Wczoraj, pierwszy raz od wybuchu pandemii miałam tę wątpliwą przyjemność założyć maseczkę.
Ludzieee! Szacun dla wszystkich tych co robią to dobrowolnie oraz dla wszystkich tych, na których pełnienie zawódu wymaga noszenie tego świństwa na co dzień…i nie tylko w czasie pandemii.
Założyłam, świństwo natychmiast odcięło mi dopływ powietrza, więc pewnie dlatego tak długo trwało skojarzenie, że to tzreba do nosa jakoś dopasować. Zanim co, to okulary mi zaparowały, a maska przy każdym ruchu głową właziła do oczu. Poziom wkurwu natychmiast osiągnął stany alarmowe i tu znowu szacun dla tych co to noszą każdego dnia, no bo przecież nie popłniają mordów na bezbronnych a powinni.
Cyknęłam sobie fotkę dla potomności…I teraz widzę, że jednak powinnam była iść do fryzjera jakieś trzy tygodnie temu a nie ZA trzy tygodnie.
Ale co tam….Ładna już byłam, nie?

Ale gdy już wreszcie to świństwo dopasowałam to nie zdjęłam nawet w toalecie. Bo jak zdejmę to nie ma siły: nie założę chyba, że pod karabinem.
Za to w toalecie rozbawił mnie widok żelu do dezynfekcji rąk oraz stojących obok kubeczków. Jakby na zachętę do dezynfekcji wewnetrznej.
A, bo to w szpitalu było. eM miał badania a ja byłam potrzebna jako tłumacz.
I to jest kolejny koszmar związany z maseczkami.
One głuszą głos. A jak się do tego doda jeszcze przyłbicę… Noż połowy słów nie rozumiem.
Jakoś się z tym lekarzem dogadałam jednak. Wyszliśmy wreszcie. Przy wyjściu stał wielki kosz, gdzie maseczkę można było wyrzucić, nawet nie był przepełniony, ale nie, ścieżka do parkungu musi być usiana maseczkami, bo się idiotom nie chce rozejrzeć dookoła w poszukiwaniu kosza. A nawet jakby stał dwa kroki dalej od drzwi, to naprawdę tak ciężko podejść i tę maskę tam wyrzucić. Robiłabym kęsim (tak samo ja za niezbieranie po własnym psie).
Skorzystałam z okazji, że eM w chałupie w dzień roboczy i zawiozłam Tośkę na ważenie.
Bo w grudniu, na wizycie u doktor Katariny okazało się, że Tosia się stała małym grubaskiem i waży 43kg zamiast 39kg. 10% masy ciała jej przybyło, a przy chorych stawach to dodatkowe obciążenie jej nie służy.
No i zaczął się proces odchudzania psa.
Na początek eM NARESZCIE zrozumiał i przestał paść psa syfem w postaci ludzkiej kiełbasy, sera, czy resztakmi z talerza. Była tylko micha a w niej kulki odchudzające.
Z początkiem stycznia odkryłam na nowo, że mój pies ma kości grzbietu. Kulki odchudzające musiałam mieszać ze zwykłymi, bo inaczej pies miał takie zaparcia, że aż żal był patrzeć.
Nadal jednak nie dostawała (i nie dostaje) nic innego. No, poza cukiereczkami czyli suszonym w domu mięsem wołowym lub kurczkakowym. Za to dałaby się pewnie pokroić, a że noszę to w kieszeni kurtki to kurtka wciąż jest ściągana z wieszka w celu przeszukania kieszeni. A przecież za każdym razem pokazuję małpie, że zobacz, o, tu wyciagam i wkłądam do lodówki, nie trzymam w kieszeni, nie szukaj.
Nie, chwila nieuwagi..i kurtka leży na podłodze.
Opierniczam, raz nawet strzeliłam w tyłek, ale serce mnie potem bolało strasznie, a Tośka do głowy nie wzięła, więc bez sensu.
Cóż, musze to chyba polubić, skoro nie da zmienić. Powtarzam sobie,za każdym razem gdy któreś robi coś, co mnie wkurza do białości, że przecież za chwilę ich nie będzie, a ja będę pragnęła by jeszcze raz mnie wkurzyli…
Waga u weterynarza pokazała, że Tośka w miesiąc zrzuciła 2 kg.
Coś szybko…Ale skoro je, pije, bryka na spacerach, gania kota i kradnie nam różne rzeczy …to chyba ma się dobrze?
No a akoro już mieliśmy samochód i Tośkę to postanowiliśmy się z nią przejść nad jeziorem. Niech se pies luzem polata. Postawiliśmy auto w porcie małych łodzi.
I tu przechodzimy do clou.
Wiało z północy, to się czuło w mieście, między budynkami, że wieje i to mocno. Ale gdyśmy się zbliżyli do jeziora to usłyszeliśmy huk. Niebo na północy było granatowe, choć nad głowami jeszcze mieliśmy biel i prześwitujący błękit. Za wałów oddzielających jezioro od poru co chwila strzelały w górę pióropusze z wody.
Oczywiście, żeśmy poszli w tamtą stronę. Oczywiście, że przewidujące wzięłam aparat.
Ludzi nie było, więc psem nie musiałam zawracać sobie głowy.
Mogłam podziwiać zjawisko.
Problem w tym, że wiatr podbijał ręce i popychał, więc wiele zdjęć wyszło mi nie ostrych. Ale kilka wyszło… Patrzcie jaki żywioł, pamiętając, że zdjęcia oddają tylko ułamek tego czego się doświadcza na żywo.








Cudne to było i chętnie bym jeszcze została, ale wiatr w porywach osiągał 54km/h i przewiewał na wskroś.
Uwielbiam taką złą pogodę!
Ależ zazdroszczę miejsca zamieszkania:) Na temat maseczek same inwektywy się cisną. Ponieważ u nas są obowiązków, więc gdzie daje radę, używam szaliczków cienkich z bawełny hinduskiej. I tyle mi zrobią!!!!
PolubieniePolubienie
😀 No, nie powiem, też coraz mocniej je lubię… zwłaszcza odkąd jest pandemia a rząd działa zdroworozsądkowo.
PolubieniePolubienie
Ha, Kobieto, co Ty wiesz o maseczkach 😉 Niewygoda straszna, momentami idzie się udusić. No i do tego wiecznie zaparowane okulary, które od jakiegoś czasu na ulicy noszę w ręku. Ale wierzę, że to chroni, więc tylko czasem pomarudzę.
Zapowiedź sztormu piękna!
PolubieniePolubienie
no właśnie dotąd nie wiedziałam nic, a teraz co prawda tyle co nic, ale jednak już coś.
U nas rząd mówi, że maseczki dają złudne poczucie bezpieczeństwa – ludzie myślą: mam maseczkę to nie zarażę nikogo/mam maseczkę to się nie zarażę i odpuszczają sobie dystans oraz mycie i dezynfekcję rąk… Dlatego nie zalecają maseczek na co dzień, a tylko w określonych sytuacjach. Np. w czasie podróży komunikacją publiczną należy mieć maseczkę, jak się nie ma – można ją otrzymac za darmo od personelu po okazaniu biletu.
W sklepach zaś wprowadza się ograniczenie ilości ludzi na raz. I tak np. w jednym sklepie, przed wejściem sa przypiete kolorowe spinacze do bielizny. Wejście do sklepu tylko ze spinaczem ;D Jak się wychodzi to się spinacz odstawia na miejsce.
PolubieniePolubienie
Ty jesteś farciarą i nawet o tym nie wiesz. U nas każde wyjście poza próg domu wymaga maseczki. I ludzie tego przestrzegają, przynajmniej tak jest w mojej okolicy. Na wolnym powietrzu, poza miastem mają często maseczki na brodzie które nasuwają na usta i nos kiedy się mijamy. Biura, szkoły, miejsca pracy i sklepy, wszędzie w maseczkach. A na mroźnym powietrzu nie tylko mamy problem z zaparowanymi szkłami. Jeszcze gorzej kiedy zimna para wodna osiada wewnątrz maseczki. Brrrrr…
PolubieniePolubienie
Wiem, wiem, że jestem farciarą 😉
Ale z drugiej strony to dopiero za jakiś czas się okaże czy jestem czy nie. Jak się okaże czy Szwecja rzeczywiście lepiej wyszła na swoim systemie niż inne kraje.
PolubieniePolubienie
maseczka, którą masz na sobie jest z tzw. oddychających. szczelna nie jest. wiatr \z boku zawiewa. Uwierz mi, są gorsze
PolubieniePolubienie
o matko… a ja sądziłam, że gorszej niż medyczna to nie ma.
PolubieniePolubienie
No tak o noszeniu maseczki mogę się podpisać pod komentarzami. Zdjęcia cudowne. Przyroda potrafi.
Ale najlepiej ją oglądać zwłaszcza w takich przypadkach na zdjęciach. Odchudzony pies biega sprawniej i to jest radość. Co z kotem? Uściski.
PolubieniePolubienie
Kot rozrabia jak przed zabiegiem. Wczoraj siedział na drzwiach 😀 czyli znowu wszytsko wróciło do normy.
Ja lubię wszelkie zjawiska atmosferyczne choć wiatru się boję. Ale jakie to piękne!
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Witam ponownie
To ciekawe, że tak długo udało Ci się omijać maseczkę. Może czegoś nie doczytałem?
10% to ja tak samo przytyłem. Jakieś może 8 procent przez święta. Masakra. Teraz odchudzenia.
pozdrawiam
Kacper
PolubieniePolubienie
Kacper. Mieszkam w Szwecji, to mój sposób na unikanie maseczek 😉 Szwecja jak wiadomo postawiła na „selekcję naturalną” jak informuje większość polskich mediów i nie wprowadziłą w zasadzie żadnych drastycznych obostrzeń.
8% tylko przez święta to musiałeś dać nieźle po garach. Oszczędzaj się!
PolubieniePolubienie