Kolega słabnie…
Odhaczam kolejne zadania na liście spraw „zdążyć, zanim…”
Mam dylemat bo żona chyba nie zamierza poprosić dzieci o przyjazd. Mówi „niech żyją własnym życiem” ale wydaje mi się, że powinny te dzieci tu jednak przyjechać. Nie wiem czy mam rację czy nie, ale uważam, że ojcu, zwłaszcza nie takiemu najgorszemu, należy się możliwość spojrzenia na dzieci ostatni raz. Ja bym im przynajmniej uświadomiła. że niewiele zostało czasu.
Bo podejrzewam, że kolega, choć zaprzecza, dobrze wie, że zbliża się koniec.
Niechby miał tę pociechę.
A jednocześnie też muszę pracować, bo po powrocie z Tallina naprawdę nie będę miała na nic czasu.
A tu Gulsum na dniach ma rozwiązanie i chciałyśmy się się jeszcze spotkać.
Wczoraj Misia zadzwoniła z instrukcjami w sprawie wyjazdu: maseczki, jakieś zaświadczenia, paszporty…
Obudziłam się o 2:30 i nie mogłam zasnąć. Popracowałam i o 6 znowu mnie zmuliło. Spałam do 9.
Za oknem ciemno, szarówka. Na ulicach jeszcze złoto. Głóg za moim oknem objedzony do cna.
A Astra ma kapcia. Gdzie wjechałam?
Jutro jedziemy spotkać się z Adamem. Oby pogoda była łaskawa…
Czy do Tallina to jechać w butach trekkingowych czy w żółtych kamaszach?
Buty trekkingowe piękne nie są, w dodatku siatka z wierzchu w jednym miejscu się przetarła i widać białą szmatę, co wygląda mało porządnie (zaszyć?). I zakłada się długo. Ale są stabilne i odporne na wodę (poza miejscem rozdarcia). Żółte kamasze są miekkie i wygodne jak kapcie, ale czy zniosą długą wędrówkę po miejskim bruku, w deszczu? Kałuże mogę omijać, ale jak będzie lać jedną struga z góry, to przemokną.
No i kurtki.
Krótka czy długa? Cieplejsza i wodoodporna, ale ciężka? Czy lżejsza, ale podatna na przemakanie? Jak będzie lało to przecież nie będę chodzić. Ale jak będzie siąpić to tak. A taki drobny deszczyk też potrafi przemoczyć…
Ot dylematy.
Kiedyś człek miał jedno odzienie na sezon i musiało wystarczyć.
Tosia się ożywiła. Chyba to przez te karmę… Nie kupiłam jej ten weterynaryjnej na stawy, bo się zagapiłam. A potem odkryłam, że pies nie ma co jeść. To kupiłam w sklepie dla zwierząt inną. Tej samej firmy, ale dla seniorów. I Pies nagle chce chodzić na spacery, a puszczona luzem na boisku szkolnym poleciała na to do siatkówki plażowej i dwaj brykać na piachu.
Hm… Hmmmmmm… Znowu się kończy i muszę dziś coś zdecydować. Aaaaale chyba kupię tę dla seniorów.
Oczywiście karma jest dobrej marki, dopasowana do wielkości psa, bo ja na żarciu psim i kocim nie oszczędzam. Na swoim i męża – mogę, ale pies i kot muszą mieć dobre żarcie, bo inaczej wydam na weterynarza. Ludzie mają leczenie za darmo :P. Taki rachunek ekonomiczny.
Wczoraj w mieście był babski wieczór, czyli wszystko otwarte do 19 albo i dłużej. Strach ile się ludzi pętało po mieście. Nawet miała chęć wejść do mijanego sklepu, ale zniechęciły mnie tłumy.
Parę przecznic od domu spotkałam Kasię z sąsiedniej gminy.
W sumie widziałam ją kilka razy tylko, ale czuję sympatię do tej dziewczyny. Ona do mnie chyba też. Gdy się spotykamy natychmiast zaczynamy gadać jedna przez drugą i natychmiast łapiemy kontakt. Z Kasią był wczoraj mąż i najmłodsze córeczka Amelia.
Amelia jest rezolutna, Kasia czasem na fejsie wrzuca teksty małej. Boskie! Zapraszałam do siebie. I namawiałam Amelię
– Ja mam w domu psa, lubisz psy?
– Lubię.
– Ale mój pies jest taki duży… nie boisz się takich dużych psów?
– Nieee. Ja mam piesek. Też duży, w Polsce.
– Mam też i kota. Namów mamę i tatę żeby przyszli do Kasi z psem i kotem.
– Dobrze.
– Co, mała miesza języki? – ucieszyłam się.
– Miesza! – zgodziła się Kasia.
– Mamoooo…chodźźź…coś musisz zobaczyć
Zeszwedziałyśmy, bo stałyśmy w drzwiach sklepiku i inni musieli się przeciskać.
Do Kasi to w sumie tylko 20km… ale ona ma troje dzieci i pracę… Może jednak znajdzie czasem chwilkę?
Myślę, że dzieci kolegi powinny wiedzieć… co sama bym zrobiła będąc na Twoim miejscu? Nie wiem, ale chyba bym się z nimi skontaktowała… W takichvsytuacjach działam pod wpływem impulsu.
Wyjazd i pakowanie….szczęśliwa jestem, ze poruszam się autem i mam w nim masę dodatkowych rzeczy poza tymi w walizce.
Nie poradzę w niczym 🙂 miłego dnia!
PolubieniePolubienie
Ja się nauczyłam, że lepiej się nie mieszać w sprawy rodzinne, bo nie mamy pełnego obrazu sytuacji.
Wiesz, u mnie wszelkie wyjazdy komplikuje to, że jestem „za morzem”.
PolubieniePolubienie
Zdecydowanie powinny dzieci wiedziec. Gadalabym z zona i probowala przekonac, bo moga zalowac tego do konca zycia, ze z ojcem sie nie zdazyly spotkac. I moga miec zal do mamy.
Wzielabym buty trekkingowe.
Rozumiem stres, jak ja nie lubie miec duzo rzeczy do zalatwienia i jeszcze prace!
PolubieniePolubienie
właśnie taki mam zamiar: pogadać z żoną, wymóc na niej by powiedziała dzieciom prawdę, uważam, że każdej ze stron się to należy.
Też się skłaniam ku trekkingowym.
PolubieniePolubienie
Bardzo to smutne (i dziwne) ze dzieci nie są zorientowane w jakim stanie jest ojciec. Być moze maja swoje rodzinne powody o których nie chcą mówić. Sytuacja jest delikatna i ja bym się w to nie mieszała.
Dużo się u ciebie dzieje.
PolubieniePolubienie
Wiesz. Dzieci są dorosłe i w Polsce. A rodzice tutaj. Też dopuszczam, że mogą mieć swoje rodzinne powody, więc nie chcę się bezpośrednio mieszać. Na pewno sama z siebie tych dzieci nie powiadomię. Ale mam zamiar naciskać lekko na żonę, żeby im jednak powiedziała, że sytuacja jest poważna i zmierza ku jedynemu zakończeniu szybciej niż byśmy chcieli.
To prawda, ostatnio dużo się dzieje.
PolubieniePolubienie
I znowu jedno słowo ” życie”.
Dzieci powinny wiedzieć, bo będą mieć potem żel. Tak myślę. I myslę, że żona Twojego kolegi ucieka w wypieranie sytuacji. To obrona.
Miłych gości nigdy dość. Uściski
PolubieniePolubienie
ano życie Luciu…
PolubieniePolubienie
A ja o psach. Faktycznie ciągle mam problemy z karmą. I tak nic nie jest lepsze niż wygrzebana kość ze śmietnika. A niektóre bardzo prominentne karmy powodują sraczkę. Po zwykłym Chappi jest wszystko ok, choć ponoć jest to badziew…W innych tematach podzielam zdanie współkomentujących….
PolubieniePolubienie
Kaas. U nas Tośka na początku wybrzydzała na karmę. A ja się uparłam na suchą, bo jestem wygodna… Kupowałam małe, jak najmniejsze opakowania i patrzyłam czy pies je. Jadła do pewnego momentu a potem przestawała. Więc kupowałam kolejną i kolejną… I tak dotarliśmy do Hills. Zeżarła mały worek, potem większy, potem kolejny większy…Po trzecim kupiliśmy już zapas miesięczny.
Ale Tośka czasem też dostawała sraczki. Trwało trochę nim załapałam, że sraczka ma związek… z resztkami, które serwował jej mój mąż. Udało mi się chłopa oduczyć…
Ale jak se na spacerze wygrzebała kość od kurczaka czy jakieś inne truchło to nic jej nigdy nie było.
I tak, Chappi też wcinała chętniej niż Hillsa 😛
Nie ma rady. Ja bym się zaparła i pozwoliła zgłodnieć dzień, dwa. Albo bym udawała, że sama jem, i dawał po jednej kulce z ręki. Ale każdy pies jest inny i czasem po prostu jest niejadkiem 😀
Moja poprzednia PSnia taka była. Jak stawiałam michę z żarciem, to się tyłem wycofywała, z miną pod tytułem „już będę grzeczna tylko mi nie każ jeść”. Miałam ją od szczenięcia więc to nie były jakieś traumy 😉 Myślę, że nie znała głodu, no i wolała kąski od dzieci.
A mój kot nie zna ludzkiego jedzenia…i się do niego nie pcha. Nawet surowej wołowiny nie je, bo nie wie co to jest.
PolubieniePolubienie