51. Chuligaństwo

Jest taki rasistowski dowcip:
Mały Murzynek łapie rybkę czy może wypuszcza dżina, w każdym razie ma szansę na spełnienie swojego życzenia. Prosi o to być zostać białym. No i staje się. Szczęśliwy Murzynek leci do mamy z nowiną, ale ta go odsyła, bo nie ma czasu. Murzynek, ale teraz już biały, leci do taty, dziadków…do każdego w rodzinie, ale nikt nie zwraca na niego uwagi. I wtedy Murzynek mówi:
– Pięć minut jestem biały i już mnie te czarnuchy wkurzają…

No to ja mogę w zasadzie tak o sobie: pięć minut jestem nie-tylko-Polką, a już mnie ci Polacy wkurzają.
No dobra, może nie wszyscy.
Wiecie, mieszkam na tym parszywym zachodzie lat prawie dziesięć. Generalnie usiłuję nie wiedzieć na jakim świecie żyję, ale bliźni starają się jak mogą by mi się nie powiodło. Co chwila ktoś w realu lub facebooku przemyca do mojej bańki treści, których znać nie chcę, a bez których to moje życie jest egzystencją o dwa nieba lepszą. No, ale od zawsze wiadomo, że bliźni lepiej wiedzą co człowiekowi do szczęścia potrzebne.
Ostatnio gdzieś mignęła mi informacja o tym jakoby polskie szkolnictwo było tak doskonałe, że wręcz najlepsze na ziemi a ci inni, kształceni w tych „pożal się boże Sorbonach”* to naszym absolwentom do pięt nie dorastają. I wiecie co? Noż…przepraszam bardzo, ale przysłowiowy męski organ płciowy mnie trafił.
Zastanawiam się skąd w moim narodzie tyle arogancji i zarozumialstwa? Na jakiej podstawie niemal każdy  rodak z którym rozmawiam ma się za lepszego od kogokolwiek na świecie?
Nie będę się bawiła w statystyki, bo te sobie można wygooglać, ale jakoś badania osiągnięć naukowych rozmaitych uczelni nie plasują polskiego szkolnictwa na szczytach rankingów.
Moi współplemieńcy lubią się chwalić tym, że Polacy to mają taaaaką wiedzę. No owszem. Mają. Znają nazwę najwyższego szczytu, a często nawet i jego wysokość, wiedzą, że woda to hadwao, wiedzą kim był nie tylko Einstein ale i Kopernik oraz wiedzą, że czym była wielka inkwizycja.
I dlaczego ta Europa, ba! Dlaczego ten świat cały na kolana przed naszą wiedzą nie pada? Nie podziwia? Kłody pod nogi rzuca naszym światłym uczonym?
Pamiętam jak pracowałam w biurach rachunkowych w Polsce. I przychodziły do tychże biur, do pracy osoby z magistrami ekonomii, w trakcie doktoratów, a czasem nawet i po. Krótko mówiąc: naprawdę wysoko kształcone. Zresztą, co tam inni. Sama skończyłam ekonomik już w nowych czasach. A jak przyszłam do pracy to nie miałam zielonego pojęcia co to jest NIP i VAT. I mniej więcej tak samo było później z owymi wysoko kształconymi ludźmi.
I jak rozmawiałam z kimkolwiek to okazywało się, że tak jest w zasadzie wszędzie, że świeżo po szkole młody człowiek musi się najpierw nauczyć stosowania w praktyce całej tej teorii, którą mu latami do głowy wbijano. Problem w tym, że wbijano do głowy fakty nie ucząc ani jak je powiązać ani jakie wyciągnąć z nich wnioski.
I kiedy przeniosłam się do Szwecji ze zgrozą obserwowałam, że nauczyciel w szkole nie jest pewien pisowni jakiegoś słowa. Albo że Szwed nie zna geografii własnego kraju. I dziwiłam się widząc, że szwedzkie szkoły wcale nie ciągną się w rankingach w ogonie a przewyższają szkoły polskie.
Ale minęły lata i widzę różnice.
Szwed, który kończy szkołę przychodzi do pracy i…pracuje. On nie musi się uczyć zawodu od początku, on umie wykonać swoją pracę. Zgoda, pracę mniej skomplikowaną, ale potrafi.
Znowu odniosę się do własnego podwórka.
Absolwent kierunku księgowość jest w stanie poprowadzić księgowość firmy. Bo jak chodził do szkoły to mu nie kazali kuć na pamięć planu kont a uczyli go na realnych dokumentach realnie istniejącej firmy. Uczyli go wykonywania konkretnych czynności, dodatkowo ucząc go analizowania zdarzeń i wyciągania wniosków. Oraz: podążania za wytyczonymi regułami.
Oni może nam ustępują wiedzą ogólną, ale my jesteśmy jak gęsi bezmyślnie łykające wpychane do gardła, przeżute fakty. Oni swą wiedzę, która choć może i mniejsza umieją wykorzystać w praktyce.  My używamy jej tylko do wygrywania quizów.
Czy Państwo rozumią tę subtelną różnicę?
Obserwując zachowania rodaków mam wrażenie, że jesteśmy po prostu chuliganami Europy. Jesteśmy jak niewychowany bachor. Wpadamy bez kolejki, rozpychamy się łokciami,  wrzeszcząc żądamy miejsca, przekraczamy linie, kręcimy pokrętłami, pstrykamy pstryczkami, paluchami wytykamy, że ten to gruby a tamta to brzydka, domagamy się uwagi, tupiąc i kopiąc naokoło.  A potem się obrażamy, że ktoś na nas krzywo patrzy. I foch. Dąs. I łzy. I „oni się na mnie uwzięli”.
Ciekawe czy jak nam ktoś wreszcie w dupę strzeli klapsa to się ockniemy.

*PS. Kto zgadnie skąd to cytat?

50. Na apetyt

To, co skończyłam w maju ma taki początek
Kartka wyglądała jak wydana przez któryś kościół poszukujący wyznawców. I ten napis na dole: Find me if you want the truth. Na drugiej stronie nie było nic, poza jego imieniem i nazwiskiem. Żadnego podpisu, nic.  
– No? Co jest ? – zapytał go Peter.
Jacek pokręcił głową z niedowierzaniem i zdał sobie sprawę, że się uśmiecha. Znów pokręcił głową.
– Nie wiem jak to jest możliwe, ale ja chyba znam nadawcę – powiedział powoli.
Peter, który od dłuższej chwili śledził zmiany na twarzy przyjaciela, teraz pokiwał głową.
– Tak właśnie pomyślałem.
– Znam to pismo. I tak się składa, że ta osoba jest właśnie w tym kraju, z którego jest ta kartka. Tylko wiesz…nie wiem jak mnie tu znalazła.
– A chowałeś się ? – zaciekawił się Peter. – Sam wiesz, że teraz w internecie jest wszystko. Przynajmniej Sonia tak twierdzi. I nasze dzieciaki.

Kilka dni później, przy piątkowym, wieczornym drinku, Peter klepnął go w ramię i powiedział krótko:
– Mów.

Nie było łatwo zacząć. Właściwie sam nie wiedział czy ma o czym mówić, czy powinien w ogóle cokolwiek mówić. Ale Peter wciąż był obok ze swoim czujnym spojrzeniem w szarych oczach. Takim samym jak kilka lat temu, gdy jeszcze był jego szefem, ale wiadomo było, że to się już wkrótce zmieni. Przyszedł wtedy do jego pokoiku w ponurym mieszkaniu wynajmowanym na spółkę z czterema innymi Polakami, robotnikami na pobliskiej budowie.
Wtedy też, tak jak teraz rzucił tylko jedno słowo. Słowo, które stało się jego kołem ratunkowym. Lepszy od najlepszego psychoterapeuty stopniowo wyciągnął z niego wszystko to, co od dłuższego czasu spychało go w coraz głębszy dół, zasłaniało mu i fałszowało obraz otaczającego świata, i co sprawiało, że nie tylko nie miał siły żyć, ale też i nie miał ochoty. Zaślepiony depresją nie widział nawet tego, że Peter już dawno przestał być jego szefem, a stał się przyjacielem.
Czy kiedykolwiek mu za to podziękował ?
– Peter. Czy ja ci kiedykolwiek podziękowałem, za to wtedy że przyszedłeś ?
– Jakieś tysiąc razy, ale nigdy na trzeźwo –
Zaśmieli się obaj

Aktualnie piszę ciąg dalszy…
A więc…stało się.
W duszy miałam ciszę. I spokój.
Ten stan trwał od rana. Z początku czekałam na to, że stanie się coś strasznego. Nie wiem co…Poczuję uderzenie bólu tak silne, że rozpadnę się na kawałeczki wraz ze światem, który się właśnie rozsypał. Ale mijały godziny, a ja siedziałam w pracy, rozmawiałam ze współpracownikami,  odbierałam telefony, wykonywałam swoje obowiązki i … nic się nie działo. Świat trwał. I ja trwałam. Pod koniec dnia ze zdziwieniem zanotowałam, że nie drżą mi ręce, a kołowrót w głowie ustąpił.
Teraz czułam tylko spokój. Dziwny spokój, spokój bliski euforii, spokój który dotąd czułam tylko dwa razy w życiu. Za pierwszym razem gdy urodziła się moja córka. Za drugim…Nie, nie chciałam o tym pamiętać. W każdym razie: teraz czułam błogi spokój. Spokój wynikający z przekonania, że najgorsze już za mną, że teraz już nic mi nie grozi.
Dziś uznałabym chyba, że to szok, ale jakie ma w końcu znaczenie definicja? Miałam tylko nadzieję, że ten stan zostanie ze mną na dłużej. Najlepiej na zawsze.
Patrzyłam bezmyślnie na kotłujący się przede mną świat, a w głowie mi brzmiała stara Ela Mielczarek
„W dworcowej poczekalni na stacji PKP
lubię posiedzieć czasami bo gdzie lepiej czeka się”
Mój autobus odjechał jakiś czas temu, a następny był za godzinę. Potrzebowałam tej godziny. Godziny samotności, gdy nikt nie patrzy mi w twarz i nie śledzi każdej na niej zmiany. Potrzebowałam, by upewnić się, że dam radę znowu włożyć maskę dobrej matki, poprawnej żony.  Znowu przypomniał mi się stary wiersz Jerzego Żuławskiego

Nie schylaj głowy! Gdy ludzie obaczą
twój płacz, przylecą, jak stado jastrzębi,
i łzy twe zmącą, skalają do głębi
święte pamiątki — gdy tylko obaczą…!
A potem po prostu wsiadłam w autobus i zaczęłam żyć na nowo.

Zaciekawił was ten początek?