem na dachu. Tylko aparatu prawie nie wyciągałam, bo bałam się, że ten deszczyk mu zaszkodzi. Fotografowałam telefonem, więc zdjęcia takie sobie… Kupiłyśmy jakieś pieczywo na drogę, oraz słodkie ciastka, które okazały się przepyszne.
W południe wsiadłyśmy do autobusu Luxexpress i pojechały do Tallina.
Autobus na wypasie: kawa, herbata do woli, toaleta oraz biblioteka z filmami i grami, do tego ekranik w każdym siedzeniu.
Jednak od filmów ciekawsze były widoki za oknem, zwłaszcza gdy już wyjechaliśmy za Rygę.
Płaski, zalesiony krajobraz, drewniana architektura przypominająca obrazki z Podlasia.
I kontrasty. Wypasione auta przy domu przypominającym ruinę. Często w tych domach widać nowe, plastikowe okna, które szpecą je strasznie.
Jechaliśmy trasą, którą w 23 sierpnia 1989 roku przebiegał tzw Łańcuch Bałtycki. Ponad milion ludzi z Litwy, Łotwy i Estonii podało sobie ręce i stanęło w szeregu by zaprotestować przeciw polityce ZSRR. Łańcuch ten był początkiem odzyskiwania niepodległości przez Litwę, Łotwę i Estonię. Piękny, pokojowy protest upamiętaniony pomnikami w wielu miejscach.
Ale jechać tą trasą nie było wesoło. Droga, choć międzynarodowa- dwupasmowa. Pełna aut. Gdy niechcący wyjrzałam zza siedzenia i spojrzałam w szybę kierowcy, zrobiło mi się słabo: po prawej TIR, przed nami światła samochodu… Nie wiem jakim cudem nie doszło do kolizji. Potem starałam się nie patrzeć.
Dojechałyśmy.
No i zaczął się Tallin.
Już pierwszego wieczoru poszliśmy połazić po starówce, wciąż w siąpiącym deszczu, więc nawet nie brałam aparatu.
Atrakcją wieczoru była restauracja Drakon. Restauracja stylizowana na średniowiecze: brak elektryczności, oświetlenie jedynie świecami, obsługa w stosownych strojach… no i takież jedzenie: jakaś zupa na mięsie, jakieś kiełbaski, jakieś żebra wołowe. Jedyna co mi naprawdę smakowało to ogórki kiszone, wyciągnięte z beczki przy pomocy drąga z gwoździem.
Potem snuliśmy się po uliczkach, by na koniec wspiąć się na wzgórze Toompea skąd oglądaliśmy nocną panoramę miasta.
Wróciliśmy do domu we wciąż siąpiącym deszczyku.
Oni poszli spać, a ja się przewalałam w łóżku, by wreszcie włączyć sobie ebooka i tak dotrwałam do świtu czyli mniej więcej do ósmej rano.
Pogoda się poprawiła, przestało padać, chciałam połazić po mieście sama, ale Zuzu zapytała czy może ze mną… Uprzedziłam, że będę robić zdjęcia, ale to jej nie zniechęciło.
Mama i Mel musieli trochę popracować, potem mieliśmy się spotkać w mieście, bo obiecali Zuzu zakupy ciuchowe.
Łaziłyśmy bez celu, zaglądając w uliczki, szukając ciekawych ujęć, Zuzu mnie rozśmieszała, psociła, wstawiałam ryjek w najlepsze kadry i miałyśmy śmiechu co niemiara.
Wreszcie po kilku godzinach naglące stało się znalezienie toalety… więc poszłyśmy do księgarni-restauracji w której zakotwiczył Mel. Zuzu prowadziła przy pomocy google map i była z tego bardzo dumna. Doszłyśmy bez problemu.
W przepięknej stylowej księgarni, przy wejściu, urządzono kawiarnię. Pokazałam mój covid-pass i mogłam zdjąć maseczkę. Bo w Estonii maski wymagane są w pomieszczeniach i komunikacji. Zjadłyśmy z Zuzu po wielkim ciachu, ona popiła to jeszcze kubkiem kakao, ja się zadowoliłam gorzką kawą.
Ciasta w Estonii są pyszne, ale bardzo, bardzo słodkie. Słodsze niż te łotewskie.
Później, nauczona doświadczeniem wybierałam takie, w których były świeże owoce, co przełamywało słodycz.
A potem doszła do nas Misia i poszliśmy na lunch… Do naleśnikarni. Po słodkim cieście nie byłam głodna, ale wiadomo, że w towarzystwie się trzeba dostosować. Wzięłam naleśnika z boczkiem i serem bo to było jedyne co wydawało mi się sensowne w tej sytuacji.
Zuzu wzięła jakiegoś słodkiego i poskubawszy chwilę oznajmiła, że się najadła. I się zaczęło. Najpierw dobrotliwe nakłanianie, a wreszcie próba nakarmienia siłą…Tu już nie zdzierżyłam i nie pozwoliłam.
Jak trzeba być bezmyślnym żeby nie zrozumieć, że dziecko, które niecałą godzinę wcześniej zjadło wielkie ciastko oraz wypiło kubas czekolady nie da rady zjeść ogromnego i na pewno znowu bardzo słodkiego naleśnika.
Wysyczałam, że karmienie na siłę to to samo co bicie.
Ale oczywiście miałam się nie wtrącać… Bo Zuzu po prostu marudzi, żeby wymusić uwagę.
No żesz..! Mel oczywiście popierał Misię, a Zuzu patrzyła na niego wilkiem.
Powiedziałam mu, że lepiej żeby się wycofał w takiej sytuacji, ale upierał się, że ona ma go słuchać. Więc go zapytałam co zrobi jak usłyszy „nie jesteś moim tatą”. On, że i tak ona musi go słuchać… A co zrobi jak nie będzie? Mel zrozumiał, że ja uważam, że ona nie musi go słuchać i musiałam mu potem wyjaśniać.
Ja swojego naleśnika też nie dojadłam i miałam chęć zapytać czy mnie też będą karmić na siłę.
Nastrój się zwarzył.
Oni byli źli na mnie, ja na nich i najchętniej bym zabrała Zuzu i poszła w miasto tylko z nią. Wlokłam się za nimi bez sensu, bo do głowy mi nie przyszło żeby ich zostawić.
Zuzu nie znalazła dla siebie nic do ubrania, wróciliśmy do domu gdzie z apetytem zjadłyśmy…”chińskie zupki” bo i ona i ja potrzebowałyśmy coś do uspokojenia żołądka zamulonego słodkim… Misia i Mel poszli się spotkać ze znajomymi, a my całe szczęśliwe, spędzałyśmy czas ze sobą.
Nazajutrz pojechaliśmy do Fotografiska czyli wystawę fotografii, a potem do jakiegoś interaktywnego muzem w stylu Juliusza Verne’a. Po założeniu gogli można było pokierować łodzią podwodną, balonem, rowerem z wiatraczkiem… Zabawa niesamowita, zwłaszcza w balonie, gdzie przepaść pod nogami zdaje się realna, problem w tym, że po chwili zaczyna się kręcić w głowie…
Mel był wycofany, widziałam to, Misia usprawiedliwiała go, że zmęczony, ale postanowiłam ignorować je humory. Skoro twierdzi, że zmęczony to nie będę na siłę lodów przełamywać, nie?
A nazajutrz wyjechaliśmy do Rygi na lot do domu.
Już rano czułam dziwne skurcze w dole brzucha. Ale po dwóch godzinach w autobusie ból stał się nie do zniesienia. Miałam wrażenie, że mi coś eksploduje w tzw „dolnej, prawej ćwiartce”. Łyknęłam ipren, ale nic nie pomogło. Z zaciśniętymi zębami odliczałam czas pozostały do Rygi. Na wszelki wypadek powiedziałam córce co się dzieje, bo zaczynałam się obawiać, że może będę musiała wezwać jakąś karetkę czy coś. Ale w głowie miałam tylko „do domu, do Szwecji, do moich lekarzy”. Gdy wysiadłam z autobusu, przybrałam pozycję pionową, ból zelżał. Na lotnisku i samolocie odpuścił niemal zupełnie… a wrócił gdy wsiadłam do samochodu.
eM zobaczył co się dzieje, zdaje się że gnał jak tylko mógł, żeby tylko jak najszybciej dowieźć mnie do domu. Wysadził mnie pierwszą, powlokłam się do domu.
Tosia się popłakała na mój widok. Skamlała i piszczała, kręcąc się pod nogami, a ja rzuciłam wszystko i poszłam pod gorący prysznic, w nadziei, że ciepła woda zadziała rozkurczowo…
Nie zadziałała.
Kolejne 40minut spędziłam czekając na połączenie z 1177 czyli taką poradnią telefoniczną bo sądziłam, że aby iść bezpośrednio na ostry dyżur muszę się najpierw tam zameldować. Po 40 minutach zgłosiła się pielęgniarka. Powiedziałam w czym rzecz, zapytała o skalę 1-10 powiedziałam 11, a ona się roześmiała.
Wywarczałam, że to nie jest śmieszne…
Wysłała mnie do szpitala w Skovde, bo tam mają chirurgów, a u mnie nie, i mi nie pomogą.
EM z ciężkim westchnieniem zawiózł mnie do Skovde.
Nastawiliśmy się, że spędzimy tam całą noc, a było ledwie po północy jak wyjechaliśmy.
Na miejscu zonk: na akut wchodzą tylko chorzy, rodzina-nie. eM siedział w aucie na parkingu a ja czekałam. Dość szybko przyszła pielęgniarka, wysłuchała co mówię, zrobiła podstawowe badania. Odesłała do poczekalni. Pić mi się chciało, znalazłam jakiś automat ale serwował wyłącznie kawę lub zupę z dzikiej róży. To wzięłam tę zupę, ale że był to wrzątek to nie zdążyłam nawet ust zamoczyć, bo zawołali mnie do badania.
W międzyczasie ból zaczął przechodzić.
Nim przyszła lekarka wszystko wróciło do normy.
Zbadała mnie ginekologicznie, zrobiła USG, stwierdziła, że nie widzi żadnej przyczyny i zapytała czy naprawdę musiałam aż na akut przyjeżdżać.
Zawsze mnie złości, że riposty przychodzą mi do głowy po czasie, bo powinnam była jej powiedzieć, że po prostu potrzebowałam uwagi i dlatego po całodziennej podróży zachciało mi się posiedzieć na SORze w nocy, 60km od domu.
Odesłali mnie do domu bez wyjaśnienia przyczyny. W domu byliśmy o 3 nad ranem.
Ból nie wrócił.
Poszłam spać z Tosią przyklejoną do mojego boku. Nie wystarczyło jej, że jestem, musiałam ją trzymać za łapkę, a ona zasnęłam z mordką na mnie. Mówił mi eM, że jak wrócił z lotniska po odwiezieniu mnie i Zuzu, Tosia zaparła się łapami na schodach i nie chciała wejść z powrotem do domu, tylko czekała… Biedna.
Bazyl omijał mnie wielkim kołem przez cały następny dzień.
A ja następnego dnia dostałam takiej migreny, że myślałam, że się nie pozbieram. A na wieczór, gdy już opanowałam ból głowy, objawiło się przeziębienie. Zaczęło mi się lać z nosa, telepać, skoczyła mi temperatura i zaczęłam się bać, że złapałam covid.
Wymoczyłam nogi we wrzątku, łyknęłam paracetamol i rutinoscorbin. Poszłam spać przed 19. Rano wstałam rozbita, z cieknącym nosem, osłabiona, ale bez gorączki.
Spałam niemal cały dzień. Gdy nie spałam – wycierałam nos, bo katar płynął strugą. Nie było mowy o pracy.
Usiłowałam ogarnąć zdjęcia, ale szło mi niemrawo, raz z powodu zmęczenia, dwa- z powodu załzawionych i zmęczonych oczu. Poddałam się.
Teraz jest 3:19. Nie mogę spać…no ba..
I myślę sobie, że mało fajny był ten wyjazd i chyba więcej się nie zgodzę. Młodzi planują wyjazd znowu na miesiąc czy dłużej, tym razem chyba do Hiszpanii i znowu mają pomysł by im dowieźć Zuzu. Jednak po tym eksperymencie sądzę, że Mel będzie wolał raczej sam polecieć niż znosić moje wtrącanie się.
A ja z kolei wkurzam się na ich protekcjonalne traktowanie mnie, jakbym była zdziecinniałą staruszką, która niczego nie ogarnia (tekst Mela: tak, babcię trzeba odebrać z lotniska, bo się zgubi . O sorry. Poleciałam do Szwajcarii zupełnie sama. I do Neapolu. I do Berlina ze Szwedem i nie zginęłam. Dlaczego miałabym zginąć gdzie indziej?!). Oraz na traktowanie Zuzu jak szczeniaczka: o jaki słodki, jaki zabawny, poklepiemy po łebku przez 5 minut, a potem niech nie sprawia kłopotów. I nie narzeka. Buty obcierają? Narzeka. Nogi bolą? Narzeka. Siku? Narzeka.
Noż kurde.
Często myślę sobie, że matka natura wygłupiła się, dając tak wcześnie człowiekowi zdolności prokreacyjne. Bardzo podobną sytuację obserwuję u swoich młodych znajomych – z tym, że tam partner pracuje cały tydzień w delegacji i jak przyjeżdża, to dzieci totalnie idą w odstawkę – do tego stopnia, że lodówka pusta, nic ciepłego nie ma a rodzice jadą sobie na wycieczkę do Stańczyków…. Sami oczywiście. Dzieci, najmłodsze ma 8 lat, dają sobie radę dzięki wsparciu najstarszego, już pełnoletniego brata, który dorabia i za te pieniądze robi zakupy, gotuje obiad itp…
A jeśli chodzi o choroby – czy to przypadkiem nie jakaś psychosoma? Moze Twoj organizm po prostu zareagował na stresy?
Zwierzaki – znam to. Na szczęście moje psy są małe i na ogół wszędzie mogą ze mną pojechać, bo potem jest lament. Kot tylko pokrzyczy po powrocie….
Pozdrawiam z zimnej krainy – u nas dziś spory przymrozek i mgła.
PolubieniePolubienie
ja też nie byłam najlepszą mamą, choć wydawało mi się, że dbam o dzieci… Ale z córką nigdy nie umiałam rozmawiać i do dziś tego potrafię.
Może to kwestia edukacji? Jak można być dobrym rodzicem jeśli się ma model powielany przez pokolenia, najczęściej kiepski?
U mnie też zimno: 3 stopnie, wieje i pada. Jest lodowato.
PolubieniePolubienie
Ależ obszerną relację zaserwowałaś. Lubię takie, mimo, że za wesoło nie było. Natomiast myślę, że te bóle, to były pierwsze symptomy zaziębienia. U mnie tez czasami objawia się bólami wewnętrznymi. Właśnie w środku. Przechodzi kiedy wyskakuje temperatura. A, co do reszty. mam nadzieje, że nie mówią przy Tobie o Tobie ” babcia” młodzi naturalnie. Bo babcią jesteś tylko dla Zuzu.
Mam alergię na to, kiedy dzieci przechodzą z formy mama, na babcia. Moje dzieci o tym wiedza i nie słyszałam tego słowa. Tylko wnuk ma prawo tak do mnie mówić. Uściski.
Acha … kot się zwyczajnie obraził, musi mu przejść a Tosia jest najukochańszym psem.
PolubieniePolubienie
a wiesz, że po twoim komentarzu uzmysłowiłam sobie, że mówienie o mnie „babcia” przez kogo innego niż wnuczkę denerwuje mnie niezmiernie? Jest w tym takie gombrowiczowskie „upupienie”.
Powiem córce niech zwróci uwagę, bo ja znowu coś nie tak powiem i będa kwasy :p
PolubieniePolubione przez 2 ludzi
Właśnie. Mój kuzyn o swojej mamie, która miała 19 lat jak go urodziła mówi zawsze ” babcia”. Cholernie mnie to denerwuje.
Moja mama zawsze była przeciwna temu. I ja też. Na szczęście moim dzieciom to do głowy nie przyjdzie. Uściski.
PolubieniePolubienie
Może to była zapowiedź grypy. Ale ja już nie wierzę w żadne diagnozy poniżej tomografu.
PolubieniePolubienie
trudno ci się dziwić…
PolubieniePolubienie
Może psychosomatyczne? Plus początek przeziębienia.
Co do dzieci zgadzam się z Julia – za wcześnie możemy mieć dzieci! Ja byłam okropna mama dla Adziarza, mimo, że się starałam. Ale sama byłam tak niepoukładana, że to staranie tylko bokiem wychodziło. Twoja córka dopiero się znowu zeszła z M, pewno naturalnie skupiają się teraz na sobie, swoim związku, nie wczuwając się za bardzo w Z. Dobrze, że Zuzia ma taką fajną babcie:)
PolubieniePolubienie
Bardzo możliwe, że psychosomatyczne. Ja już wiem, że moje stresy objawiają się w ciele. Ale nie mogłyby zawsze tak samo? Jak migrenę to wiem, że coś mnie przygniotło, ale boleści w boku?!
…natura wiedziała co robi dając nam parcie na prokreację za młodu. Na starość, gdy jesteśmy mądrzejsi i bardziej świadomi, mało kto chciałby/odważyłby się mieć dzieci. Dlatego kiedyś były te rodziny wielopokoleniowe. Matki i ojcowie organizowali byt, dziadkowie wychowywali młode…
PolubieniePolubienie
Moja mama nie cierpi kwalifikowania jej do grup wiekowych. Pierwsze jej załamanie zauważyłam po 40. Dziś to grupa 40+ z której ja się akurat śmieję. Nie będzie mi śmiesznia w grupie 50+ ale co tam! Mama jest załamana, że jest grupa dla seniorów- np. Joga. Ona nie chce być seniorem! Itd itd. Z drugiej strony naprawdę powinnyśmy jej z siostrą poświęcać więcej uwagi. Nie da się ukryć, że czasem jest zagubiona, przestraszona czy bezbronna w tak szybko zmieniającym się świecie. Musimy to jednak robić umiejętnie, by nie zauważyła. Czasem na szczęście uważa, że komfort jej się należy. Zatem łatwiej jest nam ją odebrać, niż martwić się, czy po drodze nie przytrafi sie jej jakaś przygoda. Ty też zasługujesz na komfort i daj się porozpieszczać. A jak chcą mówić na Ciebie „babcia” to nawet lepiej- bo „babcie” mają prawo tupać nogą 🙂
PolubieniePolubienie