Czy ta zima nigdy się nie skończy?
121. Ból
Ten ból przychodzi nocą.
Zasypiasz, jest wszystko normalnie. A potem, o jakiejś takiej pierwszej-drugiej-w-pół-do-trzeciej budzisz się. I to jest już nienormalne, bo normalnie to się budzisz co godzina albo czterdzieści pięć minut. A tu naraz przesypiasz ciurkiem co najmniej dwie-trzy godziny.
Jeszcze nie otwierasz oczu, jeszcze tkwisz w tym świecie, do którego cię twoje synapsy zawiodły i w tym świecie słyszysz takie dud-dud-dud-łiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii-dud-dud-dud-fiiiiiiiiiiiii-dudud-dudud-fiiiiiiiiii
Wreszcie wyczołgujesz się ze świata snu, wszystko znika tylko ten natrętny gwizd i łomot zostaje.
A po chwili dołącza się do tego nacisk na kości pod oczami, promieniujący na gałki oczne. I czujesz, że jest ci gorąco choć leżysz bez kołdry. Musisz otworzyć okno, schłodzić się natychmiast, ale to wymaga przybrania pionowej pozy, a to boli. Ostrożnie ruszasz głową, ból natychmiast rozlewa się po całym czerepie najbardziej naciskając podstawę czaszki po lewej stronie. Dlaczego tam? Kto wie?
Wcześniej ból atakował ciemię, symetrycznie, po obu stronach.
Otwierasz okno tak szeroko jak się da, zimne powietrze leniwie wpełza do środka. Albo tobie się wydaje, że leniwie bo pies wstaje z podłogi i przenosi się na fotel, znak, że mu chłodniej.
Omiata cię zimne powietrze, liże ramiona wystające z koszulki bez rękawów, bose stopy i łydki, osiada na twarzy, na policzkach. Czujesz ten chłód ale tylko tak po wierzchu, w środku pali cię ogień.
Wypijasz łapczywie szklankę zimnej wody, myślisz, że woda, błogosławiony dar życia, woda, która tyle razy w ciągu dnia odpędza ból głowy poradzi sobie i teraz. Czekasz, czekasz, minuty kapią leniwie, nic się nie zmienia, no może poza tym, że zaczynasz mieć dreszcze z powodu nadmiernego ochłodzenia, którego nie zauważasz.
Wreszcie chybotliwie podnosisz się, niepewnie stawiając stopy robisz te dwa kroki do szuflady, gdzie masz lekarstwa. Wydłubujesz po omacku listki: ciemny, wiesz, że pomarańczowy listek z naproksenem, listek z wielkimi tabletkami- to ten paracetamol w końskiej dawce, obłe kapsułki voltarenu oraz owalny biały ipren. Ipren nie, żołądek. Voltaren się skończył, paracetamal nie działa na taki ból, nie ma mowy, to tylko oszukiwanie siebie i próba placebo, naproksen…tak, choć ostatnio słabo działa. Ale po nim nie boli żołądek.
Wracasz do łóżka. Telepie cię aż ci zęby szczękają. Myślisz: ciśnienie? Ale aparat w szafie. Nie mam siły wychodzić z łóżka. Układasz wysoko poduszki, na pół siedząc drzemiesz, łapczywie oddychając zimnym powietrzem. Czekasz odliczając czas. Pięć minut. Dziesięć. Piętnaście…
Pies na fotelu zwija się w ciaśniejszy kłębek.
Zasypiasz, zaczyna ci się coś śnić i naraz wyskakujesz ze snu jak korek od szampana z butelki. W jednej sekundzie przytomna i świadoma. Ból zelżał, został tylko ten wizg w głowie. Osuwasz się niżej na poduszce, otulasz szczelniej kołdrą. Zapadasz w półsen, śpisz, a jednocześnie zachowujesz świadomość.
Ranek nadchodzi bolesny. Dzień po nim przypomina sen. Chodzisz i obijasz się o kanty, krawędzie mebli które dziwnie falują i zatracają swe kształty. Dźwięki bolą, im głośniejsze tym bardziej. I ten ciągły wizg w głowie.
Kawa wyostrza kanty, przywraca ostrość widzenia, ale wtedy w oczy wpada nadmiar światła, więc twarz ściąga grymas bólu.
I tak kilka razy w miesiącu. Lekarz mówi, że nie migrena i nie nuerologia. Ale co – tego nie mówi. Dał koński paracetamol, który w na ten ból jest całkiem bezużyteczny.
Dzisiejsza noc była inna bo po naproksenie, dwie czy trzy godziny później ból powrócił jeszcze silniejszy. Wzięłam przeklęty ipren, a teraz piję drugą kawę i usiłuję opanować wir i wizg w głowie. Oraz nie zwracać uwagi na oblewający pot.
Pogoda się zmienia.
A telefon dzwoni dziś nieustannie
120.
Słonecznie i mroźnie. Nawet byłoby nieźle, ale wieje a to sprawia, że odczuwalna jest co najmniej dwukrotnie niższa. No i jak tak wieje to nie ma co się ubierać bo cokolwiek na siebie człowiek założy to i tak ten wiatr ciepło wywieje w kilka chwil.
Spacery z psem zatem są krótkie. Tym bardziej, że noga dokucza. Kolano oraz okolice z połową piszczeli zrobiły się gustownie żółte. Pięknie. Iść powoli po prostym to dam rady to już jakiekolwiek inne ruchy są bolesne. Ani kucnąć, ani się wspiąć, ani szybciej podejść. Więc siedzę w domu. Co ma swoją dobrą stronę, patrz pierwsze zdanie.
Słońce mi świeci w kuchenne szyby co sprawia, że widać jak bardzo są brudne i jak bardzo się proszą o mycie, no ale przecież nie w taką pogodę. I nie z tą nóżką.
Czy ja pisałam, że Litwinka dostała pracę? Ale taką prawdziwą pracę, w zawodzie.
Litwinka (pochodzi z Wilna, mówi po polsku taki pięknie zaciągając) dawno temu zrobiła studia w Toruniu, chyba jakieś zarządzenie. Potem robiła różne rzeczy w różnych miejscach, między innymi prowadziła przedstawicielstwo firmy jubilerskiej w Warszawie.
No a potem zjechała do Szwecji. I rozpoczęła karierę sprzątaczki w Sztokholmie, bo jako przybysz z dzikiego kraju do niczego innego się przecież nie nadaje i „e tam, te wasze fakultety”. A jak się przeniosła do mojej Mieściny to nawet kariera konserwatora powierzchni płaskich była nie dal niej.
Mieścina leży na najbardziej rolniczym terenie całej Szwecji i to podobno wpływa mocno na mentalność ludności. Mentalność, która wyraża się przekonaniami, że owszem, wszyscy jesteśmy równi, ale MY jesteśmy równiejsi. Wszyscy możemy kandydować na dowolne stanowiska, nikt nikomu nie broni ubiegać się o pracę inną niż opieka nad NASZYMI staruszkami, a w ogóle to wy tam na wschodzie to dziwni jesteście i na pewno głupsi i mniej wykształceni od NAS.
No i Litwinka poszła na studia podyplomowe w Szwecji. Rok później niż mogła bo…jakaś oferma w rekrutacji nie zauważyła, że Litwinka ma wykształcenie z innego niż Szwecja kraju i pierwszego roku odrzuciła z powodu braku wymaganych punktów.
Poszła. Jeździła dwa lata do Goteborga, latem pracowała na dwóch etatach z przerwą na 6 tygodni stażu…w Japonii.
Studia skończyła prawie, bo miała pisać pracę dyplomową, ale miejsce gdzie miała pracować nie dostało dotacji z Unii i praca poszła. A na podstawie tej pracy miała pisać pracę dyplomową.
Rok szukała pracy.
Że staż w Japonii i doskonałe po nim opinie? No i co z tego, jak „przykładamy dużą wagę do tego by pracownik personalnie pasował do naszego zespołu”. A Litwinka ma 40 lat, wyrosła i dorosła w innej kulturze, kulturze, którą Szwedzi uważają, za „głupszą” według słów jednego znajomego. Szweda. Ożenionego z inną Litwinką.
Miło, prawda?
Moja Litwinka już miała różne zjazdy, z rozpaczy zaczęła rozważać pracę w USA, bo okazało się, że dla Amerykanów nie jest głupsza.
No ale wreszcie coś drgnęło. Zatrudnili ją wreszcie i to do tego, czego uczyła się w Szwecji. Ona cała przerażona na początku, bo czy ona potrafi, a okazało się, że w pierwszym tygodniu rozwiązała im masę problemów i jeszcze zaoszczędziła im kasę.
No ale happy end to będzie jak po okresie próbnym dadzą jej umowę na stałe. Póki co…w każdej chwili może usłyszeć, że kulturowo jednak do zespołu nie pasuje.
Co znaczy kulturowo? To może znaczyć wszystko: od tego, że jej szwedzki brzmi obco, choć jest poprawny i zrozumiały po to, że nadmiernie eksponuje swoją płeć przez to, że ubiera się jak kobieta, maluje i ma manicure. Nie, nie nosi dekoltów do pasa, mini do pół tyłka, makijażu kładzionego szpachlą, ale…
Jak mówi moja koleżanka: Szwedki strój odświętny tym się różni od codziennego, że pod tę samą, dżinsową spódnicę założy legginsy wykończone koronką. A podkreślanie płci w takiej np. Polsce polega na tym, że mężczyźni nie chodzą w różowych sweterkach a kobiety noszą sukienki nie tylko na Sylwestra.
…Dobra, teraz to pojechałam, ale ja naprawdę tak widzę społeczeństwo Mieściny i nie tylko. ..
Zatem Litwinka ma pracę i cieszymy się. Póki co…Choćby tym, że wizja wyjazdu jedynej osoby z którą mogę pogadać o czymś więcej niż o pogodzie na razie się odsunęła.
A wczoraj obejrzałam na cda Pod Mocnym Aniołem.
I powiem, że choć dałam temu filmowi 8 na filmwebie to trudno mi powiedzieć, że to sztuka. Sztuka dla mnie jest opowiedzieć o takich rzeczach nie dosłownie, nie wprost.
Próbowałam czytać książkę, próbowałam jej też słuchać…
Ale może tematyka zbyt blisko leży moich własnych doświadczeń (jestem DDA ) i dlatego jak dla mnie to wszystko jest zbyt dosłowne. Niech się tym ekscytują ci, co nie znają z autopsji. Dla mnie takie dzieła to guzik do „UCIEKAĆ!”
119. Tęsknota
Ustawiłam sobie wczoraj playlistę z polskich piosenek. Nieuważnie włączyłam to niej to, co zawsze omijałam wielkim łukiem. Nie, żebym nie lubiła, wręcz przeciwnie. Ale są takie piosenki, których słuchać można tylko w jednym miejscu na ziemi.
I jest takie miejsce na ziemi, gdzie właśnie tych piosenek tam nie trzeba, bo to co w tych piosenkach jest jest właśnie tam…i tylko tam.
Tak w ogóle to sądziłam, że mi przeszło. Że się pogodziłam, zapuściłam korzenie, że jest mi tu dobrze. Ale widać dobrobyt (względny) i bezpieczeństwo socjalne to jedno, a uczucia to drugie.
Tak znienacka wyskoczyła mi Krysia Świątecka z „A ty kochasz”. Ale nic, zajęta czymś tam ucieszyłam się, że słyszę dawno niesłyszaną. Potem:
Jedynce co mam to złudzenia,
że mogę mieć własne pragnienia,
jedyne co mam to złudzenia, że mogę je mieć.
A po niej wskoczył Stefan Brzozowski z Grajkiem. I nie wiedzieć kiedy zobaczyłam dziedziniec zamkowy i Lipę, teraz już Świętej Pamięci. No i nim się zorientowałam poleciało „Olsztyn kocham”.
I cały spokój szlag trafił. Wyłączyłam, bo następne miało „Zatańczymy na moście” a to już byłby masochizm.
Nie pytajcie co kocham w Olsztynie, bo nie odpowiem. Nie umiem.
Może najbardziej kocham siebie w tym mieście? Może wspomnienia?
Tęsknię.
Tęsknie tak, jak się tęskni w zakochaniu: z bólem serca, z załzawionymi oczami i zaciśniętymi szczękami.
W takich chwilach myślę, że źle zrobiłam wyjeżdżając.
118. Upps ..I did it again…
To miała być tylko taka wymówka! I nie teraz, cholera, za miesiąc dopiero!
Znowu zamieniłam pomysły w fakty dokonane. Szłam sobie z Tośką i napotkaną znajomą. Tośka szła grzecznie, nieco węszyła, ale nie ciągnęła ani nic…
I naraz. No po prostu szkoda, że państwo tego nie widzą, 100/100 czy jak tam teraz oceniają jazdę figurową na lodzie. Piękny szpagat, piękny!
Ingvor zamiast bić brawo patrzyła z przerażeniem na moje wyczyny, Tośka przyleciała z końca smyczy w podskokach, cała radosna, pani w samochodziku oznaczonym „opieka i służba zdrowia” (czy jakoś tak) zatrzymała się przy krawężniku w celu udzielenia pierwszej pomocy.
– Ojej, ojej, a może zadzwonić po pomoc? – denerwowała się Ingvor.
Jaka pomoc? Jakie pogotowie, potrzymaj mi psa i patrz!
Posiedziałam chwilkę na lodzie, który udawał chodnik. Potem podałam znajomej smycz i czepiając się siatki stanęłam na dwóch nogach. No i co z tego, że bólu było mi słodko w ustach w oczach latała czerwona ćma, nie będę z taką pierdołą dzwonić do nikogo!
Taaaa…nawet telefonu nie wzięłam bo po co mi telefon jak idę oblodzonym chodnikiem z postrzelonym psem? Przecież i tak nie będę dzwonić.
Doszłam do domu jakieś dwa dni później. To znaczy tak mi się wydawało, że idę i idę i idę, we wtorek chyba stanęłam pod klatką.
Po drodze pokłóciłam się z psem, bo z kimś musiałam. O to, że lód na chodnikach, i że nienawidzę zimy właśnie dlatego, i dlaczego ci debile co dzień nie sypią tych kamyczków skoro w dzień rozmarza i kamyczki topią się w kałużach a w nocy zamarza, a ty Tośka mnie nie wkurzaj, nie ma węszenia, w nosie mam twoje plotki i nie ciągnij mnie pod ten płot bo mnie w końcu zabijesz ty głupku, tak teraz to chcesz ciasteczko…!
Kolanko podwoiło swą objętość, na propozycję zimnego okładu zaprotestowało gwałtownie. A ja miałam perspektywie trzygodzinną wyprawę do sklepu polskiego bo się tam z klientka umówiłam…Nie no, z mężem i samochodem, ale jednak.
Pojechałam, wróciłam…Nie pytajcie jak.
Teraz okopałam się na łóżku. Woda, komputer, telefon, książki, robótka…Chrzanię, nie wstaję do wiosny!
117.
Obejrzałam wczoraj „Wszystkogra” i…rozczarowana jestem dogłębnie. W sumie to tak: piosenki nawet ładnie zaśpiewane, aktorzy grali nieźle, a właściwie aktorki, bo faceci w tym filmie w zasadzie nie grają, tylko są. Ot, takie słupy, okoliczności przyrody takie same jak drzewa. Poza tym fabuła spłaszczona do granic możliwości. Więcej wyrazu można znaleźć w pierwszym lepszym ogłoszeniu prasowym. Ja rozumiem, że piosenki miały opowiadać fabułę, ale jednak jak Kinga-Roma w pogodny wieczór idzie mostem i śpiewa „Autobosy zapłakane deszczem” to przy całym kunszcie wykonania ta piosenka mi w tym miejscu kompletnie nie pasuje.
Właściwie jedyny moment kiedy coś się zadziało w tym filmie to gdy bohaterki śpiewały na trzy głosy „Naprawdę jaka jesteś” i tu nawet ten tekst przypasował.
Generalnie jak dla mnie był to przypadkowy zlepek scen a w roli kleju miały wystąpić piosenki.
Lipa. Nie jestem z tych co uważają, że polskie kino to dno i metr mułu, wręcz przeciwnie, lubię i z przyjemnością oglądam polskie produkcje. No ale ten film mogłam sobie darować. Miałam chęć na Córy dancingu, ale chyba sobie odpuszczę. Na razie przynajmniej.
Przerzucam ostatnio książki, jedna po drugiej bo jakoś w klimat wpaść nie mogę.
Zaczęłam czytać „Zmodyfikowany węgiel” zmęczyłam jakieś 30% i po prostu uznałam, że strata czasu i energii. Zasypiałam nad tym. Matko boska, jak ja nie lubię w powieściach opisów walk, dla mnie równie dobrze mogłoby to brzmieć „to wtedy on tak a tam tak, a potem oni tak, to tamten im tak”. Oraz skrupulatnych opisów pościgów i ucieczek…
W między czasie usiłowałam zainteresować się opowieścią Adama Bieleckiego i Dominika Szczepańskiego „Spod zamkniętych powiek”. Tu znowu chaos opowieści, styl wypracowania szkolnego mnie zniechęcił. Ale będę jakoś pomału wracać, bo to o górach, więc wiadomo. Ale ech…Gdyby tak Wawrzyniec Żuławski zmartwychwstał i zechciał spisać opowieści naszych himalaistów.
Zostawiłam zatem obie pozycje. Tym bardziej, że grzebiąc w szafie znalazłam jakieś czarne, opasłe tomiszcze zatytułowane „Black Out”. I to już mnie nieco bardziej zaciekawiło, być może dlatego, że to, co tam się dzieje jest tak bardzo prawdopodobne i sama nie raz się zastanawiałam: a co jakby w całkowicie zależnej od elektryczności Szwecji nagle zawaliłaby się cała sieć?
Nieco przeraża jednak ilość stron: 780! A na tych stronach pomiędzy niezbyt wartką akcją upchana jest cała masa informacji o tym, jak działa sieć elektryczna w Europie i dlaczego, wbrew pozorom, powszechne zgaszenie świateł o tej samej porze może być niebezpieczne.
Poza tym idzie wielki mróz. Dziś jest -6, ale powiewa z lekka, a w powietrzu wciąż sporo wilgoci, więc jest obrzydliwie.
PannaS utknęła w Polsce. Były ferie w zeszłym tygodniu, K. macocha PannyS zabrała dzieci „swoje, twoje i nasze*” do Polski. Polecieli w niedzielę. W poniedziałek jedna z siostrzyczek PannyS została wysypane ospą. W związku z czym omijały ją wszelkie atrakcje, a trzeba przyznać, że K. zawsze dzieciakom wyszukuje fajne rozrywki, głownie kulturalne. Teatr Lalek, jakieś muzea, kino…
Mieli wracać w minioną niedzielę. Najmniejsza z dziewczynek wylądowała w szpitalu z zapaleniem płuc.
No, wczoraj już było dobrze, ale nie ukrywam, że byłam zaniepokojona. Niby nie jestem z nimi tak blisko, ale jednak poprzez wnuczkę są mi jakoś bliscy. A poza tym ta dziewusia ma niewiele ponad roczek.
Trauma po tym jak maleńka Misia leżała w szpitalu…
I takim to sposobem PannaS załapała się na dodatkowy tydzień wolnego od szkoły.
*K. ma syna z poprzedniego związku tak jak Tata PannyS ma PannęS. A potem urodziły im się jeszcze dwie dziewczynki więc mają, jak w tym dowcipie, dzieci swoje, twoje i nasze.
—-
Coś jeszcze?
A, tak.
Okazuje się, że szefowa szuka miejsca gdzie miałabym przepracować ten czas wymówienia. Ciekawa jestem gdzie wyśle? Oraz zastanawiam się na co „zachorować” tak by starczyło na jakieś 6-8 tygodni, ale by nie uniemozliwiło pracowania u siebie. No chyba, że mi nowy urlop będzie przysługiwał…
Nie ukrywam, że jest to trochę stres, bo jak to: mam jeździć 60km w jedną stronę po to by popracować np. 1,5 godziny? Popracuję 1,5 godziny a stracę na to cały dzień. A nic bliżej nie mają. I tak, to zgodne z prawem: do 100km mogą mnie przenosić jeśli w mojej miejscowości nie ma dla mnie pracy.
A ja kalkuluję tak: dojazdy będą mnie kosztowały + czas, którego nie będę miała na pracę dla np. Pera Erika. To mniej więcej tyle ile mi urwą za zwolnienie lekarskie.
Zatem na co by tu zachorować?
116
Wczoraj dokonałam akcji spektakularnie samobójczej i to na froncie zewnętrznym jak i wewnętrznym.
Przede wszystkim, jak zawsze, najpierw powiedziałam, potem pomyślałam. A w zasadzie napisałam i i skrytykowałam pewną okładkę pewnego magazynu*. Pół internetu dało mi lajka, pół oblało mnie szambem, ale miałam tyle przytomności, by omijać wątek wielkim łukiem. Niestety, koleżanka temat podniosła, odpowiedziałam jej i znowu zrobiła się dyskusja, która nawet była na poziomie do pewnego momentu. Potem wylazła z dyskutantów Polska i zaczęto słać pod adresem moim oraz tych co podzielają mój pogląd intelektualne szpile choć do otwartego hejtu jeszcze nikt się (wtedy) nie posunął.
W tym momencie podziękowałam za dyskusję. I wyszłam z internetu postanawiając, że nie wrócę póki burza się nie przewali.
Mogę tylko w skrócie powiedzieć: brak wyboru co do tego CO mam myśleć nie jest ok. I nie ma najmniejszego znaczenia czy jedynie słuszne zdanie narzuca skrajnie prawicowa kato-prawica czy wręcz przeciwnie.
W ramach oddalania się od internetu szukałam więc zajęcia.
Kilka dni temu moje wirtualno-realne kółeczko opanował amok włóczkowo chustkowy. A ja po długich poszukiwaniach wreszcie znalazłam dwa motki tej miodowo-żółtej włóczki, którą kupiłam jakieś 3 latat temu na czapkę dla PannyS. Czapka nawet powstała, ale ja nie umiem w żadnym wypadku podążać za instrukcjami, więc wstyd było ją pokazać. I tak zaległa na dnie szafy a potem przysypały ją różne ścinki, stare dżinsy…Teraz ją odkopałam i przyszło mi do głowy, że byłaby z tego piękna chusta. Tylko kto mi ją zrobi? Nie będę wszak dwóch motków wysyłać tam i z powrotem.
No dobra, korciło mnie, bo znalazłam prosty jak konstrukcja cepa opis jak taką chustę zrobić.
No i się zabrałam do roboty.
Mąż dostarczył mi drugi sezon Belfra.
W efekcie o godzinie 1 w nocy zamknęłam komputer zesztywniałymi rękami. Kciuki dziś mnie chyba nienawidzą…
Belfrem tzn. zakończeniem jestem zdegustowana bo jest tak surrealistyczne, że, jak napisał ktoś na filmwebie, tylko kosmitów zabrakło. Scenarzysta przekombinował, poszedł w tanią, wyssaną z palca sensację. A można było logicznie i prosto do celu.
Do przedostatniego odcinka ten serial się jeszcze jako-tako broni. Po ostatnim człowiek jest podwójnie rozczarowany. Fabuła to jedno. Tyle emocji, fantastycznej gry aktorskiej i pracy całej ekipy by dostać TO.
I tak upłynęła mi sobota.
Pies nerwowo chodzi, trąca mnie nosem. Trzeba się zbierać
*Specjalnie nie podaję nazwy magazynu bo nie zależy mi na wyskakiwaniu w wyszukiwarkach i hejtujących tłumów tuttaj.
115. Co mnie wysadza w powietrze?
Najbardziej nie znoszę problemów technicznych ze sprzętem.
Oraz braku punktualności.
A dziś się właśnie zagotowałam podwójnie.
Najpierw chciałam coś zeskanować, ale komputer, który zwykle podpięty jest do drukarki poszedł z dzieckiem do szkoły, więc wzięłam drugi. I się zaczęły schody, bo apka do drukarki w cudowny sposób wyparowała, zastąpiona została komunikatem, że …urządzenia nie ma. Choć jest.
Przeszukiwania internetu dały mi informację, że teraz drukarki Samsung obsługuje strona HP. Nie wiem czemu. Na stronie HP mojego modelu nie ma. Jest podobny, ale nie ten. I jedyne co znalazłam to instrukcję do skanowania za pomocą kabla internetowego. A ja nie mam drukarki podłączonej internetowo (nawet nie wiem czy w tym modelu to możliwe) mam normalnie: kablem USB.
Dwugodzinne poszukiwania rozwiązania niczego nie dały. Następne dwie godziny spędziła na poszukiwaniu możliwości kontaktu bądź z HP bądź z Samsungiem.
Wszędzie mogłam tylko wskazać konkretne problemy, ale mojego na liście nie było.
Wreszcie wybrałam pierwszy lepszy temat i posłałam maila w świat.
Wiecie co sobie pomyślałam jak na koniec sobaczyłam, że jeszcze mam udowadniać, że nie jestem robotem przy pomocy jakichś zamazanych literek? Wiecie?
No.
Po czym zadzwoniła szefowa (jeszcze) i poinformowała mnie, że ona nie zdąży na 12.30 jak się wczoraj ze mną umawiała. Może być o 14.30. I czy mi pasuje.
Noż…Nie, nie pasuje. Byłam gotowa na 12.30. Nie będę traciła kolejnych godzin w oczekiwaniu na kogoś, kto nie potrafi zaplanować czasu.
– Ale wiesz, to jest bardzo ważne, żebyś to podpisała – zawiesiła znacząco głos.
– To mi to zostaw, podpiszę i ci odeślę – zaproponowałam.
Yyyyy…
– Ale musisz mi to odesłać najpóźniej w poniedziałek po południu. Najpóźniej, wiesz?
Taaaaak? Naprawdę w ostatniej chwili powstrzymałam się, żeby nie powiedzieć jej co myślę o tym „bardzo ważne”.
Ten bardzo ważny dokument to wymówienie. O którym mowa od grudnia. A gdzie byłaś ze swoim papierem paniusiu w ostatnich trzech miesiącach?
114.
W sumie to nie mam nic do powiedzenia…
Bo w zasadzie nie dzieje się nić takiego o czym mogłabym pisać. Życia towarzyskiego ani pracowego nie uprawiam, a to wszak jest zawsze temat…Jak nie ma o czym to choć na szefa człowiek ponarzeka. A jak tu narzekać na siebie samą?
Życie rodzinne to byłby temat, ale …No wiecie.
O pogodzie mogę napisać, o.
Luty się wziął i zawziął i wziął się do roboty. Chyba chce jakoś zrehabilitować swoją drużynę ( a nie, właśnie, że nie użyję słowa TEAM choć albo może właśnie dlatego, że tak nachalnie się pcha). Zatem luty nie próżnuje, robi co może, ale mu tam ktoś nawala ciągle z dostawami śniegu przez co mamy odrobinę skamieniałej szarości w mieście. Jak znam życie to się dostawcy wszyscy wyrobią w jednym czasie, najpewniej w kwietniu i wtedy dostarczą nam hurtowo owe zamówione śniegi…
Tymczasem mamy więc mróz, choć bez przesady. Jakieś tam -7 w nocy się trafiło a za dnia temperatura utrzymuje się w okolicy ZERA. Czasem spada do -1. A ponieważ w poprzedni weekend wiało jak wściekłe to wokół jeziora mamy ciekawe formacje lodowe. (Zdjęcia kiepskie bo z telefonu)

Swoją drogą ten nasz Wener zamarza błyskawicznie, pewnie dlatego, że w przy brzegach jest płytkie, dopiero bardziej na środku się pogłębia, dochodząc do 100 metrów.
Wczoraj wieczorem mąż urządził mi wycieczkę.
Jest takie miejsce, 13km od miasta. Płynie tam rzeka, nad rzeką jest stary kamienny most, a obok stoi młyn. Miejsce jest urokliwe zawsze, a jakiś czas temu podświetlono most. Jeszcze nie widziałam i właśnie wczoraj pojechałam. Z aparatem.
Jest rzeczywiście magicznie.
PannaS jutro leci do Polski z „macochą” i rodzeństwem. Więc ja oczywiście już przed zaśnięciem widzę różne okropności.
To jest koszmar mieć takie coś w głowie. Tak jak wczoraj: robiłam sobie zdjęcia, eM siedział w samochodzie. I naraz wylazł. I zaczął łazić. I polazł w kierunki kładeczki, którą można wypatrzyć pomiędzy gałęziami przy prawej krawędzi zdjęcia najniższego. On dopiero szedł w tym kierunku a ja już widziałam jak on na tę kładeczkę wchodzi, kładeczka pęka pod ciężarem, on ląduje w rwącej wodzie…Tudzież wywija orła na oblodzonej kładeczce i ląduje w rwącej wodzie…I tak dalej i tak dalej.
– Tylko tam nie wchodź…- wyrywało mi się co chwila bo miejsc gdzie można wejść i spektakularnie zlecieć jest dookoła kilka. Aż się fuknął do mnie, że nie jest dzieckiem.
No nie wiem, nie wiem…Z głowy bym miała takie projekcje, że wlezie tam, gdzie margines bezpieczeństwa żaden?
Po czym, już w aucie, dokonałam szybkiej psychoanalizy i…Tak. Jestem tchórzem. Okropnym. Nie wejdę nigdzie, nie zrobię niczego póki nie mam stuprocentowej gwarancji bezpieczeństwa. Nie i koniec. Nim gdziekolwiek postawię stopę mój mózg wyświetla film z tysiącem zagrożeń jakie w danym miejscu na mnie czyhają. Nie zeskoczę, nie zjadę rowerem, nie wejdę, nie wychylę się…
Jest to okropne i nie do pokonania. Może dlatego podziwiam zdobywców gór, bo robią to, co dla mnie jest całkowicie nie do pomyślenia?
Mam o czym myśleć.
113.
– A wy macie obywatelstwo? – zapytał pomiędzy opowiadaniem o tym jak gadał z komornikiem a tym jak obcina pazurki pupilowi
– Mamy
– To będziecie głosować w tym roku – bardziej stwierdził niż zapytał. – To ja ci powiem na kogo masz głosować…Słuchasz?
Przewróciłam oczami.
– No słucham – odpowiedziałam z rezygnacją wiedząc, że nawet jeśli bym zaprzeczyła to i tak mi powie
– Na SD!
– Mylą mi te wszystkie skróty. SD? Socjaldemokraci? Czy Szwedzcy Demokraci? zapytałam z nadzieją.
– Szwedzcy Demokraci, żadni tam komuniści. – i nadzieja zgasła.
– Mam głosować na nazistów? Zgłupiałeś?
– Nie, co ty…Oni jedyni co chcą zrobić porządek i nie wpuszczać tych…-użył obraźliwego określenia.
– Ale wiesz, że oni głoszą Szwecja dla Szwedów?
– No co ty, przecież masz obywatelstwo!
Nie przyszło mi do głowy, żeby powiedzieć, że niemieccy Żydzi też je mieli.
– NIE BĘDĘ GŁOSOWAĆ NA NAZISTÓW! I na tym skończymy rozmowę. – powiedziałam stanowczo.
Pomimo to wciąż usiłował mnie uświadomić. Zakończyłam rozmowę tak szybko jak się dało. A chwilę potem wysłał mi maila z filmem. A potem jeszcze z linkiem.
Pierwszy zignorowałam. Na drugi odpisałam:
Z poglądami politycznymi jest jak z penisem. Jak go masz to dobrze, ale nie prezentuj go gdy nikt tego nie oczekuje.
I znowu zależności społeczno-zawodowe nie pozwalają mi potraktować człowieka tak jak miałabym na to ochotę.
Mogę tylko westchnąć jak Skaza, wuj Simby „Otaczają mnie kretyni”.





