12/2021

Mróz trzyma już od kilku tygodni.
Z początku spadło trochę śniegu, ale przyszła odwilż i deszcz i zmyło wszystko.
A dwa dni później znów przyszedł mróz, ale już bez śniegu. I tak trzyma do tej pory.
Nie są to jakieś spektakularne minusy, raczej takie takie dość przyjazne człowiekowi: od -1 do -5 w porywach do -6. Na najbliższe noce prognozują nawet i -10 w nocy, ale …Posmatrim uwidim.
Nie ma wiatru, więc temperatura -5 jest nawet przyjemna jak się wychodzi z przegrzanego domu. No i słońce, pojawia się słońce i nawet już czuć, że grzeje. I sikorki dzwonią.
Oglądałam kilka dni temu statystyki covidowe w Szwecji i te wykazują tendencję zniżkową. Wirus chyba nie lubi mrozu… Więc niech ten mróz trzyma i do marca.
W zeszłą niedzielę było parszywie: buro, ciemno, z dużą wilgotnością. Nic nam się nie chciało, wzięliśmy Tośkę tylko nad jezioro, blisko domu.
Ale dzień wcześniej było słonecznie i bezwietrznie, pojechaliśmy na plażę.
Ciągle zapominam, że zaplanowałam porobić zdjęcia ciekawym znakom ustawianym przy bocznych drogach. Znaki są ostrzegające, proszące kierowców by zwrócili uwagę na dzieci lub zwierzęta domowe.
W drodze na Svalnäs jest np. taki:

Tutaj mieszkają szczęśliwe, wolnochodzące kaczki.

Tośka była cała szczęśliwa. Spotkaliśmy rodzinkę na tej plaży: babcia, dziadek, córka i wnuczka – wszyscy dorośli. Zobaczyli Tośkę i całą grupą się zatrzymali podziwiać. A czy „får man klappa”? (Czy można pogłaskać?) Nie można, a trzeba! Odpięliśmy smycz, a Tośka poleciała w ludzkie stado cała szczęśliwa. Zachwycali się: jaka wesoła, jaka miła, jakie ma miękkie futerko, jaka to cudowna rasa te berny, znają, mieli w rodzinie, u znajomych, u sąsiadów… Stara, stała śpiewka, ale zawsze miło słyszeć.
Nasza gmina nie jest zbyt wielka, Tośka jest tu jedynym bernem. Zdawałoby się, że po prawie sześciu latach ludzie przywykną, ale nie. Zawsze, ale to zawsze na spacerze spotkam kogoś, kto się zachwyca, chce głaskać, albo chociaż się uśmiechnie i obejrzy z wyraźną sympatią.
Ostatnio z Yankiem stwierdziliśmy, że takie Tośki to trzeba ludziom na receptę wypisywać. To naprawdę doskonale robi na duszę, że ilekroć pojawiasz się w zasięgu psiego wzroku i węchu to wita cię bezinteresowna radość i uwielbienie. Nie ma, że się nie uśmiechniesz. …

…ale jak to: do samochodu..?

Na tej plaży, dziadek zapytał skąd z Polski jesteśmy. Powiedziałam. Podałam odległość do Gdańska (12mil) i do Obwodu Kaliningradzkiego (8mil). Dziadek sobie umiejscowił nas na mapie, bo geografia z historią to jego hobby. I dawaj nas wypytywać.
Moglibyśmy tak godzinami, bo dziadek był spragniony egzotyki 😀
To typowe dla starszego pokolenia: oni są ciekawi Polski, jej historii, często nawet wiedzą sporo, ale zawsze zaskakuje ich informacja, że mój ojciec urodził się na Litwie, koło Wilna, bo to była Polska.
Takie to było miłe popołudnie.
Tydzień przeleciał wedle schematu: śpię do 4, wstaję, pracuję do 6. Potem zasypiam godzinę-dwie, potem idę z psem, a potem to inni ludzie organizuja mi czas, a ja pomiędzy telefonem, wizytą, sprawami rodzinnymi usiłuję pracować.
We czwartek miałam migrenę, ale taką, że hohoho…Nic nie pomogło. Jeszcze w piatek wstałam z bólem głowy (już tylko) i poczuciam „kaca”.
A wczoraj od rana słońce.
To pojechaliśmy oglądać wodospady, czy zmarzły.
Po drugiej stronie Hunneberg jest bardziej biało. I mroźniej, a przecież wciąż jesteśmy nad Vener.

Wodospady zamarzły częściowo.
Znowu nie umiem pokazać piękna, choć próbuję…
W ziemi tutaj pełno jest rudy żelaza i z tego powodu wody w większości potoków i stawów są brązowe.

Byklevsfallet w (prawie)całej okazałości
A tu już Brudslöjan (oficjalnie zwany Skäktefallet) czyli Welon Panny Młodej – wysokość 30m
i okolica wokół wodospadu

Z wodospadów pojechaliśmy jeszcze do Västra Tunhem, żeby sprawdzić co woda i mróz zrobiły w grotach. A jechaliśmy tak:

jedna z grót
…i wracamy do domu przez Hunneberg bo krócej.

A dziś znowu szaro, lekka wilgoć w powietrzu choć mróz, więc mniej fajnie.
Nie jedziemy nigdzie.
Chyba nastawię barszcz do kiszenia, znalazłam prosty przepis na YT u Tomasz Strzelczyka, bo to podobno samo zdrowie. Nie przepadam za buraczkami, ale może mi podpasuje?
Chciałabym jeszcze spróbować kimchi, nawet jest u mnie w sklepie w słoiku…ale wygląda mało przyjemnie. Ktoś z was jadł?

22 myśli w temacie “12/2021

  1. Uwielbiam kimchi! Ale nie mogę, bo ostre. Bardzo ostre, uważaj.
    Mój fryzjer, który ma żonę Koreankę opowiadał mi kiedyś, jak to do niego przyjechała teściowa i zrobiła kimchi w wannie, żeby było dużo;) Bo to trzeba ugniatać, zupełnie jak naszą kapustę kiszoną. Mam w planach zrobienie kimchi, tylko bez chili dla siebie.

    Polubienie

    1. wiem, że ostre. Ja też nie mogę bo zgaga. A sklepowego nie ruszę bo … czort wie co tam jest i nawet nie chodzi chemię… Mówiłam, że mam fobię pokarmową?
      Posmakowałabym gdyby mi ktoś znajomy zrobił, ale Koreanek mi akurat brak w towarzystwie. W Szwecji jest bardzo dużo Tajek, chyba najwięcej. Poza tym są Chińczycy, raz spotkałam w szkole Japonkę..

      Polubienie

    1. ja mam w mieszkaniu około 21stopni całą zimę. I w zasadzie jest to spoko temperatura. Mam też wentylację, która sprawia, że nawet w upalne dni marznie się w stopy 😀
      Ale zimą powietrze w mieszkaniu jest nagrzane i bardzo suche. Jak się wychodzi na dwór, na taki mały mróz, zwłaszcza bez wilgoci, to człowiek ma wrażenie, że dopiero nabiera pełnego oddechu. Miłe uczucie.

      Polubione przez 1 osoba

  2. Wodospady kojarzą mi się z wakacjami i słońcem, ale takie zimowe też piękne. Mnie dla zdrowia (morfologia) kazali pić codziennie szklankę zakwasu z buraków, co grzecznie czynię. Nawet smaczne

    Polubienie

    1. Kalina, sama robisz ten zakwas?
      Ja właśnie postanowiłam go pić, bo odyżwiam się dość ubogo, zwłaszcza zimą. Moja dieta w większości składa się z „tego nie jem, bo obrzydliwe, a tamtego nie lubię, więc nie jem”. A to podobno sama zdrowie ten zakwas. To popróbuję …
      Wodospady są fascynujące, ten Welon to mój ulubiony, jest przepiekny o każdej porze roku (o ile jest w nim woda, bo bywa, że nie ma)

      Polubienie

    1. Woda, mróz i słońce robią cuda… Zobacz jak to niewiele trzeba…
      U mnie w mieście mieszkają stada dzikich kaczek różnej maści. I bywa, bardzo często tak, że wiosną i latem, zatrzymuje się ruch na głównej ulicy, bo mama kaczka idzie kaczętami. No przecież nikt nie będzie jechał i płoszył zwierzątka… Bardzo mi się to podoba.
      A znaki…
      Tu przy bocznych drogach często można zobaczyć znaki ostrzegające przed dziećmi czy kotkami i pieskami. Pierwszy raz jak zobaczyłam trójkąt z kotkiem to nie mogłam wyjść z podziwu…
      Ach…jeżdżenie bocznymi dróżkami Szwecji to cała opowieść. Musze nazbierać znaków i napisać.

      Polubione przez 1 osoba

  3. Szwecja ma swoje piękno i zimą i latem….pamiętam z rejsów. Podziwiam obrazki.
    A buraków nauczyłam się kisić w zeszłym roku i uważam że warto choć nie mam za bardzo pomysłów co robić z burakami, jak się kwas skonsumuje

    Polubienie

    1. Owszem jest piekna, cho z drugiej strony…natura wszędzie jest piękna, zwłaszcza jak ingerencja człowieka nie jest zbyt widoczna.
      Też się zastanawiam co z burakami. Podobno da się z nich jeszcze sok wycisnąc, zwłaszcza w wolnobieżnej wyciskarce (akrat mam). No i podobno sałatki/surówki są dobre, ale ja nie przepadam za burakami w ogóle, a zakwas to próba spozywania ich w bardziej przyswajalnej dla mnie formie, ale zobaczymy czy mi posmakują. Zobacze też te surówki jaki dodatek do obiadu, może podejdą?

      Polubienie

  4. Ojjj, kimchi! Ja uwielbiam od niedawna. Miałam pół główki kapusty tzw. „wrap”, poszukałam, co można z niej zrobic dobrego. A że ostatnio szperam co nieco po kuchni wegetariańskiej, to skusiłam się na zrobienie z tego przepisu: https://www.jadlonomia.com/przepisy/kimchi-czyli-koreanska-kiszona-kapusta/
    Roboty w tym dużo nie ma, ryż sama sobie zmieliłam na mąkę. A, jeszcze skusiło mnie to, że zalega mi spora ilość sezamu w szafce 🙂
    Bałam się, że będzie śmierdzieć, że mi spleśnieje przez te 5 dni w ciepłym, że będzie za ostre (dałam tylko łyżkę ostrej papryki, a nie dwie). Ale jak potem zrobiłam na tym zupkę………. matko, jaka fajna. Zrobiłam z połowy kimchi, dodałam bulion, tofu w kostkę, prażony sezam, szczypiorek, pokroiłam w paski te takie wodorosty do sushi (też mi zalegały). Powiem tak – o ostatnią miseczkę biłyśmy się z Deedee i jej koleżanką – wegetarianką. W sobotę zakisiłam następną porcję. Za to gotowego kimchi nie polecam – raz mąż kupił i nawet syn, który lubi ostre, nie dał rady.

    Polubienie

Dodaj komentarz