Pytanie: Ile pomelo to za dużo pomelo?
Odpowiedź: nie ma czegoś takiego jak „za dużo pomelo”.
Odkryłyśmy ten owoc, Zuzu i ja, w zeszłym roku.
Zuzu ma mój charakter i jak czegoś nie zna to ciężko ją namówić do spróbowania. Ja się z nim zetknęłam kilka lat temu za sprawą koleżanek szkolnych z Tajlandii więc jak zobaczyłam w sklepie to nie wahałam się przed zakupem.
Zuzu patrzyła zdegustowana, gdy je obierałam. Bo co tu mówić: wydajny to ten owoc nie jest, oj nie. W dodatku w środku jest dość blady, a jego cząstki czasem wyglądają jak zęby…co osobom z fobiami może się wydawać nieco obrzydliwe.
Ale Zuzu jest jednak odważniejsza ode mnie więc nakłaniana uporczywie odważyła się spróbować. Ugryzła, skrzywiła się, skrzywienie się wyprostowało, przeszło w uśmiech, po czym drapieżna łapa złapała miseczkę z obraną połową owocu…i tyle jej widziałam.
Przez kilka kolejnych wizyt Zuzu u mnie raczyłyśmy się przysmakiem, a potem jakoś zapomniałyśmy…
W tym roku, jakoś w grudniu znów zobaczyłam pomelo w moim sklepie pod domem.
Na marginesie dodam, że to sklep sieci Hemköp i jest to najbardziej nie lubiany przeze mnie sklep spożywczy w mieście. A jednocześnie tam najczęściej robię zakupy, bo leży najbliżej domu. Bo w Szwecji nie ma sklepików na każdym rogu. Są tylko markety spożywcze różnych sieci: COOP, Ica, Willy’s no i Hemköp właśnie. Są jeszcze Lidle, było Netto, ale zniknęło. W niektórych miastach są City Gross i jeszcze jakieś inne, których imion nie pamiętam.
Sklepy te leżą zwykle na obrzeżach miast, w centrach handlowych i niczym dziwnym nie jest, że obok ciebie są ICA i Willys czy Coop i ICA. Różnią się cenami- czasem ten sam towar w sklepie obok kosztuje nawet o kilka koron więcej. Oczywiście zazwyczaj obok artykułów znanych producentów, mają artykuły sygnowane własnym logo. Ale już się przekonałam, że choć te sygnowane własną firmą są tańsze, to zazwyczaj są jeszcze gorsze niż te znanych firm. O jedzeniu mówię. Bo w Szwecji jedzenie nie jest dobre.
Na przykład chleb, nawet ten pieczony w sklepie, to nie jest chleb robiony od początku do końca przez piekarza. To jest chleb wyprodukowany w fabryce Fazer lub Dafgård, wstępnie podpieczony, dopieczony na miejscu by udawał chleb prawdziwy. Jest w nim oczywiście cała masa polepszaczy.
Jeśli się chce zjeść dobry chleb trzeba iść do piekarni…O ile jest w mieście taka, która produkuje pieczywo z mąki, drożdży lub zakwasu, a nie z gotowej mieszanki znowu pełnej chemii. Ze świecą szukać, a cena takiego pieczywa szybuje pod niebo.
A mój osiedlowy Hemköp, prócz niewielkiego wyboru, ma także dużo wyższe ceny niż inne sklepy (lokalizacja w centrum nawet najbardziej zapyziałego miasteczka przekłada się na wysokość czynszu) oraz bardzo często…jeśli nie notorycznie…niektóre produkty są po prostu stare i popsute. Mięsa mielonego nie kupuję tam z zasady, choć sama nie jem, to nawet przygotowywanie go wzbudza mój odruch wymiotny, bo ono po prostu śmierdzi.
Na kurczaka z grilla raz nabrał się eM, a innym razem Yankie na żeberka. Nigdy więcej.
Na spleśniałe maliny (mniej więcej 10dag za 40kr) trafiła kiedyś Zuzu… Kartofli nie kupuję tam już z zasady, bo od kilku lat sprzedają kartofle szare w środku. A często z pleśnią na wierzchu.
Za każdym razem obiecuję sobie, że pójdę i zrobię awanturę…ale potem się okazuje, że jak zawsze nie wzięłam paragonu, albo coś…
No ale jak brakuje śmietany/soli/mąki/masła…to tam jest najbliżej… Staram się jednak oglądać uważnie wszystko co kupuję.
I to w tym sklepie odkryłam jakoś w połowie grudnia pomelo.
Przyniosłam, rozkroiłam, obrałam, pożarłam pół. Obrałam drugie pół, znowu pożarłam.
Pomelo jest w smaku podobne do grejpfruta, ale mniej gorzkie i słodsze. Nie jest też aż tak soczyste, sok jest zamknięty w małych, zwartych cząsteczkach. Dzięki czemu łatwo obrać pomelo nie tylko z wierzchniej skórki, ale także z błonek w środku.
Jak zaczęłam w grudniu tak przez całą zimę kupowałam pomelo w Hemkopie obok domu. Zjadałam niemal każdego dnia po pół owocu i czekałam kiedy dostanę znanej mi wysypki, która zakończy to obżarstwo.
Wysypka się nie pojawiła, ale na początku lutego przyniesione do domu pomelo, po rozkrojeniu, okazało się zapleśniałe… Z bólem serca wyrzuciłam owoc i nawet się nie obraziłam na sklep, no bo jak zobczyć w środku?
W ICA pomelo nie było przez całą zimę, ale odkryłam, że ma je Lidl i Willys.
Raz kupiłam w Willys, było czerwone, ale nadal dobre. Ale Willys nie jest mi po drodze- idę tam tylko by kupić polski twaróg. To już szybciej Lidl, bo tam kupuję jogurt grecki oraz wodę w niebieskich butelkach czyli to co spożywam każdego dnia. Płatki kukurydziane bez dodatków oraz dwie łyżki jogurtu greckiego z Lidla to moje śniadanie od kilku lat.
Kupione w Lidlu pomelo było też smaczne, soczyste i całkiem świeże.
Aż do wczoraj.
Rozpakowane z folii, bo każdy owoc jest opakowany w folię, ukazało na czubku ciemną, miękką plamę. Wnętrze wyglądało okej, ale po przystąpieniu do konsumpcji odkryłam, że duża część owocu jest sucha i zdrewniała.
Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: sezon na pomelo się skończył. Idzie wiosna.
Bardzo sugestywny opis Twoich sklepów…to ja już wolę Tesco z Nasielska 🙂 Tam też pomelo jest w ciągłej promocji, może się skuszę?
PolubieniePolubienie
no, wiesz. Szwecja ma wiele zalet, ale jedzenie nie jest jedną z nich 😀
No ale sprzedawanie zepsutego jedzenia to specjalność tego mojego sklepu…w innych raczej mi się nie zdarzyło trafić na takie kwiatki.
A pomelo spróbuj, choć teraz to już naprawdę nie pora.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Pomelo dobre, chociaz w US strasznie drogie.Jak maja w promocji to czasem kupuje.
Od ponad roku chleb pieke sama.
Tak kilka miesiecy przed pandemia zaczelam 😛
Pomysl o tym wychodzi super smaczny i super tani.
Pieke metoda „no knead bread”,jest bardzo duzo przepisow na youtube.
PolubieniePolubienie
no nie, chleba to ja piec nie będę, zwłaszcza, że jem go bardzo mało
PolubieniePolubienie
Nie wiedziałem, że z tym jedzeniem taki dramat… Widzę, że mam szczęście, że w Polsce przyhamowali z wprowadzaniem przemysłowej produkcji pieczywa. Nie wiem na jak długo, bo wciska się to wszystkimi szczelinami. Mieszkam w śródmieściu Wrocławia i mam co najmniej dwie doskonałe piekarnie w zasięgu 10 minut spacerem, ale nawet nie muszę tam iść, bo okoliczne sklepiki sprowadzają pieczywo z prawdziwych piekarni i jest ono równie dobre. Pamiętam szaleństwo „dmuchanych bułek”, gdy wszystko wydawało się różnorodne i kolorowe, a tak na prawdę to była jedna chemiczna papka nadmuchana, pofarbowana i przyozdobiona. Na szczęście wielu ludzi się na tym poznało i małe piekarni ciągle się trzymają, a ceny, choć nieco wyższe, nie są powalające. Gdybyś przypadkiem była we Wrocławiu, to polecam chleb z piekarni przy Placu Bema. Chrupiąca brązowa skórka, dobrze wyrośnięte ciasto na prawdziwym zakwasie… Pozdrawiam!
PolubieniePolubienie
Szwedzkie jedzenie to dramat dla osób nie-mięsożernych. Oczywiście, jest bardzo dużo żywności wegetariańskiej czy wręcz wegańskiej, ale jakoś tak się utarło, że mięsa to się nie je z przyczyn ideologicznych. I od jakiegoś czasu na hasło „danie bezmięsne” dostaje się propozycję dania mięsopodobnego. Typu jakieś burgery z chlebowca czy soi.
Szwedzi nie mają w swym jadłospisie zbyt wielu warzyw…oni nawet zwykłego makaronu nie wyobrażają sobie bez mięsa.
Taki region: z dawien dawna uprawiali zboża, kartofle i buraki. I to spożywali jako dodatek do ryb i mięsa.
Mięso świeże jest podobno lepsze niż polskie, bo tu zwierząt nie faszeruje się chemią i antybiotykami w takim stopniu jak w Polsce. Ile w tym prawdy- nie wiem.
A sam chleb…
Wiesz, że zboże rosnące w Szwecji ma mniejsze ziarno niż to w Polsce? Mój klient kupując maszyny oczyszczające zawsze zamawia sita z mniejszymi otworami. Uprawa zboża powyżej jeziora Wener jest już podobno całkowicie nieopłacalna.
To wszystko, oraz wyeliminowanie z rynku małych producentów żywności składa się na jakość.
A co do piekarni.
W Miasteczku, z którego pochodzę w Polsce była taka sobie mała piekarnia. Otwarła się zaraz po wojnie i trwała. Chodziłam tam po chleb…jak całe miasto. Na przerwach w szkole lataliśmy tam po ćwiartki, gorącego chleba… Albo po gorące bułki zwykłe. Mały mieli asortyment: chleb tylko jeden rodzaj, bułki zwykłe i bułki maślane, słodkawe, posypywane grubym cukrem.
A potem przyszły lata 90.
Stary właściciel odszedł, biznes przejęły jego dzieci. W piekarni pojawiła się cała masa innych przysmaków. Ale chleb był wciąż taki sam. Przynajmniej przez jakiś czas tak się nam wydawało. Nie zauważyliśmy zmiany smaku, ale po jakimś czasie dostrzegliśmy, że ten chleb jest dobry tylko pierwszego dnia. Później kruszy się, skórka odstaje, nie da się go ukroić, a w konsystencji zaczyna przypominać gumę. A pewnego razu poznałam dostawcę artykułów piekarniczych. I od niego się dowiedziałam, że ta piekarnia jest w Miasteczku największym odbiorcą wszelkiej polepszającej chemii. I wyjaśniła się zagadka …
Przestaliśmy tam kupować pieczywo.
Czasem tęsknię do tamtego chleba, kupowanego wczesnym rankiem, prosto z pieca ale…”to se ne wrati”
PolubieniePolubienie