Zamarzamy

Z jednej strony, to …

Z jednej strony, to dobrze, że nie pojechaliśmy dziś do tego Płońska. Zamiast do Płońska pojechaliśmy do innego miasteczka, leżącego nieco na uboczu i to co zobaczyliśmy z mężem na drodze wzbudziło w nas gwałtowna radość, iż w drodze spędzimy w sumie dwie godziny miast czterech. To co ujrzeliśmy zza okien Golfika ( pszczółka kochana, znów odpalił za pierwszym razem) mąż określił jako nuklearną zimę. Skojarzenie zaczerpnięte z jakiegoś katastroficznego filmu. Horyzont zlewający się z niebem, wszystko w poszarzałej bieli , z nieba w kolorze niedobranej ścierki wyłaniała się zamglony okrąg słońca. Na drodze, wyciągnięte do połowy jezdni, leżały białe jęzory śniegu miejscami przechodzące w dość pokaźne zaspy. Asfalt (jaki asfalt?!) – droga była biała, zdradliwie pokryta bielą, a pod nią czaił się wróg największy marnych kierowców- lód. Czasem tylko, jak diabeł z pudełka, wyskakiwał kawałek czarnej drogi i wtedy naszym oczom ukazywały się tańczące w porywistym wietrze drobiny śnieżne. Mąż trzymał kierownicę obiema rękami, usilnie starając się zapomnieć o pedale hamulca i nie spuszczając wzroku z drogi powiedział marzącym tonem :
– Wyobraź sobie, jakbyśmy jechali przez pustynię i teraz tak wirowałby piasek..
Wyobraziłam sobie. Potem jeszcze raz .I jeszcze raz.
Brrrr…teraz mi jeszcze zimniej…

Dodaj komentarz